wtorek, 25 czerwca 2013

Jak pan Chwin Amerykę chciał odkryć, a do Indii trafił lub gdzieś indziej...

Na łamach Wyborczej ukazał się ostatnio dość ciekawy wywiad ze Stefanem Chwinem. Pisarzem, nauczycielem akademickim. Tworzyłem moją magisterkę w oparciu o jego książkę jedną, więc nazwisko mi to obojętne nie jest. Mniejsza zresztą o moje nastawienie. 

Wywiad przedstawia dość, być może, ryzykowne poglądy na temat mitu sukcesu, jakim karminy nasze dzieci. W domu i szkole słyszą: "Ucz się, ucz, bo nauka to potęgi klucz", natomiast rzeczywistość dość boleśnie weryfikuje tę obiegową mądrość. 

Początek wywiadu brzmi tak: 

- W szkole powinny być lekcje, na których uczniowie dowiadywaliby się, co to znaczy nieudane małżeństwo, co się może w takiej sytuacji zdarzyć i jak z tym żyć - mówi Stefan Chwin, pisarz i nauczyciel akademicki.

Dorota Karaś: Mówi pan, że polska szkoła bezkrytycznie ulega tyranii optymizmu, karmi uczniów złudzeniami...

Stefan Chwin: Nie tylko polska. Kiedy jakiś czas temu napisałem o tej sprawie, natychmiast pojawiły się przekłady mojego tekstu na różne języki. W internecie chodzi ostatnio przekład węgierski, jest też tłumaczenie japońskie, niemieckie, szwedzkie, litewskie. Wygląda więc na to, że dotknąłem jakiejś sprawy ogólniejszej, która może dotyczy całej zachodniej cywilizacji. Chodzi o to, że wszędzie oszukujemy nasze dzieci.

***

Tak sobie pomyślałem, że pan Chwin chyba do końca racji nie ma. W nocy (znów kłopoty ze snem) próbowałem przypomnieć sobie, jak to na moim przedmiocie "tyranizuję optymizmem" i popatrzcie co mi wyszło:

ROMANTYZM

- "Faust" - bohater przegrywa z własnym pędem ku wiedzy i nieśmiertelności. Kontrakt z Diabłem to kiepski pomysł...
- "Cierpienia młodego Wertera" - młody mężczyzna pudłuje, próbując się zastrzelić z powodu źle ulokowanych uczuć. Umiera cały dzień. 
- "Dziady" - jedna wielka sublimacja, bo na planie prawdziwej historii XIX wieku przegraliśmy jako naród  wszystko.
- "Kordian" - ma zabić cara i mdleje. Potem zamieniony w rosyjską marionetkę, trafia do wariatkowa, ma zostać rozstrzelany.
- "Nie-Boska komedia" - bohater przegrywa życie osobiste, a jako dowódca obozu arystokratów rzuca się w przepaść. Świat ratuje jak zawsze Chrystus.
- "Pan Tadeusz" - ok, tu jest raczej optymistycznie. Choć całość pisze emigrant dla innych emigrantów, którzy do Polski nie mają już po co wracać. 

POZYTYWIZM

- "Kamizelka" - on umiera, ona się wyprowadza. Łach dostaje w swoje ręce Żyd.
- "Mendel Gdański" - jego wnuk dostaje kamieniem w głowę, a on sam przestaje kochać Warszawę. Jakby można było ją kiedykolwiek kochać...
- "Lalka" - wszyscy przegrywają. Od góry do dołu...
- "Gloria victis" - chwała pokonanym. Muszę tłumaczyć?

MŁODA POLSKA

- "Wesele" - chocholi taniec i głupi Jasiu ze sznurem zamiast złotego rogu.
- "Chłopi" - Boryna stary umiera na polu, Jagna na gnoju za wsią, Antek... szkoda słów.
- "Ludzie bezdomni" - rozdarte piorunem drzewo. Judym idzie do biednych, narzeczona we łzach...

DWUDZIESTOLECIE

- "Granica" - samobójstwo Zenona, kochanka po aborcji, zdradzona żona.
- "Przedwiośnie" - Baryka idzie w stronę wycelowanych karabinów policji, cała reszta działań bez sensu.
- "Ferdydurke" - nie można uciec przed gębą i pupą.

Mamy jeszcze "Proces" z biednym Józefem K. "Dżumę", której się nie da pokonać ostatecznie. "Tango" z Edkiem terroryzującym rodzinę Stomilów. "Makbeta", którego zabił człowiek niezrodzony z łona kobiety...

(Literatury wojennej nawet nie wspominam, bo ludzie ludziom zgotowali ten los...)

Nic tylko załkać rzewnie, że nikt tych wszystkich budujących lektur nie czyta, więc dzieciaki w szkole nie wiedzą, że w życiu można też nie odnieść sukcesu...





