środa, 31 lipca 2013

Państwo Generalostwo

9 rocznica ślubu tak się ponoć nazywa.

Zaczęliśmy świętować tuż po północy...

... kładąc zwoje tapet na niewymiarowe kapryśne ściany.

To będzie dzień!

wtorek, 30 lipca 2013

Fazy

Cóż, my od kilku dni walczymy z korytarzem, by doprowadzić go do porządku. Pomalować, wcześniej zedrzeć schodząca farbę, zagipsować szczerbate partie ścian, zedrzeć tapety, przykleić tapety, przy okazji zajmować się dziećmi, by się do niczego nie przykleiły etc.

Stojąc od piątku na drabinie, z pędzlem skierowanym w stronę popękanego sufitu, odezwało się moje zawodowe zboczenie i uświadomiłem sobie, że moje walki z materią remontu jako żywo przypominają etapy żałoby, jakie przeżywa podmiot liryczny w "Trenach" Kochanowskiego.

Najpierw ZAPRZECZENIE

"Nie, to nieprawda, że trzeba pomalować ten korytarz. No coś Ty? Przecież on nie wygląda jeszcze tak źle. Szkoda wakacji. Nie, nie zgadzam się! Nie!"

Potem GNIEW

"Kurde! (albo i gorzej!) Dlaczego ta cholerna farba tak długo schnie?! Dlaczego?! Ja pierniczę! Ile jeszcze razy mam malować ten cholery kawałek sufitu?! Pierniczona drabina! Zazraz z niej spadnę i mnie pochowacie! Zginął w czasie urlopu, bo wpadł na pomysł malowania sufitu!"

Następnie  TARGOWANIE SIĘ

"Serio? Musimy drugi raz malować ten sufit? Naprawdę? Przecież i tak nic nie widać, bo do tamtego rogu słońce nie dochodzi. Musimy? Jezu... Ścianę też?"

Dalej DEPRESJA

"Nie. Koniec. Nic już nie widzę. Tylko biel. Biel. Mam wszędzie farbę. Dajcie mi piwo..."

I na koniec AKCEPTACJA

"Zostaw mi ten pędzel! Sam to zrobię! Ja tu maluję i koniec!"

niedziela, 28 lipca 2013

Jednoczęściowe w odwrocie

Moja Teściowa prowadzi zielarnię. Interes kręci się, bo się kręci, najlepsze czasy ma już chyba za sobą, a związane jest to z rosnącą liczbą aptek naokoło i tym, że nawet na stacjach benzynowych i w sklepach spożywczych można teraz znaleźć towary, które kiedyś tylko w aptekach i zielarniach można było nabyć.

Takie czasy...

Jednak nie o tym, nie o tym, choć obok.

Teściowa moja kolejny rok z rzędu mówi o pewnym zjawisku, które jeszcze parę lat temu nie było aż tak widoczne.

- Kiedyś sprzedawałam dużo, dużo więcej środków na odchudzanie. Herbaty, mieszanki ziołowe etc. A teraz? Ludzi już się nie odchudzają. Coraz więcej i więcej tych grubasów chodzi. Ludzie już się nie wstydzą jak kiedyś. Chodzą te kobiety w obcisłych ubraniach i żadna się nie przejmuje...

Cóż, zacząłem się rozglądać, ale nie zauważyłem jakiejś nadreprezentacji puszystych pań i panów, ale widocznie mam inną skalę i to, co dla mnie jest normalne (a nawet apetyczne, tak...), to dla innych jest już pierwszym stopniem na drodze ku otyłości.

Kanikułę mamy nielichą, więc nas nad nasze jezioro okoliczne nosi dzień w dzień. Dziś, przy niedzieli, około 100 samochodów zwiozło z okolicy ludzi spragnionych kawałka plaży i wody. My też się rozłożyliśmy, bo inaczej się nie da okiełznać upału.

