niedziela, 2 czerwca 2013

Taka niedziela, taka...

Finał tego raczej burzowo-deszczowego weekendu był miły. Cały dzień słoneczko, więc dzieciaki trzeba było wystawić na zewnątrz, niech się nałykają powietrza, niech lepiej śpią potem. (Zważywszy na to, że Tymek budzi się dzień w dzień o 5:30, można wywnioskować, że jest klasycznie niedotleniony.)


Mamy szczęście. My, rodzice, że mieszkamy tuż obok tzw. ogródka jordanowskiego, czyli sporego placu zabaw, jaki z woli włodarzy naszego miasta przeszedł gruntowną metamorfozę. Z upiornie brzydkiego, niemal komunistycznego, skansenu w nowoczesny, kolorowy, bezpieczny teren dla młodszych i starszych dzieci.


Od miesiąca naszą okolicę odwiedzają dzieciaki z innych ulic. Mamy i tatusiowie się pozdrawiają, jakieś przelotne znajomości się tworzą (Mówię Wam, miejcie dzieci! Z dzieckiem poznaje się ludzi łatwiej niż wychodząc z psem na spacer. Nie wspominając kotów...), w słoneczne dni gwar, dziecięce piski, krzyki, czasem płacz zza płotu sygnalizują, że gdzieś są te dzieci się komuś jednak urodziły i może nie wymrze nam Polska za szybko.

Nasze pociechy mają szczęście, bo tuż obok mieszka sporo dzieciaków, nawet koleżanka z przedszkola Tymka. Całe wakacje, oby słoneczne, na placu zabaw mamy zaplanowane.

Flashmob w piaskownicy

Nieco smutna historia teraz. Znaleźliśmy wróbla. Serio. Średniej wielkości ptak, którego o mały włos nie rozdeptałem na placu zabaw. Nie wiem, czy wypadł z gniazda, czy był zbyt słaby, by wzbić się w powietrze, czy jakiś taki w ogóle nie taki... Nie wiem.

Pokazałem tego nieszczęśnika Tymkowi. Ten zapalił się do pomysłu, żeby wróbelka do domu wziąć, zbudować mu klatkę z kartonów po butach, karmić go i ... no, po prostu mieć. 

- Mogę dać mu imię? - pyta Tymek.

- Jasne - odpowiadam.

- Dam mu na imię Jarek. To dobre imię dla wróbelka.

Wróbel Jarek...

...i jego tymczasowy dom.


Cóż, starałem się jak mogłem, by wymyślić, co tu z naszym nieszczęśnikiem zrobić. Jakbym znalazł konia lub świnię, to pewnie do weterynarza bym zadzwonił, ale wróbel? Kto się przejmie wróbelkiem oprócz takiego głupka jak ja? Trzeba go było nie ruszać, powtarzałem sobie, trzeba było...

Podrzucałem go do góry, by w końcu załapał, na czym polega latanie. Ten tylko lotem koszącym na trawnikiem fruuuuu i lądował niezbyt pewnie. Podtykałem mu okruszki chleba. Nie jadł. Żałośnie ćwierkał i tyle.

Kalina, gdy zobaczyła ptaszka w pudełku, zawołała:

- Ale wróbelek! Ten wróbelek ma na imię Franciszek! - odwróciła się i poszła sobie. Jakoś los ptaszyny jej nie wzruszył. Tymek na szczęście też jakoś nie protestował, gdy zostawiłem pierzaste nieszczęście w zaroślach w kącie ogrodu. 

Okoliczne koty, które nas chętnie odwiedzają... Ech, nawet nie kończę.

Ale żeby nie było tak depresyjnie, wrzucę coś, w co bym nie uwierzył, gdyby tego nie widział na własne oczy i dodatkowo nie sfotografował. Tymek nauczył się rysował coś więcej niż tylko wentylatory, zasilacze, kable, przedłużacze bębnowe etc.

Z okazji Dnia Mamy narysował... mój portret. Brzmi paradoksalnie, ale tak to właśnie wyszło. Wyglądam tak:



Odmłodził mnie nieco, ale za to podpisał samodzielnie. Duma ojca taka rozpiera, że mi się w poście jednym nie chce zmieścić.

Więc kończę!


12 komentarzy:

  1. Też jako dzieciak znalazłem ptaka (to chyba kos był, czy coś w tym rodzaju) - niestety nie przeżył nocy i musiałem urządzić mu pogrzeb...
    M.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojoj, to taka podstawa ornitologiczna, że ptaki się uczą latać i czasem z gniazda się im wypadnie, ale rodzice ich nigdy NIE ZOSTAWIAJĄ. Karmią, obserwują z góry, etc. O ile się ich nie zabierze, co ludzie najczęściej czynią :(.
    Zamiast odstawić pod NAJBLIŻSZE miejscu znalezienia zarośle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurde, mój błąd... Ech, dzięki za info konkretne.

      pzdr

      Usuń
  3. Wróbelek biedny...
    Przynajmniej portret świetny!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wygląda to, Antku, jakbyś miał pióropusz na głowie... ino trochę skąpy.
    A co do wróbelkowych imion - Franciszek to by mi jeszcze pasowało, bo znam takiego Franusia, który ma półtora roku i ślicznie piszczy z zachwytu... jako i ten wróbelek. Ale mojego kolegi Jarka to już bym wróbelkiem nie nazwała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwsza wersja portretu zakładała istnienie tylko 4 (!) włosów.

      Usuń
  5. no widzisz, trzeba było tego wróbla do mnie do Kurnika podrzucić....od wróbla byśmy zaczęli a jakby się udało to wtedy kury ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Następnym razem tak mu ustawię GPS, że natychmiast trafi...

      Usuń
  6. Okruszków nie ma co dawać. Żółtko z białym serem rozrabiamy, robimy z tego małe kuleczki i wtykamy do dzioba. Nie chce jeść - ostrożnie rozchylamy. Info udziela facet ze schroniska dla dzikich ptaków w Przemyślu, numer jest w necie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wróbelka można było odwieźć do ptasiego szpitala, przy wejściu do nowego ZOO w Poznaniu. :-)

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.