wtorek, 11 czerwca 2013

Żyj szybko, umieraj...

Ostatnio Pan Prezydent zaangażował się w walkę z niżem demograficznym i przedłużył urlop dla młodych mam. I dobrze. Chociaż przydałoby się dużo więcej prezentów. Tańsze ubranka, tańsze jedzonko, tańsze bilety, większe ulgi dla dzieciatych w ogóle. Przydałoby się długofalowo zainwestować w dzietność, toż to sprawa priorytetowa, a nie robić pół kroku tylko, choć przyznajmy, że w dobrym kierunku.  

Sam Komorowski spłodził gromadkę dzieci, pięcioro. Jakby każda młoda rodzinka miała chociaż połowę tej liczby pociech (nie 2,5 dziecka, ale odpowiednio 2 lub 3), nie bylibyśmy w tak czarnej demograficznej dupie. A jesteśmy. To pewnik. 

Nie piszę tego, by się użalać, na coś skarżyć. Nie tym razem. Tym razem pocieszne wspomnienie z liceum. Bardzo w temacie jednak.

3 klasa. Powoli wchodzimy w dorosłość. Ale w tę najfajniejszą. Szumiącą i mamiącą wizjami szampańskiej zabawy. Zebraliśmy się z kumplami na ławce przed szkołą. Ciepło. Maj. Za rok matura. Wałkujemy temat przyszłości. 

- Ja wam mówię - zaczyna kolega Robert - żyć warto tylko do trzydziestki. Potem już jest chujowo. Bez sensu. Ja, jak będę miał trzydzieści lat, to się zabiję i spokój będzie.

Kiwamy głowami, szukając sensu w tych słowach. A tymczasem odzywa się drugi kolega:

- Nie, trzydziestka jest jeszcze OK. Ja jak dożyję czterdziestki, to z sobą skończę. 

A pointa tej historii jest taka. Obaj żyją, pierwszy przekroczył już trzydziestkę, drugi czeka na czterdziesty rok życia. 

Obaj zostali młodymi tatusiami tuż przed maturą. 

9 komentarzy:

  1. Gdybym miał tak ocenić, to najlepsza zabawa była mniej więcej do 26 roku życia. Do końca studiów znaczy. Wolność, brak zobowiązań, obowiązki były przyjemniejsze a przyjemności były obowiązkową częścią życia. A później - wiadomo: praca, rodzina, kredyt, psujący się samochód, rachunki za gaz, remonty, inwestycje... Nie, żeby od razu w łeb sobie palnąć, ale uroki życia są dziś zupełnie inne, niż kiedyś.
    Koledzy, jak rozumiem, też te uroki odnaleźli...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a ja jak słyszę podobne zdania to mi smutno i nie chcę tak... nic tylko tęsknić do starych czasów ;) jasne, życie się zmienia. jak się ma dziecko, kredyt, samochód to jest inaczej niż na studiach, czy w ogóle jak się miało 17 lat (piękny wiek :))
      Jednak uparcie twierdzę, że każdy etap coś w sobie ma. jakiś swój specyficzny rodzaj zabawy :)
      btw jak byłam nastolatką twierdziłam, że dobrze jest umrzeć w wieku 27 lat :)

      Usuń
    2. Ale ja nie twierdzę, że teraz jest źle. Jest inaczej i pod pewnymi względami trudniej. Kiedyś była lepsza zabawa, nie da się ukryć. Nie twierdzę jednak, że życie polega na zabawie. Twierdzę, jedynie, że miło by było, gdyby polegało.
      Chodziło mi o to, że jeśli już przyjmować jakąś cezurę, to właśnie taką. Nie 30, nie 40, ale - i tu chyba Ty masz rację - 27. Jak Jim Morrison, Janis Joplin, Hendrix, Wojaczek, Kurt Cobain - idole nastolatków :-)

      Usuń
  2. No to korzystali z życie przed maturą ci koledzy, nie ma co.

    I takie coś by się przydało, a propos wymienianych przez ciebie must-have'ów:

    http://www.bbc.co.uk/news/magazine-22751415

    OdpowiedzUsuń
  3. A ten przedłużony urlop to na koszt pracodawców, więc się nie liczy jako prezent.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czyli może dzieci im tyłki uratowały! :), żeby nie powiedzieć dramatycznie życie!

    OdpowiedzUsuń
  5. Tatusiami przed maturą... Powinni zatem palnąć sobie w łeb przed dwudziestką.

    OdpowiedzUsuń
  6. przed maturą, oj to się postarali, ja mam 33 "za młoda na sen, za stara na grzech"? ;) życie zaczyna się po 40-stce, przed sobie zrobię drugie dziecko i mając 45 zacznę szaleć :D

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.