sobota, 31 sierpnia 2013

Z fotela

Siedzę dziś w zakładzie fryzjerskim. Tutejszy. Niszowy. Żadne tam "studio piękna" czy "departament urody." Po prostu fryzjer. Dla panów i dla pań.

Dużo ludzi. Szczęśliwie się złożyło, że trafiłem w lukę, puste miejsce między klientami, bo inaczej utknąłbym w kolejce i musiałbym czekać, delektując się wstrząsającą lekturą katalogów z akcesoriami fryzjerskimi.

Tnie mnie właściciel. Dwie jego pomocnice, zażywne dojrzałe panie, wesoło gawędzą sobie z obcinanymi lub farbowanymi klientkami. Lubię takie klimaty. O ile nie muszę sam rozmawiać. Nastawiam się na odbiór, nie na nadawanie.

Rozmowy dotyczyły, łatwo zgadnąć, wakacji, co się kończą właśnie.

- A wie pani, co nam szef obiecał? - pyta fryzjerka klientkę - To naprawdę dobry człowiek. Powiedział nam tak: "W przyszłym roku, na długi majowy weekend, jak wam we dwie akurat stuknie pięćdziesiątka, to macie ode mnie wolne i możecie jechać nad morze."

Druga fryzjerka odrywa się od farbowania i oburzona reaguje:

- Krysia, ja cię proszę! Nie podkreślaj tej pięćdziesiątki tak, dobrze?

PS

Taki wpis akuratny w Dniu Blogów, jaki ponoć dziś obchodzimy.

środa, 28 sierpnia 2013

Post ekspercki

Gdybym miał blog tzw. parentingowy (wiecie, pisanie o zębach dzieci, przeziębieniach, cenach ubranek i kosmetyków + obowiązkowe żebry o jakiś sponsoring u producentów dziecięcych ubranek i kosmetyków dziecięcych), to ten wpis pewnie mógłby z czystym sumieniem zamieścić.

Córa od poniedziałku przechodzi dni adaptacyjne w przedszkolu. Cóż, obserwując jej reakcje na samo przedszkole, powinniśmy jej zaaplikować dni w domu! Ona po prostu nie chce z przedszkola wychodzić. Płacze niemal, gdy ją stamtąd zabieramy. Chce tam spać i jeść.

Wczoraj i dziś byłem tam z nią. Córa wręcz rwała się do zabaw, odważnie i z dumą przedstawiła się innym dzieciom. Pierwsza zgłaszała chęć udziału w przeróżnych zabawach. Nawet gdy rodzice mieli wyjść (co zaowocowało chóralnym płaczem sporej części grupy), Córa nie miała nic przeciwko temu. Dumny z niej byłem jak nie wiem, tym bardziej że dwa lata temu Tymek wył, gdy go zostawialiśmy. 

A ten sam ojciec i ta sama matka tej dwójki przeróżnych dzieci...

Gdy obserwowałem rodziców, którzy nerwowo krążyli obok zamkniętych na klucz drzwi sali, byłem niedobry. Dlaczego? Bo poczułem się jak ekspert. Jak ktoś, kto przechodził to samo, a teraz może z dystansem patrzeć na tych, którzy dopiero zaczynają się pocić.

Obok mnie przechadzał się tatuś, chyba jedyny na kilkanaście snujących się mamuś. Będzie miał synka w grupie z moją młodą. Oczywiście problemy (jak u każdego):

- Ja się najbardziej boję sikania - mówi - sikania u niego. Bo taki duży już, a nie woła. To znaczy woła, ale jak już zrobi. Woła "siku!", lecimy do niego, a on już mokry cały. I co mamy zrobić? Przecież go bić nie będziemy.

- Nasza dopiero w wakacje się nauczyła bez pieluchy za dnia - pocieszam jak mogę - Będzie dobrze, mówię panu.

- Już nawet mu pieniądze chcieliśmy dawać - kontynuuje - Złotówkę za jedno zawołanie. Dziennie masz 5 złotych, mówimy. Uzbierasz sobie szybko na ten swój motorek. Ale on nie. Jakby nie rozumiał...

(Kurde, że też mi tak nikt nie chce płacić. Zwłaszcza jak się piwa napiję...)

