poniedziałek, 14 stycznia 2013

A jeszcze palacz...

Wczoraj tak się cieszyłem, że mogę sobie bezkarnie martini pić, i już się nie cieszę, bo dopadła mnie choroba popromienna. Łeb mnie po tym kieliszku martini boli. A to nie jest i tak najgorsza wieść.

Wieczorem w rurach prowadzących wodę do kaloryferów nagle coś zaczęło dziwnie buczeć. Jakby burza się zbliżała i oddalała. Dzieciaków to nie obudziło, ale my z Żoną obudziliśmy teściów i mówimy:

"Słuchajcie..."

Wniosek z tego słuchania był taki, że piec gazowy trzeba było na noc wyłączyć, a na dworze -9 stopni Celsjusza. Odpalamy małe grzejniczki i jakoś śpimy. Rano zimno, chociaż my raczej do chłodu przyzwyczajeni jesteśmy. Ale o młode pokolenie trzeba dbać, więc lecę rano po drewno do kominka i rozpalamy ogień.

Czyliż takie ferie mam pisane mieć?

Rano jeszcze lecę odebrać wyniki krwi Tymka - dobra wiadomość - żelazo mu się podniosło, więc już teoretycznie anemikiem żadnym nie jest. Za to w naszym ośrodku zdrowia kolejki takie, jakby mięso za darmo rozdawano. Ja z moim bolącym żebrem i ustawicznym kaszlem też chciałem się zarejestrować, ale pomyślałem sobie, że zdążę się rozchorować i wyzdrowieć nim dotrę do upragnionego okienka...

3 komentarze:

  1. Ja o kominku na co dzień jestem. Uwielbiam taki rodzaj ciepła. A nie... Jakieś bezpłciowe grzejniki czy kaloryfery.

    To tak... Zdrówka, dla całej rodziny! No i proszę się wybrać w końcu samemu do PANA DOKTORA, pal licho wie co tam w Tobie siedzi. Tak długi kaszel nie jest normalny!

    Pozdrawiam ciepło! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję! Żeby było milej, dziś siadło nam wspomaganie kierownicy w samochodzie.

      Piękny początek ferii, nie ma co...

      Usuń
  2. Nie wiem, czy wiesz, ale mróz ma narastać...

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.