sobota, 25 maja 2013

O edukacji przedszkolnej w wersji mikro, czyli wpis antywolnorynkowy

Rzadko, oj rzadko udaje się komukolwiek namówić mnie na jakąś aktywność społeczną. Leń jestem w tej kwestii, a chodzenie na wybory wyczerpuje moją pulę zaangażowania się poza swoim prywatnym ogródkiem.

Jednak od czasu do czasu sięgam po pióro (klawiaturę, no przecież...) i piszę mail w sprawie, która zabolała mnie jak dziurawy ząb. Pierwszy raz uderzyłem w stronę wydawnictwa GREG, które wypuszcza na rynek kolejne lektury opatrzone nie tylko prymitywnymi i żenująco ubogimi intelektualnie opracowaniami, ale również GREG umieszcza "na lekturach" reklamy stron internetowych, na których uczeń może sobie zdobyć wypracowanie "na każdy temat."

Napisałem im, że to czyste, klasyczne psucie młodzieży etc. - nie odpisał mi nikt.

Zresztą odpowiedzi się nie spodziewałem.

Ostatnio sięgam po lokalną niszową bezpłatną gazetkę, która oprócz umieszczania reklam, coś tam pisze o moim miasteczku i okolicach. W numerze znalazł się spory wywiad z panią dyrektor prywatnego przedszkola, jakie od 2-3 lat istnieje w naszym miasteczku. Wywiad ciężko mnie wkurzył. Do tego stopnia się wściekłem, że strzeliłem list i wysłałem go na adres wyżej wymienionej placówki. Odpowiedzi nie było (jeszcze), a sama sprawa wygląda następująco:

- pani dyrektor prywatnego przedszkola jest głęboko zaniepokojona i zbulwersowana faktem, że "państwowe przedszkole", do którego chodzi mój Synek (od września Córa), jest "potajemnie" dotowane przez samorząd, więc ceny, jakie płacą rodzice (my płacimy trochę ponad 200 złotych) za swoje dzieci, są SZTUCZNIE ZANIŻONE. To było pierwsze oskarżenie. Zapytałem w liście, skąd pani dyrektor czerpie wiedzę na ten temat - skoro są to informacje "potajemne", to czy wypada się tym dzielić wszem i wobec?

- druga kwestia jest bardziej niebezpieczna, bo świadczy o pewnym podejściu, jakie w oświacie (przedszkolnej też) panuje. Pani dyrektor żali się, że jej przedszkole nie może konkurować z "państwowym", bo w jej przedszkolu za dziecko trzeba miesięcznie płacić 450 PLN, a w "państwowym" jest o połowę taniej. A ona by chciała, by przedszkolna konkurowały ze sobą "na programy nauczania", a nie "na ceny."

Jaki wniosek? 

W jej idealnym świecie samorządowe przedszkole musi być dwa razy droższe, by prywaciarze mogli poczuć zadatek uczciwej konkurencji. Czyli ja za dwójkę dzieci powinienem płacić 900 złotych za miesiąc, a nie około 500. Tak to wygląda...

Ktoś mógłby rzec, że prywatne przedszkola są koniecznością, bo "państwowe" są za małe i jest ich za mało. Zgoda, tylko z jednym zastrzeżeniem - o wszystkim decyduje polityka gminy/samorządu. Bo ostatnio w każdej mieścince znajdziemy basen, aquapark, wymaksowaną fontannę lub inny spektakularny i nikomu niepotrzebny bajer, ale nikomu nie przyjdzie do głowy, by sfinansować otworcie dwóch dodatkowych oddziałów przedszkolnych.

A wątek antywolnorynkowy? Cóż, rozstrzelajcie mnie, spalcie a prochy rozrzućcie nad Atlantykiem (lub gdzieś bliżej), ale uważam, że są dziedziny, od których prywaciarze powinni się trzymać z daleka - od edukacji w szczególności.

Mądrze zarządzane państwo powinno samo dbać o wykształcenie  swoich obywateli, bo ma w tym żywotny interes. Długofalową inwestycję. Sektor prywatny (o czym słyszałem, a nawet osobiście się przekonałem) dba o sympatyczną obsługę towaru jakim jest uczeń. 

