środa, 27 lutego 2013

Ilustracji nie dam, sami sobie poszukajcie

Mimo tego, że dzień uważam za upokarzający w sumie, to jeden przebłysk słońca nie pozwala spisać tej środy całkowicie na straty.

Lekcja z maturzystami, którzy wchodzą właśnie na ostatnią prostą swoich przygotowań do wygłoszenia tzw. prezentacji maturalnej. Zbierają literaturę, na podstawie której omówią dany temat. Szukają, mniej lub bardziej w akuratny deseń. Dzielą to wszystko na literaturę podmiotu i przedmiotu. Srogo bywa...

Na lekcji jeden z moich podopiecznych pyta:

- Proszę pana, znalazłem w Internecie dobre opracowanie "Jądra ciemności", ale nie wiem, czy mogę to umieścić w swojej pracy...

- A dlaczego nie wiesz? Nie ma autora?

- Jest autor, ale on się dziwnie nazywa...

- Dziwnie się nazywa?

- No... Aleksander Fiut.

- Człowieku, to jeden z najbardziej znanych polskich naukowców! Świetnie pisze o poezji, na przykład Miłosza.

- No ale rozumie pan? Aleksander Fiut i "Jądro ciemności"?

poniedziałek, 25 lutego 2013

Żale młodego interpretatora poezji

Podsłuchane na przystanku, gdzie dwóch młodych zakapturzonych uczniów pobliskiej szkoły zawodowej taki oto dialog prowadziło:

- No i jak to się skończyło?

- Wyobraź sobie, kurwa, że mi wpisała do dzienniczka uwagę: 

"W czasie, gdy recytował wiersz, przeklinał i agresywnie się zachowywał."

Ciekawe, co to był za utwór, przyszło mi na myśl.

sobota, 23 lutego 2013

Po...

Po czterech godzinach w szpitalu. Z Synkiem, który wił się w Izbie Przyjęć, cały w okropnej wysypce. 
(Wcześniej odwiedziło nas pogotowie, bo Tymkowi spuchły nadgarstki.)

Po orzeczeniu przez doświadczoną (chciałem napisać "starą", ale zabrzmiałoby to jak zabrzmiało...) lekarkę, że to pokrzywka, a źródłem jest Bóg wie co...

Po srogiej jeździe z Poznania, 20 kilometrów w sypiącym z KAŻDEJ strony śniegu.

Po pracującej sobocie, bo w mojej szkole były Drzwi Otwarte i przeprowadziłem całkiem sympatyczny konkurs wiedzy o języku polskim. (Nagrodami były magnesy na lodówkę z motywem orła białego na tle naszej flagi państwowej).

A więc po tym wszystkim wypiłem małe piwo, ciemne i korzenne, z małego browaru i idę spać!

czwartek, 21 lutego 2013

Dlaczego czasem dobrze palić papierosy

Miałem doły wczoraj. Chociaż ja notorycznie mam depresję, której imię: "Nauczyciele powinni żyć w celibacie lub chociaż nie powinni mieć własnych, osobistych dzieci."

Dlaczego? Wciąż walczę na dwóch frontach - na froncie pierwszym chore, po przeziębiane dzieci, dziś Synek cały w plamach, wysypka uczuleniowa na lek chyba; zarwane noce, duszne godziny popołudniowe. Na froncie drugim masa roboty - sprawdziany, prace klasowe, kartkówki, analizy etc, czyli cały ten czar i urok pracy polonisty.

Po grobowych niemal dniach rozpaczy wpadłem na to, że pójdę spać wcześniej  razem z Tymkiem, prześpię się z godzinkę, a potem wio do roboty! Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Obudziłem się o 20:15 po około godzinie snu. Wymyśliłem sobie jeszcze, że dla otrzeźwienia kompletnego wyjdę do sklepu po coś do picia, ewentualnie po jakiś napój energetyzujący, gdyby mi napięcie zaczęło spadać.

Wychodzę. Zimno! Pada śnieg! Normalnie grudzień a nie schyłek lutego, który ma już pachnieć wiosną. Jednak idę. kaptur na łeb, ręce do kieszeni. Wchodzę za róg, patrzę pod nogi, bo mi sypie w oczy snieg, a pod nogami... telefon.

