czwartek, 31 stycznia 2013

Czego głupi nie dosłyszy...

...to zmyśli. Tak się mówiło za moich czasów i niech te słowa pointą tej opowieści będą.

Zacznijmy więc - mamy w przedszkolach sezon na baliki dziecięce. W zeszłym roku w przedszkolu Tymka balik był tematyczny. Wszystkim miało przyświecać hasło: "W krainie ptaków." Ciężko coś znaleźć. Za kogo/za co się przebrać? Za bociana? Sowę? Orła? Kurę? Gęś? Trochę możliwości jest, ale w sumie sprawa nie wygląda na tak prostą, jakby się mogło wydawać.

Ostatecznie Tymek miał kostium papugi (kapitalnie przez moją Żonę skrojony), ale biedak się rozchorował, więc w papuzim stroju tylko w domu sobie trochę polatał. 

W tym roku jest nieco lżej - temat: "W świecie baśni." Mieliśmy pomysł, by w kota w butach się przeistoczyć, ostatecznie stanęło na tym, że znaleźliśmy wdzianko... pająka. Ok, pająk może nie jest znowu taki jednoznacznie baśniowy, ale Synkowi z miejsca się przebranie spodobało:


Do pointy marsz!

W pracy koleżanki też mają podobne problemy z przedszkolnymi potańcówkami. Przebrać dziecko, gdy tematem jest "Przyroda", w sumie nie jest aż tak łatwo. 

W pokoju nauczycielskim gwar dużej przerwy.

- To jaki jest temat waszego baliku - pytam sąsiadkę.
- Sport.
- Jak?
- Sport!
- Ufff, już się przestraszyłem, bo usłyszałem poród.

środa, 30 stycznia 2013

Ksiądz był...

Ja to mam szczęście - myślę ostatnio - wtorek rada pedagogiczna, czwartek zebranie z rodzicami, a pomiędzy wkręciła mi się jakoś wizyta duszpasterska. Taki traf. Zły chodziłem, bo nie za bardzo chciało mi się siedzieć w kontekście księdza, który w kościele nie robił na mnie najlepszego wrażenia.

(Nie, nie jestem antyklerykałem, mnie po prostu wszyscy tak samo wkur$%#&@)

Cóż, pocierpieć jednak w życiu trochę trzeba, mówię sobie i czekam. Razem ze mną Teściowa,  Żona, dzieciaki. Późna pora jak na odwiedziny. Godzina 18. Synek już w wannie, a tu dzwonek do drzwi. Ministranci zapowiadają księdza. 

- Tata - krzyczy Tymek z wanny - Chcę wyjść! 
- Dlaczego? Dopiero co wszedłeś.
- Bo chcę wrzucić pieniążki do puszki ministrantom.

No to wskoczył w piżamę i pobiegł do salonu z paroma monetami w garści. Ja miałem nieco większe opory, by podzielić się z parafią zapracowanymi pieniędzmi, tym bardziej że suma sumarum daliśmy, jako dorośli, nieco więcej. Ech...

Wchodzi ksiądz. Wita się. Błogosławi dom. Kropidło w ruch. Następuje część nieoficjalna. Jak się żyje? Co dobrego? Jak dzieci? Czy grzeczne? Chcą obrazki? Wszystko to tak jakby od niechcenia, "na miękkich nogach", na pół gwizdka i z nieco zbolałą miną. Nawet koperty z datkami przyjął jakoś tak bez entuzjazmu.

Fakt, pogoda dziś nie jest optymistyczna, pada u nas cały dzień, a facet kolęduje już od dwóch godzin i drugie tyle przed nim.

- Jeszcze mnie ksiądz proboszcz do Ziemi Świętej chce wysłać... - zaczyna, lekki ton skargi, żalu jakiegoś słychać. Zmęczenie? Niskie ciśnienie? - A ktoś się sportem tu interesuje? Bo dziś wielki mecz. Real gra z Barceloną. Nikt? Ja muszę zdążyć. No nic, uciekam.

W korytarzu zakłada płaszcz, który zdejmie w domu obok, i na pożegnanie rzuca do nas, może do siebie:

- Ech, byle do niedzieli...

Gdy wyszedł, moja Teściowa pokusiła się o arcytrafną obserwację:

- Jak patrzyłam na tego księdza, to jakbym naszego Tomka (czyli MNIE) widziała. Tylko ty, Tomek, zawsze mówisz: "Byle do piątku..."

wtorek, 29 stycznia 2013

Mój projekt, mój stosik

Na moim kompletnie niszowym blogu książkowym uruchomiłem sobie (tak, raczej sobie) akcję czytelniczą pt. "Stara polska fantastyka - czytam to!"



