wtorek, 25 czerwca 2013

Jak pan Chwin Amerykę chciał odkryć, a do Indii trafił lub gdzieś indziej...

Na łamach Wyborczej ukazał się ostatnio dość ciekawy wywiad ze Stefanem Chwinem. Pisarzem, nauczycielem akademickim. Tworzyłem moją magisterkę w oparciu o jego książkę jedną, więc nazwisko mi to obojętne nie jest. Mniejsza zresztą o moje nastawienie. 

Wywiad przedstawia dość, być może, ryzykowne poglądy na temat mitu sukcesu, jakim karminy nasze dzieci. W domu i szkole słyszą: "Ucz się, ucz, bo nauka to potęgi klucz", natomiast rzeczywistość dość boleśnie weryfikuje tę obiegową mądrość. 

Początek wywiadu brzmi tak: 

- W szkole powinny być lekcje, na których uczniowie dowiadywaliby się, co to znaczy nieudane małżeństwo, co się może w takiej sytuacji zdarzyć i jak z tym żyć - mówi Stefan Chwin, pisarz i nauczyciel akademicki.

Dorota Karaś: Mówi pan, że polska szkoła bezkrytycznie ulega tyranii optymizmu, karmi uczniów złudzeniami...

Stefan Chwin: Nie tylko polska. Kiedy jakiś czas temu napisałem o tej sprawie, natychmiast pojawiły się przekłady mojego tekstu na różne języki. W internecie chodzi ostatnio przekład węgierski, jest też tłumaczenie japońskie, niemieckie, szwedzkie, litewskie. Wygląda więc na to, że dotknąłem jakiejś sprawy ogólniejszej, która może dotyczy całej zachodniej cywilizacji. Chodzi o to, że wszędzie oszukujemy nasze dzieci.

***

Tak sobie pomyślałem, że pan Chwin chyba do końca racji nie ma. W nocy (znów kłopoty ze snem) próbowałem przypomnieć sobie, jak to na moim przedmiocie "tyranizuję optymizmem" i popatrzcie co mi wyszło:

ROMANTYZM

- "Faust" - bohater przegrywa z własnym pędem ku wiedzy i nieśmiertelności. Kontrakt z Diabłem to kiepski pomysł...
- "Cierpienia młodego Wertera" - młody mężczyzna pudłuje, próbując się zastrzelić z powodu źle ulokowanych uczuć. Umiera cały dzień. 
- "Dziady" - jedna wielka sublimacja, bo na planie prawdziwej historii XIX wieku przegraliśmy jako naród  wszystko.
- "Kordian" - ma zabić cara i mdleje. Potem zamieniony w rosyjską marionetkę, trafia do wariatkowa, ma zostać rozstrzelany.
- "Nie-Boska komedia" - bohater przegrywa życie osobiste, a jako dowódca obozu arystokratów rzuca się w przepaść. Świat ratuje jak zawsze Chrystus.
- "Pan Tadeusz" - ok, tu jest raczej optymistycznie. Choć całość pisze emigrant dla innych emigrantów, którzy do Polski nie mają już po co wracać. 

POZYTYWIZM

- "Kamizelka" - on umiera, ona się wyprowadza. Łach dostaje w swoje ręce Żyd.
- "Mendel Gdański" - jego wnuk dostaje kamieniem w głowę, a on sam przestaje kochać Warszawę. Jakby można było ją kiedykolwiek kochać...
- "Lalka" - wszyscy przegrywają. Od góry do dołu...
- "Gloria victis" - chwała pokonanym. Muszę tłumaczyć?

MŁODA POLSKA

- "Wesele" - chocholi taniec i głupi Jasiu ze sznurem zamiast złotego rogu.
- "Chłopi" - Boryna stary umiera na polu, Jagna na gnoju za wsią, Antek... szkoda słów.
- "Ludzie bezdomni" - rozdarte piorunem drzewo. Judym idzie do biednych, narzeczona we łzach...

DWUDZIESTOLECIE

- "Granica" - samobójstwo Zenona, kochanka po aborcji, zdradzona żona.
- "Przedwiośnie" - Baryka idzie w stronę wycelowanych karabinów policji, cała reszta działań bez sensu.
- "Ferdydurke" - nie można uciec przed gębą i pupą.

Mamy jeszcze "Proces" z biednym Józefem K. "Dżumę", której się nie da pokonać ostatecznie. "Tango" z Edkiem terroryzującym rodzinę Stomilów. "Makbeta", którego zabił człowiek niezrodzony z łona kobiety...

(Literatury wojennej nawet nie wspominam, bo ludzie ludziom zgotowali ten los...)