Plaża zamaksowana. Ludzi jak mrówek. Skupisko gawiedzi płci żeńskiej, męskiej i dziecięcej. My w tym tłumie szukamy dla siebie wody i piasku. Walcząc z dziećmi, które przed utonięciem chroniły dmuchane zabawki plażowe, zacząłem obserwować plażowiczów. Ok, plażowiczki...

I co mi wyszło? Coś, co potwierdza własną obserwacją moja Żona  - 3/4 kobiet niezależnie od wieku, figury, wagi, gabarytów, budowy ciała, mankamentów urody nosi dwuczęściowe kostiumy kąpielowe. (Panowie, rzecz jasna, jednoczęściowe...) Tylko nieliczne jednostki płci słabszej paradują opancerzone w jednoczęściowce.


Czyżby więc moja Teściowa miała rację? 

Ludzie przestają się wstydzić swoich ciał, nawet niedoskonałych, kapryśnych, uparcie rozwijających się w niepożądanym kierunku?

Jeżeli tak, to ja mogę tylko przyklasnąć. Można się na mnie oburzać, grozić mi, a nawet logicznie tłumaczyć, ale ja i tak będę stał na stanowisku, że lepiej być szczęśliwym posiadaczem ciała, które się akceptuje, niż zakompleksionym budującym rzeźbę frustratem.

Powiedziałem.

czwartek, 25 lipca 2013

Kościół i czarny biustonosz

- Dlaczego ty wciąż fotografujesz ten kościół? - pyta mnie Żona, widząc, jak robię kolejne i kolejne zdjęcia mojego (starego) parafialnego kościoła pod wezwaniem św. Gotarda.



No właśnie, dlaczego wciąż to robię?

***

Ci z Was, którzy opuścili swoje rodzinne miasta i odwiedzają je z rzadka - dwa-trzy razy w roku - ci, którzy mają starzejących się rodziców i widują ich tylko od okazji do okazji, będą wiedzieli, o czym mówię. A mówię o przemijaniu. 

Pompatycznie? Pewnie, że tak. Bo zawsze czuję ten pompatyczny i dojmujący smutek, gdy widzę, ile z tego, co zapamiętałem, pożarł czas. "Zmienia się postać tego świata" - pisał św. Paweł i to są cholernie mocne słowa. Myślę, że jedne z najbardziej, właśnie, ponadczasowych.

Idę moją ulicą. Moją-nie moją, bo w miejscu boiska, na którym grałem w piłkę całe dzieciństwo i młodość, powstaje nowa szkoła. Nowa, wielka i za fundusze unijne. A ja jestem taka podła bestia, że wolałbym w tym miejscu widzieć puste, piaszczyste, porośnięte na obrzeżach boisko, miejsce moich klęsk i tryumfów piłkarskich, niż nową i służącą dobrze ogółowi placówkę oświatową.

No taki już jestem.

Wolałbym widzieć w starych kumplach starych kumpli niż mężów, ojców, statecznych i odpowiedzialnych mężczyzn. 

Ale wszystko się zmienia i tylko to się nie zmienia. 

Więc dlaczego wciąż fotografuję ten kościół? Bo on jeden od czasów moich szczeniackich się nie zmienił. jego dzwony brzmią identycznie, faktura cegieł jest taka sama, wieża, krzyż... Co prawda wnętrze jakby mniejsze, ciaśniejsze, ale to wciąż to samo i tak samo.

Żeby nieco rozproszyć elegijny półmrok, taka oto historyjka sprzed paru lat. 

Idąc z centrum Kalisza do mojej dzielnicy, w sumie już będąc w niej, mija się spory szary budynek, w którym rezydują siostry zakonne. Nazaretanki. Mam spory sentyment do tego zakonu, bo właśnie jedna z nazaretanek uczyła mnie religii, gdy w latach 80 do komunii się przygotowywałem. Siostra Regina. Miła była. Tyle pamiętam. 

