niedziela, 29 grudnia 2013

Ze świąt nie o świętach

Święta minęły.

Święta minęły szybko. Łagodnie. Jakoś tak chyłkiem. Ledwie zaczęte, już się zwinęły. Śniegu nie było, co żadną nowiną nie jest, ale powtórzę z pełną odpowiedzialnością: jak dla mnie ciężarówki wiozące Coca-Colę mogłyby nie mieć zimowych opon. Chwytacie?

Dzieciakom jakoś śniegu nie brakuje. Ostatnio nawet wydawać by się mogło pożegnany aż do wiosny rower poszedł w ruch i Tymoteusz śmigał na nim, żeby mi udowodnić, że jazdy raz nauczonej nie da się zapomnieć. A tak w ogóle to młody zaczyna na potęgę czytać i pisać (w wersji CAPS LOCK NA RAZIE). Wszystko stara się przeliterować, zapisać, odczytać... Przekomicznie przenosi za długie wyrazy do następnej linijki tworząc przy okazji meandry i esy-floresy prawdziwe.

Nie możemy się doczekać Sylwestra. Nie, nic się nie zmieniło - wciąż pałam do tego dnia czystą platoniczną niechęcią, ale Synek odkrył fascynujący świat fajerwerków i sztucznych ogni, więc w najbliższy wtorek gdy tylko się ściemni, w ogródku odpalamy fontannę wulkan, parę rakiet i kilkanaście piratów. Będziemy głośni!

Głośniejsi od bomb.

Miało nie być parentingowo, bo zaczynam coraz mniej życzliwie patrzeć na blogi kupczące macierzyństwem lub ojcostwem (oddzielna kwestia, na inny, brutalny, post), ale muszę się podzielić dwoma obrazkami:

Siedzimy w pokoju, cała rodzinka nasza. Żona w pewnym momencie, przy okazji jakiejś książeczki akurat czytanej, pyta się dzieciaków, kim chcieliby zostać:

- Tymku, kim byś chciał być?

- Mechanikiem! - bez chwili wahania odpowiada.

- A ty Kalino?

Młoda milczy. Brat, chcąc dokuczyć siostrze (normalne u niego, niestety...), odpowiada za nią:

- Ja bym chciał, żeby Kalina została starą kawalerką!

Druga scenka:

Ubieramy się, by wyjść na spacer. Kurtki, buty wysokie, czapki. Żona schyla się, by zawiązać but, a tu podlatuje Tymoteusz i zaczyna ją...wąchać.

- Tymku! Nie zachowuj się jak pies!

- Mama, masz dwie możliwości wyboru. Mogę cię wąchać, ale mogę cię też lizać. Co wybierasz?

Cóż, wybór niby jest prosty...



piątek, 27 grudnia 2013

Takiej mielonki jeszcze nie miałem...

Otwieram daaaawno nieużywaną skrzynkę pocztową - Onet, więc siedlisko wszelkiego możliwego spamu, reklam, upiornych ankiet i całego tego świństwa, którego nie miałem już siły wywalać.

Patrzę, a tam ktoś o imieniu Adam pisze do mnie tak:

Słuchaj, nie denerwuj się, ale przeglądając stronę (tu adres konkretny jakiejś pornowitryny) natknąłem się na Twoje nagie zdjęcia. Sam nie wiem, albo to jakiś Twój sobowtór, albo Ty... Praktycznie identycznie wyglądacie. Jeżeli to Ty, to domyślam się, że ktoś się pod Ciebie podszywa i wrzucił je tam za Twoimi plecami. Jak się zalogujesz na tej stronie, to są one dokladnie na 23 i 25 stronie w galerii. Podobieństwo jest ogromne! Radzę Ci się tym zainteresować, zanim ktoś z Twojej rodziny to zobaczy...




Pozdrowienia i daj mi znać co i jak.


Nie chciałem zaglądać pod wskazany adres, ale mam tylko nadzieję, że nie znalazły się tam te moje fotki:




niedziela, 22 grudnia 2013

Nieżyczenia

Nie.

Tym razem nie będę się bawił w Scrooge'a i opowiadał o tym, jak bardzo mi ciężko w te "najbardziej rodzinne ze świąt." Ciężko, bo ciężko mi się znaleźć i znaleźć radość na zawołanie, nawet takie "zawołanie" przygotowywane przez miesiąc adwentu.