Uspokajałem towarzysza, opowiadałem o naszych problemach. Że młoda nie lubi kanapek jeść. Że zupą się zalewa jak usiłuje trafić łyżką do buzi, że szybko się buntuje... 

Może coś to dało, chociaż najwięcej pewnie to, że gdy dzieci z sali wyszły w końcu, żadne nie potrzebowało zapasowych majtek.

Jakoś nam więc idzie z tym przedszkolem. Problem będzie, jak od poniedziałku Synek będzie musiał pójść, bo już teraz zgłasza interpelacje, by wakacje trwały cały rok. 

Pożyjemy, zobaczymy - jak mawia mój Ojciec...

niedziela, 25 sierpnia 2013

Maszyna pisze trzeci rok!

Zapraszam na degustację wybranych rodzajów ciast. Coś miłego dla każdego.

COŚ DLA PAŃ

DLA WIELBICIELI S-F

DLA PANÓW

AMATORÓW HORRORÓW

I PRZYRODY

DLA DZIECI

I MŁODZIEŻY

ZAPLĄTAŁA SIĘ KARTKA DLA ROMANA

PRZEDSZKOLAKÓW

I PRAWDZIWYCH MĘŻCZYZN

piątek, 23 sierpnia 2013

No zobaczymy

Przez wakacje, które się właśnie kończą, mieliśmy niezły maraton z Kaliną. Jeszcze pod koniec czerwca nie nadawała się do przedszkola, do którego ma trafić od września. Nosiła pieluchę, spała ze smoczkiem, jej łóżeczko było "zakratowane", na śniadanie i kolację jadła tylko kaszki.

Trzeba było oduczyć ją wszystkiego, co robiło z niej słodkiego bobasa, i zamienić ją w przedszkolaka. Nie do wiary, jak bardzo rodzice (czyli my) boją się, że zmiany będą okupione hektolitrami łez i traumą na całe życie.

Smoczek, nieodłączny towarzysz snu, odstawiony i pożegnany w ciągu jednego dnia. Pieluchy pa pa! Łóżeczko zamienione na rozkładaną kanapkę. Z jedzeniem ciut gorzej, ale też się pewnie wyrobi. W każdym razie idzie/poszło nam lepiej niż zakładaliśmy w najoptymistyczniejszych wariantach.

Od poniedziałku zaczynają się dni adaptacyjne w przedszkolu. Pierwsze odstawienie rodziców/dziadków na dłuższy czas. Tymek dwa lata temu przechodził to koszmarnie. W ogóle pierwsze tygodnie (miesiące!) w tej placówce były dla niego przerażające. Przypomnijcie sobie TU .

Teraz za przedszkolem też nie tęskni, zapadł na pierwszy w życiu syndrom kończących się wakacji i od czasu do czasu smętny głosem powtarza: "Ja chcę, by wakacje trwały cały rok. I lato też, żeby tyle trwało."

No, kto by nie chciał, prawda?

Cóż, kończy się powoli dobre. Sierpień nam się skurczył, rano karoserie samochodów pokrywa "jesienna" rosa, nadzieja jedzie na rezerwie.

wtorek, 20 sierpnia 2013

K

Pierwszy i ostatni raz powiedziałem "brzydkie" słowo przy moich rodzicach, a konkretnie przy Mamie, gdy miałem jakieś 12 lat. Pamiętam jak dziś. Było lato. Prowadziłem rower, któremu notorycznie spadał łańcuch i już nie miałem siły go kolejny raz zakładać na ulicy. Obok szła moja Mama. 

Byłem zły na ten rower. Autentycznie. Postanowiłem więc sobie ulżyć i rzuciłem niby do Mamy, niby do siebie taki oto tekst:

- Jak mi się ten rower ciągle będzie psuć, to go rozbiorę w pizdu!

Moja Mama zatrzymała się i dostałem potężnego liścia, po którym całe popołudnie piekł mnie policzek. Takie czasy. Taka reakcja. 

Niemniej w moim rodzinnym domu NIGDY nie przeklinano. Nie, nie reprezentowaliśmy wyższej klasy społecznej, mentalnej burżuazji. Mama-krawcowa, Tata-milion zawodów w PRL-u i w PRL-u Bis (po 89 roku), dzielnica miasta raczej proletariacka niż reprezentacyjna. Wszystko sprzyjało temu, żebyśmy rzucali mięsem na lewo i prawo, od rana do wieczora, a jednak nie. 