Akcje maniaków książkowych nie są niczym niezwykłym, nowym, oryginalnym. Co i rusz ktoś coś wymyśla i zachęca innych do dołączenia. Szlachetne to współzawodnictwo. Momentami pozwala odkryć niezwykłe teksty w przestrzeniach, o których pojęcia nie mieliśmy. 

Ja sobie wymyśliłem, że spenetruję wszechświat PRL-owskiej fantastyki. Temat to mało ograny i... nawet dość tani w utrzymaniu. Biblioteki pełne są starych, zakurzonych, rozpadających się powiesci s-f wydawanych w latach 80 i 70. Na Allegro można niemal dowolną pozycję nabyć od 2 złotych w górę. Niewiele tracę. Zyskuję niezłe rozpoznanie terenu, tej opuszczonej i zaniedbanej planety.

I jeszcze jedno - bloggerzy uwielbiają chwalić się swoimi "stosikami" książek, jakie już za chwileczkę, już za momencik przeczytają. To i ja się pochwalę. Oto mój stosik:


12 powieści s-f z lat 80 kupionych za 25 złotych (w tym koszty przesyłki). Wychodzi około 2 złotych za książkę.

Taki biznes... 

niedziela, 27 stycznia 2013

Pieśń pacjenta polskiego

Pewnego wieczoru w ręce mojej Żony kochanej wpadła prawdziwa perełka - śpiewnik wydany pewnikiem przed II wojną światową, chociaż daty nigdzie znaleźć się nie udało. Nigdzie. Podejrzewam, że to raczej lata 20 się kłaniają. 

Śpiewnik ten leżał na całym stosie pożółkłych ze starości innym śpiewników, zbiorów kolęd, pieśni, nut etc., które zbierają kurz w naszym salonie. Są eksponowane, chociaż nikt ich nigdy nawet nie dotyka. A do wspomnianego wieczoru.

Otóż wśród ponurych, srogich, patriotycznych lub po prostu wzruszających pieśni znalazł się utwór niemal kabaretowy. 



ŁAPIDUCHY

Hej żołnierze chować brzuchy,
Bo tu jadą łapiduchy.

Zaraz w brzuchu zrobią dziurę,
I cholerę wleją w skórę.

Żeby nie było za mało,
Wnet tyfusem żgną cię w ciało.

Gdy żołądek masz zaparty,
Aspiryny weź pół kwarty.

Gdy cię w uchu zabolało,
Aspiryny kwartę całą.

Kiedy ślepniesz bez przyczyny,
Łykaj wiadro aspiryny.

A gdy cię zatrzęsie febra,
Zleją ci jodyną żebra.

Kiedy rękę masz złamaną,
Posmarują ci kolano.

A jak rannyś jest nieboże,
Tylko piła dopomoże.




Może jestem dziwny jakiś, ale utwór ten wydał mi się dziwnie aktualny...

sobota, 26 stycznia 2013

Restauracja przyjaźni

Koniec ferii jest dość bolesnym momentem. Przyczyny są wiadome i nie będę się o nich rozpisywał. Ale pod koniec tych samych ferii błysnęło słońce - spotkałem się w końcu z kumplem i jego żoną, z którym się nie widziałem od dwóch lat. W sumie już traktowałem nasza przyjaźń za BYŁĄ, za wygasłą, za relikt i muzealny rekwizyt, a tu proszę.

(Jednak miał rację pewien mądry człowiek, który napisał mi, że przyjaźń trudno zbudować, a jeszcze trudniej zniszczyć.)

"Hobbita" razem obejrzeliśmy, by chóralnie go raczej skrytykować - największym plusem filmu okazały się być wiosenno-letnie pejzaże. I w gąszczu gęstej rozmowy przy wódce (którą polubiłem na ten jeden wieczór) i kiełbasie ze świniobicie nadrobiliśmy te prawie dwa lata zawieszenia kontaktów i obiecaliśmy sobie powtórki tego typu spotkań.

Siedzieliśmy do 3 nad ranem, co prz moim trybie życia jest wyczynem zaiste heroicznym.

Krótka dykteryjka, cobyście poczuli klimat spotkania:

Byłem na koncercie Armii - opowiada kumpel - Pogo się robiło co chwilę. Kocioł, że normalnie bałem się startować. Ale raz zachowałem się tam jak miłosierny Samarytanin.