Nie, nie dam się wrobić w takie wywlekanie flaków na antenie. 

Patrzę na nas, na moją rodzinę. Ja chory - gardło mi zaatakowało i gdy tylko się odezwę, to brzmię jak świętej pamięci Maciej Zembaty. Głos mam taaaak niski, że mógłbym nim uspokajać stadionową bandyterkę. Żona kaszle przeraźliwie. Kalina katar nieziemski. Z nosa jej kapie jak z niedokręconego kranu. Jedynie Tymek się trzyma. I oby jak najdłużej...

Takiej zarazy to nie było od dwóch lat. Wtedy mieliśmy w domu ospę (dzieciaki) i to były cudownie spokojne święta, bo nikt nas nie odwiedzał. Klasyczne szczęście w nieszczęściu. 

Nie wiem, czy do kościoła trafię, czy się chociaż pomodlę, bo zlaicyzowałem się okrutnie i modły wszelakie koślawo wychodzą. Nie wiem, czego Wam życzyć w tym chaotycznym poście, więc chyba tylko

 Dobra, Spokoju i Czasu. 

Nie za dużo telewizji, dużo mandarynek i dobrych książek. Ja mam swoje martini. Czego i Wam życzę...

Tak sobie to ułożyłem, kochani...

Trzymajcie się. I fason.

środa, 18 grudnia 2013

Post, kurka wodna, pewnie parentingowy, tfu!

Wracam z Tymkiem z przedszkola. Akurat tak się złożyło, że sporo dzieciaków z jego grupy też akurat wychodziło. Machali do siebie, pozdrawiali, by w końcu wsiąść do samochodów rodziców i rozjechać się do domów.

- Patrz - mówię - Franka rodzice przyjechali. I Alka. I Gabrysi...

- No - potwierdza lakonicznie Tymek.

- A Nikola była dzisiaj?

- No tata, pewnie że była - unosi się synek - ona jest codziennie. Dzisiaj była. Wczoraj była.

- No widzisz, a ja jej dawno nie widziałem...

- Ja też.

I rozmawiajcie tu z takim...

wtorek, 17 grudnia 2013

Długi nudny polonistyczny wpis

Co trzy lata staję się kolejno – poganinem, potem ogarnia mnie teocentryzm, bym za chwilę wpadł w ramiona antropocentrycznej wizji świata, potem gardzę wszystkim jako podłą marnością świata, potem świeci mi żarówka Rozumu, którą za chwilę zgasi romantyczny podmuch z zaświatów, dalej już z górki – raz pracuję w pocie czoła, potem przestaję wierzyć w jakikolwiek sens czegokolwiek… I tak w koło Macieju…

Co parę miesięcy kolejne klasy poznają nowe epoki (literackie), a żegnają się z innymi. Starujemy od antyku, by dowlec się w klasie maturalnej aż do naszej kulawej współczesności. A ja co parę miesięcy muszę rewidować wizje świata, jakimi wcześniej częstowałem młodych. W średniowieczu muszę wiarygodnie trąbić o Bogu w centrum świata, w renesansie muszę rzetelnie obalać założenia wcześniejszej epoki. W oświeceniu peany na cześć Rozumu wygłaszam i twierdzę, że Rozum to całkiem niezła lampa wskazująca nam drogę w życiu. Po chwili romantyzm ze mnie bije jak z zepsutego hydrantu, znajduję kolejne dowody na to, że Czucie dużo lepiej nadaje się na narzędzie poznawcze.

Rozumiecie? Nie mogę być wiarygodny, bo co chwilę zmieniam front, optykę, światopogląd… Aż dziw bierze, że żaden uczeń jeszcze nie zadał pytania: „To jak to w końcu jest? Która epoka była najbliżej prawdy o świecie?” Nie wiedziałbym, co powiedzieć.

Zawsze przypominam sobie pewną zabawną okoliczność, z jaką miałem do czynienia na trzecim roku polonistyki. W środy (bodajże) mieliśmy do zaliczenia dwa wykłady prowadzone przez dwóch wybitnych specjalistów. Najpierw pojawiał się profesor P. i opowiadał o rozwoju powieści realistycznej, a po krótkiej przerwie na katedrę wchodził profesor L. i zaznajamiał nas z obliczami poezji młodopolskiej.