Nic tylko załkać rzewnie, że nikt tych wszystkich budujących lektur nie czyta, więc dzieciaki w szkole nie wiedzą, że w życiu można też nie odnieść sukcesu...





niedziela, 23 czerwca 2013

Krwawa kiełbasa, part I

OK (tak zacznę imperialistycznie), po trzech dniach spędzonych z dwójką rodowitych Amerykanów, stwierdzam, że można być gramatycznym heretykiem, posługiwać się tylko trzema czasami (zamiast pierdylionem czasów, jakimi dysponuje język angielski), można mieć kłopoty ze stroną bierną, nieregularnymi czasownikami etc., i można się doskonale dogadać. True story!

Przyjechali w piętek wieczorem. Debra i Bob. Roczniki 1951 i 1954. Przypomnijmy - Debra zaczęła w pewnym momencie swojego życia szukać swoich europejskich korzeni. Traf chciał, że udało im się znaleźć pracę w Lipsku. W USA są już emerytami i pobierają świadczenia odpowiednie, ale w Niemczech pracują na pełen etat. Bob jest dyrektorem oddziału nauczania początkowego. Debra jest odpowiedzialna za nauczanie tzw. parentingu, czyli przygotowuje rodziców do ról matki i ojca. Co ciekawe, Debra przez 75% swojej kariery zawodowej była kimś w rodzaju dentystki, dopiero na "starość" się przekwalifikowała. I dobrze na tym wyszła. Lepiej zarabia, praca jest ciekawsza i może pracować z mężem w jednej placówce.

W lipcu kończy się im kontrakt w Lipsku, więc jadą do Irlandii szukać rodziny Boba. Tak po prostu. A potem wracają do rodzinnych Stanów. Do Minnesoty, w której panują srogie zimy od początku listopada do połowy marca. Od listopada po marzec temperatura jest zawsze PONIŻEJ zera. Śnieg leży okragłe 5 miesięcy czasami. A my narzekamy na nasze zimy...

Dlaczego się zjawili? Gdy Debra odchowała już dzieci, poczuła zew swoich europejskich korzeni i zaczęła przekopywać się przez amerykańskie strony internetowe poświęcone genealogii. Benedyktyńska cierpliwość i odrobina szczęścia pozwoliły jej rozrysować całkiem spore drzewo genealogiczne, którego ważna gałąź wyrasta właśnie w moim miasteczku. 

Okazuje się, że w XVIII stuleciu mieli wspólnego przodka, potem drogi rodziny nieco się rozgałęziły, ale w domu po drugiej stronie ulicy mieszkała (chyba nie mylę czegoś...) kuzynka dziadka mojego Teścia, która wyjechała do USA pod koniec XIX wieku i otworzyła tam linię rodziny, którą wieńczą właśnie Debra, jej córki i wnuczęta.

Ufff.... To po polsku ciężko uchwycić. Zwłaszcza jak musieliśmy na jednym stole zbierać informacje z trzech różnych drzew genealogicznych, plus dwa drzewa ze stron internetowych. W głowie miałem mieszaninę dat, nazwisk i miejsc urodzenia. To przekładać z angielskiego na polski i na odwyrtkę stanowiło piekielnie trudne zadanie. Kurde, level: expert  mi się włączył i jakoś dałem radę.

Dodajmy do tego sprowadzonego jeszcze przez mojego Teścia odległego krewnego, który specjalnie na tę okazję zjawił się u nas ze swoim domowym archiwum. Obliczył on, że na świecie żyje/żyło około 43 tysięcy osób spokrewnionych bardzo, średnio lub słabo z rodziną mojego Teścia i Debry. Wszystko to sprawdził w przeróżnych archiwach i na zagranicznych stronach badających koligacje.

Cóż, zamieszanie było nieliche, ale odnieśliśmy parę cennych zwycięstw. Scaliliśmy informacje z różnych źródeł i rozpisaliśmy mniej więcej, jakimi drogami przenosiły się poszczególne nazwiska.  Debra się wzruszyła, gdy zobaczyła dom, w którym mieszkała jej polska "przodkini" i w ogóle było wzruszająco bardzo i zabawnie momentami, ale to w części drugiej opiszę, bo nie chcę przynudzać.

A "krwawa kiełbasa" z tytułu? To po angielsku kaszanka, którą uwielbiają. Ja raczej nie, choć gdy się trafi jakaś z ciekawą grupą krwi to można spróbować...

czwartek, 20 czerwca 2013

Kto wygrał "Prawdę"?

Chętni.







"Sierotka"



Losowanie.
Zwycięzca!
Widać coś? To Fprefect!

Proszę o kontakt na oslo.francja@gmail.com i ładną recenzję, jak się uda...

Gratuluję!

wtorek, 18 czerwca 2013

Jakby ktoś jeszcze pamiętał, to...

...wklejam link do następnego rozdziału mojej wiekopomnej powieści panoramicznej pt. "Nie nawraca się bez mojej wiedzy."