Nie wiem dlaczego. Przecież nie zapytam dzisiaj moich Rodziców, czy umówili się, że nie będą w domu przeklinać? Czy celowo chronili w domu moje i moich braci uszy? A może po prostu nie wypadało przeklinać? Nie wiem...

Wiem, jak jest dzisiaj. Wy też wiecie.

Żona wraca z wieczornego spaceru po Sarbinowie, naszym kurorcie nadbałtyckim, miejscu, które lubię i chętnie tam jeżdżę. Ja zostałem w pokoju, pilnując śpiących już dzieci. Godzina około 21. Ruch "na mieście" nasila się, początek długiego weekendu.

Żona wraca i zaczyna mówić:

- Wyobraź sobie... Starsi i młodsi, kobiety, mężczyźni, eleganccy i ci mniej. Wszyscy rzucają "kurwami." Bez opamiętania.

Nie musiałem sobie tego wyobrażać. Wystarczy poleżeć na plaży. Zamknąć oczy, przesunąć na dalszy plan szum oceanu i już sypią się te wszystkie "kurwy" i "ja pierdolę."

Ja już nawet nie mam siły zastanawiać się, jak z tym walczyć. Nie mam siły i ręce mi opadają, gdy słyszę, że wulgaryzmy to naturalny sposób ekspresji, wyrażania emocji etc. Nie myślę już nawet o totalnym schamieniu naszych mediów - telewizji, prasy,

Wycinek okładki pewnego tygodnika opinii. Żenujące.


Internetu etc.

Częściej zastanawia mnie, skąd ten język. I zrozumiałem, że nie mylił się Oskar Wilde, gdy pisał, że to sztuka inspiruje życie, a nie odwrotnie. Ludzie musieli się tego nauczyć. Musieli się nasłuchać, naoglądać polskich filmów z początków lat 90. Tych wszystkich "Psów" Pasikowskiego, tych debilnych komedii Lubaszenki. I sprawdzić, jak taki język funkcjonuje w domu, w szkole, na podwórku...

Poprawcie mnie, jeżeli się mylę.

Co by nie powiedzieć o cenzurze obowiązującej "za komuny", działała ona również na polu, powiedzmy, moralności. Przypomnijcie sobie te wszystkie stare dobre polskie filmy - komedie Barei, "Seksmisję", nawet smuty z moralnym niepokojem w tle lub stylizowane na "zapis z życia" "Dziewczyny do wzięcia."

Tam się nie przeklina, a jeśli już, to ktoś rzuci hasło: "Chyba wam się w dupach poprzewracało!" i to wszystko.

A teraz? Zawieszam...

...może ktoś mądrzej dokończy.

PS

To jak się w końcu nazywał bohater "Procesu" Kafki? Józef K.? "K" jak co...


sobota, 17 sierpnia 2013

Z namiotu plażowego

Leżę z głową w cieniu. Świeci nasza gwiazda intensywnie. Na piasku gorąco. Ludzi pcha do wody. Przynajmniej do kolan się dostać. 

Nagle słyszę narzekanie-gderanie kobiety. Nie widzę, słyszę.

- No i gdzie wchodzisz do tej wody? Poszedł i idzie. A kto mi mówił, że ma na sobie dwie pary spodenek, a kąpielówek nie ma? No kto mi mówił?! Jak małe dziecko! Mokry teraz do pokoju  będziesz wracał? Ledwie wodę zobaczy, a już idzie. No jak dziecko! Jak Boga kocham...

Podniosłem się i widzę, jak... około siedemdziesięcioletnia babcia ochrzania swojego siedemdziesięcioletniego męża.

Wróciliśmy znad Bałtyku!

Witajcie!

środa, 7 sierpnia 2013

Pomysł na...

Co się dzieje w domu, gdy Synek interesuje się sprzętem elektrycznym i ma dostęp do nieograniczonych zasobów "gratów", gdyż jego dziadek jest elektrykiem i prowadzi warsztat naprawy sprzętu AGD?

Produkuje się ekskluzywną elitarną biżuterię z elementów z rozkręconego termostatu.



