piątek, 29 marca 2013

Dlaczego by nie zmitrężyć...

... trochę z Żoną sam na sam?

Z książkami parę godzin?

Z filmem klasy B, o potworach, z lat 50?

W łóżku, pod ciepłym zielnym kocem?

W knajpie, nad talerzem, przy kieliszku?

Bez warczącego odkurzacza?

Bez oczekiwania na niezapowiedzianych gości?

No dlaczego by nie?


PS

Post słaby. Podobnie jak większość moich ostatnio. Robię przerwę od blogowania. Post taki...

Życzenia od Pana Spocka



Cóż, na tyle tylko mi dziś pozwala mój stopień zaangażowania w te Święta...

wtorek, 26 marca 2013

Po (chyba) zwycięskim meczu Polaków...

Taki stary kawał mi się przypomniał:

Przychodzi milicjant do domu i już od progu z przejęciem zaczyna opowiadać żonie:

- Kochanie, ale dzisiaj miałem akcję! Mówię ci. Trzech ich było! Jednego przez biodro przerzuciłem. Drugiego ciosem sierpowym prosto w szczękę. A trzeciego...

- No, co z tym trzecim? - dopytuje się żona.

- Tak go kopnąłem z wyskoku, że mu wszystkie kredki z tornistra wyleciały!



I żeby nie było - fakt, że uczę języka polskiego nie zwalnia mnie z kibicowania San Marino...

sobota, 23 marca 2013

Potargować...

Cóż, wychyliłem się i rzekłem: "A co! Zrobię humanistyczne stoisko na okoliczne Targi Edukacyjne!" Olśniło mnie, poniosło po ułańsku i proszę! 

Pomysł rzecz jasna nie był mój. Postanowiłem powtórzyć eksperyment "literacki", który onegdaj pokazał światu pewien francuski pisarz, poeta, teoretyk literatury i Bóg wie, kto jeszcze. Tutaj macie linkę

Instrukcja

Główny bohater

Zmajstrowałem własną wersję "Maszyny do tworzenia wierszy." Zebrałem 50 polskich sonetów (między innymi "Sonety krymskie" i "Sonety odeskie" Mickiewicza), jeden cierpliwy uczeń pociął wszystko na paski szerokości jednego wersu i można był zaczynać zabawę. Efekt jest taki, że przy założeniach kombinatorycznych ilość możliwych wierszy, jaka dałyby się ułożyć, wynosi

2024891623976437135118764865774

783290467102632746078437376.


Czytalibyśmy te wiersze (oczywiście pozbawione większych wartości literackich) około 9 bilionów lat. Nie śpiąc...


Kaloryfer nie jest elementem dekoracji...


Maszyny do pisanie wywiozłem z mojego rodzinnego domu. Ta z lewej to przedwojenny, ważący chyba z 20 kg mechanizm. Maszyna dla metalowców prawdziwych. Żelazo, stal. I wzruszający napis na jednym z klawiszy "ZMIENIACZ" zamiast SHIFT.

Druga maszyna to klasyczna walizkowa z połowy lat 90. Moja. Osobista. W liceum pisałem na niej kilkustronicowe powieści...

środa, 20 marca 2013

"Wikingowie"

Początek lat 90. Nasza banda nazywała się "Wikingowie." W bandzie byłem ja, najmłodszy, Roman, Gobo, Tomeczek, Tomek Drugi, Adam - brat Goba. 

Mieszkaliśmy na jednej ulicy. Nasi rodzice znali się gorzej lub lepiej. Chodziliśmy do jednej podstawówki. Jeździliśmy na podobnych rowerach (marki "Jubilat" lub "Wigry"), kapaliśmy się w pobliskich gliniankach i żaden z nas się nigdy nie topił. Łowiliśmy ryby, wcześniej hodując na głowach zdechłych ryb pokaźnych rozmiarów białe larwy. Grabiliśmy pobliskie ogródki działkowe, gdy dojrzewały jabłka, gruszki lub winogrona. Graliśmy w piłkę, aż nasi rodzice nie wychodzili nas szukać z latarkami...

Dlaczego "Wikingowie"? Bo wszyscy w ponure i deszczowe dni graliśmy w "Bogów Wikingów" - 


prostą, ale wciągającą planszówkę wydaną na początku lat 90. 