Autentycznie! Podnoszę, oglądam. Stary Samsung. Sprawdzam, czy nie ma tak oczywistych kontaktów jak DOM, ŻONA, BRAT, MAMA etc. Nie ma, więc myślę, co tu zrobić, by zawiadomić jakoś właściciela.

(DYGRESJA - kiedyś, w heroicznych czasach telefonii komórkowej, mój znajomy w dość fantazyjny sposób ponazywał "bliskie" sobie numery. "Praca" to było "Bagno" lub "Szambo", w zależności od tego, skąd dzwoniono. "Żona" to było "Zło konieczne" na przykład. "Dom" to "Nora."

Otóż przestrzegam przed podobnymi fantazjami. Znam smutny przykład, gdy osoba, która straciła przytomność na ulicy miała w telefonie najbliższych pozapisywanych pod nazwami...zespołów, które najbliżsi słuchają.)

Zaliczyłem sklep, do domu dochodzę, telefon dzwoni. Jakaś Beata. Po krótkich pertraktacjach z samym sobą odbieram i omawiam z "Beatą", czyli właścicielem telefonu, który próbował namierzyć swój aparat przy pomocy telefonu żony, szczegóły przekazania zguby.

Czekam na niego w domu. Po chwili dzwonek. Otwieram drzwi i wręczam starszemu, choć jeszcze całkiem energicznemu panu jego telefon.

- Widzi pan - mówi - szedłem, przewróciłem się i telefon wypadł. A taki to skarb! I nie chodzi o sam aparat. To szmelc. Ale karta pamięci! Karta SIM. Wszystkie numery! Jakie to szczęście... Pali pan? - pyta na końcu.

- Nie, nie palę.

- To co panu kupić?

Zgłupiałem. Zabił mnie facet tym pytaniem.

Gdy zrelacjonowałem sprawę Żonie, ta powiedziała:

- Becherovkę mogłeś zamówić.

Cóż, słaby refleks wieczorem mam.

Już raz kiedyś znalazłem telefon. W szklone. W opuszczonej klasie leżał pod ławką. Zadzwoniłem pod numer "Mama" i powiedziałem, gdzie dziecko może telefon odebrać. Następnego dnia przyszło jakieś zawstydzone dziewczę i niosło pudełko czekoladek "Merci." Można powiedzieć, że opłacało się znaleźć czyjąś zgubę.

Wczoraj miałem przynajmniej czystą gołą satysfakcję z dobrego uczynku. A że jestem fanem golizny, jest OK.


poniedziałek, 18 lutego 2013

W czasie choroby rodzi się sztuka...

Młody się rozchorował - klasyczne niemal otwarcie postu blogującego rodzica. 

Rozchorował się, ale na szczęście w otchłań grypoidalnego paskudztwa nie pociągnął za sobą nikogo więcej. Niestety, kaszel i skacząca temperatura uniemożliwiają jakiekolwiek spacery. Siedzimy w domu i zabijamy nudę jak tylko umiemy. 

Wczorajszy dzień upłynął Tymkowi pod dyktando artystycznych wizji. Wygrzebane skadś, a zmagazynowane wcześniej, prace plastyczne Synka zawisły w pokoju przerobionym na galerię sztuki.

Młody SAM rozpiął sznurki, kable, przedłużacze, przewody (ma to zgromadzone w olbrzymim kartonowym pudle) i Bóg wie, co tam jeszcze, by po dwóch godzinach benedyktyńskiej pracy zaprosić nas na wystawę.

A oto fotorelacja: 






piątek, 15 lutego 2013

Najromantyczniejsza historia walentynkowa ever! (Tylko dla dorosłych!)

Współlokatorów z akademika nikt sobie nie wybiera. Trafią się ludzie z podobną grupą krwi - przez cały rok macie imprezę w pokoju. (Plus drobny bonus w postaci warunkowego zaliczenia wybranego przedmiotu lub jesienną sesję poprawkową...)