Uczeń płacący, dodajmy...

19 komentarzy:

  1. Do gazety trzeba było napisać, a nie do tej niweczącej potajemność placówki ;)
    A swoją drogą cwaniak z ciebie - tak się od nędznych 9 stówek migać, no wiesz...

    Student już dawno stał się klientem, co do edukacji niżej - eksperyment (chyba) trwa.
    Mnie natomiast zbulwersowały telewizyjne reklamówki zachęcające młodzież do edukacji w zawodówkach - mamusia marzy o lekarzu, ale synek chce być mechanikiem. Podsumowanie: wspierajmy marzenia naszych dzieci :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Starałem się jak mogłem i się udało wymigać, bo od września Kalina idzie do samorządowego przedszkola.

      Pozostaje taki drobiazg, jak oduczyć ją używania pieluchy ;-)

      A co do klientyzmu w oświacie - to mnie własnie NAJBARDZIEJ w mojej branży boli. Długo by pisać, a i tak jakiś dziarski chłopak spod znaku Korwina czy innego oszołoma powie, że wszystko w państwie powinno być prywatne, bo prywaciarz lepiej nauczy niż państwowy.

      Ech...

      Usuń
  2. Kilkanaście już lat mija od momentu gdy się wkurzyłem i zabrałem dziecko z samorządowego przedszkola. Okazało się że przez całe dwa lata mój syn nie poszedł tam ani razu do toalety, a przedszkolanki nic o tym nie wiedziały. Nie poszedł bo się bał, bo toaleta była niemal na zewnątrz przedszkola, zimno jak w psiarni. A co najciekawsze, wyszło, że dziecko udające się do toalety jest zupełnie poza kontrolą, w zasadzie może nacisnąć klamkę i niezauważone udać się w siną dal. Intruzów też nikt nie rejestruje. Choć nieźle mnie to siekło po kieszeni, od tego momentu moje dzieci chodziły do przedszkola prywatnego, gdzie opieka była wzorowa, a i zajęcia edukacyjne też niczego sobie. Dość powiedzieć, że teraz gdy moje dzieci dostały się do dość elitarnej klasy elitarnego liceum, to okazuje się że większość kolegów i koleżanki znają z przedszkola.
    Wiem że takich doświadczeń nie masz, nie widziałeś jak wygląda naprawdę dobrze zorganizowane przedszkole. Ale czy możesz uwierzyć w moją opowieść i na jej podstawie powiedzieć, po jakie licho dotować przedszkolanki, które się nie opiekują powierzonymi im dziećmi ? I czy jesteś na pewno przekonany, że gdyby nie restrykcyjne przepisy, to jakaś emerytowana sąsiadka nie zaopiekowała by się grupką dzieci taniej i lepiej ? Bo to wtedy dopiero byłby wolny rynek.

    zaz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Albo byłoby jak we Wrocławiu

      http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/677895,skandal-we-wroclawskim-zlobku-opiekunki-zwiazywaly-dzieci,id,t.html

      ???

      Hę?

      Usuń
    2. I jeszcze jedno - co to znaczy: "Nie widziałeś jak wygląda naprawdę dobrze zorganizowane przedszkole."

      Widziałem - to przedszkole, do którego chodzi mój Synek.

      Usuń
    3. Inne przedszkola widziałeś, porównywałeś ?
      A jeśli chcesz porównywać patologie, to mogę przytoczyć zapiski ze znalezionej niedawno w szpargałach książeczki zdrowia mojej Żony. Tak ją załatwili w żłobku samorządowym, że w wieku pół roku miała już przetaczaną krew. Z ciekawszych chorób zakaźnych przeszła tyfus. Związywanie, to była wtedy nie warta zauważenia norma.

      zaz

      Usuń
    4. Argument-inwalida:

      w latach 80 w mojej podstawówce nauczyciel od muzyki regularnie nas bił po łapach za złe na cymbałkach. I co ?

      Ma to być argument świadczący o przewadze WSPÓŁCZESNYCH szkoł prywatnych?

      No chyba nie...

      A choroba się mogła trafić wszędzie.

      Usuń
  3. Nie bardzo rozumiem - publiczne przedszkola po prostu są dotowane przez samorząd, dzieje się to na podstawie ustawy o systemie oświaty (chyba). Samorząd płaci za pobyt dziecka przez pięć godzin dziennie (minimum), ewentualną dopłatę za wyższy wymiar godzin ustala 'organ prowadzący' czyli też samorząd. Gdzie tu 'potajemność'?
    No i moja przedmówczyni (lub przedkomentatorka) ma rację - było pisać do gazety, może byłby jakiś oddźwięk

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko do jakiej gazety? Sprawa za mała na coś większego, jakieś większe medium. A tutejsze mikrusy? Cóż, wydawca jednej jest niemal rzecznikiem prasowym prywaciarzy...

      Usuń
    2. Niszowej, bezpłatnej i lokalnej - zawsze to lepiej, niż do osoby bezpośrednio zainteresowanej.

      Usuń
  4. Choroba się mogła zdarzyć wszędzie ? A mi się nie trafiła, bo lata przedszkolne spędziłem pod opieką Dziadka, przeważnie w zadymionej sali baru "Miedzianka", gdzie sącząc oranżadę (w przeciwieństwie do Dziadka sączyłem niewzmacnianą) poznawałem tajniki gry w zechcyka, mariasza, a w końcu i pokera. A jak pisała Twoja była ulubiona satyryczka "karty to ciężki kawałek chleba, ale pewny".
    Co do jakości argumentacji, to racz zauważyć, że ja się odniosłem do jakości przedszkoli, wtem Ty zjechałeś na żłobki, by nagle zwekslować na szkoły. Wydaje mi się, że kto jak kto, ale nauczyciel powinien dostrzegać zasadnicze różnice między tymi typami placówek i co za tym idzie, nie mieszać ich w dyskusji.
    Druga sprawa, to zważ, że co najmniej nieuczciwym argumentem jest przytaczanie "faktu prasowego", w dodatku jednostkowego i oderwanego od całości systemu. Owszem znacznie trudniej wywalonemu z pracy poszczuć policję i gazetę na placówkę samorządową (bo rąsia rąsię myje - a nuż mi dziecka tam nie przyjmą), ale jestem gotów się założyć, że jakby nasi dzielni policjanci wparowali w godzinach leżakowania do przeciętnego żłobka samorządowego, to zastaliby widok identyczny.
    A teraz smutna opowieść z happyendem o wyższości szkół prywatnych nad samorządowymi. Niestety nie jest to bajka :
    Otóż, żył był w mieście nieodległym od Ciebie nauczyciel. Znakomity nauczyciel. O jego jakości świadczą moje obserwacje (a że sam przez chwilę też uprawiałem tą grządkę, to obserwacje są dość fachowe), jego papiery (oprócz pedagogicznego jeszcze dwa fakultety, napoczęty doktorat, uprawnienia trenerskie etc. ) oraz happyend. Ów nauczyciel pewnego razu się zakochał (tu dodam, że jest płci odmiennej, nie napiszę że pięknej, bo mnie ostatnio wkurzył) i w związku z tym wybył ze swego wielkiego miasta rodzinnego do innego, jeszcze większego. Zakochanie okazało się nieszczęśliwe, więc ów nauczyciel po jakichś dziesięciu latach wrócił do swego rodzinnego miasta, obciążony dwójką małych dzieci. I się okazało, że w całym wielkim mieście, gdzie samych szkół podstawowych jest 120, nie ma dla niego etatu. Nauczyciel który wypadł z obiegu towarzyskiego, bez pleców, został skazany na głód. Przez kilka lat utrzymywał się z cienkich alimentów, żałosnych zapomóg. I na szczęście coraz większej liczby korepetycji. W tym czasie regularnie szukał etatu w jakiejś placówce samorządowej. Oczywiście bez rezultatu, nie był przecież niczyim krewnym. Ale korepetycje szły coraz lepiej i w końcu jedna ze szkół prywatnych uznała, że ten nauczyciel robi jej poważną konkurencję. Zaoferowała więc mu etat. I wtedy już poszło z górki, do tego stopnia, że gdy owa szkoła zaczęła stroić fochy, nauczyciel przeniósł się do innej, zabierając ze sobą 3/4 swoich uczniów.

    Hm.. Napisałem, że to opowieść o wyższości szkół prywatnych nad samorządowymi. Ale przecież to o czym jest ta opowieść inaczej odczyta ktoś kto się identyfikuje z owym dobrym nauczycielem, a inaczej ktoś kto się identyfikuje z etatowym personelem owych 120 szkół podstawowych ..
    O ja głupi oszołom !

    zaz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Choroba Ci się nie trafiła, bo... ? Cóż, tam gdzie dzieciaków dużo, chorób pełno przecież. Zadymiony bar jest, chyba, lepszym terytorium dla dziecka niż przedszkole.

      Mój bratanek nie chodził do przedszkola i jak teraz poszedł do podstawówki, to nie było miesiąca, by nie chorował.

      Do reszty odniosę się potem.

      I nie twórzmy atmosfery napięcia, ok.

      Niepotrzebne to tu.

      Usuń
    2. Poważna dyskusja się wywiązała... Dodam - tak z mojego doświadczenia - co nieco. Moje chłopaki chodzą do przedszkola niepublicznego (to jeszcze co inne, niż prywatne, taka rzecz pośrednia). Jesteśmy zadowoleni. Młode wychowawczynie - chętne do pracy, nie zmęczone, pełne energii, ze świetnymi pomysłami i świetnym podejściem (mimo, że młode, więc bez latami wypracowywanego doświadczenia). Dzieci chorują, my mieliśmy ponad pół roku z życia wyjęte przez infekcję poganianą infekcją, ale to chyba nic dziwnego, wszyscy tak mają, którzy nagle dzieci z domu posłali w zbiorowisko.
      A rozmawiałem ostatnio z koleżanką, która ma dzieci w przedszkolu publicznym. Poszła tam razu pewnego odebrać synka, a ten bawi się - z innymi chłopcami - w jednym kącie sali, w drugim bawią się dziewczynki. Okazało się, że wychowawczymi wprowadziła segregację płciową po jakimś spięciu między chłopakami a dziewczynkami na tle posiadania zabawek. Pani jest, dodam, w wieku przedemerytalnym, na tak zwanym doczekaniu i jak stwierdziła pani dyrektor (której koleżanka zwróciła uwagę na kontrowersyjną metodę rozwiązywania sporów) - jest (z racji wieku) niereformowalna.
      Inne atrakcje przedszkola publicznego, to na przykład grzyb na ścianie.
      Podsumowując - wolny rynek nie jest zły. Publiczne przedszkola zawsze będą miały chętnych więcej, niż miejsc. A te, które publicznymi nie są, muszą sprostać rynkowym wymaganiom i prawom konkurencji. I to jest dobre, bo przekłada się na dobro dzieci.

      Usuń
    3. U nas w moim miasteczku wygląda to tak:

      - prywaciarz pomstuje, że gmina nie daje mu więcej niż powinna/może,
      - pomstuje, że nie chce inwestować w budynek, który DO GMINY NIE NALEŻY (w nim znajduje się prywatne przedszkole)
      - wszystko argumentuje dobrem dzieci, natomiast jestem ciekawy, jak odpowie na pytanie takie:

      Jeżeli Pan ma na myśli dobro dzieci i ich rodziców, dlaczego nie zapyta pan w swojej gazecie, dlaczego gmina nie stworzy nowych miejsc w przedszkolach samorządowych? Może lepiej byłoby 75% dotacji przeznaczyć na publiczne, NIE NA PRYWATNE ośrodki?

      Usuń
  5. Co do chorób dzieci, to czynników jest dużo, ale z tych mieszczących się w kontekście to widzę jeden.
    Jest to czas reakcji na niebezpieczeństwo, w postaci odkrytego gardła, zamoczonych spodni czy przechodzącej w pobliżu bomby epidemiologicznej. W przedszkolu samorządowym ten czas wynosi tyle ile trwa wysączenie porannej kawy, wszamanie pączusia i oplotkowanie wszystkich możliwych i niemożliwych wspólnych znajomych. Włączając w to znajomych z telewizorka. W przedszkolu prywatnym (zwanym czasem dla niepoznaki niepublicznym) trwa to odrobinę krócej, tzn do momentu w którym da się udawać, że się problemu nie widzi. A się widzi, bo nie ma kantorka w którym można spokojnie kawusię wypić.
    W barze "Miedzianka", czas reakcji był co najwyżej tak długi jak jedno rozdanie. Co więcej, reagował nie tylko Dziadek ale i wszystkie baciary z jego stolika. A w grubszych sprawach również okoliczne stoliki. W sprawach najgrubszych zaś przez kontuar potrafiła się przelać pani Krysia i też swym doświadczeniem wesprzeć Dziadka.

    zaz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. EEEEE, mnożysz stereotypy aż miło...