Byliśmy "Wikingami" przez jakieś trzy lata. Potem rozjechały się nasze drogi. Jedni opuścili już podstawówkę, drudzy (ja na przykład) wciąż tkwiłem w jej czeluściach. Pojawiali się inni, konkurencyjni, koledzy. Pojawiły się, o zgrozo!, dziewczyny. 

"Wikingowie" się skończyli. Niestety, czasem okazało się, że zbyt dosłownie. Roman zginął w wypadku samochodowym. Tomek Drugi przepadł gdzieś za granicą. Gobo i jego brat mają żony, masę dzieciaków i walczą o utrzymanie się na powierzchni, prowadząc pralnię chemiczną.


W zeszłą sobotę odwiedziłem Rodziców w Kaliszu. Mama zrelacjonowała mi najnowsze wieści z okolicy, by zakończyć całość smutną kodą:

- Pamiętasz tego Tomeczka? Tego co w tej bramie w dole ulicy mieszkał?

- Pewnie, że pamiętam.

- Umarł. Pogrzeb był ostatnio.

- O...

- Powoli się zapił. Wszystko mu alkohol zniszczył. Po kolei wszystko. W końcu wylądował w hospicjum. A nawet ubezpieczenia nie miał żadnego. Matka musiała wszystko finansować. Tak skończył...

Smutno mi się zrobiło. Chociaż nie widziałem człowieka od dobrych 20 lat, pamiętałem go dobrze z tych niesamowitych heroicznych czasów naszej wspólnej młodości. Dobrze się wspinał na drzewa. Zwinny był, skubaniec. 

Ja się jeszcze jakoś trzymam. Coś nie spieszy mi się na tamten świat, żyć mam dla kogo i ubezpieczony póki co jestem.

I mówcie co chcecie, ale uważam, że każdy z mojej bandy (włącznie ze mną) powinien mieć właśnie taki pogrzeb: 


niedziela, 17 marca 2013

Nieznajoma z nieznajomym

Niby wszyscy wiemy, że z nieznajomymi się raczej nie powinno rozmawiać. A przynajmniej nie w pewnym wieku. A przynajmniej nie na zbyt osobiste tematy. O pogodzie tak. Powiedzieć, która godzina i którędy na dworzec, owszem.

Jak się ma więc do tej wiedzy moja wczorajsza rozmowa na ulicach rodzinnego Kalisza? Sprawdźmy:

- Przepraszam - zaczepia mnie młoda kobieta. Ładna brunetka. Mniej więcej 30 lat, niewiele starsza być może - Nie wie pan, gdzie tu jest może jakaś kawiarnia?

- Oj, zastanówmy się - rozglądam się i szukam punktów orientacyjnych. - Pójdzie pani prosto, potem długo cały czas tamtą ulicą, tam będzie taka galeria...

Kobieta lekko zdezorientowana

- A gdzieś coś bliżej? 

- Hmm - myślę na głos - Widzi pani, jestem z Kalisza, ale dawno tu nie byłem, więc może coś się pozmieniało... Widzi pani wieżę ratusza?

- Widzę.

- Tam tuż obok ratusza jest fajna kawiarnia, można posiedzieć. 

- To chyba trafię - odpowiada z wyraźną ulgą - Bo wie pan, ja miasta nie znam. Siostrę przyjechałam odwiedzić. Gnije tu w więzieniu. Do widzenia!

Miejsce gnicia w Kaliszu

piątek, 15 marca 2013

Z ulicy

Idę dziś w miasto. Coś chcę załatwić, kogoś spotkać. Nieważne. Ważne, że ziąb. Zwłaszcza po niesłonecznej stronie ulicy.

Mijam niekończącą się zdewastowaną elewację kamienicy. 

Nagle słyszę głos. Wołanie zrozpaczonego nastolatka:

- Mama! Mama!

- Co chcesz? - słyszę mniej wyraźnie, z głębi mieszkania.

- Mama! Dlaczego w moim pokoju tak piździ?!

.......

Pewnie dlatego, że masz otwarte okno - myślę sobie. 

PS

A jutro rano jadę z Tymkiem do rodziców, do Kalisza. Weekend w ojczyźnie mnie czeka.

czwartek, 14 marca 2013

Używany pasaż

Miałem dziś sentymentalny, ekspresowy wyjazd do miasta moich studenckich ekscesów - Poznania. Mimo tego, że mieszkam tylko 20 km od stolicy Wielkopolski, bywam tam rzadko - nie mam po co i nie mam kiedy. 