- A co zrobiłeś? - pytam.

- Podniosłem z ziemi leżącą dziewczynę. Ale wciąż mam pewien niesmak moralny po tym.

- Dlaczego?

- Bo podniosłem ją za włosy.

piątek, 25 stycznia 2013

Hobbit w pustym kościele

Się było w kinie. "Hobbit" w 3D. Okulary dostałem nawet na wejście. Zdumiewająco mało reklam. Potem wypas, bo film się zaczyna, a tam wszystko na wyciągnięcie ręki. Wielopłaszczyznowe, głębokie, szerokie, spektakularne i... przerażająco puste.

Nie jestem fanboyem Tolkiena i nie klękam przed kolejnymi odsłonami opowieści o Śródziemiu, ale ekranizacja "Władcy pierścieni" była nawet momentami porywająca i epicka (nienawidzę tego słowa). Materiał książkowy był obszerny, postaci wiele, gęsta rzeczywistość, która dawała pole do popisu całej armii filmowców.

A "Hobbit"? Toż to ciut ponad 200 stron baśni, ale dla Jacksona to niezła okazja, by zrobić skok na kasę i podzielić tę historyjkę na części i każdą cześć sfilmować, niemiłosiernie mnożąc sceny, rozciągając sekwencje walki, wprowadzając nieistniejące w powieści wątki etc.

Film trwa 2 godziny i 50 minut. Policzmy - w 170 minut sfilmowano około 90 stron mojego wydania "Hobbita." Czyli jedną stronę ekranizowano przez prawie 2 minuty! (Dziwię się, że Jackson nie nakręcił ekranizacji Tolkiena w czasie rzeczywistym. Fani byliby wniebowzięci!)

Co jeszcze? Angielski autor napisał opowieść o Bilbo Bagginsie dla swojego synka, o ile pamiętam chłopak miał wtedy około 12 lat. Książka jest urocza, ma powab klasycznych baśni, tętno mitu i smak najwspanialszych legend. Klasyka. Dla młodych odbiorców właśnie.

Reżyser boleśnie zaszlachtował ducha oryginału i pokazał nam horror pomieszany z filmem batalistycznym. Ja bym nie chciał, żeby moje dzieci za parę lat oglądały potencjalną dekapitację króla krasnoludów, mordercze mordy wściekłych wilków, obrzydliwych orków czy schizofrenicznego Golluma. 

To ma być baśń, a wyszło spływające posoką patrzydło.

Sceny walk, bitew, pojedynków, pokazano w tak nieznośnie szybkim tempie, że nie można było się dopatrzeć czegokolwiek w plątaninie mieczy, tarcz, dzid, strzał z łuków, toporów i Bóg wie czego jeszcze... Za dużo, za szybko wszystko. 3/4 ginęło zanim ktokolwiek zdążyłby się przyjrzeć.

I na koniec deser - 3D. Taki bajer, który zachwyca przez pierwszych 20 minut filmu.

Potem po prostu przyzwyczaił mi się wzrok...


środa, 23 stycznia 2013

A kto podtrzymałby połączenie?

Dzwoni telefon. Żona ma bliżej, więc odbiera. Po trzech sekundach odkłada słuchawkę.

- Tego jeszcze nie było - mówi.

- Znowu ktoś nabluzgał? - pytam.

- Nie - odpowiada i cytuje to, co usłyszała - "Witamy Państwa w telefonicznym horoskopie tygodniowym..."

- Nieźle się spóźnili - ja jej na to. - Dziś już środa.

wtorek, 22 stycznia 2013

Kij w stos płyt

Chwalić się tym, że się nie zna/nie słyszało piosenki "Ona tańczy dla mnie" zespołu Weekend przypomina chwalenie się tym, że się nie wie, skąd się biorą dzieci. Wszyscy słyszeli, a nawet ci, którym się wydaje, że nie słyszeli, to i tak słyszeli.

Wczoraj na przykład na meczu piłki ręcznej pojawiał się charakterystyczny chwytliwy riff saksofonu. W jakiejś relacji ze studniówki ekskluzywnego warszawskiego liceum również pobrzmiewała ta melodia.

To jest wszędzie. Pokróluje w czasie karnawału i... za parę miesięcy ostanie się tylko jako nieśmiertelny element repertuaru zespołów weselnych. No ale tak się przenosi polska tradycja muzyczna.

Nie widzę w tym niczego złego, żałosnego czy obciachowego. Nie. Cieszę się, że mamy "nową świecką pieśń", nowego klasyka. 

Śmieszą mnie za to głosy "oburzonych koneserów", którzy warczą, że disco polo staje się naszym towerem eksportowym, skoro w Zachodnich dyskotekach zespół Weekend jest grany, a nie na przykład Kilar czy Penderecki. 

To dobry towar. Dlaczego disco polo miałoby być gorszym towarem niż polska wódka? Wódki nie lubię, nawiasem mówiąc.

***

Dziś w domu znów wystartowaliśmy, razem jedząc śniadanie. Wyciągając pieczywo, podśpiewywałem sobie: "Bułka patrzy na mnie." 

I było OK.

niedziela, 20 stycznia 2013

Czym się różnią chłopcy od dziewczynek?


Matka natura odwaliła za nas masę roboty, a całą resztę zawdzięczamy kulturze. Dziewczynki w różu, chłopcy w błękicie. Lalki i karabiny. Dziewczynki mają mieć czyste rączki i wyprasowane ubranka, chłopcom wybacza się upaćkane spodenki i brud za paznokciami. Dziewczynki grzeczniejsze i bardziej ułożone, chłopcy dziczejący, rozkrzyczani… 

Mnożyć można w nieskończoność. Cóż, może to nawet OK., że tak ostro wyciosano te fundamenty, na jakich konstytuuje się przydział młodego homo sapiens do rodzaju żeńskiego lub męskiego.



Do czego zmierzam? Synek, gdy tylko rozsiadł się w prawidłach języka, zaczął rzecz jasna tworzyć swoje własne słowa, przedziwne konstrukcje składniowe, najdziwaczniejsze onomatopeje… Najosobliwsza wydała nam się maniera zgrubiania wszystkiego, co dawało się zgrubić. Nie mieliśmy więc „psa” tylko „psicho”, nie było „deszczu” ale „deszczor.” Rozumiecie, prawda?

Natomiast Kalina, jak na płeć słabszą, wszystko… zdrabnia. „Tata” jest „tatulkiem”, „bawół” jest „bawołkiem.” Rozumiecie, prawda?

Ostatnio dostała przedmiot, na którego metce widniała schematycznie przedstawiona nasza planeta. Córze wystarczyło jedno spojrzenie:

- O! Kulka ziemska!

piątek, 18 stycznia 2013

Jak się liczy czas w Polskiej Akademii Nauk

Dziś oddawałem książki do naszej Dużej Biblioteki. Dużej, bo jest to miejsce przechowywania poważnych zbiorów, którymi opiekują się naukowcy z PAN.

Czekam na rewersy potwierdzające zwrot książek i słyszę taki oto dialog dwóch leciwych naukowców:

- No cóż, dziś już 18 stycznia. Za chwilę karnawał się skończy...

- Tak, a potem tylko Wielkanoc, 1 Maja, wakacje, Wszystkich Świętych i koniec roku. Szybko przeleci.

czwartek, 17 stycznia 2013

W okowach

Tak, cała Polska walczy z grypą jak długa i szeroka. W radiu mroczne komunikaty, w prasie GROZA, w ośrodkach zdrowia regularne zamieszki.

Nie, nie śmieję się - Synek wczoraj trafił do lekarki naszej, która stwierdziła, że nie jest źle, ale 5 dni ma leżeć w łóżku. 5 dni w łóżku dla czterolatka to wyrok porównywalny z dożywociem, więc poszliśmy na ugodę i skończyło się na 5 dniach NIEWYCHODZENIA  z domu.

Ja też nie lepiej się czuję. Jadę na antybiotyku, bo moje gardło się posypało. Migdałki okropne, więc nie ma na co czekać, zwłaszcza, że kaszel mam od samych Świąt. Teściową też próbuje coś złapać, Żonę już poraziło wcześniej, ale z tego wyszła.

Teścia nic nie rusza, ale on pali papierosy, więc wszystko jasne.

Na szczęście trzyma się jeszcze Kalina. Mimo krążących wokół bakcyli, jest zdrowa (odpukać w niemalowane). Dziś wziąłem ją na spacer. Śnieg już zdarty z chodników i ulic, więc jedziemy wózkiem. Zgodnie z zaleceniami omijamy miejsca, w których gromadzą się ludzie, błądzą tłumy i ciśnie się ciżba.



Jedziemy do biblioteki.

środa, 16 stycznia 2013

Poor art

Wiem, że to żenujące pewnie, ale wczoraj na zajęciach plastycznych z dziećmi trzasnąłem taki oto portret mojego świętej pamięci psa.


To znaczy, wiecie, na podstawie fotografii. Nie wykopywałem go z ogródka rodziców...



wtorek, 15 stycznia 2013

Anarchistyczne dyktando (tylko dla dorosłych)

Kumpel-nauczyciel ma ambitne zadanie: przygotować konkurs ortograficzny, w którym wzięłyby udział nie tylko wypchnięte przez polonistów jednostki, ale również zwykli ludzie. Musi stworzyć regulamin, zasady, przemyśleć rozmiary akcji, ewentualne nagrody...

- Tak sobie pomyślałem, żeby na przykład do udziału w konkursie, w pierwszej części, zaprosić VIP-ów. Wiesz, ludzie władzy, oficjele, lokalni patrioci... Czujesz, nie?

- Czuję.

- Tylko to dla władzy nie mogłoby być za bardzo trudne.

- Mam pomysł na pierwsze zdanie - mówię - "Władza to chuje." 

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Jak się bawić na śniegu?

Ja się bawią moje dzieci, gdy śnieg utrzymuje się dłużej i sanki przestają być jakąkolwiek atrakcją? Wyciągają z garażu zabawki "letnie" i wio! Na śnieg z kosiarką, wyścigówką lub trójkołowym rowerkiem!




Nie wiem dlaczego, ale te obrazki przypominają mi moich zaprzeszłych znajomych znajomych. Wśród nich był jeden młody mężczyzna, fanatyk survivalu, nocami po lasach biegał, w góry szedł z samym śpiworem, sam potrafił w puszczy znaleźć jedzenie i nie wychodzić z kniei przez tydzień. Taki całkiem sympatyczny odjechaniec.

W czasie spotkania w pewnym większym gronie zaczęły się rozmowy na temat wychowania dzieci. No i nasz bohater mówi:

- Wy naprawdę dziwnie te dzieci wychowujecie. Totalna szklarnia! Zero stresów im fundujecie. Zero prawdziwego życia w świecie, w którym jest chłód, czasem trzeba się przegłodzić, czasem upał, ulewa. Te dzieci NIC nie wiedzą o świecie!

- O przepraszam - obruszyła się jedna dziewczyna - my z naszymi jeździmy do lasu pod namiot, więc się nie czepiaj!

- No i dobrze robicie! Tylko jedno pytanie - po co wam namiot?

A jeszcze palacz...

Wczoraj tak się cieszyłem, że mogę sobie bezkarnie martini pić, i już się nie cieszę, bo dopadła mnie choroba popromienna. Łeb mnie po tym kieliszku martini boli. A to nie jest i tak najgorsza wieść.

Wieczorem w rurach prowadzących wodę do kaloryferów nagle coś zaczęło dziwnie buczeć. Jakby burza się zbliżała i oddalała. Dzieciaków to nie obudziło, ale my z Żoną obudziliśmy teściów i mówimy:

"Słuchajcie..."

Wniosek z tego słuchania był taki, że piec gazowy trzeba było na noc wyłączyć, a na dworze -9 stopni Celsjusza. Odpalamy małe grzejniczki i jakoś śpimy. Rano zimno, chociaż my raczej do chłodu przyzwyczajeni jesteśmy. Ale o młode pokolenie trzeba dbać, więc lecę rano po drewno do kominka i rozpalamy ogień.

Czyliż takie ferie mam pisane mieć?

Rano jeszcze lecę odebrać wyniki krwi Tymka - dobra wiadomość - żelazo mu się podniosło, więc już teoretycznie anemikiem żadnym nie jest. Za to w naszym ośrodku zdrowia kolejki takie, jakby mięso za darmo rozdawano. Ja z moim bolącym żebrem i ustawicznym kaszlem też chciałem się zarejestrować, ale pomyślałem sobie, że zdążę się rozchorować i wyzdrowieć nim dotrę do upragnionego okienka...

sobota, 12 stycznia 2013

Po studniówie

Najpierw na poważnie - wczorajsza studniówka, z której wróciłem o godzinie 05:22 nad ranem, parkuję samochód,  patrzę, a tam leciwa sąsiadka odśnieża chodnik, myślę sobie, co jest, też ze studniówki wróciła?

A więc wczorajsza studniówka znów uruchomiła we mnie nieczęsto spotykane emocje. Patrzę na dwudziestominutowego poloneza tańczonego przez moich uczniów, widzę te poważne twarze, te sztywne gesty, wypracowane ruchy, odliczanie taktów i autentycznie się wzruszam. Autentycznie!