Nie na sprzedaż, niestety...

wtorek, 6 sierpnia 2013

Przy prostowaniu koła

Nie ma to jak odkładać na ostatnią chwilę, prawda? 

Kiedy późną wiosną (śnieg ledwo co spłynął z ulic) pojechałem zmienić opony na letnie, wulkanizator powiedział mi, że tylna felga jest krzywa. Musiałem w coś uderzyć, w coś wjechać. Nie wiem do dziś, ale koło było nielicho krzywe. 

- Musi pan coś z tym zrobić - mówi fachowiec i daje namiar na pobliskie miasteczko, w którym jest warsztat prostujący felgi. 

Rychło w czas, mówię Wam, bo akurat pod koniec tygodnia jedziemy nad morze i wolałbym nie stracić koła gdzieś w połowie drogi.

Wyjechałem rano, umówiony na 9. Liczyłem na moje notatki, jakie sporządziłem, gdy szukałem trasy przejazdu: mój dom-warsztat. Spisałem wszystkie ulice, jakie musiałem przejechać i... Oczywiście nieźle błądziłem w dwunastotysięcznym miasteczku. Na szczęście miałem szczęście oprócz notatek, więc jakoś trafiłem.

Mechanik okazał się starszym, trzymającym się prosto i dostojnie mężczyzną. Z obowiązkowym zestawem przekleństw, soczystą gwarą zawodową tłumaczył mi zawiłości prostowania felg. W końcu zeszła nam rozmowa na temat wakacji, bo to i upał, i centrum kanikuły...

- Ja to mam działkę nad jeziorem - mówi - nawet sporą. Ale teraz nie mam czasu. Tylko trawę jeżdżę kosić. Takie ryby w jeziorze. Sandacze, dzikie karpie, szczupaki. Ale to dopiero we wrzesniu odpocznę, jak wszyscy z tych działek wyjadą.

Dobrze go rozumiałem.

- Wiem pan - zaczynam - ja jestem nauczycielem i niby dwa miesiące wakacji, ale nigdy żadnego wyboru terminu mieć nie mogę. Tylko lipiec albo sierpień. 

Mechanik spojrzał na mnie uważnie.

- Ja też kiedyś pracowałem w szkole. Trzy miesiące na zastępstwie, bo kolega robił właśnie uprawniania trenera (tak zrozumiałem - Autor). Nie miałem nigdy gorszej pracy. Nie na moje nerwy. Głupie i leniwe te dzieci. A już najgorsze te dziewczyny. Najgorsze.

Kiwam głową. Czułem, na co się zanosiło.

- Głupie i leniwe - powtarza - dwadzieścia dziewczyn w grupie, a połowa nie może ćwiczyć akurat. I tak lekcja w lekcje. Cholera, liczyć nawet zacząłem. Niektóre to po siedem okresów na miesiąc miały. A potem wyrastają takie kaleki...

- I potem płacą grubą kasę na siłowni lub na aerobiku - dodaję.

- Zgadza się.

Tak sobie ponarzekaliśmy, więc czas szybko minął i koło się wyprostowało jakoś tak niespodziewanie.

Nie ma to jak wspólny temat z fachowcem, wspólny mianownik doświadczeń i parę wulgaryzmów wymienionych, by podkreślić zasadność i niepodważalność naszych sądów.

sobota, 3 sierpnia 2013

Pierwsze efekty fali upałów w Polsce

Przystanek Woodstock. 

Namiot pełen gawiedzi i mędrcy, którzy pobłogosławieni przez J. Owsiaka wygłaszają swoje mądrości.

Na pierwszy ogień idzie ksiądz Boniecki, który wsławił się tym, że bardzo satanistów zdeklarowanych lubi (o Nergalu, który w artystycznym odruchu podarł Biblię, mówi tak: „Adam to miły, mądry, spokojny człowiek" ). 

Co oferuje nam ów ksiądz katolicki?

"Nic nie przyjechałem oferować. Róbta co chceta!" – mówi.

(Czekam tak sobie, może za rok zaproszą na Woodstock ministra sprawiedliwości, a on wygłosi podobne orędzie.)