Trafią się "obcy" - przez cały rok smęcą Wam o swoich przebytych w dzieciństwie operacjach, o pracy na wsi lub o tym, że odziedziczą po rodzicach stację benzynową itd. Takich współtowarzyszy też miałem...

Miałem też jednego, z którym pomieszkiwałem tylko pół roku. Student prawa. Wysoki. Przystojny. Wygadany. Niski głos. Pachnący. Elegancki. Generalnie - moje przeciwieństwo. I chociaż różniło nas WSZYSTKO, to jakoś się dogadywaliśmy. Udawaliśmy po prostu, że się słuchamy, gdy odpowiadaliśmy sobie nawzajem na kurtuazyjne pytania: "Jak minął dzień?" Prosty układ.

Jeszcze jedna cenna informacja domykająca obraz naszego bohatera - gość był znany z niesamowitych zdolności do podrywania dziewczyn. Flirciarz był jakich mało. A że miał predyspozycje odpowiednie, swoje życie towarzyskie prowadził dość zamaszyście. 

Aha, miał wśród kolegów z roku pseudonim "Centaur - koń z głową człowieka." Z racji tego, że natura go hojnie obdarzyła...

Ok, ekspozycję już mamy. Bohaterowie, miejsce są. Czas akcji Walentynki właśnie. W klubie studenckim w podziemiach akademika miała być okolicznościowa impreza - tańce, hulanki, swawole. Piwo, rock and roll, dziewczyny i chłopaki. Buzują hormony. Koniec karnawału, zbliża się Wielki Post, więc "Hej dziewczyny w górę chusty, bo przychodzi czas rozpusty!"

Ja zostałem pokoju. Książkę czytałem. (Tyle jeśli chodzi o zmarnowaną młodość...)

Centaur oczywiście wyszedł na imprezę. Nie liczyłem, że zjawi się przed północą, więc poszedłem spać. Zgasiłem światło. Spać.

Budzi mnie dźwięki otwieranych drzwi pokoju. Jakieś szamotaniny. Szuranie nogami. Śmiechy tłumione. Szelest zdejmowanych grubych kurtek. Nie śpię, ale się nie ruszam, chociaż pozycja, w jakiej leżałem, nie należała do najwygodniejszych.

Słyszę głos męski:

- Chodź, tu jest moje łóżko...

- Poczekaj - odpowiada głos żeński ewidentnie - poczekaj, zdejmę tylko... A tam ktoś leży?!

Najwidoczniej głos żeński w tym momencie pytał o moje skręcone pod kołdrą ciało.

- To? - tłumaczy głos Centaura - To mój współlokator.

- Ale on tu będzie?! - głos żeński zdradzał objawy zniechęcenia.

- Nic się nie przejmuj - tłumaczy niski hipnotyzujący głos męski - On śpi jak zabity. Urżnął się jak świnia dzisiaj. Ja go znam. On co drugi wieczór tak się nawali, że na drugi dzień śpi do południa. Chodź...

- Ale...

- Chodź.

Potem już słyszę tylko szelest ubrań. Łoskot zrzucanych ubrań i ugniatane wąskie łózko. Całość trwa zdumiewająco krótko jak na legendy krążące o Centaurze. Po 10 minutach cisza. Po 15 minutach znów szmer. Szepty.

- Odprowadzę cię - mówi głos męski, z którego wyparowało już podniecenie i namiętność wszelka. Centaur został zaspokojony.

- Ok.

Wyszli. 

Ja w końcu rozprostowałem umęczone kończyny. Przeciągnąłem się i zaśmiałem. Wiedziałem, co mnie czeka rano...

Rano.

- Stary, ale akcja wczoraj była - mówi przy śniadaniu Centaur.

- Tak? Jaka?

- Ty nic nie słyszałeś?

- Nie - kłamię po prostu mistrzowsko - Człowieku, ja już trzeci rok w akademiku śpię, więc mnie nic nie obudzi. Ani Slayer zza ściany, ani alarm przeciwpożarowy. Ale co się działo?

- Laskę tu wczoraj miałem - mówi z dumą w głosie.