Miasto to nigdy jakoś mnie nie było w stanie porwać i choć szlajałem się po jego ulicach przez 6 lat w sumie,  nie umiałem się w nim zakochać. Nie i tyle. 

Natomiast w mojej pamięci zakorzeniło się kilka miejsc: sklepów, knajp, ulic i placów. Tam przesiadywałem z kumplami, tam wagarowałem (nawet jako pracownik pewnej dziwacznej agencji reklamowej - kiedyś opiszę, na razie żyją jeszcze świadkowie tamtych wydarzeń), tam marnotrawiłem bezcenny czas młodości i dobrze mi z tym było, i do twarzy też.

Dziś przez przypadek, szukając istniejącego kiedyś antykwariatu, trafiłem w przedziwne miejsce. Brama, ponury korytarz upstrzony wulgarnymi bazgrołami - sztuka ulicy, wiecie... Dalej dziwaczne małe sklepiki, witryny sklepowe wyklejone hasłami TANIA ODZIEŻ, UŻYWANE KSIĄŻKI, TANIE OBUWIE, SPRZĘT AGD, KOMIS, ANTYKWARIAT...

W każdej witrynie informacje o tym królestwie odpadów, które można zwiedzić i kupić po absolutnie okazyjnych cenach popsute lub na granicy agonii przedmioty. Wchodzę, szukając książek. Otacza mnie zapach stęchlizny, kurzu i rozkładu. 

Sprzedawczyni, otyła kobieta w wieku balzakowskim i o takiej figurze, spogląda na mnie i pyta:

- Można w czymś pomóc?
- Szukam fantastyki. Starej, polskiej...
- Ciężko będzie - mówi znudzonym głosem - Niech pan poszuka w tych pudłach na ziemi. A jak nie będzie, to u koleżanki z boksu nr 35. Tam jest więcej książek.

Rozglądam się. 

Jakbym wysilił odrobinę wyobraźnię, nie miałbym trudności z takim obrazkiem: trafiłem do jakiegoś postkolonialnego kraju, w którym ludzie handlują starymi filmami na kasetach video, kasetami magnetofonowymi, starymi futrami, wędkami... W kartonach gniją buty nie do pary, walają się na półkach pokraczne plastikowe lalki, manekiny noszą koszmarne bluzki przyprószone brokatem. 

Depczę jakieś linoleum. Ocieram się o meble sprzed 30 lat. Głową trącam wiszące na żyłkach "plakaty" sprzętu, jaki można znaleźć "na tyłach" tego miejsca - pozują pralki, lodówki, odkurzacze, rowery...

W kartonach umierają stare, nikomu niepotrzebne książki o niczym. Rozsypują się zbiory pocztówek i znaczków. W oczy patrzy mi zmarły wokalista z płyty winylowej...

Takie miejsce.

Wychodzę i myślę sobie: "Gdzie jak, kurde, byłem? Co to za Chinatown czy inny Bangladesz?"

Rozglądam się, bo w końcu okolica mojej uczelni. Pięć lat tędy chodziłem. Cofnąłem się o parę kroków, obróciłem się dookoła siebie, odtworzyłem krajobraz z przeszłości i... 

Okazało się, że był to za moich czasów jeden z najatrakcyjniejszych pasaży przy głównej ulicy Poznania, samo centrum, bijące serce okolicy. Sklepy nawet ekskluzywne, dystyngowana swobodna elegancja. Jakiś jubiler, coś dla sportowców, kawiarenka internetowa. Czysto i schludnie. Miłe młode ekspedientki. Miłe młode klientki. Światło sączące się z przeszklonego zadaszenia. 

Co się stało? Co z tym miejscem zrobił czas? 10 lat to mało czy dużo? 

10 lat to mało czy dużo dla nas? Naszych wspomnień. Może, mówiąc patetycznie, to po prostu ruiny mojej młodości dziś tam mi się ukazały?

Baby zamiast dziewczyn? "Ubrania z Zachodu" zamiast pachnących czystych koszulek i dżinsów? 

A może to tylko miasto Poznań ma problem z rewitalizacją swojego centrum, bo wszystkie atrakcje przeniosły się pod gościnne dachy kolejnych galerii handlowych?

Nie wiem.