      A co do opisywanego w poście prywatnego przedszkola. Żona przypomniała mi historię o tym, jak jedno dziecko przez kilka miesięcy w tym raju za rodzicielskie pieniąchy płakało i płakało. Uspokajało się tylko na dworze, bo miało co robić na placu zabaw.

      Dyrektorka mówiła: "Uspokój się! Przestań płakać, bo inne dzieci już nie moga z tobą wytrzymać!"

      Rodziców poinformowano o problemie po kilku miesiącach, bo nie chciało przedszkole prywatne tracić KLIENTA (pal sześc dziecko, ważne są pieniądze rodziców).

      Na pytanie rodziców, dlaczego nie sprowadzono psychologa, odpowiadała "kadra":

      - Bo nie było takiej potrzeby.

      dziecko zabrano, trafiło do samorządowego przedszkola i po miesiącu "klient" zamienił się w zadowolone dziecko.

      To nie ploty. Opowieść prawdziwa, niestety...

      Usuń
  6. Podziwiam, że tak łatwo (jak w tej opowieści) przenieść u Was dziecko z marnego, drogiego, prywatnego przedszkola do dobrego, taniego przedszkola samorządowego.
    Ale ogólnie to gratuluję, wygrałeś, to jedno płaczące dziecko bije wszystkie możliwe argumenty przemawiające za prywatną edukacją.

    zaz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślisz, że chciałbym mieć taki argument? Chłopie, wolałbym żeby każdy mógł prowadzić dziecko, gdzie by chciał - prywatnie, społecznie, publicznie etc. Żeby żaden dzieciak nie czuł się skrzywdzony a rodzic oszukany.

      Chyba dobrze chcę, prawda?

      jednak zawsze będę stał na straży przekonania, że są miejsca, które PIENIĘDZY przynosić nie muszą - przedszkola państwowe, szkoły, muzea, teatry... Tak się NIE ZARABIA z definicji, a jednak te miejsca muszą być, bo tak się tworzy coś więcej niż śrubki czy zegarki.

      Mój wpis jest tylko i wyłącznie moją prywatną opinią na temat pewnych bulwersujących moje środowisko najbliższe niezbyt czystych klimatów, jakie tworzą się wokół pretensji, jakie mają prywaciarze o to, że nie mogą zarabiać tyle, ile chcą, bo gmina daje im tylko tyle, ile ma zapisane w "statucie."

      Nie chcę wojny. Już dość się tu nakłóciłem o związki partnerskie czy aborcję. Byłem już faszystą i byłem lewusem.

      No, chyba że ktoś się uprze...

      Usuń
    2. Ja Wam powiem tak: nie jest ważne, czy przedszkole jest publiczne, czy prywatne - liczy się kadra i dyrekcja. Różnica dla rodziców jest czysto finansowa i to jest jedyna zmienna, na podstawie której można uogólniać (w sensie publiczne lepsze, bo tańsze...).
      Osobiście jestem zadowolony z przedszkola, do którego chodzą Chłopaki. Z przedszkola jestem zadowolony, paniami wychowawczyniami jestem zachwycony. Dwóch Chłopaków, dwie grupy, dwie idealne Panie. W tym samym jednak przedszkolu, w młodszej grupie, jest synek znajomej - ona już zachwycona nie jest.
      Reasumując - pomijając kwestię finansową, przedszkole to kwestia ludzi. Przedszkolanka z powołaniem zapewni dzieciom atrakcje mając do dyspozycji dywan i kartkę papieru. I dzieci będą ją kochały, jeśli ona się zaangażuje (Mój Tytus już zapowiedział, że na urodziny zaprosi Panią Anię - zżył się z nią po prostu).

      Usuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.