niedziela, 23 czerwca 2013

Krwawa kiełbasa, part I

OK (tak zacznę imperialistycznie), po trzech dniach spędzonych z dwójką rodowitych Amerykanów, stwierdzam, że można być gramatycznym heretykiem, posługiwać się tylko trzema czasami (zamiast pierdylionem czasów, jakimi dysponuje język angielski), można mieć kłopoty ze stroną bierną, nieregularnymi czasownikami etc., i można się doskonale dogadać. True story!

Przyjechali w piętek wieczorem. Debra i Bob. Roczniki 1951 i 1954. Przypomnijmy - Debra zaczęła w pewnym momencie swojego życia szukać swoich europejskich korzeni. Traf chciał, że udało im się znaleźć pracę w Lipsku. W USA są już emerytami i pobierają świadczenia odpowiednie, ale w Niemczech pracują na pełen etat. Bob jest dyrektorem oddziału nauczania początkowego. Debra jest odpowiedzialna za nauczanie tzw. parentingu, czyli przygotowuje rodziców do ról matki i ojca. Co ciekawe, Debra przez 75% swojej kariery zawodowej była kimś w rodzaju dentystki, dopiero na "starość" się przekwalifikowała. I dobrze na tym wyszła. Lepiej zarabia, praca jest ciekawsza i może pracować z mężem w jednej placówce.

W lipcu kończy się im kontrakt w Lipsku, więc jadą do Irlandii szukać rodziny Boba. Tak po prostu. A potem wracają do rodzinnych Stanów. Do Minnesoty, w której panują srogie zimy od początku listopada do połowy marca. Od listopada po marzec temperatura jest zawsze PONIŻEJ zera. Śnieg leży okragłe 5 miesięcy czasami. A my narzekamy na nasze zimy...

Dlaczego się zjawili? Gdy Debra odchowała już dzieci, poczuła zew swoich europejskich korzeni i zaczęła przekopywać się przez amerykańskie strony internetowe poświęcone genealogii. Benedyktyńska cierpliwość i odrobina szczęścia pozwoliły jej rozrysować całkiem spore drzewo genealogiczne, którego ważna gałąź wyrasta właśnie w moim miasteczku. 

Okazuje się, że w XVIII stuleciu mieli wspólnego przodka, potem drogi rodziny nieco się rozgałęziły, ale w domu po drugiej stronie ulicy mieszkała (chyba nie mylę czegoś...) kuzynka dziadka mojego Teścia, która wyjechała do USA pod koniec XIX wieku i otworzyła tam linię rodziny, którą wieńczą właśnie Debra, jej córki i wnuczęta.

Ufff.... To po polsku ciężko uchwycić. Zwłaszcza jak musieliśmy na jednym stole zbierać informacje z trzech różnych drzew genealogicznych, plus dwa drzewa ze stron internetowych. W głowie miałem mieszaninę dat, nazwisk i miejsc urodzenia. To przekładać z angielskiego na polski i na odwyrtkę stanowiło piekielnie trudne zadanie. Kurde, level: expert  mi się włączył i jakoś dałem radę.

Dodajmy do tego sprowadzonego jeszcze przez mojego Teścia odległego krewnego, który specjalnie na tę okazję zjawił się u nas ze swoim domowym archiwum. Obliczył on, że na świecie żyje/żyło około 43 tysięcy osób spokrewnionych bardzo, średnio lub słabo z rodziną mojego Teścia i Debry. Wszystko to sprawdził w przeróżnych archiwach i na zagranicznych stronach badających koligacje.

Cóż, zamieszanie było nieliche, ale odnieśliśmy parę cennych zwycięstw. Scaliliśmy informacje z różnych źródeł i rozpisaliśmy mniej więcej, jakimi drogami przenosiły się poszczególne nazwiska.  Debra się wzruszyła, gdy zobaczyła dom, w którym mieszkała jej polska "przodkini" i w ogóle było wzruszająco bardzo i zabawnie momentami, ale to w części drugiej opiszę, bo nie chcę przynudzać.

A "krwawa kiełbasa" z tytułu? To po angielsku kaszanka, którą uwielbiają. Ja raczej nie, choć gdy się trafi jakaś z ciekawą grupą krwi to można spróbować...

3 komentarze:

  1. Skomplikowane zadanie, ale jakie pasjonujące i pożyteczne. Poznajesz historię ludzi i dodatkowo szlifujesz angielski. Pozdr:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki. Myślę, że na angielskiej budowie bym sobie też poradził

      ;-)

      pzdr

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.