- Pieprzysz! - gwiżdżę z podziwem - Serio? I co?

- Nic nie słyszałeś?

- No nic. Absolutnie nic.

- Mówię ci. Taka laska! Chyba z półtorej godziny ją heblowałem. Mówię ci, klasyczny hebel...


- Klasyczny hebel... - powtórzyłem za nim - Tak, klasyczny hebel...


poniedziałek, 11 lutego 2013

B16 kończy lot

Benedykt XVI abdykuje. Tłumaczy to "zmęczeniem ciała i ducha." A mi jest po prostu smutno. Człowiek, który budził moją niekłamaną sympatię, bo czuję ją za każdym razem, gdy widzę introwertyka konfrontującego się ze światem. A takim kimś był dla mnie ten papież. Niemedialny, twardy, wycofany. 

Pancerny i stary. Wiedział, kiedy zejść ze sceny. A ta odwaga jest dużo większa niż odwaga tych, którzy czekają, aż ich zniosą. Moim skromnym zdaniem...


THAT'S ALL, FOLKS!

A następny? Kto wie... Oby tylko nie schodził z twardej drogi Przesłania. 

No i tradycyjny żenujący żarcik na koniec tej poważnej notki: gdy wybierano papieża po śmierci JP2 babcia mojej koleżanki z pracy mówi:

- Oby tylko nie było Murzyna.

- A dlaczego niby? - oburzyła się koleżanka.

- Bo ja mam zawsze portret papieża w korytarzu. A jakby był Murzyn, to bym go nie widziała w tym półmroku, bo tam ani lampy, ani okna nie mam.

I nie było w tym cienia uprzedzeń rasowych. Czysty pragmatyzm...

niedziela, 10 lutego 2013

Snoopy-przewodnik

Nie lubię. Nie lubię wracać do swoich obowiązków służbowych po kilku dniach nieobecności - zawsze mam wrażenie, że coś mi uciekło (najczęściej nic), że gdzieś komuś byłem potrzebny (najczęściej doskonale sobie ktoś beze mnie poradził), że nie nadrobię zaległości (zawsze nadrabiam, z trudem, ale jednak...).

Gardło mi się wyleczyło. Tydzień kuracji antybiotykowej i coś jakby lepiej. Choć nie do końca - od kilku ładnych dni "pyka" mi w uchu lewym. Dzień, noc. Wciąż. Słyszę jakby rozregulowany zegar, który raz przyspiesza, raz zwalnia, ale nigdy nie cichnie. 

Wkurza mnie to, bo gdy usiłuję zasnąć, to ciągle te odgłosy rodem z licznika Geigera, który reaguje na wzrost promieniowania. Jutro więc kolejna randka z moją panią doktor.

U Teściowej dłuuugi czas występowały podobne patologie w okolicach gardła - ból, drapanie, kłopoty z mówieniem. 

- Jak tam gardło? - pytam z nieudawaną troską.

- A już lepiej - mówi - dużo lepiej.

Na to wtrąca się Teść, mistrz ciętej riposty:

- Ale wiesz, że jest coś takiego, że na dwa-trzy dni przed agonią ludzi na chwilę odzyskują siły?

***

Tak czy siak, najważniejsze to dobrze zacząć tydzień. 

Niech nam Snoopy będzie przewodnikiem. Nie ma co ograniczać swoich ambicji!




sobota, 9 lutego 2013

czwartek, 7 lutego 2013

Stare, ale wciąż cieszy...

Dawno, dawno temu poprosiłem uczniów pewnej klasy o samodzielną (tu mi czołg jedzie...) interpretację klasycznego wiersza Miłosza pt. "Campo di Fiori."

Czegóż się dowiedziałem? "Giordano Bruno był renesansowym astronautą" i "Skończył tragicznie, gdyż utonął na stosie."

Nie wiedziałem kiedyś i nie wiem do dziś, jak to skomentować...

środa, 6 lutego 2013

Pozdro dla pana Michała!


Drobna sugestia - a dlaczego nie połączyć bibliotek z aquaparkami?

