niedziela, 14 lipca 2013

Siła ojcostwa

Sobota. 

Dzień, gdy można wszystko podobno wolno, a nic nie trzeba... Kurde, nie wiem, kto wymyślił podobny komunał, ale w naszym domu (jak pewnie w większości "stabilnych" domostw) sobota to dzień sprzątania.

Niestety...

Trudno, nic na to nie poradzę, że nie lubię. No nie lubię - jak zastrzyków w dziąsło, niezapowiedzianych gości i Sylwestra (tego przed Nowym Rokiem).

Dziś też coś tam trzeba było posprzątać. Papiery szkolne z biurka, salon, szyby w biblioteczkach. Zawsze gdzieś sobie brud i entropia gniazdo uwiją. Jednak tym razem nie towarzyszyłem Żonie w walce o czystość i porządek, zabrałem dzieciaki na basen.

Uprzedzam słowa krytyki - wyjazd na basen z dwójką małych dzieci (trzylatka i pięciolatek) to jest prawdziwy combat, żadne to tamto, jest co ogarniać. Kto ma pociechy w podobnym wieku lub miał  - wie, o czym mówię.

Baseny mają to do siebie, że łatwiej i przyjemniej się tam wchodzi niż stamtąd wychodzi. Wchodzimy i serią błyskawicznych, zamaszystych ruchów zrzucamy ubrania. Ja i Tymek przyjechaliśmy już w kąpielówkach, więc jesteśmy gotowi niemal natychmiast. Jeszcze tylko Kalinie kąpieluszkę i wio! Do wody!

Nie chcę nikogo zanudzać relacją, kto ile razy się wody opił, ile razy wrzeszczał, gdy wpływaliśmy do "rwącej rzeki", czyli koryta, przez które rwał naprawdę silny nurt, kto unosił się w kole ratunkowym, a komu wystarczyły nadmuchiwane rękawki.

Zło zaczęło się, gdy trzeba było iść do szatni. I to jest ta mroczniejsza strona wypadów na basen - trzeba spłukać z dzieciaków chlor pod prysznicem, trzeba je dokładnie wytrzeć, trzeba ubrać w suche ubrania, mokre zdjąć i zawinąć w ręczniki, wysuszyć włosy, nie poślizgnąć się na mokrych płytkach - wszystko to w ciasnej przestrzeni szatni dzielonej najczęściej z kilkoma innymi amatorami kąpieli.

Na szczęście jakoś dałem sobie radę. Tymek jest już na tyle duży, że w kryzysowych sytuacjach potrafi się bezwzględnie podporządkować. Gorzej z Kaliną - tej, gdy się uprze, godzinami coś można tłumaczyć, a efekt jest zerowy.

W szatni do ściany przymocowano taki oto przewijak. Kalina chciała KONIECZNIE na nim się przebierać.


To dość solidna i funkcjonalna konstrukcja. Zazwyczaj jej dolna część jest złożona i wtedy nie zajmuje za dużo miejsca. Zazwyczaj łatwo się rozkłada, ale dziwnym trafem za każdym razem miewałem kłopoty z rozłożeniem całości. Po bokach są takie plastikowe "zatrzaski", które zabezpieczają przed przypadkowym otwarciem się całości i one, moim zdaniem, były przyczyną wiecznych wojen, jakie toczyłem z tym sprzętem. 

Wczoraj zabezpieczenia trzymały tak dobrze, że nie mogłem sobie z nimi poradzić. Nie dość, że przyskrzyniłem sobie palec, usiłując odgiąć uparty kawałek plastiku (opuchlizna prawie zeszła...), to jeszcze w ataku furii szarpnąłem za mocno i... wyrwałem przewijak ze ściany! Nie chciałem, Wysoki Sądzie.

Proszę mnie zrozumieć. Jedno dziecko płacze zawinięte w ręcznik, drugie ręcznikiem, którym się miało wytrzeć, wyciera podłogę, a ja tkwię unieruchomiony z palcem przytrzaśniętym przez dziecięcy przewijak. No każdy by się wściekł!


W końcu opanowałem sytuację - dzieciaki wyszły na zewnątrz suche, wykąpane, zadowolone i zmęczone. A ja? Nawet nie zdążyłem się wytrzeć. I nawet nie wiem, czy to woda czy pot spływał mi po plecach...

Wychodząc, rzuciłem kobiecie w kasie, że w szatni takiej to a takiej obluzowały się śruby przytrzymujące przewijak, więc trzeba coś z tym zrobić, i z poczuciem spełnionego obowiązku ruszyłem z dzieciakami na parking.

Po drodze niczego więcej nie zepsułem. Przysięgam.

12 komentarzy:

  1. Ojciec doczekal sie chrztu, dobrze, ze nie ochrzanu. Rutyna, rutyna, prosze Tatusia, jest najlepszym lekarstwem czyli czestsze wizyty na basenia z maluchami :). Wszyscy przywykna. Milego plywania na powierzchni ojcowskiej doli :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spoko ta dola najczęściej, chociaż raz po raz sił i cierpliwości brakuje lub jadę na rezerwie.

      pzdr

      Usuń
  2. W nagrodę wróciłeś do wysprzątanego domu i czekającego obiadu?

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. Życie, życie... taki życiowy wpisek bez filozofii głębszej.

      pzdr

      Usuń
  4. Boże, jak ja Ci nie zazdroszczę!

    OdpowiedzUsuń
  5. Podziwiam Cię :D Z dzieciakami to jest urwanie głowy. Sama mam od 4 do 15 dzieciaków 3 razy w tygodniu i próba okiełznania ich to nie lada wyczyn. Oczywiście mam tajemną broń i jakoś mi się udaje, ale kiedy pierwszy raz miałam styczność z TAAAAAKA WIELKĄ grupą w przedziale wiekowym 3-13 to nie wiedziałam w co ręce włożyć i martwiłam się tylko o to, żeby nic się nikomu nie stało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma co podziwiać. Chyba... ja tylko w takich ekstremalnych akcjach się sprawdzam dobrze, a jak trzeba tak normalnie/zwyczajnie poojcować, to jest gorzej.

      pzdr

      Usuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.