Cóż z tego, że niemal każda tancerka w innej kreacji, a część musi uważać, by nie złamać nogi na wysokich obcasiorach? Cóż z tego, że panowie w za dużych, za małych lub niedopiętych garniturach, jedni w krawatach, drudzy pod muchą? 

Myślę sobie, że ten polonez to jedna z ostatnich okazji, by przyjrzeć się Formie. Formie, która ponoć nas ogranicza, niewoli, wiąże i krępuje. Ta namiastka jakiejś Większej Całości, Grzeczności, Ułożenia, Dostojności etc za chwilę ustąpi bezwładnym pląsom na parkiecie, ale cieszę się chwilą, gdy mogę poobserwować świat, z którego choć na chwilę wyparowała Amorfia. 

Świat, w którym nie ma Gombrowiczowskiej kupy (czyli pomieszania z poplątaniem), a jest za to spajająca wszystkich Forma. I raz do roku takie sztywniactwo, zadekretowane i obezwładniające mi imponuje. A nawet tęskno mi nieco do czasów, gdy było czymś naturalnym.

Tak raz do roku... 

Teraz mniej poważnie - studniówkę przeżyłem, chociaż groziłaby mi śmierć z przejedzenia, bo tyle było pokarmów wszelakich. Tańczyłem nawet, chociaż rzadko udaje mi się to robić z czystym sumieniem, czyli gdy muzyka mi odpowiada. 

Czas pełzł, a musiał dopełznąć do godziny 3 nad ranem, gdy kończyły się moje obowiązki opiekuna mojej klasy. By dać sobie radę z opornym czasem, na kawałku papieru spisałem utwory, przy których ABSOLUTNIE nie tańczę. Kolejność przypadkowa, bo każdy z tych kawałków jest bolesny i wolałbym go przesiedzieć w toalecie. Zapis tytułów niezbyt wierny, ale połapiecie się/

- "Jedzie pociąg z daleka" Rynkowskiego - zawsze jakiś wesołek wyciągnie mnie z peronu i zamieni w kolejny wagonik jadący prostą drogą do stacji Żenada.
- "Konik na biegunach" top infantylizmu wszech czasów.
- "Już za rok matura" - groza! W każdym rozumieniu.
- "Małgośka mówią mi...", "utoczę ci dużo krwi" - dodaję od siebie.
- "Jesteś szalona" - czy muszę tłumaczyć?
- Kan kan, Grek Zorba, Kaczuszki - upokarzające doświadczenie.

I wiele wiele innych ze skarbnicy polskiej i nie tylko polskiej żałoby muzycznej.

Na pocieszenie zawsze zostaje mi wciąż nieodkryty klasyk. Proszę posłuchać:




Około 2 nad ranem miałem kryzys:

- Dlaczego pan się nie bawi? - pytają uczniowie.
- Nie mogę.
- A dlaczego?
- Bo zepsuły mi się stabilizatory obrazu w okularach.

Taka odpowiedź rozstrzyga kwestię.

Wróciłem do domu cały i zdrowy. Dwa efekty uboczne - szum w głowie na skutek nieprzespanej nocy i notorycznie nucony nieoficjalny hymn studniówki 2013 "Ona tańczy dla mnie..."

czwartek, 10 stycznia 2013

Mamy kota

Kot ma cztery lata i waży 17 kilogramów. Biega po całym domu, wskakuje na kanapy, fotele, ociera się o wszystkich i drapie ręce tych, którzy chcą go pogłaskać. 

Kot ten to mój Synek przechodzący ostatnio fazę fascynacji tymi zwierzętami własnie. Wciela się nawet dość wiarygodnie. Pal sześć, gdyby tylko na podłogowo-meblowych szaleństwach się kończyło. Przedwczoraj jednak kot po prostu przegiął, i to ostro przegiął.

Leżałem na kanapie, a on wdrapał się na oparcie i całym impetem swoich 17 kilogramów wbił mi się kolanami w żebra. 

BÓL!!!

Początkowo jeszcze znośny, ale dziś już czułem się, jakbym pod samochód wpadł. Jako stary hipochondryk podejrzewałem u siebie złamanie jakieś, ale to najprawdopodobniej tylko solidne obtłuczenie. Na dodatek męczy mnie uporczywy kaszel, więc co i rusz w lewym boku odzywa się przerażający rwący ból.

Chodzę jak z krzyża zdjęty. Krzywię się, a każdy skręt ciała grozi przeszywającym cierpieniem. 

