piątek, 14 czerwca 2013

Taka dedykacja


To jedna z nielicznych książek z dedykacją, jakie mam w swoim księgozbiorze. Nigdy mnie jakoś spotkania live z pisarzami nie podniecały, nie mówiąc już o polowaniu na autografy. Ja nie z tych...

Jednak wyżej pokazany obrazek w pewnym momencie mojego życia zaczął wydawać mi się wstrząsającym dowodem...czego? Sam do końca nie wiem.

11.5.75. Białystok. Odbywają się jakieś Dni Książki czy coś w ten deseń. Moja Mama, Irena, z domu Lis (tak, jakbym nosił panieńskie nazwisko mojej Mamy, to nazywałbym się jak pewien ultrawkurzający dziennikarz telewizyjno-prasowy) dostaje autograf od jednego z najlepszych ówczesnych polskich prozaików, Edwarda Redlińskiego. Na stronie tytułowej jego  kapitalnej przezabawnej powieści "Awans."

Na dedykacji schematyczny rysunek - domek, obok domku samochód. Strzałki pędzące w przestrzeń.  Dopisek - sami widzicie - "Nie życzy."

Ale czego nie życzy? Kiedyś myślałem, że jakiejś legendarnej małej stabilizacji - domku, ogródka, małego fiata zamiast marzeń i pragnień. Może to? Wszak połowa lat 70 to przecież usilne zabiegi władzy, by obywatelom lepiej się żyło...

A może to "nie życzy" odnosi się do wyjazdu? Autor nie życzył mojej Mamie (przyszłej, bo urodziłem się dokładnie 2,5 roku później) wyjazdu z rodzinnych stron? Z Mazur? 

Czyli co? Nie spełniły się nie-życzenia, skoro moja Mama poznała mojego Tatę i osiedlili się w sercu Wielkopolski?

Parę ładnych lat temu moja Mama, już wtedy szczęśliwa świeża emerytka, wypuściwszy na świat dorosłych już synków, powiedziała mi, że na miesiąc chce pojechać do swoich rodziców na Mazury właśnie. Chce wrócić, bo nigdy nie czuła się w Kaliszu jak w domu, tam jest jej dom, rodzice, brat etc. Mówiła mi to, nie czując pewnie, jak dziwnie to brzmi. Bo niby jak? To kim my, ja, moi bracia i mój Tata, dla niej byliśmy? Jakimś zdaniem wtrąconym? Niechcianym przerywnikiem? Nieswojo mi się zrobiło, ale zachowałem typowy dla naszych układów dystans i spokój.

No i moja Mama pojechała na te Mazury, posiedziała tydzień i...po tygodniu dzwoni, że tęskni, że dom to jednak tam, gdzie najbliżsi i że za parę dni wraca. No i wróciła.

A dedykacja? Nigdy o nią Mamy nie pytałem dokładnie. Znam tylko okoliczności. Sensu dedykacji nie znam. 

Prawdy nie znam. Nie potrzebuję jej.

Wolę ją sobie wymyślić. 

7 komentarzy:

  1. Czy dobrze widzę: na daszku też coś jest napisane?

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też nie jestem hieną na autografy, ale jak się raz na jakiś czas trafi "cosik" to... jakkolwiek miło mieć książkę dedykowaną imiennie w swojej biblioteczce :)

    Pozdrawiam i spokojnego weekendu życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. A mnie by zeżarła ciekawość, cóż autor miał na myśli.

    OdpowiedzUsuń
  4. To jeszcze nic. w "Konopielce" autor napisał "Skomplikowanego życia"!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciekawa historia. A widzisz, miałbyś na nazwisko Lis...

    OdpowiedzUsuń
  6. A dach domku przykrywa jakiś napis, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  7. Duchowy dom jest tam, gdzie spędziło się dzieciństwo. I całe życie się tam wraca, choćby tylko we wspomnieniach. Gdy wraca się tam w rzeczywistości - następuje zgrzyt, jakaś niespójność i niezgodność ze stanem zastanym. Czasem warto wrócić. By przewartościować i poukładać.

    Serdeczności!

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.