No więc mijam ten budynek. Wieczór jesienny się robił. Zapalały się światła w niektórych mieszkaniach. Zapaliła się też lampa w jednym z pokojów "budynku zakonnic". Odruchowo podnoszę wzrok i widzę... w oknie na wysokości pierwszego piętra stoi kobieta, zdejmuje (chyba) bluzkę, a pod nią prezentują się obfite piersi w czarny biustonosz oprawione!

Coś a la w ten deseń.


Aż mnie zamurowało. Kobieta szybko się odwróciła, nie był to ruch "spłoszony", po prostu przeszła wgłąb pokoju, a ja stałem jak słup soli na chodniku i nie byłem pewny tego, co przed chwilą zobaczyłem. Ok, wiedziałem, że zakonnice mają pewnie piersi, ale to?!

I choć nie mam żadnych niezdrowych fantazji na temat habitów itd, to całą drogę do domu prześladował mnie ten widok. Cóż, było to całkiem przyjemne prześladowanie...

Oczywiście nie zdradziłem rodzicom, czego byłem świadkiem, więc przez całe lata pielęgnowałem w sobie pewność, że zakonnice mają całkiem niezłe biusty i do rzeczy bieliznę.

Aż tu jakiś czas temu Brat mimochodem mówi mi, że zakonnice lata świetlne temu  wyprowadziły się z rzeczonego budynku i od dawna mieszkają tam dwie zwykłe, całkiem świeckie rodziny.

Czy zmieniła mi się perspektywa? Chyba nie. Widok ładny pozostał, ale wiem jedno - ręki na pulsie wydarzeń z "kraju lat dziecinnych" nie utrzymam. Tam już inni ludzie, inne przestrzenie, a i biust pewnie zdążył się już nieco zdezaktualizować. 

środa, 24 lipca 2013

Nareszcie

Wybraliśmy się jednego razu z Synkiem nad rzekę. W sumie żenująco się przyznawać do tego, że się lubi pływać w nie najczystszej wodzie, wygrzewać się na zaśmieconej trawie, brodzić po mulistym dnie. A jednak siła sentymentu, wspomnienia niegdysiejszych kąpieli są tak silne, że uparcie wracam do miejsc dziś podłych i spustoszonych, kiedyś pełnych życia i wigoru.

Przyjeżdżamy i rozbieramy się. Na „plaży” grupka umięśnionych lekko i wytatuowanych subtelnie chłopaków pochylonych nad kolejnymi „Żubrami.” Kawałek dalej otyła kobieta w jednoczęściowym kostiumie wygrzewa się na leżaczku, który ginie pod jej zwalistym ciałem. Po dłuższej chwili na piasku rozkłada się kolejna kobieta, która zdjąwszy sukienkę, odsłania nogi i pośladki poharatane cellulitem w stopniu zatrważającym. Rozbiera się i obserwuje swoją córkę, nastolatkę, która stopą sprawdza temperaturę płynącej wody.

Naturalizm, jakiego Emil Zola by się nie powstydził.

Czy się kąpaliśmy? Nie. Woda była za zimna. Strach było wejść dalej niż do łydek. No i, przyznajmy to, zapach wody. Dłonie, którymi wyciągałem z wody kamienie i gałęzie, śmierdziały mi niemiłosiernie, i dopiero któreś tam mycie rąk uwolniły mnie od tej przykrej pozostałości. Tak to jest, jak się chce wchodzić kolejny raz do tej samej rzeki…

Potem przyszła mi do głowy kolejna myśl – to jest plaża dla brzydkich ludzi.

Myśl ta znalazła potwierdzenie, gdy parę dni później pojechałem z Tymkiem do tutejszego akwaparku. No, myślę sobie, to jest miejsce dla ludzi ładnych. 

Ilość „odstawionych” dziewuch, wydepilowanych osiłków, ślicznych dzieci, zadbanych mamusiek, prężących się tatusiów przeszła moje pojęcie. Całe to zbiorowisko mrowiło się wokół odkrytych basenów i zjeżdżalni. Rozkładało koce i wypożyczone leżaki na gorącej kostce. Prężyło się w stronę buzującego słońca.