TU KLIKAJ, A CIĘ PRZENIESIE

Może nieco powykrzywiał mi edytor tekstu wcięcia, jakiś akapit się skleił z innym, ale coś nie mam cierpliwości do babrania się w korekcie konkretnej.

Przyjemności!

niedziela, 16 czerwca 2013

W dobre ręce

Do oddania mam powieść Michaela Palina "Prawda"


Wpisujcie się, powiedzmy, do środy. Wtedy z Kaliną wylosujemy jakiegoś fuksiarza lub fuksiarę...

Książka za free, pojadę Was po kosztach przesyłki...

;-)

(Żartowałem)

piątek, 14 czerwca 2013

Taka dedykacja


To jedna z nielicznych książek z dedykacją, jakie mam w swoim księgozbiorze. Nigdy mnie jakoś spotkania live z pisarzami nie podniecały, nie mówiąc już o polowaniu na autografy. Ja nie z tych...

Jednak wyżej pokazany obrazek w pewnym momencie mojego życia zaczął wydawać mi się wstrząsającym dowodem...czego? Sam do końca nie wiem.

11.5.75. Białystok. Odbywają się jakieś Dni Książki czy coś w ten deseń. Moja Mama, Irena, z domu Lis (tak, jakbym nosił panieńskie nazwisko mojej Mamy, to nazywałbym się jak pewien ultrawkurzający dziennikarz telewizyjno-prasowy) dostaje autograf od jednego z najlepszych ówczesnych polskich prozaików, Edwarda Redlińskiego. Na stronie tytułowej jego  kapitalnej przezabawnej powieści "Awans."

Na dedykacji schematyczny rysunek - domek, obok domku samochód. Strzałki pędzące w przestrzeń.  Dopisek - sami widzicie - "Nie życzy."

Ale czego nie życzy? Kiedyś myślałem, że jakiejś legendarnej małej stabilizacji - domku, ogródka, małego fiata zamiast marzeń i pragnień. Może to? Wszak połowa lat 70 to przecież usilne zabiegi władzy, by obywatelom lepiej się żyło...

A może to "nie życzy" odnosi się do wyjazdu? Autor nie życzył mojej Mamie (przyszłej, bo urodziłem się dokładnie 2,5 roku później) wyjazdu z rodzinnych stron? Z Mazur? 

Czyli co? Nie spełniły się nie-życzenia, skoro moja Mama poznała mojego Tatę i osiedlili się w sercu Wielkopolski?

Parę ładnych lat temu moja Mama, już wtedy szczęśliwa świeża emerytka, wypuściwszy na świat dorosłych już synków, powiedziała mi, że na miesiąc chce pojechać do swoich rodziców na Mazury właśnie. Chce wrócić, bo nigdy nie czuła się w Kaliszu jak w domu, tam jest jej dom, rodzice, brat etc. Mówiła mi to, nie czując pewnie, jak dziwnie to brzmi. Bo niby jak? To kim my, ja, moi bracia i mój Tata, dla niej byliśmy? Jakimś zdaniem wtrąconym? Niechcianym przerywnikiem? Nieswojo mi się zrobiło, ale zachowałem typowy dla naszych układów dystans i spokój.

No i moja Mama pojechała na te Mazury, posiedziała tydzień i...po tygodniu dzwoni, że tęskni, że dom to jednak tam, gdzie najbliżsi i że za parę dni wraca. No i wróciła.

A dedykacja? Nigdy o nią Mamy nie pytałem dokładnie. Znam tylko okoliczności. Sensu dedykacji nie znam. 

Prawdy nie znam. Nie potrzebuję jej.

Wolę ją sobie wymyślić. 

czwartek, 13 czerwca 2013

Wstrząśnięty...

Wczoraj Tymek pojechał na całodniową wycieczkę do Rogowa. Znajduje się tam wielki park dinozaurów, gdzie dzieciaki mogą sprawdzić, czy rację w sporze o początki Ziemi mają ewolucjoniści czy też kreacjoniści. (Ech, taki wysublimowany żarcik...)

Podróż trwała bardzo długo, a dziecięce pojmowanie czasu kazało mojemu Synkowi stwierdzić, że chyba 100 lat jechał tym autobusem, a Damian to aż zasnął...

Jak było na miejscu, nie wiemy - rzadko który młody człowiek normalnie odpowiada na pytanie: "Jak było dziś w przedszkolu/w szkole/na uczelni?" Z reguły choćby nie wiem co się działo, nie wiadomo jakich atrakcji by przedszkolaki były świadkami, i tak wszystko skwitują jednym lakonicznym:

"Fajnie!"

Tym razem było podobnie, choć zanotowaliśmy jeden odchył od normy. 

- Tata - zaczyna Tymek - a wiesz co mnie dziś spotkało?

