poniedziałek, 30 września 2013

Kocia mama

Międzynarodowa Wystawa Kotów w Poznaniu. Niedziela. Jedziemy z dzieciakami, fanatycznymi wielbicielami kotów. 

W hali masa kotofilów. Miauczenie, muzyka, szelest tłumu.

Klatki z czworonogami rasowymi. Nad jedną z klatek, w której siedział jakiś obrażony koci czempion nachyla się zażywna starsza pani i pyta się zwierzaka:

- Kochanie, powiedz swojej pani, chcesz siusiu?

niedziela, 29 września 2013

Takie buty

Poranna długa dyskusja przy kuchennym stole. Temat - garderoba i garderoba sportowa zwłaszcza. Okazuje się, że koleżanka Żony chcąc spalić nieco zbędnych kilogramów, wybrała się do popularnego marketu sportowego, by się zaopatrzyć w ciuchy i buty do aerobiku.

Weszła więc, rozejrzała się i okazało się, że samych butów do biegania jest kilkanaście typów - do biegania po asfalcie i po trawie, po żużlu i ściółce leśnej, buty na lato i buty na zimę, nie mówiąc pewnie o przedwiośniu... A dresy? Kostiumy? Zwykły aerobik to banał. Istnieją stroje do streachingu, do pilatesu, do zumby... 

- Kiedyś, jak jeszcze biegałem - wspominam stare dobre czasy - to miałem jedne buty na każdą nawierzchnię i każdą pogodę. Dzisiaj skompromitowałbym się tymi zwykłymi tenisówkami, w których kolejne kilometry pokonywałem.
- A wydawać by się mogło, że bieganie to najtańszy sport - wtrąca się Teściowa.
- Gdzie tam! Teraz wszyscy biegają, więc trzeba z tego najtańszego sportu wycisnąć tyle kasy, ile się da. Wiadoma rzecz.  Interes. A tak przy okazji - zwracam się do Żony - masz już buty na swój wyjazd? (Żona jedzie niebawem w góry z tzw. "wycieczką zakładową.") Wiesz, musisz szukać na półce "Buty do chodzenia po Górach Stołowych." 
- Właśnie - podejmuje Żona - w jakich ja butach pojadę? Chyba w mertensach jednak...

Tak, legendarne martensy, samo wspomnienie o nich,



to niezawodny sposób, żeby moją Żonę rozdrażnić. 

- W martensach chcesz jechać? 
- A co? To najwygodniejsze buty...
- No, ortopedyczne.

I się zaczyna. Złośliwościom nie ma końca. Ja tradycyjnie podpieram się opinią mojego kumpla, który twierdzi, że dziewczynom chodzącym w martensach śmierdzą nogi, Żona każe mi wąchać jej kilkuletnie martensy. 

I tak od lat to trwa i trwa.

- No po prostu nie mogę patrzeć na laski w martensach. W skórzanych kurtkach też zresztą...
- Jak się poznawaliśmy, to też nosiłam martensy.
- "Miłość wszystko znosi, wszystko przetrzyma..."

piątek, 27 września 2013

Są ludzie i są...

Dziś rano w radiu poranny przegląd prasy. Takie gazety w wersji audio. Jeden z dzienników opisuje druzgocący polską oświatę raport dotyczący poziomu znajomości języka angielskiego przez naszych kochanych gimnazjalistów. 

- Ciszej! - wołam do dzieci i Żony, którzy czasem mnie słuchają i słyszę, że 

tylko co dziesiąty gimnazjalista władał językiem na poziomie wysokim, określanym w międzynarodowej nomenklaturze jako "B2". W tym zestawieniu wyprzedza nas nawet Bułgaria, w której blisko 20 proc. uczniów włada językiem obcym na poziomie bardzo wysokim, nie wspominając już o Szwecji czy Malcie, w których odsetek uczniów z bardzo wysokimi kompetencjami wynosi odpowiednio 57 i 60 proc.

(Więcej tutaj)


Nie ma to jak dobre wiadomości od samego rana. Człowiekowi aż chce się do pracy jechać, gdy słyszy takie nowiny.

