piątek, 27 września 2013

Są ludzie i są...

Dziś rano w radiu poranny przegląd prasy. Takie gazety w wersji audio. Jeden z dzienników opisuje druzgocący polską oświatę raport dotyczący poziomu znajomości języka angielskiego przez naszych kochanych gimnazjalistów. 

- Ciszej! - wołam do dzieci i Żony, którzy czasem mnie słuchają i słyszę, że 

tylko co dziesiąty gimnazjalista władał językiem na poziomie wysokim, określanym w międzynarodowej nomenklaturze jako "B2". W tym zestawieniu wyprzedza nas nawet Bułgaria, w której blisko 20 proc. uczniów włada językiem obcym na poziomie bardzo wysokim, nie wspominając już o Szwecji czy Malcie, w których odsetek uczniów z bardzo wysokimi kompetencjami wynosi odpowiednio 57 i 60 proc.

(Więcej tutaj)


Nie ma to jak dobre wiadomości od samego rana. Człowiekowi aż chce się do pracy jechać, gdy słyszy takie nowiny.

- Kurde - mówię do Żony, zaczynając tradycyjną poranną modlitwę nauczyciela - Kto do tych gimnazjów chodzi?! A poza tym przecież oni się uczą angielskiego od podstawówki. Niektórzy od przedszkola?! I gdzie to jest? Słuchają w kółko tych swoich One Direction czy innych człekokształtnych wykonawców. W komputerach, w internetach siedzą i co? Gdzie to znika? Gdzie to jest? Co to za... - i tu się ugryzłem w język, bo chciałem przy dzieciach użyć słowa dobitnie określającego czyjąś wartość intelektualną - Co to za...narzędzia - kończę.

Tymek się oderwał od jakiejś zabawki i pyta:

- Jakie narzędzia?
- Wiesz, niektórzy uczniowie są jak narzędzia.
- No - podchwycił Synek - masz rację tato. Tylko leżą i nic nie robią.

Faktycznie, coś w tym jest. W ogóle całość jest zagadkowa. Dla mnie niezrozumiała. Zupełnie. Całkowicie. Nie mogę pojąć tych mechanizmów, bo przecież nie wszystko da się tłumaczyć najbardziej jadowitą koncepcją pt. "To wszystko wina nauczycieli i szkoły." No nie da się. Nawet jak gdzie w gimnazjach są faktycznie kiepscy nauczyciele, to ile tych kiepskich szkół i beznadziejnych nauczycieli może być, by cała populacja (lub jej reprezentatywny wycinek) była aż tak słaba? Z czego to wynika? Nie wiem. Nie rozumiem.

Tłumaczy się na przykład tę żenadę faktem, że lepiej z językiem radzą sobie dzieci, których rodzice znają jakiś język. Ale czy to prawda? Moi Rodzice nie znają żadnych języków, a ja się w szkole i na studiach dość dobrze się nauczyłem. Poza tym przecież pokolenie moich Rodziców uczyło się "ruskiego", więc pewnie mało kto z mojego pokolenia miał styczność w domu z angielskim.  Kolejna zagadka.

I jeszcze jedna zagwozdka - jak to możliwe, że najlepiej na wszelkich testach, włącznie z maturą, radzą sobie uczniowie z tzw. Polski B. Najgorzej zaś zachodnia Polska. Upraszczam rzecz jasna nieco, ale w kilka minut znajdziecie liczne dowody na to, że tam, gdzie teoretycznie bieda z nędzą, tam młodzi uczą się dużo lepiej.

Kurde, nic nie rozumiem. Młotek jestem, tak, niestety...

17 komentarzy:

  1. :D właśnie tak się jakoś składa że pochodzę z polski "B" u nas jest normalne że są miejscowości gdzie w 90% rodzin ktoś mieszka za granicą np taki Drohiczyn ;)
    młodzi od początku wiedzą że albo wykują na blachę albo...
    będą zasuwać za pługiem na polu u ojca ;)
    tak jak powiedziałeś "gdzie bida;) z nędzą tam młodzi lepiej się uczą"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj! Ja lubię Polskę B i podziwiam upór, z jakim młodzi zdobywają wiedzę. Przypominają mi się słowa mojego nauczyciela historii o tym, że czasem nauka pomaga wyrwać się z biedy.

      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Moi rodzice nawet poprawnie polskim się nie posługują (bici Ślązacy, gwara to ich żywioł) a mi się udało studiować w obcym języku w Londynie ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha ha, znam - po trzech latach już przestałam poprawiać moją śląską teściową:D

      Usuń
    2. "Bici Ślązacy"?