- Nie wiem - odpowiadam, licząc na jakąś dramatyczną relację z wizyty u dinozaurów.

- Jeden chłopak sprawił mi dziś wielką przykrość...

- A co się stało?

- Stałem sobie przy oknie w naszej sali, a z innej grupy do okna podszedł chłopak jakiś i pokazał mi fifolka!

- I jak to się skończyło? - pytam, hamując śmiech, na poważnie jednak.

- Pani nasza zapytała mnie: "Który to?, a ja powiedziałem, że taki w czerwonej koszulce. I pani zrobiła porządek.

- I prawidłowo!

PS

Przypomniała mi się scena z mojej ulubionej komedii Barei, z "Bruneta wieczorową porą." Dialog szedł tak:

Porucznik milicji: Słuchajcie, to w zasadzie jak żeście na to wpadli, że to Kowalski jest właśnie tym, który was w to wszystko wrobił, że to on jest prawdziwym mordercą?
Michał Roman: Bo jemu z szafy wyleciał czerwony kapelusz.
Porucznik milicji: Czerwony kapelusz? No to co?
Michał Roman: A niby nic, ale jest taka zasada, że czerwony kapelusz jest właśnie znakiem rozpoznawczym. Czerwony kapelusz jest właściwie zawsze podejrzany, proszę pana. Niech pan pamięta.

Dziś się nauczyliśmy, że nie tylko czerwony kapelusz, ale również czerwona koszulka...


wtorek, 11 czerwca 2013

Żyj szybko, umieraj...

Ostatnio Pan Prezydent zaangażował się w walkę z niżem demograficznym i przedłużył urlop dla młodych mam. I dobrze. Chociaż przydałoby się dużo więcej prezentów. Tańsze ubranka, tańsze jedzonko, tańsze bilety, większe ulgi dla dzieciatych w ogóle. Przydałoby się długofalowo zainwestować w dzietność, toż to sprawa priorytetowa, a nie robić pół kroku tylko, choć przyznajmy, że w dobrym kierunku.  

Sam Komorowski spłodził gromadkę dzieci, pięcioro. Jakby każda młoda rodzinka miała chociaż połowę tej liczby pociech (nie 2,5 dziecka, ale odpowiednio 2 lub 3), nie bylibyśmy w tak czarnej demograficznej dupie. A jesteśmy. To pewnik. 

Nie piszę tego, by się użalać, na coś skarżyć. Nie tym razem. Tym razem pocieszne wspomnienie z liceum. Bardzo w temacie jednak.

3 klasa. Powoli wchodzimy w dorosłość. Ale w tę najfajniejszą. Szumiącą i mamiącą wizjami szampańskiej zabawy. Zebraliśmy się z kumplami na ławce przed szkołą. Ciepło. Maj. Za rok matura. Wałkujemy temat przyszłości. 

- Ja wam mówię - zaczyna kolega Robert - żyć warto tylko do trzydziestki. Potem już jest chujowo. Bez sensu. Ja, jak będę miał trzydzieści lat, to się zabiję i spokój będzie.

Kiwamy głowami, szukając sensu w tych słowach. A tymczasem odzywa się drugi kolega:

- Nie, trzydziestka jest jeszcze OK. Ja jak dożyję czterdziestki, to z sobą skończę. 

A pointa tej historii jest taka. Obaj żyją, pierwszy przekroczył już trzydziestkę, drugi czeka na czterdziesty rok życia. 

Obaj zostali młodymi tatusiami tuż przed maturą. 

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Takie typical polish poczucie humoru

Za dwa tygodnie odwiedzą mój dom goście z Ameryki. Pisałem o nich parę miesięcy temu.



Muszę sprawdzić, jak po angielsku będzie bezrobocie, bieda, wtórny analfabetyzm, wykluczenie społeczne, złe drogi, fatalny rząd, niekompetencja, złośliwość...

czwartek, 6 czerwca 2013

Jest taki wstyd, co się młodemu ojcu zabrania przyznać,

że szczytem jego marzeń nie jest spędzanie każdej wolnej chwili z własnymi dziećmi...

Zacząłem od, powiedzmy, pointy, ale już przeprowadzam się na właściwe tory. Z góry ostrzegam przed pewnym bałaganem kompozycyjnym, ale nie chce mi się kombinować nad wysublimowaną formą.

I

Tkwiąc po uszy w tzw. blogosferze i mając więcej Czytelniczek niż Czytelników (tak się porobiło...), nie mogłem nie zauważyć, że sporo ruchu w Sieci generują blogi młodych lub mniej młodych mam. Popisują się najnowszymi osiągnięciami pociech, wymieniają się poradami, wściekają na podobne patologie, czasem żrą się też o byle pierdoły (kobiety...).