- Kurde - mówię do Żony, zaczynając tradycyjną poranną modlitwę nauczyciela - Kto do tych gimnazjów chodzi?! A poza tym przecież oni się uczą angielskiego od podstawówki. Niektórzy od przedszkola?! I gdzie to jest? Słuchają w kółko tych swoich One Direction czy innych człekokształtnych wykonawców. W komputerach, w internetach siedzą i co? Gdzie to znika? Gdzie to jest? Co to za... - i tu się ugryzłem w język, bo chciałem przy dzieciach użyć słowa dobitnie określającego czyjąś wartość intelektualną - Co to za...narzędzia - kończę.

Tymek się oderwał od jakiejś zabawki i pyta:

- Jakie narzędzia?
- Wiesz, niektórzy uczniowie są jak narzędzia.
- No - podchwycił Synek - masz rację tato. Tylko leżą i nic nie robią.

Faktycznie, coś w tym jest. W ogóle całość jest zagadkowa. Dla mnie niezrozumiała. Zupełnie. Całkowicie. Nie mogę pojąć tych mechanizmów, bo przecież nie wszystko da się tłumaczyć najbardziej jadowitą koncepcją pt. "To wszystko wina nauczycieli i szkoły." No nie da się. Nawet jak gdzie w gimnazjach są faktycznie kiepscy nauczyciele, to ile tych kiepskich szkół i beznadziejnych nauczycieli może być, by cała populacja (lub jej reprezentatywny wycinek) była aż tak słaba? Z czego to wynika? Nie wiem. Nie rozumiem.

Tłumaczy się na przykład tę żenadę faktem, że lepiej z językiem radzą sobie dzieci, których rodzice znają jakiś język. Ale czy to prawda? Moi Rodzice nie znają żadnych języków, a ja się w szkole i na studiach dość dobrze się nauczyłem. Poza tym przecież pokolenie moich Rodziców uczyło się "ruskiego", więc pewnie mało kto z mojego pokolenia miał styczność w domu z angielskim.  Kolejna zagadka.

I jeszcze jedna zagwozdka - jak to możliwe, że najlepiej na wszelkich testach, włącznie z maturą, radzą sobie uczniowie z tzw. Polski B. Najgorzej zaś zachodnia Polska. Upraszczam rzecz jasna nieco, ale w kilka minut znajdziecie liczne dowody na to, że tam, gdzie teoretycznie bieda z nędzą, tam młodzi uczą się dużo lepiej.

Kurde, nic nie rozumiem. Młotek jestem, tak, niestety...

środa, 25 września 2013

Malutka prośba

Odwozimy dzieciaki do przedszkola. Cóż, najlepiej się dwójkę dzieci w dwójkę rodziców transportuje. Zwłaszcza, że Tymek w lewo, Kalina w prawo korytarzem. Rozdzielają się, więc jeden rodzic musiałby za każdym razem ...no, wiecie o co chodzi.

W każdym razie pakujemy się z powrotem do samochodu, a ja usiłuję wyjechać bez uszczerbku z zatłoczonego przedszkolnego parkingu.

- Uważaj - mówi Żona z tylnego siedzenia - za nami idzie jakiś człowiek z dzieckiem.

Kontroluję lusterko wsteczne i mówię:

- To nie człowiek, to kobieta.

PS

Uprasza się o niebicie piszącego te słowa. 

poniedziałek, 23 września 2013

Urywki ostatniości XIII

I

Jesień dziś już, Panie i Panowie... Najdłużej trwający pretekst do tego, by nie wychodzić z domu i czytać książki.

Oczywiście najpierw trzeba uśpić dzieciaki, sprawdzić około 30 wypracowań lub sprawdzianów, ewentualnie kartkówek, zastanowić się, o czym się będzie gadało na jutrzejszych lekcjach...

Zostaje jakieś... hmmm... 15 minut aktywnego kontaktu z książką, a potem nieco mniej aktywny, ale za to bliższy kontakt z poduszką.

II

Wybrałem się z Tymkiem do moich Rodziców do Kalisza. Całą drogę lało. Lało! Ale... cała sobota była przepiękna. (Komu przywieźć pogodę?) 

Przyjechaliśmy zrywać orzechy. Orzech, potężne drzewo rosnące w ogrodzie przed domem moich staruszków, w tym roku wyjątkowo obrodziło. Orzechy sypały się niemal same na głowy, gładko dawały się wyłuskać z pękających zielonych skorup. Chrupiące, pozbawione późniejszej goryczy.