Naszła mnie myśl niezbyt może hmmm… popularna? Jakie to szczęście, że mam Żonę, stabilną sytuację emocjonalną, rodzinę i nie muszę się starać, prężyć, ćwiczyć biceps i triceps, nie muszę golić klatki piersiowej, a mogę mieć lekko wystający (przyznajmy to wreszcie) owłosiony brzuszek.

Już nic nie muszę.


Ufff

wtorek, 23 lipca 2013

Z sakwojaża obieżyświata


Jesteśmy w Kaliszu. Podróż oczywiście mija szybciutko, bo 2 godziny spokojnej jazdy to pestka z masłem, ale tradycyjnie robimy sobie przerwę na szajka i lody w jarocińskim McDonaldzie. Upał, skwar, trafiła nam się pogoda, więc czujemy usprawiedliwieni. My, konsumenci globalnego potentata w serwowaniu śmieciowego żarła…

Jedna niemiła przygoda – Kalina uśmiechnęła się szeroko i słonecznie do pani „kelnerki”, a ta przyniosła jej balon. Zwykły, przymocowany do plastikowego pałąka. I wszystko byłoby OK., gdyby nie fakt, że balon przyozdobiony był podobizną clowna, wyszczerzonego w kierunku potencjalnych klientów.

Zawsze opowieści o czyjejś fobii na punkcie clownów uznawałem za przejaw przewrażliwienia, a tu okazuje się, że moja Córa wpada w panikę, a potem w odrętwienie, gdy tylko zbliży się do niej ktoś z pomalowaną twarzą i z peruką na głowie. To jeszcze nic – wystarczy obrazek, figurka, zarys, a mamy z Kaliną regularną sesję psychoterapii.

Tak więc wycofaliśmy się z restauracji, Córa wczepiła się w we mnie i najchętniej resztę trasy
pokonałaby siedząc u mnie na kolanach i pomagając mi kierować samochodem.


Pierwszy pełny dzień zaczęliśmy od wizyty na tzw. „Ryneczku.” Niewielkim zadaszonym targowisku, gdzie można kupić świeże, miejmy nadzieję, że „niepryskane” owoce i warzywa. Pieczywo, ale też bambosze, majtki, stare filmy na VHS-ach, biustonosze, niemieckie proszki do prania i gazety.

Moja Mama jest tam stałą bywalczynią i zna większość sprzedających. Nie daje się okpić, twardo negocjuje cenę ziemniaków lub ogórków. Nie ma z nią lekko ten, kto próbuje jej coś  nieświeżego lub niepełnowartościowego sprzedać.

Pojechaliśmy w czwórkę – ja, Ojciec, Mama, Tymek. 7 rano, bo oczywiście Synek postanowił obudzić się o 5:20 rano. (Gdybym był ateistą, miałbym właśnie dowód na to, że Bóg dobry i miłosierny nie istnieje.)

Podchodzimy do jednego zażywnego dżentelmena, który wygląda, jakby żywcem go wycięto z planu serialu czechosłowackiego „Pod jednym dachem.” Wesołkowaty, niedbale ubrany, w okularach z cyklu „denka od słoików.”

- Po ile kartofle? – pyta Mama.

- Jeden i półtora – mówi facet – taniej nie będzie. Jeszcze dwa tygodnie taka cena. Dobre. Jeszcze pani wróci. Ogórków? Kopru? Chrzanu? – dopytuje.

- Chrzanu nie potrzebujemy – wtrąca się mój Ojciec, znany Wam wesołek – Mamy sąsiada. Chrzan się nazywa.

(Serio, mamy takiego sąsiada. Moi bracia chodzili z jego dziećmi do szkoły)

- Sąsiad Chrzan? – chce się upewnić handlarz – To do słoika go od razu! A dla ciebie, młody? – mówi do mnie.

- My jesteśmy wszyscy razem – odpowiadam.

- A! To wy jesteście jedna organizacja!

 I wszyscy w śmiech. Takie kaliskie poczucie humoru. Mówię Wam, tak mi się spodobało to określenie, że ho ho!


