czwartek, 21 lutego 2013

Dlaczego czasem dobrze palić papierosy

Miałem doły wczoraj. Chociaż ja notorycznie mam depresję, której imię: "Nauczyciele powinni żyć w celibacie lub chociaż nie powinni mieć własnych, osobistych dzieci."

Dlaczego? Wciąż walczę na dwóch frontach - na froncie pierwszym chore, po przeziębiane dzieci, dziś Synek cały w plamach, wysypka uczuleniowa na lek chyba; zarwane noce, duszne godziny popołudniowe. Na froncie drugim masa roboty - sprawdziany, prace klasowe, kartkówki, analizy etc, czyli cały ten czar i urok pracy polonisty.

Po grobowych niemal dniach rozpaczy wpadłem na to, że pójdę spać wcześniej  razem z Tymkiem, prześpię się z godzinkę, a potem wio do roboty! Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Obudziłem się o 20:15 po około godzinie snu. Wymyśliłem sobie jeszcze, że dla otrzeźwienia kompletnego wyjdę do sklepu po coś do picia, ewentualnie po jakiś napój energetyzujący, gdyby mi napięcie zaczęło spadać.

Wychodzę. Zimno! Pada śnieg! Normalnie grudzień a nie schyłek lutego, który ma już pachnieć wiosną. Jednak idę. kaptur na łeb, ręce do kieszeni. Wchodzę za róg, patrzę pod nogi, bo mi sypie w oczy snieg, a pod nogami... telefon.

Autentycznie! Podnoszę, oglądam. Stary Samsung. Sprawdzam, czy nie ma tak oczywistych kontaktów jak DOM, ŻONA, BRAT, MAMA etc. Nie ma, więc myślę, co tu zrobić, by zawiadomić jakoś właściciela.

(DYGRESJA - kiedyś, w heroicznych czasach telefonii komórkowej, mój znajomy w dość fantazyjny sposób ponazywał "bliskie" sobie numery. "Praca" to było "Bagno" lub "Szambo", w zależności od tego, skąd dzwoniono. "Żona" to było "Zło konieczne" na przykład. "Dom" to "Nora."

Otóż przestrzegam przed podobnymi fantazjami. Znam smutny przykład, gdy osoba, która straciła przytomność na ulicy miała w telefonie najbliższych pozapisywanych pod nazwami...zespołów, które najbliżsi słuchają.)

Zaliczyłem sklep, do domu dochodzę, telefon dzwoni. Jakaś Beata. Po krótkich pertraktacjach z samym sobą odbieram i omawiam z "Beatą", czyli właścicielem telefonu, który próbował namierzyć swój aparat przy pomocy telefonu żony, szczegóły przekazania zguby.

Czekam na niego w domu. Po chwili dzwonek. Otwieram drzwi i wręczam starszemu, choć jeszcze całkiem energicznemu panu jego telefon.

- Widzi pan - mówi - szedłem, przewróciłem się i telefon wypadł. A taki to skarb! I nie chodzi o sam aparat. To szmelc. Ale karta pamięci! Karta SIM. Wszystkie numery! Jakie to szczęście... Pali pan? - pyta na końcu.

- Nie, nie palę.

- To co panu kupić?

Zgłupiałem. Zabił mnie facet tym pytaniem.

Gdy zrelacjonowałem sprawę Żonie, ta powiedziała:

- Becherovkę mogłeś zamówić.

Cóż, słaby refleks wieczorem mam.

Już raz kiedyś znalazłem telefon. W szklone. W opuszczonej klasie leżał pod ławką. Zadzwoniłem pod numer "Mama" i powiedziałem, gdzie dziecko może telefon odebrać. Następnego dnia przyszło jakieś zawstydzone dziewczę i niosło pudełko czekoladek "Merci." Można powiedzieć, że opłacało się znaleźć czyjąś zgubę.

Wczoraj miałem przynajmniej czystą gołą satysfakcję z dobrego uczynku. A że jestem fanem golizny, jest OK.


10 komentarzy:

  1. Z tymi nazwami kontaktów, to faktycznie ułańska fantazja. Choć ryzykowna - gdyby tak żona dostrzegła, że dzwoni jako 'zło konieczne', raczej przechlapane. Choć ja kiedyś miałem taki dzwonek - dźwięk sonaru i głos jak z beczki, który mówił 'twoja kobieta cię namierza... twoja kobieta cię namierza...'

    A na marginesie - z Beherovką dałeś ciała ;-) Choć ja też bym nie miał sumienia naciągać pana. Do dupy są czasami te moralne hamulce...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja miałem kiedyś sygnał SMS dźwięk przepalających się kabli lub pracującego paralizatora.

      Paru ludzi niemal zawału dostało, gdy telefon się uaktywniał.

      A czeska gorzałka? Może kiedyś jakąś znajdę?

      Usuń
  2. Bycie bezinteresownym to piękna cecha :)
    pozdrawiam z zasypanego śniegiem Berlinka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakoś inaczej nie umiem. Za słabą mam psychę.

      pzdr

      Usuń
  3. Chyba dopiero czytając Pana bloga, rozumiem, jak ciężka jest praca nauczycieli, która nie odbywa się tylko w szkole, ale też w domu :D
    Historia panem, który chciał zaoferować papierosy - niesamowita, dobrze, że są jeszcze tak uczciwi ludzie, jak Pan! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, nie zasłużyłem na te peany. ;-)

      Ale stokrotnie dziękuję.

      A napisałem, że siedziałem tej nocy do 00:40? Tak to jest w tym zawodzie. Ale bez martyrologii - wystarczy mi jej w moim pokoju nauczycielskim.

      pzdr najserdeczniej!

      Usuń
  4. Hehe ja mimo, że popalam (tak wiem zaraz pewnie nie będziesz mnie lubił) to i tak nie powiedziałabym że chcę papierosy, bo zwyczajnie by mnie zamurowało :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od razu nie lubił...

      Myślę, że się po prostu nawrócisz.

      ;-)

      Usuń
  5. Szlechetnie uczyniłeś :)
    I powiem Ci, że człowiek stanowczo lepiej sie czuje z samym tylko uczuciem spełnienia "dobrego uczynku", niż z podarowaną paczką fajek czy becherovką.

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.