Bez pointy i już!

wtorek, 12 marca 2013

Deesis, rwał jego nać!

Krach miał miejsce jakieś dwa tygodnie temu...

Lekcja z pierwszą klasą. Średniowiecze. Połowa epoki za mną, połowa przede mną. Zaczynam po bożemu. Dosłownie, bo "Bogurodzicę" omawiam. I wtedy się dzieje...

... w głowie pulsuje mi stroboskop. Pod czaszką krążą opętańcze myśli: "Bogurodzica"? Który to już raz? Deesis, ja pier &!!^&*! Carmen patrium w mordę jeża! Ile razy jeszcze?!"

Oczywiście zachowuję zimną krew i tłumaczę wszystko - to cholerne deesis, carmen patrium, nawet archaizmy, paralelizmy składniowe i udowadniam, że tekst wcale nie jest NAJSTARSZYM polskim dziełem literackim, ale najstarszym ZACHOWANYM.

Udowadniam chyba już 15 raz w swojej karierze polonistycznej.

Coś pęka i w głowie lęgnie się plan na skalę planów wszystkich tych szalonych naukowców,


którzy jednym bezczelnym ruchem anulują całą dotychczasową wiedzę zgromadzoną na przestrzeni wieków.

Tak się czułem, gdy wyobraziłem sobie samego siebie jako Szefa Wszystkich Szefów od Edukacji. Gdybym miał nadludzką moc i mógł kreować, kształtować polską szkołę. Najpierw zlikwidowałbym gimnazja, a potem zreformował nauczanie języka polskiego.

W sumie przedmiot nie nazywałby się już "język polski", ale na przykład "literatura." Czego bym chciał?

  • Zlikwidować lub okroić do minimum wiedzę o periodyzacji epok. Dlaczego wciąż muszę w pierwszej klasie, tym wszystkim młodym ludziom wciąż i wciąż opowiadać o Biblii, antyku, świętym Aleksym i biednym Hiobie. Wciąż i wciąż. Dlaczego, gdy chcę dotrzeć do najciekawszych i wciąż pomijanych zjawisk w literaturze, muszę zmuszać uczniów, by zaliczali kolejnych starych pierników. (W "starej dobrej szkole" zaczynam przypominać ojca, do którego przychodzi syn i mówi: 
           - Tato, a mogę posłuchać The National, Arcade Fire i Lamb of God?
     - Nie! Nie, dopóki nie zapoznasz się z płytami Chucka Berry'ego, Elvisa Presleya i Beatlesów.
  • Zlikwidować sztywny i ogólnopolski kanon lektur. Żadnych "Posłuchajcie, bracia miła...", żadnych "Żywotów człowieka poczciwego", archaicznych tłumaczeń archaicznych komedii Moliera czy innego nieśmiesznego autora, któremu tradycja przypisała ponoć bycie śmiesznym.
  • Co nauczyciel, to inny zestaw lektur. ja proponuję takie i takie powieści, wiersze, eseje, reportaże i szkice, moja koleżanka/kolega coś zupełnie innego. Pełna dowolność. Rzecz jasna omijamy skrajnie głupie wykwity literatury popularnej, chyba że jako wzór tego, czego czytać się nie powinno.
  • Uczniowie pisaliby o problemach przedstawionych w tekstach. Nie odtwarzaliby setną charakterystykę Izabeli Łęckiej lub Cezarego Baryki. Podstawą zaliczenia danej pracy byłaby wewnętrzna spójność, a nie jak teraz wpasowanie się w klucz najbardziej oczywistych odpowiedzi.
  • Matura polegałaby na napisaniu eseju interpretacyjnego dany tekst lub na rozwinięciu problemu rzuconego w temacie pracy. W sumie byłby to powrót do formy "wypracowaniowej."

Moje postulaty są rzecz jasna utopijne i  zważywszy na to, że Ministerstwo co i rusz proponuje szkołom kolejne reformy, z których wynika, że uczniowie...muszą wciąż się uczyć tego samego., niemożliwe do zaszczepienia na polskim gruncie. Jednak wydaje mi się, że to chyba jedyna droga, by nauczyć młodych ludzi czytania, a nie biernego przyswajania informacji o kolejnych epokach, lekturach, kontekstach etc.

