wtorek, 26 marca 2013

Po (chyba) zwycięskim meczu Polaków...

Taki stary kawał mi się przypomniał:

Przychodzi milicjant do domu i już od progu z przejęciem zaczyna opowiadać żonie:

- Kochanie, ale dzisiaj miałem akcję! Mówię ci. Trzech ich było! Jednego przez biodro przerzuciłem. Drugiego ciosem sierpowym prosto w szczękę. A trzeciego...

- No, co z tym trzecim? - dopytuje się żona.

- Tak go kopnąłem z wyskoku, że mu wszystkie kredki z tornistra wyleciały!



I żeby nie było - fakt, że uczę języka polskiego nie zwalnia mnie z kibicowania San Marino...

10 komentarzy:

  1. To nasi wygrali? Szkoda, liczyłem na te złośliwości internautów...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze grają. Jest 3:0 dla naszych, ale wciąż gdzieś tam głęboko wierzę w San Marino...

      Usuń
    2. No i wygrali... Chociaż któryś tyłek pokazał? ;-)

      Usuń
  2. I tak sobie nieźle radzą jak na taki malutki kraj...
    M.

    OdpowiedzUsuń
  3. Po długiej i ciężkiej rekonwalescencji, nie odzyskawszy przytomności, polska reprezentacja pokonała San Marino...

    OdpowiedzUsuń
  4. Bo piłkarze San Marino to prawdziwi amatorzy sportu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słowo "amatorzy" to dla mnie najmniejszy powód do hańby. Odwrotnie, to "zawodowcy" (vide Armstrong na przykład) są dla mnie najlepszą ilustracją tego, co najbardziej patologiczne w sporcie.

      Viva San Marino!

      Usuń
  5. Zgadzam się całkowicie! Też trzymałam kciuki za San Marino! I jestem pełna podziwu, że strażak, barman, biznesman i inni normalni panowie dorównali kondycyjnie "zawodowcom"!
    A co do zawodowego sportu: poznałam rodzinę, w której dzieci są przygotowywane do profesjonalnego sportu... Teraz rozumiem, dlaczego mówiąc o sporcie używa się słowa "uprawiać". Przyszłych sportowców właśnie się "uprawia", jak buraki i rzepak...

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.