      ;-)

      Pięknie dwuznacznie brzmi.

      pzdr

      Usuń
  3. ja z tych rodziców, co tylko "ruski", dlatego wysyłaliśmy dziecko na dodatkowe zajęcia z angielskiego a potem poszedł do liceum z rozszerzonym angielskim bo już dość dobrze znał język. Może to o to chodzi - rodzic nie pomoże dziecku w odrabianiu lekcji bo sam nie umie więc szuka jakiegoś rozwiązania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! Przeszedłem identyczną drogę co Wasze dziecko. To działa!

      pzdr

      Usuń
  4. nauczyciele angielskiego zostali w tyle za edukacją. Jestem w szoku, poziomem i samym sposobem edukacji!!!
    Nauczyciel mając do wyboru amerykański firm w oryginalnej wersji językowej, youtube, piosenki, trzyma się kurczowo starej wersji - zakuwania słówek...
    Mój syn nauczył się najwięcej przy grach , równolegle uczy się już od trzeciego roku życia i nie jest źle, ale korzystał z moich porad ...
    Pozdrawiam
    http://eksperyment-przemijania.blog.onet.pl/
    http://kadrowane.bloog.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, muszę bronić, bo znam KAPITALNYCH anglistów, którzy uwielbiają uczyć i robią to z sukcesami sporymi. I nie ograniczają się do "słówek", ale również nie szaleją z "nowoczesnymi" metodami. Wszystko trzeba wyważyć.

      Moja anglistka mówiła: "Słuchajcie sobie całą dobę angielskich piosenek, ale broń Boże nie uczcie się z nich gramatyki! Tylko słownictwo. Tylko."

      Miała rację, stwierdzam po latach. Miała.

      pzdr

      Usuń
  5. Nie wysyłałam córki na dodatkowe zajęcia z angielskiego, po prostu dużo uczyła się w domu, bo chciała i wiedziała, że to ważne.
    Po przyjeździe do UK poszła z marszu do collegu a potem na studia.
    Czyli można, jak człowiek bardzo chce. A jak nie chce, to najlepsze narzędzia nie pomogą.

    OdpowiedzUsuń
  6. Co do nauki języków - więcej nauczyły mnie gry komputerowe i muzyka niż szkoła...od 1999roku :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Mi się wydaje, że to nie tyle wina nauczycieli, co ich możliwości. Czyli w sumie wina szkoły, a ściślej - systemu. Bo trudno się uczy języka w ponad dwudziestoosobowej grupie, gdzie 7 minut z czterdziestu pięciu lekcji upływa na ogarnięciu dzieciaków po przerwie, sprawdzeniu obecności... A później - jak tu uczyć 'praktycznego' użycia języka? Jak ponad dwadzieścia osób ma sobie swobodnie rozmawiać tak, żeby nauczyciel mógł słyszeć te rozmowy, podpowiadać, korygować... Do tego programy - po cholerę mi było poznawać wszystkie czasy gramatyczne, pewnie nawet rodowici Angole ich wszystkich nie znają, nie wspominając o Amerykanach Uczyłem się czasów, zamiast uczyć się mówić. Podejrzewam, że niewiele się od tego czasu zmieniło. I to jest problem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale widzisz, to znowu nie tłumaczy zjawiska poważnych i POWTARZAJĄCYCH SIĘ dysproporcji w wynikach pomiędzy różnymi regionami Polski. No nie tłumaczy, chociaż byśmy się Bóg wie jak uparli, że to przede wszystkim wina organizacji zajęć.

      Ja 4 lata liceum uczyłem się angielskiego w klasie około trzydziestoosobowej. I się wyuczyłem. A dziś sporo szkół uczy wg "podziału na grupy" - mniejsze o połowę i ... raz się uda, raz się nie uda.

      Usuń
    2. Jasne, kwestia motywacji jest kluczowa. Ale nie da się ukryć, że ogólnie 'system' jest mało efektywny.

      pozdrawiam, Marcin

      Usuń
  8. Pamiętam, jak spytałam kiedyś moich znajomych Angolów, kiedy tak naprawdę używa się czasu future perfect in the past... Przez trzy dni bezustannie prosili mnie, żebym im tłumaczyła, co to jest...
    Dzieci w Skandynawii zwyczajnie mówią po angielsku, a nasze dzieci muszą się "wypowiadać"...

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.