Na ów iście ewangeliczny apel rychło odpowiedział zdesperowany i chyba niezbyt wierny  widz TVN-u, który wpadł na scenę i spoliczkował Grzegorza Miecugowa. Miecugow chyba nie wziął sobie do serca apelu księdza Bonieckiego, by robić, co się chce, i wygraża teraz krewkiemu napastnikowi, że „mu nie odpuści.” 

Zaś sam premier podobno przestał planować roczny urlop zdrowotny (siadł mu kręgosłup, bo zbyt często schylał się, by zamiatać różne rzeczy pod dywan) i nazwał owe policzki „czymś ohydnym.” 

Na deser dostajemy głos podobno legendarnego menadżera grupy Pink Floyd, Petera Jennera, który wypalił, że:

Powinniśmy, jeśli szanujemy muzyka, którego słuchamy, i wiemy, jak dużo serca wkłada w swoją pracę. To powinno być tak oczywiste jak opłaty za prąd. Rachunki za muzykę powinny być dołączane do opłat za energię. Taki widziałbym sposób na płacenie artystom za muzykę. Problem jednak nadal pozostaje nierozwiązany. Pytanie, dokąd konkretnie te pieniądze miałyby trafić. Przecież nad jednym utworem pracuje sztab ludzi. Każdemu należy się zapłata.

Nie szanuję muzyki za grosz (nomen omen), więc nie zamierzam za nic płacić.

Inaczej chyba wymyślił minister kultury (kiedyś typowany na ministra od czołgów i łodzi podwodnych) Adam Zdrojewski. Tutaj upał uderzył równie silnie – minister wykoncypował, że abonament (haracz, jak mawiał kiedyś pewien aktualnie panujący premier) powinni płacić wszyscy, którzy mają możliwość odbioru telewizji lub radia. I mają (lub nie) telewizor lub radioodbiornik.



I dlatego właśnie nie lubię upałów – ludzie głupieją aż miło. 

Najgorsze jest to, że słońca w najbliższych dniach nie zabraknie. 

piątek, 2 sierpnia 2013

Daję sobie prawo...

...nie, ten upał daje mi prawo do bycia nierozgarniętym, zmęczonym, wypatrującym śladu chmur na niebie i cienia marudą.

Tak, jak jeszcze raz będę narzekał na mróz, chłód lub najmniejsze załamanie pogody - własnoręcznie sobie strzelę w łeb wałkiem lub tłuczkiem do mięsa.

Zimnolubny jestem typ i, niestety, takich jak ja jest mniej niż tych, którzy uwielbiają saharyjskie temperatury. Gdy tylko się przyznaję do tego, że wolę chłód i deszcz niż tropiki, okoliczni chłopi patrzą na mnie tak, jakbym na weselu odmówił wódki twierdząc, że nie piję i mi nie smakuje.

Dzieciaki też reagują nie najlepiej - pół dnia w domu, bo wyjść na tę patelnię nie można, wieczorem rozładowują skumulowaną energię, by potem nie móc zasnąć, bo dom się tak nagrzał, że niemożliwością jest znaleźć w nim chłodniejsze miejsce. 

Prościej się nie da...

Zawsze w takie dni jak ten przypomina mi się fragment mojej ulubionej książki z dzieciństwa - "W dolinie Muminków" Tove Jansson. 

Pasuje idealnie:

Było to gdzieś w końcu lipca. W Dolinie Muminków panował ogromny upał. Nawet muchy
nie miały sił brzęczeć. Drzewa stały zakurzone i jakby zmęczone, a woda w rzece nie nadawała się już na sok malinowy - płynęła cienką, brązową strugą przez spragnione deszczu łąki.

Czarodziejski Kapelusz, który przywrócono do łask, stał teraz na komodzie pod lustrem.
Słońce dzień po dniu świeciło prosto na dolinę, ukrytą pomiędzy wzgórzami. Wszystkie
małe żyjątka skryły się w swych chłodnych mieszkaniach w ziemi, ptaki umilkły. A przyjaciele Muminka, rozdrażnieni upałem, wciąż sprzeczali się ze sobą.

- Mamusiu - powiedział Muminek - wymyśl dla nas jakąś zabawę! Wciąż się tylko kłócimy!
Jest tak gorąco!


No właśnie, Mamusiu, wymyśl coś...