Od czasu do czasu trafiam też na wpis z cyklu "Dziecko zabrało mi życie." Cały post jest wtedy jednym wielkim wykwitem żalu, jaki pęcznieje w autorkach. A że niewyspana, niezadbana, w starych ubraniach, a że wieczne choroby, a że skończyło się życie towarzyskie, a że koleżanki się odwróciły, a że popełniły błąd rodząc pierwsze/drugie/trzecie dziecko etc.

Wiecie, o czym mowa, prawda?

Komentarze pod takim postem puchną aż od wyrazów otuchy. Zaprzyjaźnione blogerki pocieszają nieszczęśnicę jak mogą. Jasne, czasem ktoś nieładnie napisze coś w stylu: "Przestań jęczeć!", ale zaraz znów zrobi się miło, a agresor dostanie "zaraz wjazdu" na komentarze.

Obserwowałem wielokrotnie podobny mechanizm. Jest w tym pewna prawidłowość.

II

Spróbujmy wyobrazić sobie podobny problem poruszony na "męskim" blogu. Przykładowy tata pisałby tak:

"Czuję, że dziecko zabrało mi wszystko, co było fajne w moim życiu. Gdzie się podziali koledzy? Grają w piłkę? A może jeżdżą motorami beze mnie? Poszli znów na piwko nad rzekę i gapią się na biegające po parku studentki? A może do kina wyskoczyli? Co ja tutaj robię z tymi dziećmi przez 95% wolnego czasu?"

Wyobraźmy sobie przykładowe odpowiedzi. Moim zdaniem spora część brzmiałaby tak:

"Ty cholerny egoisto! Pomyśl o swojej żonie/kobiecie! Myślisz, że ona ma czas chociaż myśleć o takich sprawach? Piwka ci się zachciało? Trzeba było wcześniej pomyśleć, czy się chce mieć dziecko! Jakby twoja matka tak myślała tylko o sobie, to byś całe dnie głodny po ulicy chodził! Przestań być w końcu tym wiecznym chłopcem! Skończyło się!"

Tak to sobie wyobrażam, niestety...

I dlatego dobrem rzadko spotykanym jest marudzący na swoje ojcostwo młody ojciec.

III

W rodzinie mojej połowicy krąży pewna opowieść, autentyczna historia jednak bez fabuły. Dziadek Żony reprezentował typowy patriarchalny wzór męskości. Tylko raz udało się go namówić, by wyjechał z WŁASNĄ wnuczką  do miasta. Niemowlę leżało spokojnie w głębokim wózku, a on przełykając głęboki wstyd, musiał tym wózkiem przejechać kilkaset metrów. 

Dziś starszy pan (świętej pamięci już) byłby eksponatem na wystawie poświęconej przebrzmiałym modelom męskości.

IV

Dlaczego młodzi ojcowie nie marudzą? Czy to tylko stereotypowe wyobrażenie o emocjonalnej gardzie, jaka ma ich chronić przed zbytnią wylewnością? A może to coś więcej? A może to przywołany na wstępie wstyd, który każdego młodego ojca obezwładnia, gdy ten nagle uświadamia sobie, że przecież mógłby w czasie, gdy godzinami zajmuje się dziećmi, robić coś innego? Ciekawszego? Wartościowszego? Cenniejszego? 

I jednocześnie dławi młodego ojca wizja tego, jak egoistycznym demonem staje się, gdy tylko głośniej wyartykułuje potrzebę odpoczynku od dzieciaków. "Czy naprawdę muszę non-stop się nimi zajmować?" - myśli sobie i wie, że współczesna kultura kolorowych pism, wpływowych programów, mizdrzących się pedagogów dyżurujących w telewizjach śniadaniowych najchętniej wpisałaby go w taki schemat:




IV

Cóż, rozmawiałem kiedyś z Żoną na temat tego, jak to kiedyś ojcowie zajmowali się dziećmi. Żona wiedziała jedno - kiedyś kobiety miały gorzej, dziś mają lepiej, bo ojcowie włączyli się hurtowo w opiekę nad dziećmi, zwłaszcza tymi najmłodszymi. 

A skoro kobiety mają lepiej, czy to znaczy, że mężczyźni mają gorzej? 

Jeżeli tak, to czy naprawdę nie mają prawa sobie pomarudzić? Nie być wiecznie uśmiechniętymi, wyrozumiałymi, stale obecnymi ciałem i duchem? 





Samozwańczo to prawo im daję, a co mi tam...

V

Fryderyk Nietzsche napisał: "Albo dzieci, albo książki." 

Ja sprawy ojcostwa tak radykalnie stawiać nie będę, bo mam dzieci i książek trochę w czasie "mania" dzieci przeczytałem, ale  jedno wiem na pewno - jest taki wstyd, co się młodemu ojcu zabrania przyznać, że szczytem jego marzeń nie jest spędzanie każdej wolnej chwili z własnymi dziećmi...