A najlepsze jest to, że jutro jadę na studniówkę swojej klasy,


na której pewnie będę tańczył tak, jak na powyższym obrazku.


  

środa, 9 stycznia 2013

Wyznania zboczeńca

Możecie mi nie wierzyć, ale mam sądowy zakaz zbliżania się do sklepów papierniczych. Właściciele takowych, widząc mnie, zamykają drzwi i wywieszają kartkę z napisem PRZYJĘCIE TOWARU, INWENTARYZACJA, ZARAZ ZWRACAM.

Czym sobie zasłużyłem na tak ponurą sławę? Otóż jestem do bólu wymagającym i kapryśnym klientem. Kupując zeszyty lub notatniki nie zadowolę się niczym, co nie spełniać będzie w 100% wymagań wymyślonego przeze mnie ideału. 

Okładka taka a nie inna, najlepiej sztywna. Kartki jasne, najlepiej w kratkę, od biedy w linię też przyjmę. Kratki/linie mają być delikatne, zaledwie sugestie, na których sadzić będę zapisane słowa. 

Ileż zeszytów musieli mi sprzedawcy przynosić z zaplecza! Ileż godzin (sumując) snułem się w wielkich marketach, gdzie każdy zeszyt prześwietlałem pod każdym możliwym kątem. Na wakacjach w Turcji wpadliśmy z Żoną do sklepu papierniczego. Na wyspie Rodos też. W czeskim TESCO też. Zakupy były owocne! 

Jednak od roku niemal jestem wierny włoskiej firmie ECCOLO, która w swojej ofercie ma przepiękne notatniki. Poręczny format, okładki z wytłoczonymi motywami (teraz zapisuję szkice recenzji książkowych w tym tym czarnym ze złotym słówkiem ideas), bajer w postaci papieru "niekwaśnego", który wytrzymuje dłużej niż zwykły papier i ponoć atrament na nim nie blednie. Przynajmniej producent chwali się tym, że nie odnotowano jeszcze przypadku, by coś "zniknęło" z takiego papieru.


Czterech braci z ECCOLO i siostra z VENECIA, ponoć autentyczna skóra na okładce.

Mój ulubiony rowerowy motyw.

Motyw kawowy na paszportowym



Bezcenne zapiski. Wytrzymają następne 1000 lat.

Czujecie klimat "wyższych sfer"? Elita, elegancja, arystokracja papieru...

Jest tylko jeden feler - legendarna włoska firma produkuje swoje notesy w Chinach... Dowodem jest mikroskopijny napis ukryty na wewnętrznej "ściance" okładki. 

Cóż, nie można mieć wszystkiego, prawda? No bo wymagać włoskiego produktu tworzonego we Włoszech to przecież czyste szaleństwo i skrajna naiwność.




niedziela, 6 stycznia 2013

O pociechach życia w stadle nauczycielskim

Czas próbnych matur, więc w naszym domu lądują dziesiątki arkuszy, nad którymi spędzamy długie upojne godziny.

- Zobacz - mówi Żona - dziewczyna pisze "alkohol" przez CH.

- No, widać nie pije...

sobota, 5 stycznia 2013

Kuchenne rewolucje w "Restauracji pod Sikorką"

Tak pielęgnujemy prawdziwie franciszkańskie wartości - kupiliśmy karmik dla małych ptaszków i powiesiliśmy go w ogrodzie. Synek miał masę frajdy, gdy wymyślaliśmy nazwę tej placówki gastronomicznej i gdy ustalaliśmy menu (ostatecznie stanęło na mieszaninie ziaren kupionej w pobliskim sklepie zoologicznym). 

Nieco gorzej sytuacja może wyglądać z klientami - wróbelków i sikorek u nas jak na lekarstwo, chociaż może będą przylatywać, gdy się zorientują, że czeka je darmowa wyżerka.


A ja wyobraziłem sobie, że przyjeżdża na nasze zaproszenie restauratorka podupadających restauracji, pani Magdalena G.

- Pani Magdo, niech nas pani ratuje! Nikt nie odwiedza naszej jadłodajni!
- Nic dziwnego - odpowiedziałaby pani G. - przecież macie taki syf w środku!
- Jak syf?! Jaki syf?! - oburzyłbym się. - U nas klienci mogliby jeść z podłogi!

czwartek, 3 stycznia 2013

Telewizjo Polska!