Regularnie odwiedzamy się z „organizacją” mojego brata. Jego dzieciaki doskonale dogadują się z naszymi, więc przez jakiś czas potrafią zająć się sobą, a dorośli mają czas na chwilkę odpoczynku od nadzoru wychowawczego. Chociaż zdarzają się rzecz jasna drobne sprzeczki i nieporozumienia, wybuchy zazdrości i żalu.

Córka brata, Marysia, wiek 1,5 roku, w pewnym momencie zaczęła być jakoś mocno absorbująca. Zaczęła krzyczeć czy coś w tym rodzaju. W każdym razie wszyscy nagle się nią zainteresowali. Tymek, który lubi, jak na nim właśnie skupia się uwaga, zdenerwował się i wyrzucić z siebie wielką pretensję:

- Co to ma znaczyć! Takie małe dzieci i tak krzyczą! Kto to produkuje takie małe niegrzeczne dzieci?!

No, zastanówmy się wspólnie nad tą kwestią…

Z wstrząsających nagłówków prasowych niewiele udało mi się upolować. W zasadzie nic. Kiedyś to legendarny już „Traktorzysta, który sam sobie po nodze przejechał”, innym razem „Sąsiad sąsiadowi wbił gwóźdź w oko” lub „Ukradziono z lasu kilometr kabla sejsmicznego.”

Teraz? Posucha. Jedynie ciekawa opowieść o tym, jak kobieta obchodząca urodziny odkryła następnego dnia w swoim domu nieznajomego, który wszedł jej do chaty, rozsiadł się w kuchni i wcinał resztki tortu. AUTENTYK.

Ciąg dalszy nastąpi niewątpliwie...

wtorek, 16 lipca 2013

Ignorując zapisy nowej ustawy o odpadach,

jak co roku wracam na stare śmieci.

Jadę dziś z Żoną i dzieciakami do moich Rodziców.

Do Kalisza.

Przywiozę niezły, mam nadzieję, materiał.

A w poprzednich latach było tak (kliknij) i tak (kliknij).

Pozdrawiam i do zobaczenia!


niedziela, 14 lipca 2013

Siła ojcostwa

Sobota. 

Dzień, gdy można wszystko podobno wolno, a nic nie trzeba... Kurde, nie wiem, kto wymyślił podobny komunał, ale w naszym domu (jak pewnie w większości "stabilnych" domostw) sobota to dzień sprzątania.

Niestety...

Trudno, nic na to nie poradzę, że nie lubię. No nie lubię - jak zastrzyków w dziąsło, niezapowiedzianych gości i Sylwestra (tego przed Nowym Rokiem).

Dziś też coś tam trzeba było posprzątać. Papiery szkolne z biurka, salon, szyby w biblioteczkach. Zawsze gdzieś sobie brud i entropia gniazdo uwiją. Jednak tym razem nie towarzyszyłem Żonie w walce o czystość i porządek, zabrałem dzieciaki na basen.

Uprzedzam słowa krytyki - wyjazd na basen z dwójką małych dzieci (trzylatka i pięciolatek) to jest prawdziwy combat, żadne to tamto, jest co ogarniać. Kto ma pociechy w podobnym wieku lub miał  - wie, o czym mówię.

Baseny mają to do siebie, że łatwiej i przyjemniej się tam wchodzi niż stamtąd wychodzi. Wchodzimy i serią błyskawicznych, zamaszystych ruchów zrzucamy ubrania. Ja i Tymek przyjechaliśmy już w kąpielówkach, więc jesteśmy gotowi niemal natychmiast. Jeszcze tylko Kalinie kąpieluszkę i wio! Do wody!

Nie chcę nikogo zanudzać relacją, kto ile razy się wody opił, ile razy wrzeszczał, gdy wpływaliśmy do "rwącej rzeki", czyli koryta, przez które rwał naprawdę silny nurt, kto unosił się w kole ratunkowym, a komu wystarczyły nadmuchiwane rękawki.

