wtorek, 23 lipca 2013

Z sakwojaża obieżyświata


Jesteśmy w Kaliszu. Podróż oczywiście mija szybciutko, bo 2 godziny spokojnej jazdy to pestka z masłem, ale tradycyjnie robimy sobie przerwę na szajka i lody w jarocińskim McDonaldzie. Upał, skwar, trafiła nam się pogoda, więc czujemy usprawiedliwieni. My, konsumenci globalnego potentata w serwowaniu śmieciowego żarła…

Jedna niemiła przygoda – Kalina uśmiechnęła się szeroko i słonecznie do pani „kelnerki”, a ta przyniosła jej balon. Zwykły, przymocowany do plastikowego pałąka. I wszystko byłoby OK., gdyby nie fakt, że balon przyozdobiony był podobizną clowna, wyszczerzonego w kierunku potencjalnych klientów.

Zawsze opowieści o czyjejś fobii na punkcie clownów uznawałem za przejaw przewrażliwienia, a tu okazuje się, że moja Córa wpada w panikę, a potem w odrętwienie, gdy tylko zbliży się do niej ktoś z pomalowaną twarzą i z peruką na głowie. To jeszcze nic – wystarczy obrazek, figurka, zarys, a mamy z Kaliną regularną sesję psychoterapii.

Tak więc wycofaliśmy się z restauracji, Córa wczepiła się w we mnie i najchętniej resztę trasy
pokonałaby siedząc u mnie na kolanach i pomagając mi kierować samochodem.


Pierwszy pełny dzień zaczęliśmy od wizyty na tzw. „Ryneczku.” Niewielkim zadaszonym targowisku, gdzie można kupić świeże, miejmy nadzieję, że „niepryskane” owoce i warzywa. Pieczywo, ale też bambosze, majtki, stare filmy na VHS-ach, biustonosze, niemieckie proszki do prania i gazety.

Moja Mama jest tam stałą bywalczynią i zna większość sprzedających. Nie daje się okpić, twardo negocjuje cenę ziemniaków lub ogórków. Nie ma z nią lekko ten, kto próbuje jej coś  nieświeżego lub niepełnowartościowego sprzedać.

Pojechaliśmy w czwórkę – ja, Ojciec, Mama, Tymek. 7 rano, bo oczywiście Synek postanowił obudzić się o 5:20 rano. (Gdybym był ateistą, miałbym właśnie dowód na to, że Bóg dobry i miłosierny nie istnieje.)

Podchodzimy do jednego zażywnego dżentelmena, który wygląda, jakby żywcem go wycięto z planu serialu czechosłowackiego „Pod jednym dachem.” Wesołkowaty, niedbale ubrany, w okularach z cyklu „denka od słoików.”

- Po ile kartofle? – pyta Mama.

- Jeden i półtora – mówi facet – taniej nie będzie. Jeszcze dwa tygodnie taka cena. Dobre. Jeszcze pani wróci. Ogórków? Kopru? Chrzanu? – dopytuje.

- Chrzanu nie potrzebujemy – wtrąca się mój Ojciec, znany Wam wesołek – Mamy sąsiada. Chrzan się nazywa.

(Serio, mamy takiego sąsiada. Moi bracia chodzili z jego dziećmi do szkoły)

- Sąsiad Chrzan? – chce się upewnić handlarz – To do słoika go od razu! A dla ciebie, młody? – mówi do mnie.

- My jesteśmy wszyscy razem – odpowiadam.

- A! To wy jesteście jedna organizacja!

 I wszyscy w śmiech. Takie kaliskie poczucie humoru. Mówię Wam, tak mi się spodobało to określenie, że ho ho!


Regularnie odwiedzamy się z „organizacją” mojego brata. Jego dzieciaki doskonale dogadują się z naszymi, więc przez jakiś czas potrafią zająć się sobą, a dorośli mają czas na chwilkę odpoczynku od nadzoru wychowawczego. Chociaż zdarzają się rzecz jasna drobne sprzeczki i nieporozumienia, wybuchy zazdrości i żalu.

Córka brata, Marysia, wiek 1,5 roku, w pewnym momencie zaczęła być jakoś mocno absorbująca. Zaczęła krzyczeć czy coś w tym rodzaju. W każdym razie wszyscy nagle się nią zainteresowali. Tymek, który lubi, jak na nim właśnie skupia się uwaga, zdenerwował się i wyrzucić z siebie wielką pretensję:

- Co to ma znaczyć! Takie małe dzieci i tak krzyczą! Kto to produkuje takie małe niegrzeczne dzieci?!

No, zastanówmy się wspólnie nad tą kwestią…

Z wstrząsających nagłówków prasowych niewiele udało mi się upolować. W zasadzie nic. Kiedyś to legendarny już „Traktorzysta, który sam sobie po nodze przejechał”, innym razem „Sąsiad sąsiadowi wbił gwóźdź w oko” lub „Ukradziono z lasu kilometr kabla sejsmicznego.”

Teraz? Posucha. Jedynie ciekawa opowieść o tym, jak kobieta obchodząca urodziny odkryła następnego dnia w swoim domu nieznajomego, który wszedł jej do chaty, rozsiadł się w kuchni i wcinał resztki tortu. AUTENTYK.

Ciąg dalszy nastąpi niewątpliwie...

2 komentarze:

  1. Witam:) Hehe trzeba negocjować ile się da :) Życzę ,aby dzieciaczki dały dłużej pospać rodzicom.Miłego dalszego wypoczynku:)
    Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję serdecznie! Pzdr Bosy

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.