PS
Szkolne biblioteki miano by "przenieść" pod skrzydła innych instytucji samorządowych, na przykład bibliotek miejskich.


Klasyczna ustawka


A tak naprawdę drobne (choć ważące 12 kg) pocieszenie w czasach upadku czytelnictwa w Polsce.

wtorek, 5 lutego 2013

Mój komentarz do dyskusji o ostatnich "problemach" Polski



Wiecie, związki partnerskie, Grodzka, cały ten bajzel (chaos, zasłona dymna), jaki ma zastąpić dyskusje o prawdziwych problemach naszego kraju.

PS

"Konopielkę" Redlińskiego gorąco polecam. Wielka wiecznie aktualna książka...

poniedziałek, 4 lutego 2013

Wiersz na nowy tydzień XXV


Przedziwna mieszanka liryczna na początek tego tygodnia - wiersz jednocześnie smutny i brutalny. Mimo tego, że można go odczytać jako nośną (pojawia się pociąg przecież) metaforę przemijania, to tekst ma w sobie tyle prawdy o świecie, że ze świecą szukać równie wiarygodnych obrazów.

Wiersz mi bliski nie tylko z powodu młodości powoli wchodzącej na ostatnią prostą. Ja też byłem dzieckiem ze średnio uprzemysłowionego miasta.



JEDYNIE DZIECI ŚREDNICH OŚRODKÓW PRZEMYSŁOWYCH

Wiejskie dzieci pozdrawiają
przejeżdżające pociągi przyjaznym machaniem
wyciągniętej dłoni.

Miejskie dzieci wyciągają
w stronę podróżnych wyprostowany
palec środkowy.

Jedynie dzieci
średnich ośrodków przemysłowych
wiedzą co jest grane:

- stoją na nasypach 
i pokazują pasażerom swe wypięte tyłki.

Patrzę jak wiatr je omywa i unosi w nicość.
Zamknięty w brudny metal, spoza brudnych szyb,
ocieram łzę nad młodością, która
przemija, jak wypięta dupa
w oknie wagonu.


Kim jestem? Skąd przybyłem? Dokąd zmierzam?
Wszystko mam napisane na bilecie.


Autorem jest Krzysztof Jaworski, czołowy polski lewicujący (o ile dobrze odczytuję jego wiersze) poeta.

piątek, 1 lutego 2013

Jak mi się zaczął luty?

Skończył się podstawowy etap konkursu na BLOG ROKU. Cóż, muszę zdradzić, że udało mi się zgarnąć jedną pomarańczową piłeczkę, czyli otrzymać 4 (!!!) głosy. 

Na froncie zwykłego życia niewesoło. Na szczęście groza dopadła tylko mnie, więc jeszcze jakoś dźwigam.

Od wtorku (po jednym dniu pracy!) czuję drapanie w gardle. Ale takie dziwne, obce. Zaniepokoiłem się lekko, ale daję radę - jakieś tabletki, spraye, płukanie szałwią i mam spokojne sumienie. Potem jest tylko gorzej. Boli, nie mogę przełykać niczego, obojętnie - woda czy kotlet schabowy - boli identycznie. 

Lekcje prowadzę tak, że mi wstyd - chrypię, głos mi się rwie na strzępu, drży, nie mogę dwóch zdań wyartykułować, by się nie zakrztusić. 

Brzmię mniej więcej jak ten francuski (sic!) wokalista metalowy. Posłuchajcie, bo obrazek + kawałek unikalne. Do tego stopnia, że zablokowano pod tą piosenką komentarze na YT. Proszę się zachwycać więc tutaj:





Marzy mi się wizyta u lekarza, ale tu jest Polska i dostaję się dopiero dziś. Moja kochana pani doktor przyzwyczaiła się do moich notorycznych problemów z gardłem, ale gdy dziś w moją paszczę zajrzała, to zadzwoniła po posiłki, by skonsultować diagnozę i leki.

Nie wchodzę w szczegóły, które są dość nieapetyczne. I raczej poważne. Już nie jakieś tam banalne migdałki lub zapalenia gardła...

Piszę to po cichutku, bo głośno (wiecie, gardło) nie mogę...