Przypadek? Nie sądzę...

Spotkali się w Biedronce.

środa, 5 czerwca 2013

Zwycięzca moralny

Nie od dzisiaj to widzę. Nie tylko ja. Nie od dzisiaj regularnie pojawiają się pełne jadu, nieprawdy, schematów myślowych, uprzedzeń, czystej zawiści i głupoty artykuły prasowe i komentarze dotyczące nauczycieli.

Ci z nas, którzy mieli rodziców-nauczycieli, wiedzą, ile człowiek z roboty przynosi do domu pracy. Pracy, stresu, lęków czasem. Ile weekendów, ile ferii, ile "wolnych" godzin poszło na sprawdzanie, na wyjazdy, na szkolenia, na opiekę nad uczniami, zebrania, wywiadówki etc.

Reszta widzi tylko dwa miesiące wakacji i wolne dwa tygodnie zimą. Reszta widzi tylko obijającego się nieudacznika, którego musi żywić, bo sam zechłby z głodu, gdyby miał "nauczać prywatnie."

Nauczyciel, oprócz może polityków każdego szczebla, jest dyżurnym chłopcem do bicia i kozłem ofiarnym ("Dzieci mają słabe wyniki na egzaminach? Wina nauczycieli. Półanalfabeci krążą po ulicach. Czyja wina? Budżet gminy/powiatu/województwa/państwa jest zagrożony? Pozamykać szkoły").

Myślałem, że jestem bardziej odporny na te naloty dywanowe nienawiści i niechęci, ale ...

Parę miesięcy temu wchodzę do okolicznego sklepu. W prasie eksponowanej tuż obok kasy artykuł: "NAUCZYCIELE MAJĄ ZA DŁUGIE WAKACJE!"

Ominąłem, bo po co sobie psuć dzień. Wszedłem między półki. Do sklepu wchodzi klientka. Patrzy na gazetę, czyta na głos tytuł i woła na cały sklep:

- Racja! Człowiek ma dwa tygodnie wolnego jak mu dadzą, a tacy to sobie pożyją przez dwa miesiące! Racja! Powinni do roboty chodzić!

Nie wytrzymałem.

- A co by mieli robić w szkole?

Kobieta zbaraniała.

- Mieli by uczyć? Pracować? Tak? A kogo by mieli uczyć? Młodzież? Wyobraża pani sobie, że młodzi przyjdą w wakacje do szkoły?

Kobieta zaczęła się wycofywać.

- No racja... Z tymi młodymi to coraz gorzej przecież... - pomarudziła coś pod nosem i poszła.

Nie, nie zatryumfowałem.

Ja już przegrałem. My już przegraliśmy. 

Jako grupa zawodowa...

wtorek, 4 czerwca 2013

Telefony, telefony...

Moje przygody z telefonami czasami mają iście komiczny wymiar. Parę razy już o tym pisałem, a kto ciekawy, to sobie sprawdzi. Raz dostałem sms o treści: "Bożena, kup gazetę!", innym razem: "Widziałam cię dziś w telewizji! Cudownie wyglądasz z ciążowym brzuszkiem!" 

Do mojej Żony zadzwonił kiedyś ktoś z "numeru zastrzeżonego."

- Cześć, tu Janek Pospieszalski... - odezwał się ktoś głosem Janka Pospieszalskiego.

A ostatnio?

Dzwoni telefon stacjonarny. Odbieram. Kobiecy głos:

- Dzień dobry, nazywam się Katarzyna Jakaśtam. Czy mogłabym panu zadać jedno pytanie/

- Hmmmmm.... A o co chodzi?

- Moje pytanie dotyczyć będzie problemów bezpieczeństwa. Czy uważa pan, że na ulicach w pańskiej miejscowości powinno znaleźć się więcej patroli policyjnych?

O, myślę sobie, konsultacje społeczne czy jak? Tak się złożyło, że czytałem ostatnio w prasie bardzo lokalnej sprawozdanie roczne, jakie złożył szef strażników miejskich, więc spiąłem ten telefon z problemami bezpieczeństwa mojej mieścinki.

- Wie pani - mówię - to dość oczywiste, że im więcej umundurowanych funkcjonariuszy na ulicach, tym gorzej się czują ci, którzy mają jakieś niemądre pomysły. Chuligani, miejscowa łobuzerka...

- Rozumiem - powiedziała bardzo powoli moja rozmówczyni. - A czy orientuje się pan, że na kartach Apokalipsy św. Jana, ostatniej księgi Biblii zapisane jest...

O nie! Ależ mnie zrobiła w konia! Niby policja, a tu klasyczne jehowe pranie mózgów!

- Tak, orientuję się...