Tymek zaangażował się w akcje zrywania (zanim Brat mój wszedł na drzewo) i strącił kilkanaście ładnych sztuk.


Mój Ojciec się śmieje, że orzech w tym roku się zrehabilitował. Dwa lata temu dopadł go jakiś okrutny przymrozek i nie było czego zbierać jesienią. Rok temu w ogóle bez dania racji niczym prawie nie obrodził. 

- Już mieliśmy go wyciąć - mówi mój Ojciec, nagle wcielony w kogoś, kto decyduje o być albo nie być drzewa, niemal jak Bóg Ojciec jakiś - ale uciekł spod noża.

III

Mój Ojciec kupił sobie zegarek. Drażniło go wieczne poszukiwanie telefonu, na którym żarzą się niewyraźne cyferki. 

Patrzę na ten zegarek i się śmieję:

- O! Ale masz zegarek! - mówię.
- A pewno! Co chcesz? Dobra firma, przeczytaj.

Przyglądam się i czytam - ROMEX.

- Dobra firma - potwierdzam - Dobra.
- A wiesz, ile za niego dałem? Nie zgadniesz. 7 złotych! 

Kiedyś ROMEXY były droższe widocznie...

;-)

IV

Zgłosiły się trzy panie po książkę Myśliwskiego "Ostatnie rozdanie." Losowania nie udało się zorganizować pod obecność kamer radiowo-telewizyjnych, a nie umiem posługiwać się odpowiednimi programami komputerowymi. W każdym razie książkę wyślę RYBCE74, tak wylosowaliśmy z Córą. Proszę o kontakt na priwatny adres: oslo.francja@gmail.com

Przepraszam, że nie dawałem znaku życia, ale zagoniony w ostatnim tygodniu byłem fest.

V

Jutro też jest dzień. Nie siedźcie za długo przy komputerach!

Pa!

poniedziałek, 16 września 2013

Zachwiania równowagi

Mój serdeczny przyjaciel, "prawie ateista", często mawia, że w życiu istnieje "jakaś forma sprawiedliwości" i że często jej doświadcza.

- Ja się nawet nie cieszę, gdy coś znajdę na ulicy, gdy coś gdzieś przypadkowo wygram - mawia - bo za chwilę coś zgubię lub coś przegram. Sprzedam coś z zyskiem na Allegro, to za chwilę muszę coś kupić, bo niespodziewanie psuje się coś niezbędnego... Tak już mam.

Jeżeli więc istnieje taka właśnie, dość prosta przyznacie, forma sprawiedliwości, trzyma nas ona w bezustannym napięciu. Nie możemy być zbyt szczęśliwi, ani zbyt nieszczęśliwi, bo wtedy musi interweniować, by doprowadzić zakłócony wszechświat do jako takiej równowagi.



Cóż, być może tylko w życiu mojego przyjaciela tak się dzieje. Dla przeciwwagi weźmy moje dzieciaki - Tymek przez dwa lata dzień w dzień ryczał niemal, że musi iść do przedszkola. Nie chce i koniec! "Możemy sobie zrobić wolne?" - pytał i patrzył tymi swoimi niebieskimi oczami sentymentalnego spaniela.

Kalina? Miało być inaczej - to znaczy miała spokojnie i bez stresowania otoczenia poznawać przedszkole, inne dzieci, panie wychowawczynie... No i tak było przez parę dni, bo ostatnio Córa nieźle w przedszkolu ponoć wywija. Jest uparta, nie słucha pani, nie chce siedzieć przy stoliku w czasie obiadu... 

A miała być taka grzeczniutka i kochaniutka. Miała... Taaa... Kiedy się wyrówna? Siła Wyższa raczy wiedzieć.

Natomiast na innych frontach prastara sprawiedliwość działa bezbłędnie.

Całą niedzielę Teść spędził na rybach. Pływał łódką po jakimś jeziorze i wędkował. Zjawił się późnym wieczorem z dwoma sporymi szczupakami. 

Niestety, telefon komórkowy wpadł mu przypadkowo (?) do wody i zniknął w czeluściach jeziora.