Tak mi się myśli... I aż się sam sobie dziwię, bo byłem jeszcze niedawno gotów krwi utoczyć, by kanon się ostał, bo bez kanonu młodzi w świecie kultury poginą...

czwartek, 7 marca 2013

wtorek, 5 marca 2013

Matka Madzi

Gdy omawiałem z jedną z ulubionych klas moją najulubieńszą "Lalkę", tradycyjnie uruchomiłem fragment potocznie nazywany przez polonistów "To chory kąt."

Wokulski ma deprechę, bo mu pracownik (Mraczewski) bezczelnie z lubą (Łęcką) flirtował, a ona wcale na jego zaloty obojętna nie była. No więc wychodzi nasz Wokulski spieniony ze swojego sklepu. Idzie, nogi samego go niosą. Medytuje sobie, obserwując slamsy Powiśla, gdzie:

(...) przez brudne szyby zaglądał do mieszkań i nasycał się widokiem szaf bez drzwi, krzeseł na trzech nogach, kanap z wydartym siedzeniem, zegarów o jednej skazówce, z porozbijanymi cyferblatami. Szedł i cicho śmiał się na widok wyrobników wiecznie czekających na robotę, rzemieślników, którzy trudnią się tylko łataniem starej odzieży, przekupek, których całym majątkiem jest kosz zeschłych ciastek - na widok obdartych mężczyzn, mizernych dzieci i kobiet niezwykle brudnych.

Wokulski widzi to i rzuca:

Nigdzie nie wejdziemy po tej leżącej drabinie - myślał. - To chory kąt, dziki kąt.

A potem jeszcze:

Tu nie poradzi jednostka z inicjatywą, bo wszystko sprzysięgło się, ażeby ją spętać i zużyć w pustej walce - o nic.

Te gorzkie słowa zawsze interpretujemy jednoznacznie, uczniowie nie mają z tym najmniejszego problemu - w Polsce nie da się nic zrobić. Od zawsze panuje bieda, syf, kiła-mogiła, bo nikt, kto ma choć trochę oleju w głowie, nie zechce marnować swojej energii i ambicji, by polskie błotniste drogi zaprowadziły go donikąd.

Bezcenny kapitał, jakim jest inicjatywa jednostki mobilizującej innych do czynnego działania,  zostaje rozmyty, odrzucony, zniszczony. Obywatelskie projekty ustaw lądują w śmietnikach. Polacy, którym w końcu coś się chciało, czują rozgoryczenie i głębiej okopują się na swoich "wewnętrznych emigracjach" i ani myślą się stamtąd ruszać.

Takie wnioski. I wstrząsający argument sprzed paru dni. Umiera dwuipółletnie dziecko, do którego nie przyjechało pogotowie, bo... Kurwa, nie wiadomo dlaczego. 

Raz też dzwoniłem na pogotowie. Była 5 rano. Tymek miał 40 stopni. W nocy pakowaliśmy w niego Nurofen, ale na niewiele się to zdawało. Głos w telefonie radził, bym wiózł go 20 km do Poznania, gdzie zostanie mu udzielona pomoc doraźna, bo przecież "w karetkach jeżdżą tylko ratownicy, a dziecka przecież nie trzeba reanimować."

Ale identycznie było w przypadku tej dwuipółlatki...

Obudził się na moment Owsiak i jako rozpoznawalny i czytelny symbol, pogroził palcem Państwu. Jego Fundacja przestanie wspierać polską służbę zdrowia, jeżeli coś się nie zmieni. Już nawet szef WOŚP nie wytrzymał, bo wiecie Tu nie poradzi jednostka z inicjatywą...

Minister Arłukowicz odtrąbił, że winnych się pociągnie do odpowiedzialności  Jakich, kurwa, winnych?! To to państwo jest winne! Ten rząd jest winny, bo System nie pozwala ze względu na oszczędności, by lekarze jeździli w karetkach. W sumie po co karetki, skoro często nie wyjeżdżają, bo dyspozytorzy "nie widzą potrzeby" wysłania gdzieś jakiejś.

I co dalej? I nic. Przed chwilą słyszę, jak w programie Moniki Olejnik Stefan Niesiołowski, jeden z najwierniejszych pretorianów Donalda Tuska tak reaguje na dane dotyczące głodu/niedożywienia setek tysięcy polskich dzieci:

Nie wierzę, w dane dotyczące głodnych dzieci. Kiedyś jedzono szczaw i wszyscy byli najedzeni.

Obrazek zamiast wniosków taki: