wtorek, 12 marca 2013

Deesis, rwał jego nać!

Krach miał miejsce jakieś dwa tygodnie temu...

Lekcja z pierwszą klasą. Średniowiecze. Połowa epoki za mną, połowa przede mną. Zaczynam po bożemu. Dosłownie, bo "Bogurodzicę" omawiam. I wtedy się dzieje...

... w głowie pulsuje mi stroboskop. Pod czaszką krążą opętańcze myśli: "Bogurodzica"? Który to już raz? Deesis, ja pier &!!^&*! Carmen patrium w mordę jeża! Ile razy jeszcze?!"

Oczywiście zachowuję zimną krew i tłumaczę wszystko - to cholerne deesis, carmen patrium, nawet archaizmy, paralelizmy składniowe i udowadniam, że tekst wcale nie jest NAJSTARSZYM polskim dziełem literackim, ale najstarszym ZACHOWANYM.

Udowadniam chyba już 15 raz w swojej karierze polonistycznej.

Coś pęka i w głowie lęgnie się plan na skalę planów wszystkich tych szalonych naukowców,


którzy jednym bezczelnym ruchem anulują całą dotychczasową wiedzę zgromadzoną na przestrzeni wieków.

Tak się czułem, gdy wyobraziłem sobie samego siebie jako Szefa Wszystkich Szefów od Edukacji. Gdybym miał nadludzką moc i mógł kreować, kształtować polską szkołę. Najpierw zlikwidowałbym gimnazja, a potem zreformował nauczanie języka polskiego.

W sumie przedmiot nie nazywałby się już "język polski", ale na przykład "literatura." Czego bym chciał?

  • Zlikwidować lub okroić do minimum wiedzę o periodyzacji epok. Dlaczego wciąż muszę w pierwszej klasie, tym wszystkim młodym ludziom wciąż i wciąż opowiadać o Biblii, antyku, świętym Aleksym i biednym Hiobie. Wciąż i wciąż. Dlaczego, gdy chcę dotrzeć do najciekawszych i wciąż pomijanych zjawisk w literaturze, muszę zmuszać uczniów, by zaliczali kolejnych starych pierników. (W "starej dobrej szkole" zaczynam przypominać ojca, do którego przychodzi syn i mówi: 
           - Tato, a mogę posłuchać The National, Arcade Fire i Lamb of God?
     - Nie! Nie, dopóki nie zapoznasz się z płytami Chucka Berry'ego, Elvisa Presleya i Beatlesów.
  • Zlikwidować sztywny i ogólnopolski kanon lektur. Żadnych "Posłuchajcie, bracia miła...", żadnych "Żywotów człowieka poczciwego", archaicznych tłumaczeń archaicznych komedii Moliera czy innego nieśmiesznego autora, któremu tradycja przypisała ponoć bycie śmiesznym.
  • Co nauczyciel, to inny zestaw lektur. ja proponuję takie i takie powieści, wiersze, eseje, reportaże i szkice, moja koleżanka/kolega coś zupełnie innego. Pełna dowolność. Rzecz jasna omijamy skrajnie głupie wykwity literatury popularnej, chyba że jako wzór tego, czego czytać się nie powinno.
  • Uczniowie pisaliby o problemach przedstawionych w tekstach. Nie odtwarzaliby setną charakterystykę Izabeli Łęckiej lub Cezarego Baryki. Podstawą zaliczenia danej pracy byłaby wewnętrzna spójność, a nie jak teraz wpasowanie się w klucz najbardziej oczywistych odpowiedzi.
  • Matura polegałaby na napisaniu eseju interpretacyjnego dany tekst lub na rozwinięciu problemu rzuconego w temacie pracy. W sumie byłby to powrót do formy "wypracowaniowej."

Moje postulaty są rzecz jasna utopijne i  zważywszy na to, że Ministerstwo co i rusz proponuje szkołom kolejne reformy, z których wynika, że uczniowie...muszą wciąż się uczyć tego samego., niemożliwe do zaszczepienia na polskim gruncie. Jednak wydaje mi się, że to chyba jedyna droga, by nauczyć młodych ludzi czytania, a nie biernego przyswajania informacji o kolejnych epokach, lekturach, kontekstach etc.

Tak mi się myśli... I aż się sam sobie dziwię, bo byłem jeszcze niedawno gotów krwi utoczyć, by kanon się ostał, bo bez kanonu młodzi w świecie kultury poginą...

26 komentarzy:

  1. Świetny plan, niestety z punktu widzenia kadry rządzącej nie jest dobre dla nich rozwijanie inteligencji, dlatego nigdy do realizacji tego planu nie dojdzie:/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I się mi też, Droga Eruano, tak wydaje... Jak oszczędzać, to właśnie na najmłodszych, jak manipulować to najgłupszymi.

      pzdr

      Usuń
  2. Ech, gdyby powstała taka szkoła, z chęcią bym się do niej cofnął...a tak pamiętam jak dwa lata temu, gdy jeszcze byłem w liceum kazano nam ,,z urzędu" wielbić i ubóstwiać geniusz Szymborskiej, której twórczości osobiście nie lubię...Nie wspominam już o wielu innych podobnych przypadkach.
    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic, co z urzędu się wielbi, nie trafi do nas szybko. Ja Szymborską polubiłem, gdy już nie miałem z nią "urzędniczo" to czynienia i byłem czytelniczym wolnym strzelcem.

      pzdr

      Usuń
  3. Nie myślałem, że kolejna osoba pomyśli o reformie szkół. Parę dni temu pisałem do dziewczyny list, w którym między innymi opisywałem co mi się w polskiej edukacji nie podoba. Nie mówię tego jako zgorzkniały uczeń, nastolatek chcący anarchii w szkole, tylko jako dorosł (student), który przez gro swego czasu spędziłem uczony nie w polskich szkołach.
    Ech, tyle rzeczy czeka na zmiany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czeka, czeka i doczekać się nie może. I pewnie się nie doczeka. Cóż, trzeba ratować siebie i najbliższych.

      pzdr

      Usuń
  4. Czytam i się zastanawiam: naprawdę nie ja napisałam tego posta???
    Całkowicie sie zgadzam! Przedmiot: litaratura, bo co za wariat każe czytać Moliera na języku polskim??? Nie męczyć utworami w językach obcych (dla nastolatków), czyli zacząć od tego, co najbliższe, a skończyć na Bogu ducha winnej, znienawidzonej "Bogurodzicy"... Nie uczyć historii literatury, tylko miłości do literatury! Chcą czytać S-F, niech czytają! generalnie - niech czytają, myślą, piszą i oceniają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki za miłe słowa.

      Wiesz, mi też nie do końca o to chodzi, by czytali cokolwiek, a sam akt składania liter w słowa fetyszyzowali. Nie wydaje mi się, żeby lektura lekturze była równa. Są książki dobre i wartościowe, a przy okazji w nienarzucający się sposób mówią coś o naszym życiu i świecie. Ale są też gnioty, które czyta się, bo "wszyscy czytają." Na przykład - sporo energii istatnio tracę, by wytłumaczyć młodym, że porno-polo, czyli cykl o Greyu, to coś, na co nie jest warto nawet spojrzeć.

      pzdr

      Usuń
  5. od dziś mam kolejne marzenie!!! nauczaj moje dzieci ;))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie. Błagam, nie pisz mi tak... Nie dźwigam takiej napiętej odpowiedzialności. Mi raz coś wyjdzie w szkle, częściej nie.

      Taki erotoman-gawędziarz jestem metodyczny...

      Ale dziękuję.

      Usuń
  6. Miałam dużo szczęścia, że w liceum nasza polonistka, oprócz wciskania kanonu, zachęcała nas do czytania wszystkiego, co w końcówce lat 80-tych nagle stało się dostępne.
    Czuliśmy się wyjątkowo podekscytowani i tacy dorośli omawiając np "Matkę Królów" (film) albo "Rozmowy z katem" - co za emocje!

    OdpowiedzUsuń
  7. Ma Pan rację, jestem maturzystka a ten cały klucz mnie przeraża, na każdym kroku trzeba się "wpisać"... Tragedia!

    OdpowiedzUsuń
  8. W gruncie rzeczy się zgadzam, ale - żeby nie było za miło - nie do końca. Maturalne, czy w ogóle egzaminacyjne klucze oduczające myślenia, to porażka. Dobór lektur też czasami zniechęca do czytania (pamiętam, jak po 'Janku muzykancie' miałem książkowstręt).
    Tak sobie jednak myślę, że podstawy trzeba znać. I wiedzieć, co się skąd wzięło. Eseje, reportaże - ok, ale na tym przykładzie: Kapuściński napisał genialne dla mnie 'podróże z Herodotem'. Gdyby nie znał Herodota, to by ich nie napisał. A czego słuchają muzycy Lamb of God? daję głowę, że znają Beatelsów i dlatego między innymi są taka kapelą, jaką są. Jest świetny dokument o heavy metalu, nazywa się 'Heavy Metal' :-). Muzycy różni się tam wypowiadają, nawet ci grający największą rzeźnie powołują się na Wagnera czy bluesmanów.
    Generalnie szkoła powinna uczyć myślenia, ale żeby myśleć, trzeba mieć jakiś materiał do tworzenia myśli. Ot, choćby po to, żeby nie wyszło głupio, jak się wymyśli coś rewolucyjnego i ogłosi swoją rewolucję światu i... nagle się okaże, że ten rewolucyjny pomysł już się narodził, jakieś 150 lat temu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. (w tle słychać klaskanie)
      Tak, tak i jeszcze raz tak!
      Samodzielne myślenie wypadałoby nieco kulawo, gdyby pozbawić uczniów podstaw.

      Usuń
    2. Marcinie Drogi, przykład z "rzeźnikami metalowymi" daje do myślenia i już myślałem, ze tradycyjnie klęknę przed obliczem Twoich argumentów.

      Ale nie tym razem.

      Jasne, że muzycy, pisarze, malarze odwołują się do znanych u uznanych, posągowych wręcz autorytetów i dzieła, ale... pytanie

      - czy te posągowe dzieła poznali i zafascynowali się nimi na drodze "przymusowej" edukacji jaką oferuje szkoła? Czy raczej sami, na własną rękę, ucho, czy oko poznali i rozpoznali bliskie sobie autorytety?

      I druga kwestia - nie wiem, jak to jest w przypadku WIELKICH gwiazd, ale wśród ludzi zajmujących się czynnie lub biernie pisaniem (a tych znam paru, nieskromnie zupełnie mówiąc) mechanizm był zawsze IDENTYCZNY - zaczynali tworzyć, pisać, recenzować, fascynować się literaturą, bo zauroczył ich nie EKSPONAT z Muzeum Literatury, ale najczęściej żyjący wciąż i aktywny autor, którego chcieli naśladować.

      Dopiero potem dojrzewali do klasyków.

      I tak to moim zdaniem wygląda.

      pzdr

      Usuń
    3. Zgadzam się, zgadzam, ale jednak coś mi nie gra... Szkoła, to jednak szkoła. Może moje argumenty nie do końca są trafne a może ja nie do końca potrafię je sformułować, ale wydaje mi się, że ktoś wykształcony, a szkoła ma przecież kształcić, powinien wiedzieć, skąd pochodzi. Mentalnie.
      Nie twierdzę, że każdy powinien znać na pamięć 'Bogurodzicę', recytować 'Pana Tadeusza' i przytaczać fakty z biografii wieszczów. Ale pojęcie mieć powinien.
      Twój pomysł na uczenie o literaturze mnie przekonuje, zarażanie pasją jest ważne, bezcenne (opowiadałem Ci zresztą chyba, jak to było ze mną - polonista mi do listy lektur dodał Ludluma, który mnie, ósmoklasistę, powalił i tak to się zaczęło).
      Ja bym po prostu do Twojego pomysłu dodał coś (może nawet jako osobny przedmiot, może chociaż roczny kurs), co by się zwać mogło historią literatury, albo historią kultury. Tyle. Żeby nakreślić kontekst, pokazać, co z czego wynika.
      Powiem Ci, że osobiście bardzo lubiłem lekcje polskiego, na których zaczynaliśmy omawiać nową epokę historyczno - literacką. Zawsze się tam coś ciekawego trafiło, a im dalej, tym ciekawiej (bo przecież w końcu dotarliśmy do młodopolskich ekscesów).
      I tyle, bo ogólnie - pomysł świetny. Bo dziś, to dramat, jak się uczy (nie ważne, CO napiszesz na teście, ważne, żeby było 3/4 strony, bo inaczej nawet nie zaczął sprawdzać - to jest przerażające).

