środa, 29 maja 2013

Ze słodyczy to ja najbardziej lubię...


... kawy nie słodzę, herbaty nie słodzę, to choć odrobinę nieróbstwa długoweekendowego sobie posłodzę. 

Co ciekawe, gdy szukałem obrazów ilustrujących hasło "Dolce far niente", czyli słodkie nieróbstwo, to oprócz Kaczora Donalda w hamaku, wyświetlały mi się grafiki przedstawiające same kobiety.

Na przykład:






Wizerunków Donalda Tuska nie brałem pod uwagę...


wtorek, 28 maja 2013

Ciężka to mogła być służba, skoro...

Znów znaleziony zapisem sprzed 8 lat. Mój dobry kumpel z rodzinnego miasta, z wykształcenia architekt, nie mogąc znaleźć roboty w zawodzie, poszedł do Centralnego Ośrodka Szkolenia Służby Więziennej. Tak, jest taka szkoła. Bardzo mundurowa, bardzo rygorystyczna, przypominająca w połączenie szkoły policyjnej z akademią wojskową, zachowując oczywiście rozsądne proporcje.

Gdy go wtedy odwiedziłem, był świeżo po badaniach lekarskich. I nie mógł przestać o tym mówić. Dość szczegółowe musiały to być badania, skoro tak:

- laryngolog wykrył u niego niedosłuch prawego ucha,
- okulista znalazł lekki astygmatyzm,
- a psychiatra zbytnią nerwowość i nadpobudliwość.

W sumie idealny strażnik...

Jednak najlepsza była kobieta (?), potężna PANI o tubalnym głosie, potężnej sylwecie i miażdżącym spojrzeniu. Badała koordynację ruchową. Wydawała kolejne polecenia jak co najmniej członiki jakiejś paramilitarnej bojówki szkoląca przyszłych terrorystów-samobójców.

- Proszę podejść do ściany! - ryczy.

kumpel podchodzi.

- Zamknąć oczy!

Zamyka.

- Wyciągnąć ręce na boki!

Wyciąga.

- Dotknąć nosa!

Dotyka

- Przejść do tamtego pomieszczenia!

- A mogę otworzyć oczy? - pyta cichutko kumpel.

- A jak by pan chciał tam trafić z zamkniętymi oczami!!!

A finał tej historyjki (w sumie o niczym) jest taki, że podobno jeden chłopak tak się zestresował całym badaniem, że oczu nie otworzył i na ślepo ruszył do "tamtego pomieszczenia."


poniedziałek, 27 maja 2013

Biedny reżyser

Dziś rano w śniadaniowej mądrej telewizji dotarł do mnie wstrząsający njus ze świata znanych, pięknych i bogatych. Tak porażająca to była wiadomość, że biednej prowadzącej ciężko było opisać całą historię.

Otóż Znany Polski Reżyser (od filmów ambitnych, ale nudnych do bólu) przyznał się do romansu z kobietą 33 lata od niego młodszą. Cóż, zdarza się najlepszym. Ale reżyser zdaje sobie sprawę z tego, że z powodu jego niewierności ucierpiały różne osoby. A i środowisko filmowe się od niego odwróciło...

...reżyser został przez swoje środowisko poddany OBSTRUKCJI - mówi zatroskana prowadząca. 

***

Przypomnijmy - OBSTRUKCJA to albo bierny opór przy użyciu dozwolonych prawem metod 

albo

inaczej zaparcie, utrudnione lub niezbyt częste oddawanie stolca.

Nie wiem, co dla pana reżysera było bardziej kłopotliwe...

niedziela, 26 maja 2013

Gwoli ścisłości

Historyjka-autentyk odnaleziona w starych dziennikach z roku 2005.

Gimnazjum. Podchodzi do mnie po lekcji uczeń trzeciej klasy i pyta:

- Proszę pana, jak się pisze "Zdzisław"?

- A po co ci to?

- Muszę napisać w życiorysie.

- Poczekaj na lekcję, to ci napiszę na tablicy.

- Proszę pana, niech mi pan tylko powie, czy na końcu jest W czy F?

Zdzisław to był ojciec tego zaciekawionego językiem polskim ucznia.


sobota, 25 maja 2013

O edukacji przedszkolnej w wersji mikro, czyli wpis antywolnorynkowy

Rzadko, oj rzadko udaje się komukolwiek namówić mnie na jakąś aktywność społeczną. Leń jestem w tej kwestii, a chodzenie na wybory wyczerpuje moją pulę zaangażowania się poza swoim prywatnym ogródkiem.

Jednak od czasu do czasu sięgam po pióro (klawiaturę, no przecież...) i piszę mail w sprawie, która zabolała mnie jak dziurawy ząb. Pierwszy raz uderzyłem w stronę wydawnictwa GREG, które wypuszcza na rynek kolejne lektury opatrzone nie tylko prymitywnymi i żenująco ubogimi intelektualnie opracowaniami, ale również GREG umieszcza "na lekturach" reklamy stron internetowych, na których uczeń może sobie zdobyć wypracowanie "na każdy temat."

Napisałem im, że to czyste, klasyczne psucie młodzieży etc. - nie odpisał mi nikt.

Zresztą odpowiedzi się nie spodziewałem.

Ostatnio sięgam po lokalną niszową bezpłatną gazetkę, która oprócz umieszczania reklam, coś tam pisze o moim miasteczku i okolicach. W numerze znalazł się spory wywiad z panią dyrektor prywatnego przedszkola, jakie od 2-3 lat istnieje w naszym miasteczku. Wywiad ciężko mnie wkurzył. Do tego stopnia się wściekłem, że strzeliłem list i wysłałem go na adres wyżej wymienionej placówki. Odpowiedzi nie było (jeszcze), a sama sprawa wygląda następująco:

- pani dyrektor prywatnego przedszkola jest głęboko zaniepokojona i zbulwersowana faktem, że "państwowe przedszkole", do którego chodzi mój Synek (od września Córa), jest "potajemnie" dotowane przez samorząd, więc ceny, jakie płacą rodzice (my płacimy trochę ponad 200 złotych) za swoje dzieci, są SZTUCZNIE ZANIŻONE. To było pierwsze oskarżenie. Zapytałem w liście, skąd pani dyrektor czerpie wiedzę na ten temat - skoro są to informacje "potajemne", to czy wypada się tym dzielić wszem i wobec?

- druga kwestia jest bardziej niebezpieczna, bo świadczy o pewnym podejściu, jakie w oświacie (przedszkolnej też) panuje. Pani dyrektor żali się, że jej przedszkole nie może konkurować z "państwowym", bo w jej przedszkolu za dziecko trzeba miesięcznie płacić 450 PLN, a w "państwowym" jest o połowę taniej. A ona by chciała, by przedszkolna konkurowały ze sobą "na programy nauczania", a nie "na ceny."

Jaki wniosek? 

W jej idealnym świecie samorządowe przedszkole musi być dwa razy droższe, by prywaciarze mogli poczuć zadatek uczciwej konkurencji. Czyli ja za dwójkę dzieci powinienem płacić 900 złotych za miesiąc, a nie około 500. Tak to wygląda...

Ktoś mógłby rzec, że prywatne przedszkola są koniecznością, bo "państwowe" są za małe i jest ich za mało. Zgoda, tylko z jednym zastrzeżeniem - o wszystkim decyduje polityka gminy/samorządu. Bo ostatnio w każdej mieścince znajdziemy basen, aquapark, wymaksowaną fontannę lub inny spektakularny i nikomu niepotrzebny bajer, ale nikomu nie przyjdzie do głowy, by sfinansować otworcie dwóch dodatkowych oddziałów przedszkolnych.

A wątek antywolnorynkowy? Cóż, rozstrzelajcie mnie, spalcie a prochy rozrzućcie nad Atlantykiem (lub gdzieś bliżej), ale uważam, że są dziedziny, od których prywaciarze powinni się trzymać z daleka - od edukacji w szczególności.

Mądrze zarządzane państwo powinno samo dbać o wykształcenie  swoich obywateli, bo ma w tym żywotny interes. Długofalową inwestycję. Sektor prywatny (o czym słyszałem, a nawet osobiście się przekonałem) dba o sympatyczną obsługę towaru jakim jest uczeń. 

Uczeń płacący, dodajmy...

czwartek, 23 maja 2013

Wiersz na podsumowanie tygodnia

Grzegorz Wróblewski

Zacznijmy wszystko od nowa

Zacznijmy wszystko od nowa:
strzelają do mnie z łuku
a ja tylko...serdeczny
uśmieszek! Wyjmuję strzałę
z dupy i grzecznie czekam
na drugą. Czy właśnie
o to Ci chodzi???

Bez komentarza...

wtorek, 21 maja 2013

Urywki ostatniości XI

I

Mam zapiernicz w życiu jak jednoręki basista lub jednonogi facet na konkursie kopania w dupę (oba porównania z beznadziejnych amerykańskich filmów klasy B lub nawet C, proszę o wybaczenie co delikatniejszych czytelników). Żona zdobywszy jakiś czas temu uprawnienia do sprawdzania pisemnych matur, cały ostatni weekend poświeciła punktowaniu arkuszy. Piątek, sobota, niedziela...

Praca to niewdzięczna, męcząca i ogłupiająca. Po kilkunastu wypracowaniach człowiekowi wydaje się, że NIC na temat polonistyki nie wie, a maturzyści odsłaniają przed nim tajemnice historii literatury. I robią to wyjątkowo barwnie, niemal z ułańską fantazją. No, końską fantazją bardziej...

(Przypomina mi się niegdysiejszy maturzysta, który na pytanie o to, o czym jest "Lord Jim" Conrada, odpowiedział tak mniej więcej:

- "Lord Jim" jest o Krzyżaku, Konradzie Wallenrodzie, który poszedł do nieba.

Mówię Wam, chciałbym przeczytać tę książkę!) 

II

Ja cały ten czas z dziećmi. 

Nie zrozumcie mnie źle. Kocham Tymka i Kalinę, ale podejrzewam, że ewolucja zaprojektowała ojców w taki sposób, że mają oni do dziennego wykorzystania ściśle określoną porcję cierpliwości do dzieci. Potem gwałtowanie ojcowie zaczynają  żałować, że nie uciekli w młodości z taborem cygańskim, nie zaciągnęli się  na statek wielorybników etc. 

Ciężko było momentami. Jednak całe szczęście pogoda dopisała, więc mogliśmy 3/4 dnia siedzieć w ogrodzie, na placu zabaw, snuć się po miasteczku i wcinać lody. W sumie dałem radę. E, nie było tak źle.

III

Z blogiem samym gorzej, bo nagle skrzydła mi oklapły. Wiem, że pewnie niewielu obchodzą autotematyczne biadolenia, ale niech ostatnie moje strzały ostrzegawcze w stylu "zamykam bloga" etc świadczą o oporze materii. 

Moja percepcja świata jakoś się przytępiła. Coś gorzej widzę. Słuch już nie ten, bo żadnych podsłuchanych rewelacji nie udało mi się zarejestrować. A pisanie o własnej duszy i jej subtelnych drgnięciach jest żenujące.

Piszę za to opowiadanie na konkurs ŚWIATY ZAJDLA. Mam już strzelone 15 tysięcy znaków ze spacjami.  I liczę na więcej.

IV

Tak pomajstrowałem z blogiem ostatnio, że nie ukazywały się Wasze komentarze, a ja nawet nie zauważyłem, że coś przez przypadek pozaznaczałem i musiałem KAŻDY komentarz odręcznie publikować. Naprawiłem to. Wszystko działa.

Przepraszam za usterki. Naprawdę tak wyglądam.

sobota, 18 maja 2013

Piosenka na jutro

Przypominam, jutro (niemal) wszystkie sklepy będą zamknięte - Zielone Świątki znaczy się. Ważne katolickie święto.



Posłuchajcie więc sobie ze zrozumieniem tej oto piosenki.

I mój prywatny głos w sprawie handlu i w ogóle pracy w niedzielę. Nie powinno się ludzi zmuszać do tego, by siedem dni w tygodniu zapierniczali w imię dziwacznych ekonomicznych argumentów, że "za dużo NIE pracujemy i państwo na to sobie nie może pozwolić, by dać ludziom odpocząć."

Chciałby, naprawdę chciałbym, żeby nikt nie musiał w niedzielę do pracy jechać. Mógł z rodziną w domu siedzieć, pójść na spacer, pochodzić po parku, nawet pogapić się bezinteresownie w niebo jeśli ma ochotę.

Na pohybel ekonomii, gdy niedziela piękna się kroi.

piątek, 17 maja 2013

A tu tymczasem na odległej wyspie...

Dostaję parę dni temu list z mojego ukochanego banku. Z reguły są to wyciągi z konta lub propozycje "wyjątkowo atrakcyjnych kart kredytowych lub kredytów gotówkowych." ZAWSZE życzliwie ignoruję tego typu korespondencję. Żadnych dodatkowych usług poza przechowywaniem moich ciężko zarobionych pieniędzy.

Ale coś mnie tknęło i otworzyłem.

I co widzę?

"Nasz Bank zmuszony został do zablokowania Pańskiej karty płatniczej, gdy istnieje uzasadnione podejrzenie, że została ona wykorzystana do czynu przestępczego."

Aż usiadłem z wrażenia. Potem chwyciłem portfel - karta była, więc o co chodzi? Sprawdzam stan konta - raczej się zgadza. Dzwonię więc pod zasugerowany mi w liście numer. Po kilku minutach rozmowy doszliśmy do gwoździa programu.

Miła kobieta z Banku pyta mnie:

- Czy był pan ostatnio za granicą?

- Nie, Najdalej nad morzem. Polskim - zaznaczam.

- Czyli nie był na przykład na Dominikanie?

- Chyba bym coś pamiętał...

- Bo kilka dni temu. O czwartej nad ranem z jednego z bankomatów na Dominikanie właśnie ktoś chciał wypłacić z pańskiego konta pieniądze. Oczywiście mu się to nie udało. Ale kartę musieliśmy zablokować, rozumie pan?

Rozumiałem. Ktoś, jakiś podły nikczemnik, chciał na drugim końcu świata ukraść moje ciężko zarobione nauczycielskie pieniądze!

Cóż, wygląda na to, że polski rząd na czele z ministrem finansów mają dość egzotyczną konkurencję.

środa, 15 maja 2013

Honor, dyshonor, a jednak honor

Historia autentyczna. Wciągam ją na TOP TEN moich spotkań z uczniami. 

Matura z języka polskiego. Już wiem, jakie były tematy. Maturzyści, w tym dwie moje klasy, raczej zadowoleni wychodzą z sal, bo "Przedwiośnie" bardzo im do gustu przypadło. Ja podchodzę do każdego z moich podopiecznych, pytam o nastroje, o wybór tematu, czy "łatwo było" itd.

Większość już wyszła. Nagle podchodzi do mnie uczeń i mówi:

- Muszę Panu coś powiedzieć. Jednak mnie Pan czegoś nauczył przez te trzy lata.

- O, to bardzo miłe, co mówisz.

- Dzięki Panu zapamiętałem, że główny bohater "Przedwiośnia" nazywał się Cezary Baryka!

- Eeee, kurcze, nie załamuj mnie, stary...Tylko tyle cię nauczyłem? Naprawdę?

- Wie Pan, to jest dużo. Bo po takim gimnazjum to z polskiego jak NIC nie umiałem.

PS

Zaistniała w tym momencie klasyczna Edukacyjna Wartość Dodana, czyli najnowszy twór wszystkich mundrych od oświaty i nauki. EWD to ni mniej, ni więcej tylko przyrost wiedzy na danym etapie edukacyjnym w odniesieniu do wiedzy, z jaką uczeń przyszedł ze szkoły programowo niższej.

Stwierdzam, że przyrosło, bo Baryka!

wtorek, 14 maja 2013

Jak wyszła ze mnie wiocha

Jako nauczyciel licealny w maju nie mam spokoju. Albo siedzę w komisjach i pilnuję uczniów, co by nie ściągali na egzaminach pisemnych, albo pilnuję korytarzy, co by reszta uczniów maturzystom nie przeszkadzała, albo sam egzaminuję z tak zwanej "prezentacji maturalnej"- siedzę w parze z polonistką i wspólnie spowiadamy z materiału, na opanowanie którego delikwent miał około 9 miesięcy. Tyle co ludzka ciąża trwa praca nad piętnastominutowym wystąpieniem.

W tym roku aż 10 (!) razy wpatruję się w drżących z emocji młodych ludzi, których szkoła nie nauczyła walczyć ze stresem. (Czyżby więc szkołą była za mało stresująca, skoro nie opanowali umiejętności trzymania nerwów na wodzy?). 10 razy w 3 rożnych szkołach. 

Najdalej wysuniętą placówką był Zespół Szkół Rolniczych. Pierwszy raz tam jechałem, więc lekki stres, bo wyczucie kierunku to ja mam jak nawigator Titanica. Na szczęście udało mi się trafić raczej bez problemów, a to dzięki pomocy pewnego starszego pana, który powiedział mi, ze mam skręcić w lewo, gdy ja się raczej w lewo chciałem zabrać. Ale starszych trzeba słuchać, więc trafiłem szybciutko.

Szkoła jest przepięknie położona - malutka, niemal odcięta od cywilizacji, wioska, i widok samej szkoły, który mi się prywatnie kojarzył z Akademią Pana Kleksa. (Były poniemiecki pałacyk/dworek):


O samym egzaminowaniu nie mogę oczywiście niczego powiedzieć, bo zobowiązanie podpisałem i żywcem mnie spalą odpowiednie służby, a moje imię będzie przeklęte, jeśli się wygadam. 