12 komentarzy:

  1. "Treny" równie optymistyczne ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na końcu przychodzi babcia Urszulki z Urszulką i pocieszają Mistrza Jana. No, ale to jest sen, więc...

      Usuń
  2. Niezły bryk ;)
    Mnie tam szkoły optymizmu nie nauczyły, przeciwnie, wręcz przeciwnie. Nauczyły mnie obowiązkowości i interpretacji (z wierszy przeniosło się na życie)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę obowiązkowości. Mnie tego wciąż życie uczy, a ja ciągle powtarzam klasę...

      ech...

      Usuń
  3. można by tę listę wydłużać o kolejne tytuły, losy niewesołe, postaci przegrane...
    Optymistycznie chcielibyśmy, aby za pilną nauką szedł sukces. Realistycznie: czasem właśnie tak jest. Pesymistycznie - rzadko i najczęściej odnosi się to do ścisłowców.

    :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Może Chwinowi nie chodziło o treść lektur? Może miał na myśli przekaz płynący ze szkoły - o nim przecież mówi - a nie z literatury? Bo szkoła chyba uczy na podstawie tych lektur właśnie, jakich błędów się nie powinno popełniać (a jak się nie popełni, życie będzie przyjemniejsze), zresztą i z książek płynie nauka, że różne przywary i grzechy są prędzej czy później karane.
    Taki dajmy na to Makbet - źle kończy, jego żona również. Ale czy to nie optymistyczne w gruncie rzeczy, że zło zostało ukarane? Życie uczy często, że ci co po trupach idą do celu, zwykle dochodzą gdzie chcą i żyją długo i szczęśliwie, a przynajmniej dostatnio. Faust posunął się za daleko - ukarano jego przesadę. 'Dziady'? najbardziej zapadająca uczniom w pamięć część mówi o karach za przewiny. Zło znowu dostaje po nosie a nawet go za ten nos ciągnął przez całą wieczność.
    A szkoły na poziomie wyższych uczelni? Nie zaszczepiają optymizmu każąc się uczyć przyszłym pedagogom (pojadę przykładem własnym) i innym humanistom, czy już na wstępie nie puszczają optymistycznego oka, przyjmując rzesze studentów z których się rekrutują rzesze ludzi niemogących się odnaleźć na rynku pracy?
    A Ty? Nie wiem, czy z Ciebie jakiś straszny tyran, ale czy nie byłbyś bardziej szczery w stosunku do swoich licealistów, gdybyś im powiedział: słuchajcie, jesteście w pierwszej klasie, jeszcze nie jest za późno. Idźcie do technikum, do zawodówki nawet. Jeżdżąc koparką zarobicie dwa, trzy razy tyle, ile na pierwszej posadzie po studiach. No i fach w ręku jest nie do przecenienia, dużo więcej z niego pożytku, niż z tak zwanego wykształcenia...
    Myślę, że o taki optymizm mogło chodzić, podany nie-wprost. Choć nie wiem, wywiadu nie czytałem, bazuję na przytoczonym przez Ciebie fragmencie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zamykając "Makbeta" zawsze pytam o jedno - czy ta opowieść kończy się dobrze? czy naprawdę dobrze?

      Usuń
    2. Przykład pierwszy z brzegu ;-) Ale ogólnie - rozumiesz, o co mi chodzi?

      Usuń
  5. Miałam styczność z Panem Chwinem (a właściwie jego twórczością) w trakcie przygotowań do matury i to by było na tyle. Nie wiem czy w liceum czułam się karmiona złudzeniami, raczej przytłoczona tragediami każdej z tych lektur.

    OdpowiedzUsuń
  6. Masz całkowita rację, jeśli chodzi o lektury. One są martyrologiczno-tragiczno-przygnębiające. Chwin może miał na myśli obowiązujące stereotypy dla dzieci i młodzieży, zgodnie z którymi ślub zakochanych kończy etap zamętu i zagrożeń w ich życiu i wprowadza ich nawę na spokojne, uśmiechnięte wody stabilizacji, ciepła rodzinnego i słodkich poranków rozświetlanych promiennymi buziami zapewne niepokalanie poczętych dzieci. Tak się przecież kończą bajki - żyli długo i szczęśliwie. A w życiu jest odwrotnie. Ono dopiero zaczyna się serio w momencie związania się z kimś na stałe. Może o tym myślał Chwin.

    OdpowiedzUsuń
  7. Szczerość szczerością, ale istnieje też taki fajny wynalazek, który się instynktem samozachowawczym nazywa.

    Wyobrażasz sobie, że jakaś szkoła wyższa (taka "Wyższa Szkoła Wszystkiego i Niczego") powie swoim studentom, że ich dyplomami mogą najwyżej grilla rozpalić?

    OdpowiedzUsuń
  8. Wpajamy dzieciom nasz obraz szczęścia, a on zardzewiały już jest, i przestarzały, i wcale nam szczęścia nie dał...

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.