Onegdaj miłościwie nam panujący premier Donald T. oznajmił, że płacenie abonamentu radiowo-telewizyjnego przypomina płacenie haraczu, więc abonament przestałem płacić.

Kto by chciał opłacać mafię, bandyctwo lub inne przestępcze organizacje? Bo haracz płaci się przecież właśnie komuś takiemu...

Jednak, Droga Telewizjo, dziś nie o tym. 

Dziś o tym, co spotkało parę tygodni temu moje dzieci i to za sprawą Twoją, Droga Telewizjo. 

O ile Ci wiadomo, około godziny 19 większość dzieci jest już wykąpana, pachnie czystością, wcina kolację i czeka na dobranockę. Szczęśliwe pociechy, które mają dostęp do kanałów sformatowanych pod dziecięce gusta, bajki mogą oglądać bez nerwowego pytania rodziców:

- Tato? Kiedy będzie dobranocka? Mamo, za ile się zacznie?

Kierujący te słowa nie posiada kablówki, odbiera najprostszy z możliwych zestaw kanałów, pośród których tylko od czasu do czasu natknąć się można bajki odpowiednie dla wieku czterolatka. 

Jeszcze niedawno, w popołudniowym paśmie programu pierwszego emitowałaś, Droga Telewizjo, trzy seriale pod rząd! Trzy odcinki debilizmów o fikcyjnych losach nikomu niepotrzebnych do szczęścia fikcyjnych bohaterów. "Klan", "Wszystko przed nami" i "Galeria" - to są stacje drogi krzyżowej, jaką musieli przejść (lub ominąć) ci, którzy czekali na dobranockę.

Czekali do godziny 19:15 (!), by dziecko mogło obejrzeć trwającą 10 minut bajkę. Wcześniej oczywiście zainfekowani dziesięcioma minutami reklam niepotrzebnych produktów i programów.

To jeszcze mogłem znieść, choć ciężko mi było. Ale pewnego pięknego wieczoru w porze trwania dobranocki, w momencie, gdy JUŻ powinna się rozpoczynać kolejna przygoda Bolka i Lolka lub Misia Uszatka, mój Synek zobaczył, jak zakneblowanej przerażonej kobiecie jakiś zły pan przykładał pistolet do głowy.

Co Ty na to, Telewizjo? To był TWÓJ produkt pokazany w TAKIM A NIE INNYM CZASIE!

W Twoje sześćdziesiąte urodziny z radością powtórzyłbym ten gest i przyłożyłbym pistolet każdemu, kto przyznałby się do takiego a nie innego ułożenia ramówki. A mój wrodzony pacyfizm topnieje błyskawicznie pod wpływem wściekłości i wrzasku, jakie we mnie buzują!



60 lat to piękny wiek, ale w Twoim przypadku, Droga Telewizjo, złamię swoje i tak już giętkie zasady, by napisać Ci, że .......



..........lepiej nie, może jakieś dziecko to przeczyta.




wtorek, 1 stycznia 2013

Wyznania potencjalnego alkoholika

Sens tego obrazka zrozumiecie dopiero po przeczytaniu notki.




Od Świąt regularnie otwieram magiczne drzwiczki, za którymi kryją się przeróżne alkohole i dwa razy dziennie (sesja ranna i wieczorna) piję malutki kieliszeczek żubrówki. W sumie wszystko mi jedno, jaki alkohol piję, ważne, że poprawia mi trawienie (autentycznie!) i działa kojąco na zmasakrowane jakimś wirusem gardło.

Wczoraj Żona mówi:

- Czy ty nie przesadzasz z tym piciem?
- Ale o co chodzi?
- Codziennie ta żubrówka...
- Kochanie, powiedz szczerze - czy ty mnie kiedyś widziałaś pijanego?

Pauza.

- Nie.
- No widzisz. Słuchaj, ja mam prawie 90 kilo wagi. Czy myślisz, że pół kieliszeczka wódki dwa razy dziennie może mi cokolwiek zrobić?
- Czyli czas przejść na dietę - śmieje się Żona i klepie mnie po brzuchu.

Czyli już nie mam problemów z alkoholem. Mam problem z wagą...

***

Wracamy z noworocznego spaceru. Telefon skończył się ładować. Odrywam go od sieci i widzę nieodebrane połączenie. 
- Twój telefon długo dzwonił - mówi Teściowa - Nawet chciałam odebrać, ale byłam bez okularów i z tego, co wypatrzyłam, to jakiś BATMAN dzwonił. Jakiś kolega pewnie?
- Nie. To tylko mój brat...