Zło zaczęło się, gdy trzeba było iść do szatni. I to jest ta mroczniejsza strona wypadów na basen - trzeba spłukać z dzieciaków chlor pod prysznicem, trzeba je dokładnie wytrzeć, trzeba ubrać w suche ubrania, mokre zdjąć i zawinąć w ręczniki, wysuszyć włosy, nie poślizgnąć się na mokrych płytkach - wszystko to w ciasnej przestrzeni szatni dzielonej najczęściej z kilkoma innymi amatorami kąpieli.

Na szczęście jakoś dałem sobie radę. Tymek jest już na tyle duży, że w kryzysowych sytuacjach potrafi się bezwzględnie podporządkować. Gorzej z Kaliną - tej, gdy się uprze, godzinami coś można tłumaczyć, a efekt jest zerowy.

W szatni do ściany przymocowano taki oto przewijak. Kalina chciała KONIECZNIE na nim się przebierać.


To dość solidna i funkcjonalna konstrukcja. Zazwyczaj jej dolna część jest złożona i wtedy nie zajmuje za dużo miejsca. Zazwyczaj łatwo się rozkłada, ale dziwnym trafem za każdym razem miewałem kłopoty z rozłożeniem całości. Po bokach są takie plastikowe "zatrzaski", które zabezpieczają przed przypadkowym otwarciem się całości i one, moim zdaniem, były przyczyną wiecznych wojen, jakie toczyłem z tym sprzętem. 

Wczoraj zabezpieczenia trzymały tak dobrze, że nie mogłem sobie z nimi poradzić. Nie dość, że przyskrzyniłem sobie palec, usiłując odgiąć uparty kawałek plastiku (opuchlizna prawie zeszła...), to jeszcze w ataku furii szarpnąłem za mocno i... wyrwałem przewijak ze ściany! Nie chciałem, Wysoki Sądzie.

Proszę mnie zrozumieć. Jedno dziecko płacze zawinięte w ręcznik, drugie ręcznikiem, którym się miało wytrzeć, wyciera podłogę, a ja tkwię unieruchomiony z palcem przytrzaśniętym przez dziecięcy przewijak. No każdy by się wściekł!


W końcu opanowałem sytuację - dzieciaki wyszły na zewnątrz suche, wykąpane, zadowolone i zmęczone. A ja? Nawet nie zdążyłem się wytrzeć. I nawet nie wiem, czy to woda czy pot spływał mi po plecach...

Wychodząc, rzuciłem kobiecie w kasie, że w szatni takiej to a takiej obluzowały się śruby przytrzymujące przewijak, więc trzeba coś z tym zrobić, i z poczuciem spełnionego obowiązku ruszyłem z dzieciakami na parking.

Po drodze niczego więcej nie zepsułem. Przysięgam.

czwartek, 11 lipca 2013

Urywki ostatniości XII

I

Tak więc od tygodnia niemal jeżdżę do szwagra dwa razy dziennie i karmię młodego głupiutkiego labradora. Generalnie piesek jest kochany. Miły, wesoły, energiczny. Postanowiłem zabawić się wczoraj w trenera (?) psiego i nauczyć go prostej sztuczki, co by się właściciele zdziwili, jak to ich pociecha się rozwinęła pod nieobecność państwa.

- Podaj łapę! - mówię - Łapę! Nie łapy! Nie skacz. Siad! Dobrze! Nie skacz! Patrz mi w oczy! Dobrze. Podaj łapę. Łapę! To jest łapa! Podaj łapę! Nie nie gryź! Łapę! Tę łapę!

Pies chyba jeszcze nie jest gotowy do tak skomplikowanych operacji, natomiast jedną sztuczkę wykonuje bezbłędnie. Bez jakiejkolwiek komendy usiłuje zdjąć mi zębami zegarek z ręki.

II

Cudownie jest teraz przekomarzać się z Córą, Kaliną. Młoda ma już swoje zdanie, swoje własne powiedzonka, kształtuj jej się idiolekt.

- Jak tam, misiaczku? - zagaduję ją niezobowiązująco.

- Ja nie jestem misiaczkiem! - woła.

- Nie jesteś?

- Nie jestem!

- Wiem, ty jesteś Kalina - mówię, starając się ją udobruchać.

- Amen!

Autentyk.

wtorek, 9 lipca 2013

Prosta kanikuła

Dziś żeśmy poszaleli. Wielkie miasto. Poznań! Pojechaliśmy całą rodziną pokazać dzieciakom tramwaje, wieżowce i ratusz, na szczycie którego o godzinie 12 w południe pojedynkują się dwa koziołki. 

Brzmi to rzecz jasna jak początek wywodu jakiegoś prostaczka, który przeżywa wyjazd do Dużego Miasta (ok, umówmy się, w skali europejskiej stolica Wielkopolski wcale jakaś tam spora nie jest), ale faktem jest, że mało jesteśmy mobilni i choć Poznań mamy na wyciągnięcie ręki, jeździmy tam rzadko. A ja to już w ogóle prowincjusz jestem, który w dużymi mieście czuje się źle, narzeka na hałas, ciżbę i odległości.

Przyjechaliśmy. Na szczęście nie załapaliśmy się na największą spiekotę, ale i tak słońce dało nam popalić. Trzeba było szukać cienia, łapać podmuchy wiatru. 

Po drodze na Stary Rynek Tymek znalazł się w strefie przyciągania jednego z najbardziej znanych poznańskich pomników, "Starego Marycha" i, rzecz jasna, musiał usiąść (jak każdy) na bagażniku pomnikowego roweru.


Na Placu Wolności rozbito "punkt zabaw" dla dzieci i nie tylko. Rozłożono zadaszenie, leżaki, nawet kilka hamaków i masę puf wypełnionych styropianowymi kulkami. Jakieś namiastki knajpek, duża scena obudowana reflektorami i poważnym systemem nagłośnienia - trwa festiwal teatralny Malta, więc coś tam się ma dziać wieczorem.

Dzieciakom oczywiście najbardziej podobało się stanowisko sponsorowane przez jakaś firmę meblarską. Pełno drewnianych elementów, śrubek, kołków etc, które można ze sobą dowolnie łączyć, skręcać, zbijać młotkami. Synek rzecz jasna złożył model wiatraka. 


Upał się wzmógł, więc dzieciaki szybko trzeba było przywrócić do stanu używalności, by zdążyć na Stary Rynek na godzinę 12. Musiały sobie nieco odpocząć w takich warunkach komfortowych:



Potem sprint pod ratusz, gdzie tabuny turystów podziwiały widowisko z drewnianymi koziołkami. Naszym dzieciakom też się podobało, więc cali zadowoleni poszliśmy na obiad do... baru mlecznego. I to był jeden z najlepszych pomysłów tego dnia. 

Potomstwo się najadło, rodzice też niemal, a zapłaciliśmy za wszystko prawie tyle, co za JEDNĄ dużą mrożoną kawę w STARBUCKSie, na którą miałem sporą ochotę. Nie ma co...

Ale żeby zamknąć wątek finansowy dodajmy, że Tymek znalazł w jednej z dużych galerii handlowych (tam zaparkowaliśmy) 20 złotych. Leżało, bezpańskie...

Tak więc opłacało się jechać do Dużego Miasta! 

;-)

To pisałem ja, prostaczek z prowincji.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Co będzie dalej?

Jak ostatnio pisałem o "energetyzującej" piance do golenia, to myślałem, że temat się wyczerpał. Ale nie! Rzeczywistość przegoniła wyobraźnię. Wyobraźcie sobie, że przysłało mi jedno wydawnictwo książkę do recenzji, a w pakiecie z książką ...


Próbka kremu do cery dojrzałej 40 + i... masło do ciała.

Ok, świadomie teraz robię z siebie ignoranta i dyletanta, ale tak mi przyszło do głowy, że rano się pianką do golenia pobudzę, a na śniadanie bułkę z masłem wciągnę.