- ... a więc wie pan, że żyjemy w czasach ostatnich i już wkrótce...

- Proszę pani, ale Jezus mówił, że NIKT nie zna dnia ani godziny końca świata, więc skąd pani wie?

- Proszę posłuchać - zaczyna mi tłumaczyć - Biblia daje nam...

- Skończy już z tymi Jehowymi! - krzyknęła z kuchni Żona i tym sposobem nie dowiedziałem się, co daje nam Biblia.

A tak nawiasem mówiąc, być może  Świadkowie Jehowy też muszą w dzisiejszych czasach optymalizować koszty i zamiast ruszać w świat lotnymi trójkami/dwójkami, wolą teraz dzwonić po ludziach?

Może mają jakieś swoje call-centre?



Z tymi wątpliwościami zostawiam Państwa do następnego razu.

Jeżeli oczywiście następny raz będzie, bo wiecie, w czasach ostatnich przyszło nam żyć...

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Nie ma

Nie ma lekko, nie ma...

Tymek miał jechać dziś do pobliskiego miasteczka. Z okazji Dnia Dziecka całe przedszkole miało się bawić w ogromnej HALI wypełnionej zabawkami, torami przeszkód, samochodzikami, basenami z piłeczkami etc. Prawdziwy małpi gaj dla nieletnich.

Cieszył się na ten wyjazd tak bardzo, że... no, że się rozchorował z tej radości. 

Najprawdopodobniej rumień zakaźny, którego pierwszym objawem jest silne zaczerwienienie policzków. Potem wysypka schodzi na całe ciało. Nie jest to bolesne, ani specjalnie groźne, ale trzeba było Synka z przedszkola zabrać.

Nie muszę chyba tłumaczyć, że czułem się przy tym jak faszysta. A sam Tymek pierwszy raz w swojej dwuletniej przedszkolnej karierze chciał w przedszkolu BYĆ i już!

Pogoda na dodatek podła. Wieje, gnije wszystko, pada. Polska po prostu. Na dodatek smętne akcje w życiu ostatnio z Żoną mamy. Zmęczenie masakrująco ciężkim zawodowo majem. Zmęczenie pogodą. Chorobami dzieciaków. Zawieruchami życiowymi przeróżnymi. 


I choć na planie życia prywatnego wszystko na szczęście się układa raczej OK, to cała reszta wokół nie chce za bardzo.

Stąd ta piosenka mi się przypomniała nagle:


niedziela, 2 czerwca 2013

Taka niedziela, taka...

Finał tego raczej burzowo-deszczowego weekendu był miły. Cały dzień słoneczko, więc dzieciaki trzeba było wystawić na zewnątrz, niech się nałykają powietrza, niech lepiej śpią potem. (Zważywszy na to, że Tymek budzi się dzień w dzień o 5:30, można wywnioskować, że jest klasycznie niedotleniony.)


Mamy szczęście. My, rodzice, że mieszkamy tuż obok tzw. ogródka jordanowskiego, czyli sporego placu zabaw, jaki z woli włodarzy naszego miasta przeszedł gruntowną metamorfozę. Z upiornie brzydkiego, niemal komunistycznego, skansenu w nowoczesny, kolorowy, bezpieczny teren dla młodszych i starszych dzieci.


Od miesiąca naszą okolicę odwiedzają dzieciaki z innych ulic. Mamy i tatusiowie się pozdrawiają, jakieś przelotne znajomości się tworzą (Mówię Wam, miejcie dzieci! Z dzieckiem poznaje się ludzi łatwiej niż wychodząc z psem na spacer. Nie wspominając kotów...), w słoneczne dni gwar, dziecięce piski, krzyki, czasem płacz zza płotu sygnalizują, że gdzieś są te dzieci się komuś jednak urodziły i może nie wymrze nam Polska za szybko.

Nasze pociechy mają szczęście, bo tuż obok mieszka sporo dzieciaków, nawet koleżanka z przedszkola Tymka. Całe wakacje, oby słoneczne, na placu zabaw mamy zaplanowane.

Flashmob w piaskownicy

Nieco smutna historia teraz. Znaleźliśmy wróbla. Serio. Średniej wielkości ptak, którego o mały włos nie rozdeptałem na placu zabaw. Nie wiem, czy wypadł z gniazda, czy był zbyt słaby, by wzbić się w powietrze, czy jakiś taki w ogóle nie taki... Nie wiem.

Pokazałem tego nieszczęśnika Tymkowi. Ten zapalił się do pomysłu, żeby wróbelka do domu wziąć, zbudować mu klatkę z kartonów po butach, karmić go i ... no, po prostu mieć. 

- Mogę dać mu imię? - pyta Tymek.

- Jasne - odpowiadam.

- Dam mu na imię Jarek. To dobre imię dla wróbelka.

Wróbel Jarek...

...i jego tymczasowy dom.


Cóż, starałem się jak mogłem, by wymyślić, co tu z naszym nieszczęśnikiem zrobić. Jakbym znalazł konia lub świnię, to pewnie do weterynarza bym zadzwonił, ale wróbel? Kto się przejmie wróbelkiem oprócz takiego głupka jak ja? Trzeba go było nie ruszać, powtarzałem sobie, trzeba było...

Podrzucałem go do góry, by w końcu załapał, na czym polega latanie. Ten tylko lotem koszącym na trawnikiem fruuuuu i lądował niezbyt pewnie. Podtykałem mu okruszki chleba. Nie jadł. Żałośnie ćwierkał i tyle.

Kalina, gdy zobaczyła ptaszka w pudełku, zawołała:

- Ale wróbelek! Ten wróbelek ma na imię Franciszek! - odwróciła się i poszła sobie. Jakoś los ptaszyny jej nie wzruszył. Tymek na szczęście też jakoś nie protestował, gdy zostawiłem pierzaste nieszczęście w zaroślach w kącie ogrodu. 

Okoliczne koty, które nas chętnie odwiedzają... Ech, nawet nie kończę.

Ale żeby nie było tak depresyjnie, wrzucę coś, w co bym nie uwierzył, gdyby tego nie widział na własne oczy i dodatkowo nie sfotografował. Tymek nauczył się rysował coś więcej niż tylko wentylatory, zasilacze, kable, przedłużacze bębnowe etc.

Z okazji Dnia Mamy narysował... mój portret. Brzmi paradoksalnie, ale tak to właśnie wyszło. Wyglądam tak:



Odmłodził mnie nieco, ale za to podpisał samodzielnie. Duma ojca taka rozpiera, że mi się w poście jednym nie chce zmieścić.

Więc kończę!


sobota, 1 czerwca 2013

Bez fabuły

Jedno z moich ukochanych wspomnień muzycznych, choć lepiej powiedzieć - związanych z muzyką. 

Końcówka lat 90, łabędzi śpiew płyt kompaktowych, które za chwilę zostaną zmiażdżone przez format MP3. Jeden z lepszych w Poznaniu sklepów płytowych. Przyczajony, podsłuchuję pełną dziwnego zachwytu opowieść sprzedawcy o płycie, którą słuchał ostatnio.

- Stary - tłumaczy kumplowi - mówię ci, musiałem tego posłuchać, bo to nowość i chciałem wiedzieć, co mamy na półkach. Włączyłem, słucham, snuję się po mieszkaniu, kawę sobie zrobiłem, posiedziałem, popatrzyłem przez okno. Muzyka gdzieś tam w tle. Facet śpiewa, że zostawiła go kobieta, że mu smutno, że tęskni, że... Wiesz, same takie sentymentalne banały. I co się nagle dzieje? Siadam, smutno mi się robi.  Wstaję, podchodzę do okna. Patrzę. Jeszcze mi gorzej, jeszcze smutniej, chociaż nie mam powodu. Ale słucham. Do końca.

Wiem, nieładnie podsłuchiwać obcych. Ale opłaciło się. Płyta, o której się nasłuchałem, to:


Znakomita kooperacja dwóch świetnych songrajterów. Miejscami to patetyczne, miejscami ascetyczne, bezlitośnie czułe i bezbożnie romantyczne. Takie do gapienia się przez okno właśnie i przypominania sobie wszystkich serc, jakie się złamało... (Ironia!)

Mała próbka albumu, mój chyba ulubiony utwór:



Co dalej?

Burze, pochmurno, schyłek długiego weekendu, którego nie spędziłem tak, bym nie pomyślał, że go zmarnowałem. Parę piw bez bólu głowy. 90 urodziny babci mojej Żony. Czyjeś imieniny. Odwiedziny, przyjmowanie gości, pobudki w okolicach 6 rano z powodu Synka. Buzujące gdzieś pod czaszką wspomnienia wszystkich burz, jakich byłem świadkiem w młodości. Kotłuje się to wszystko bez żadnej, najmniejszej nawet linii fabularnej.

Życie...

I czuję się, obserwując to wszystko, jak przywołany sprzedawca ze sklepu płytowego. Mógłbym powiedzieć o swoim życiu tak:

...słucham, snuję się po mieszkaniu, kawę sobie zrobiłem, posiedziałem, popatrzyłem przez okno. Muzyka gdzieś tam w tle. Facet śpiewa, że zostawiła go kobieta, że mu smutno, że tęskni, że... Wiesz, same takie sentymentalne banały. I co się nagle dzieje? Siadam, smutno mi się robi. Wstaję, podchodzę do okna. Patrzę. Jeszcze mi gorzej, jeszcze smutniej, chociaż nie mam powodu. Ale słucham. Do końca.