Coś za coś, ja to mawiają...


sobota, 14 września 2013

Myśliwski do wydania

Mam jeden próbny egzemplarz najnowszej powieści Myśliwskiego. Do wydania, bo mam też drugi, niepróbny, ten zostawiam sobie. 

Do wydania książka lekko zaczytana, ale jak komuś nie przeszkadza, to proszę się zgłaszać do poniedziałku.

Oddam za zwrot kosztów przesyłki i dobre słowo.

;-)


środa, 11 września 2013

Żaden żender

Żona tkwi w łazience. Poranna toaleta. Ten skomplikowany codzienny rytuał. Kolejne występujące po sobie czynności. Ale tym razem słyszę też coś takiego:

- Nie, Kalino, to jest brudne. Tego nie ruszaj!
- Mogę?
- Nie, nie możesz.

Płacz dziecka.

Idę, bo ciekawym bardzo, co się dzieje, że od samego rana takie wycia i zawodzenia.

- Ona chce robić wszystko to, co ja - mówi Żona o Córce - Ja myję zęby, ona myć też chce. Ja krem do twarzy, ona też. Ja tusz do rzęs, to przecież jej tuszu nie dam, bo się cała upaćka. Patrz, Tymek jak był mały, tyle razy widział, jak się malowałam i nic! Nawet się nie zająknął, że chce też. A ona? Już się zaczyna.

No, zaczyna się. Bo to jeszcze nic z tym makijażem. Posłuchajcie tego:

Kalina się czymś polała. Sok, woda - nie pamiętam. W każdym razie trzeba było jej spodnie zmienić. No więc idziemy do komody, żeby coś tam znaleźć. Działam na własną rękę, bo nie bardzo kojarzę, z których rzeczy Córa już prawie wyrosła, a które jeszcze się dadzą założyć bez problemu. 

Wyciągam jedną parę spodni. Niby pasują, więc idę do Kaliny.

- Chodź, zobaczymy, czy będą pasować.

Kalina w krzyk:

- Nie, nie pasują!
- Dalej, chodź, trzeba przymierzyć!
- Nie pasują!

Zakładam. Są OK.

- Pasują - mówię zadowolony - Przecież pasują.
- Do skarpetek nie pasują - tłumaczy mi prawie trzyletnia dziewczynka. 

I weź tu dyskutuj z nią... Skarpetki fioletowe, a spodnie brązowe. Może faktycznie się gryzły?

***
A piszę to wszystko, bo trafiłem na informację o przedziwnym programie, jaki realizują niektóre przedszkola w Polsce. Podręcznik nazywa się "Równościowe przedszkole" i zaleca on między innymi ćwiczenia, w ramach których chłopcy przebierani są za dziewczynki - zakładają peruki i mogą malować sobie paznokcie i wiązać sobie kokardki.

Jak tłumaczą promotorzy podręcznika, chodzi nade wszystko o walkę ze stereotypami dotyczącymi płci. Kwestia idzie dalej, proponowane są zmiany w klasycznych już baśniach - Królewnę Śnieżkę ma zastąpić Śnieżek, który przygotowuje krasnalkom śniadanko.

Jaki wniosek mogę wyciągnąć? Cóż, wszelkie "nowoczesne" pojmowanie człowieka zakłada, że można go ulepić, uformować tak, jak się tego chce. Z chłopca zrobić dziewczynkę, z dziewczynki chłopca. Zmienić płeć (choć gdy się mówi o zmianie orientacji z homo na hetero to "nowocześni" grzmią, że to nieludzkie i barbarzyńskie ciemnogrodzkie pomysły). Zabronić używania słów "tata" i "mama." Można wymieniać dalej...

Cóż, moje dzieci osobiste jakoś nie pałają chęcią to "zdradzania" własnej kształtującej się tożsamości. Tymek wciąż grzebie w kablach, bateriach, silniczkach elektrycznych. Kalina ubiera swoje papierowe lalki i lubi decydować o tym, w czym będzie chodziła ubrana.

I mam nadzieję, że tak zostanie, a żaden "postępowy pedagog" nie będzie chciał tej normy korygować.

Bo chociaż mało jakiś taki bojowy jak na faceta jestem, to pięści zacisnąć umiem...