Natomiast przerwa, która mi przysługiwała, zeszła mi na penetrowaniu terenu - zrobiłem sobie mały spacer po okolicy. Ech, nie mogłem się nacieszyć tą ciszą, zapachami,

BEZ KWITNIE!

widokami,


nawet kapliczkami...


Cisza, bezruch, zatrzymanie. Klekot bocianów. Jeden samochód na kwadrans. Miniaturowe przedszkole, z którego wysypała się gromadka dzieciaków. Jeden sklep. Niewiele więcej.

Tak sobie pomyślałem, że mógłbym tam żyć. Mógłbym tam osiąść i mieć warunki do godnego, choć może nie najlżejszego życia. Mógłbym witać dzień i żegnać dzień ze słońcem. Mógłbym się nawet przyzwyczaić do słodkawego zapachu obornika. Do błocka. Do ujadania psów.

Potem jednak się uspokoiłem - pewnie to tylko bajdurzenie "profesorka" ze średniego miasta, który na chłopomanię zapadł. Pewnie tak. Pewnie dwa tygodnie takiego "wymarzonego" życia szybko by mi tę sielską, arkadyjską wizję rozbiły w proch i pył.

Ale wiem jedno - gdybym miał wybór, wolałbym* wiochę zabitą deskami niż wielkie miasto. 

Te smrodliwe, hałaśliwe, rzygające "cywilizacją", a wyglądające jak postapokaliptyczna dekoracja, polskie miasta wojewódzkie, których się dosyć z bliska naoglądałem.

No i proszę, wyszła ze mnie wiocha? Wyszła...


*Wolałbym JA, bo już ciężko mi sobie wyobrazić moje dzieciaki, które zachorowawszy, musiałyby kilometrami być wożone do lekarzy; codziennie do szkoły.

środa, 8 maja 2013

Jak starałem się zerwać z wizerunkiem Polaka-malkontenta i nadętego smutasa


3 maja to było. 

Dzień wolny od zajęć wszelakich. Nie licząc żenującej akcji "Orzeł może" 



(cytuję za organizatorami - Trójką i Wyborczą: Zamierzamy rozprawić się ze stereotypem Polaka pesymisty, malkontenta, nadętego smutasa, który ma wszystkim za złe i innym zazdrości), mieliśmy w domu akcję mniej żenująco, a bardziej niepokojąco.

Od kilku dni Kalina drapała się po głowie. Potem skoncentrowała swoją aktywność na okolicach prawego ucha, by właśnie 3 maja po południu z płaczem oznajmić, że boli ją środek ucha właśnie. Ryk, łzy w oczach, może nawet lekka temperatura. Się spięliśmy, bo ostatnio u naszych znajomych podobne objawy zakończyły się zapaleniem ucha i trzyletnie dziecko całą noc musiało być noszone na rękach, bo tak wyło z bólu.

Nie chcieliśmy mieć podobnych atrakcji, ani w dzień, ani w nocy, więc zapakowałem młodą do samochodu i pojechałem z nią do Poznania, dużego cywilizowanego miasta, gdzie liczyliśmy na tak zwaną „pomoc doraźną.”

Pacjentów, oprócz jakiejś babulinki, nie było. Wpuściła nas do gabinetu starsza, balzakowsko dorodna lekarka.

„Stara – myślę sobie – to dobrze. Doświadczona” To oczywiście w kontekście medycznym, żeby nie było…
Zaczynam opowiadać o tym, co nas tu sprowadziło. O bólu ucha, o płaczu, o podejrzewanym, oby nie, zapaleniu ucha i że przydałoby się pewnie do tego ucha otoskopem zajrzeć…

Lekarka podniosła głowę znad grubej księgi, w którą wprowadzała dane Kaliny, i powiedziała tak:

- Ale my tu nie mamy otoskopu…

Nie mają tego


Zamurowało mnie.

Tak szczelnie i tak hermetycznie, że zapomniałem powiedzieć, że ośrodek zdrowia, do którego przywiozłem dziecko, nie znajduje się w „jądrze ciemności”, to nie jest serce Afryki, linia frontu lub wiek XIX, ale to jest Polska Anno Domini 2013 i otoskop powinien być w podręcznym zestawie KAŻDEGO lekarza, który przyjmuje nie tylko dzieci, ale wszystkich pacjentów.



Cóż, nie powiedziałem tak. Może powinienem…

Może faktycznie powinienem tego 3 maja świętować omnipotencję orła bez korony siedzącego na kupie gówna. 


Kto wie? Może byłoby mi wtedy lepiej?