Wiem, suchary jakich mało, ale nie mogłem się powstrzymać. Tak samo nie mogłem, gdy kiedyś kupiłem na Allegro książkę uhonorowaną nagrodą Nike, "Pióropusz" Mariana Pilota. Wtedy dodano do powieści saszetkę kawy. 

"Książka jest aż tak nudna?" - myślę sobie złośliwie, ale niestety proroczo. Książka nie nadawała się do czytania. Jedna z największych pomyłek czytelniczych.

A jak będzie z tym masłem i kremem 40+? Zobaczymy...

Pa!

sobota, 6 lipca 2013

Widok na lipiec

Pierwszy tydzień wakacji za nami. 

To zaiste piękny widok, gdy kalendarz wiszący w kuchni jest "pusty", a jedyne zapiski, jakie wstawiamy w kolejne kratki, brzmią  na przykład "fryzjer." 

Tak, Żona poszła do fryzjera i wróciła odmieniona. Raczej długie włosy ścięła na raczej krótkie. Nie jest źle. Jej się podoba, to najważniejsze, a ja już się przyzwyczaiłem. Ok. Chociaż nie ukrywam, że mam w temacie włosów, w ogóle owłosienia, dość konserwatywne poglądy. Moim patronem zdaje się być Pablo Picasso, który stwierdził, że na jego rysunkach kobiety muszą mieć długie włosy a mężczyźni brody. Mniej więcej tak:


I choć sam nigdy brody nie zapuścił, rzeczywiście na większości jego prac widać, kto chłop a kto baba.

Jednak podejrzewam, że dziś miałby spore problemy z oddaniem hmmm... złożoności rzeczywistości:


Co do samego kalendarza, nie tylko fryzjer został tam odnotowany. Tymek się rozchorował, angina go trafiła i biedaczynę męczy piekielny kaszel. Musi się trzymać, bo za tydzień jedziemy do Kalisza, do moich Rodziców, i młody musi być w formie. 

Dwie siostry mojej Żony pojechały właśnie z dziećmi nad morze. My pewnie też się wybierzemy, ale to dopiero pieśń przyszłości. Tymczasem mamy dość ciekawy obowiązek do spełniania - jedna z sióstr zafundowała sobie niedawno psa, uroczego labradora o słowiańskim imieniu Igor. No i musimy dwa razy dziennie Igora jechać karmić, by się nie zmarnował chłopina przez tydzień nieobecności właścicieli. 

Cóż, to chyba tyle nowości. Pointy proszę nie oczekiwać, bo nie.

Do zo!

piątek, 5 lipca 2013

Po szerokim szukał świecie...

No jestem. Odblokowany.

Dokonując dziś rano rytualnej rzezi, którą laicy nazywają goleniem, odkryłem coś, na co wcześniej nie zwróciłem uwagi. Wziąłem do ręki puszkę z kremem do golenia i...


WARS CLASSIC

Pianka do golenia

ENERGETYZUJĄCA

A ja głupi zastanawiam się, czym zastąpić kawę, od której jestem ciężko uzależniony. Zielona herbata? Czarna mocna herbata? Napoje energetyzujące na bazie guarany?

Nie.

Wystarczy pianka do golenia, której "męski zapach gwarantuje maksymalną dawkę energii i witalność przez cały dzień."

Gdy więc dziś wieczorem poczuję się wypompowany całym dniem z dwójką dzieci, pójdę do łazienki i się ogolę.

To oczywiste przecież.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Spadanie

Spada mi.

Spada liczba publikowanych tu postów, spada liczba komentarzy, spada ilość wejść. Spada forma. Moja forma bloggera.

Kiedyś mogłem coś tam podejrzeć, podsłuchać - teraz mnie ludzie przeganiają...

;-)

Może się odmieni. Wakacje coś nowego przyniosą, ale planuję je spędzić z książkami, więc na niewiele atrakcji liczę.

Życie mi się otrzaskało.

No to nic... Spadam...

Do zo!