PS

Dodaję WAŻNY link:

http://wsumie.pl/rodzina/73272-takie-eksperymenty-odzieraja-dzieci-z-godnosci#

Taki cytat o "nowoczesności":

W momencie, kiedy zaproponowała chłopcom przebranie się w sukienki, część z nich uciekła do toalety, część zaczęła płakać, kilku zaoponowało natychmiast, a jeden zareagował agresją i chciał nauczycielkę pogryźć. Program odziera z godności małych chłopców. O ile dziewczynki godzą się na przebieranki, bo to dla nich frajda, dla chłopców jest to uwłaczające. Nawet jeśli nie jest to przymus, a propozycja. 

poniedziałek, 9 września 2013

My Polacy tak mamy...


Ja już myślałem, że niczym mnie moja lokalna Biedronka nie zaskoczy, ale jednak. 

Robię ostatnio większe zakupy. Ludzi masa, wózki ledwie się między półkami mieszczą. Szum rozmów, metaliczne zgrzyty, gdy wózek na wózek wpadnie, irytujący dźwięk skanerów czytających kody paskowe.

I nagle przez ten potok decybeli przeciska się wołanie jednej młodej matki, której synek zamarudził gdzieś przy słodyczach:

- GLEN, GLEN! Ile razy mam ci mówić, żebyś się mnie trzymał?! GLEN!

Tak, my Polacy tak mamy...



sobota, 7 września 2013

Weź się pan wstydź

Wybaczcie znowu wpis szkolny, bo nie chciałbym wychodzić tutaj na wesołka-zawadiakę, wirażkę edukacyjnego, co to tylko i wyłącznie na lekcjach wygłupia się i błaznuje. Tak nie jest. O wiele częściej jestem ponury jak szofer Hitlera i żarty się mnie nie trzymają tam, gdzie należy solidną porcję wiedzy zaaplikować.

No i zacząłem aplikować tak, że ho ho. 

Zapowiadam w drugiej klasie lekturę. Fundamentalne "Cierpienia młodego Wertera." Jeden z najistotniejszych tekstów europejskiego romantyzmu. Zapowiadam i pokrótce wprowadzam w  naturę utworu:

- Dziewczynom się może spodobać ta historia, bo i romantyczna, bo miłość nieszczęśliwa. Jednak bohater jest wybitnie irytujący, więc uważajcie. Chodzi, smęci, nawet się zabić porządnie nie potrafi.

Jedna z dziewczyn podrywa się niemal z krzesełka:

- To on się zabił?! - pyta - Dlaczego pan powiedział, jak się kończy?!

Zrobiło mi się autentycznie wstyd. Rozpędziłem się i zdradziłem zakończenie. Wstydź się teraz, mówię sam do siebie, wstydź się. Brawo, mistrzu...

- To wy nie wiedzieliście, że on umarł? - brnę dalej - Przecież to książka z XVIII wieku. Powinniście się domyślić, że teraz Werter już na pewno nie żyje...

Cóż, przynajmniej zakończenia "Dziadów" nie zdradzę, bo utwór ma kompozycję otwartą.

Taki polonistyczny żarcik na zakończenie. 

                                                                    Jednak...

środa, 4 września 2013

Ze środy

Odbieram Synka z przedszkola. Dziś ciężki start zaliczył. Popłakał się, gdy go zostawiałem, więc byłem lekko niespokojny, jak się będzie zachowywał przez cały dzień. Będzie nieznośny? Z nikim nie będzie się bawił?

- Jaki był dzisiaj Tymek? - pytam pani - Bo kiepsko dzień zaczął...

- Tymek? W porządku. Normalnie. Miał tylko jedną trudną chwilę, gdy graliśmy w głuchy telefon i dwie osoby chciały wymyślać hasło. Tymek i jeszcze jeden chłopiec. Musieliśmy zrobić losowanie. Tymek przegrał niestety, więc się zdenerwował i zaczął krzyczeć: "Zemszczę się! Zemszczę się!"

W szkole zaś, mojej dodajmy, powoli się rozkręca rok szkolny. Mam klasę pierwszą. Biologiczno-chemiczną. Niemal same dziewczyny. Zaczynam tłumaczyć zasady pracy na lekcjach.