      Usuń
  9. Moja szanowna pani profesor od polskiego twierdzi, że musimy znać tę całą historię literatury i wiedzieć, że Werter to cipa a nie facet, abyśmy mogli zabłysnąć na salonach. Jak wspomniałam jej o "Zwrotniku Koziorożca" Henry'ego Miller'a o mało co z krzesła nie spadła...
    A najlepszy jej tekst: miłość dopiero po studiach! Oczywiście w klasie wisi cytat z "Dziadów" : Kto miłości nie zna, ten żyje szczęśliwy, i noc ma spokojną, i dzień nietęskli­wy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale z tą miłością to coś jest na rzeczy. Przy okazji - dzięki za ładny cytat!

      Usuń
  10. Słyszałeś może o IB - maturze międzynarodowej? Tam tak dokładnie uczy się literatury. Trzeba analizować i argumentować, jest trudniej, ale za to jakie emocje! Szczególnie jeśli ma się szczęście do nauczyciela, które ja miałam. Niemniej jednak, odcierpiawszy swoje w polskim systemie szkolnictwa, bardzo długo przyzwyczajałam się do myśli, że nie muszę z nabożną czcią wielbić Wielkiej Klasyki z tego jedynie powodu, jest Wielką Klasyką.

    OdpowiedzUsuń
  11. Chciałabym, żebyś uczył literatury mojego syna... Jeśli się przy mnie nie nauczy :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eeee.... bałbym się, że nie sprostam.

      pzdr

      Usuń
  12. Bliski jest mi ten sposób myślenia. Na pewno powinno się uczyć czerpania z literatury, a nie ją maglować. Pojecie o tym, ze istniała jakaś Bogurodzica trzeba mieć, ale kolejność powinna być odwrotna. Najpierw współczesność, a wykopaliska na końcu, zapoznawczo. Im człowiek starszy tym chętniej sięga do źródeł, młodość karmi się emocjami. Szkoła jest na to ślepa. Tłucze się archaiczne teksty, które nigdy nie trafią do ludzi, bo są ze świata, który już nie istnieje. Po co, na co? Nie wiele większy ma to sens niż uczenie składu rodziny carskiej w dawnej Rosji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ove, coś się ostatnio za często ze mną zgadzasz. Papież Murzynem nie został, ale te Twoje "zgody" zaczynają mnie powoli niepokoić.

      ;-)

      Usuń
  13. Zawsze twierdziłem, że nauczyciel powinien mieć wolną rękę. O ile wiem MEN i kuratoria jeszcze żadnego ucznia niczego nie nauczyły. Ich zadaniem jest krępowanie nauczycieli w wyborze metody i treści a uczniów i ich rodziców w wyborze nauczyciela i szkoły.
    Dlatego (z powodu wolności wyboru) uważam, że odejście od chronologii miałoby zwolenników, aczkolwiek osobiście lubię sposób przedstawiania materiału w oparciu o chronologię i ewolucję. Np. jestem fanem Ewolucji fizyki Einsteina i Infelda (http://mtalar.niedzwiedz.pl/lektury/ewolucjafizyki.pdf)
    Osobna sprawa czy miałbyś poparcie czy sprzeciw nauczycieli. Mogłoby się okazać, że standardy są wygodą, uwolnieniem od odpowiedzialności i pracy nad wypracowaniem swojego programu. Inna sprawa, że prawdopodobnie pojawiłyby się firmy, które proponowałyby wersje programów pod sprzedawane podręczniki. Przy takim rozpasaniu nie musiałbyś być ministrem, bo być może stałbyś się producentem programów nauczania.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.