- Wszystkie prace pisemne, wypracowania pisane w domu, piszecie RĘCZNIE. Ręcznie, podkreślam. Cóż z tego, że Ministerstwo promuje pracę przy użyciu klawiatury. Wy macie pisać ręcznie i wyrobić sobie ładny charakter pisma. A wiecie dlaczego?

- Dlaczego? - pyta ktoś odważniejszy.

- Bo jak już skończycie tę medycynę i zostaniecie lekarzami, to nie chcę mieć problemu z odczytaniem waszych recept.

poniedziałek, 2 września 2013

Propozycja

Wczorajszy dzień spędziliśmy w ... ZOO! Tak, poznańskie Nowe ZOO. Ogromny teren ze sporą ilością zwierzaków, tak akurat na pożegnanie wakacji. (Jakiś dowcipniś mógłby powiedzieć, że pracując w szkole, ZOO ma się dzień w dzień.)

Pogoda była, krótko mówiąc, wkurzająca. Słońce, wiatr, chmury, znów wiatr, chmury, słońce... Ledwie człowiek założył bluzę, bo wiało sakramencko i groziło deszczem, to już słońce się pokazuje i człek się poci, bo grzeje niemożebnie. Taka aura.

Najciekawsze były rzecz jasna słonie i tygrysy, bo słoniarnię Poznań ma nielichą. Masę kasy poszło na futurystyczny obiekt, w którym ponoć słonie całkiem nieźle się czują. Wierzę na słowo. Same słonie z daleka nie budzą aż takiego respektu. Za dużo się widocznie człowiek dzikiej natury w TV naoglądał, bo na żywo tylko znajduje liche potwierdzenie tego majestatu przyrody. Choć kto wie, może bym takiemu słoniowi z drogi zszedł, gdybym go w Afryce spotkał...

Nieodmiennie śmieszyła mnie za to tablica informacyjna opowiadająca o zwyczajach tych największych lądowych ssaków. "Słonie okazują sobie czułość zaplatając trąby" - czytam.

Czy nie brzmiałaby zawadiacko i uroczo, Drodzy Czytelnicy, następująca propozycja?

"Pozaplatasz ze mną trąbę?"

Pytanie zawieszam. Pomyślcie przed zaśnięciem.


Z Verne'a i nie tylko

Chwytam za "Wyprawę do wnętrza ziemi", a tam taka krótka charakterystyka pewnego profesora:

Był profesorem tutejszego uniwersytetu, prowadził wykłady z mineralogii i na każdym przynajmniej ze dwa razy wpadał w okropną złość. Nie chodziło mu wcale o to, by słuchacze uczęszczali pilnie na jego wykłady, okazywali wielkie zainteresowanie przedmiotem i osiągali z  czasem  sukcesy  na  polu  naukowym  –  nie  przejmował  się  tego  rodzaju  drobiazgami. 

Wykładał „podmiotowo”, używając określenia filozofii niemieckiej, dla własnej satysfakcji, a nie  z  myślą  o  innych.  Był  to  uczony  należący  do  typu  egoistów,  studnia  wiedzy,  której kołowrót skrzypiał, kiedy chciało się coś z niej wydobyć, jednym słowem – skąpiec.

I przepyszny fragment z "Nie licząc psa" Connie Willis:

Moim ulubionym donem był Claude Jenkins, który miał w domu taki bałagan, że czasami nie mógł otworzyć frontowych drzwi, a pewnego razu spóźnił się na zebranie i wytłumaczył się w ten sposób: „Moja gospodyni właśnie umarła, ale posadziłem ją na kuchennym krześle i powinna wytrzymać, dopóki nie wrócę”.

Ale oni wszyscy byli niezwykli: profesor logiki Cook Wilson, który po dwóch godzinach nieprzerwanej oracji powiedział: „Po tych wstępnych uwagach...” 

Profesor matematyki Charles Dodgson, który - kiedy królowa Wiktoria pochwaliła jego "Alicję w Krainie Czarów” i zażądała egzemplarza następnej książki - wysłał jej swoją rozprawę matematyczną „Streszczenie determinantów”, i ten profesor greki, który uważał, że barometr lepiej wygląda ustawiony poziomo niż pionowo.




Witaj więc Szkoło! Witajcie Uczniowie! Szaleni Nauczyciele!

A szkodniki (MEN i Spółka) niech po prostu nie przeszkadzają...