Krótka przerwa dzieliła te dwa wykłady, a my w ciągu 10 minut pokonywaliśmy, nie ruszając się z miejsca, cały wszechświat literatury polskiej XIX wieku. I mówię Wam, nikt z Was nie pomyliłby się, gdybym zapytał, który z naszych bohaterów „w jakiej epoce żyje.” Profesor P. elegancki, dopięty, ogolony, wyprostowany, wysoko podbródek, profil „rzymski.” Profesor L. z brodą czarną, z dłuższymi włosami zaczesanymi na łysiejącą czaszkę, ubranie za luźne, gesty rozrzucone, wzrok rozbiegany. Tak, oni „żyli w swoich epokach”, „swoimi epokami.”

A ja? Hmmm… Gdybym  chciał być wiarygodny, nosiłbym na sobie togę, na którą narzuciłbym czarną pelerynę, na nogach średniowieczne ciżmy, w oku monokl a la Słonimski, koszula (na togę zarzucona) z obowiązkowym szerokim kołnierzem Słowackiego…

Jednak strój to jednak małe piwo (bezalkoholowe, wszak o pracy piszę…). Pomyślcie sobie o tych wszystkich bohaterach lektur. Łatwo NIE BYĆ Kordianem-nieudacznikiem lub Konradem-narwańcem. Łatwo NIE BYĆ Judymem, który (głupek) wolał pracę od kobiety, i Edypem – bagatelka, zabił ojca i sypiał z matką. Tak, są drażniący główni bohaterowie i łatwo wykazać, że coś jest nie tak z nimi, że potrzebują lepszych drogowskazów moralnych, bo wybierali źle lub gorzej, więc łatwo ich oskarżać, mierząc współczesnymi kryteriami moralnymi.

Ale już ciężko mi wiarygodnie skrytykować takiego Ziembiewicza (zdradził żonę, kochance zrobił dziecko, na żonę zrzucił odpowiedzialność za losy nienarodzonego dziecka). Nie, nie fantazjuję o tym, by być na miejscu bohatera „Granicy”, ale jego słowa o tym, że „człowiek może być tylko sobą” brzmią tak, że podpisałbym się pod nimi prawą i lewą ręką. To jedno z moich najgłębszych przekonań, a tymczasem muszę skrytykować taką postawę jako śliską moralnie i w sumie (ponoć) skrytykowaną przez samą Nałkowską.

A nie wierzę, że można być kimś więcej niż sobą. No nie wierzę…

Wiem, że ten wpis pewnie skończy się Waszym ziewnięciem, bo pewnie szkoły już pokończyliście, a lektury zamazują się już w Waszej pamięci, ale ja postanowiłem sobie w słowa ubrać to, o czym ostatnio myślałem.


Ubrałem. Poście, możesz iść między ludzi i wstydu mi nie przynieś!

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Prawda uniwersalna

Od czasu do czasu Tymek dzieli się z nami co obszerniejszymi fragmentami ze swojego przedszkolnego życia. Z reguły na pytanie:

- Co dzisiaj było w przedszkolu?

odpowiada klasyczną formułką:

- Nie wiem, nie pamiętam.

Tym razem jednak dowiedzieliśmy się nieco na temat jego "przyjaźni" z jedną koleżanką, która jest (cytat) "dobrą dziewczyną, nie krzyczy, nie rozkazuje."

- A co z Lidką*? - pytamy o poprzednią sympatię.

- Nie - odpowiada Tymek - Już się tak nie lubimy.

- Nie?

- No wiesz, z Lidką jest jak z gumą do żucia...



(Tutaj następuje długa chwila, w czasie której w mózgu Synka tworzy się skomplikowana konstrukcja analogii.)

-... jak z gumą do żucia. Najpierw się robią duże balony. A potem się pożuje, pożuje i zostają same flaki z tej gumy.

PS

Żeby było zabawniej, Tymek nigdy nie żuł żadnej gumy, ale jego metafora, jaką stworzył, pierwszorzędna.

*Imię zmienione, żeby nie było...

czwartek, 12 grudnia 2013

Urywki ostatniości XIV

I

Nie staram się nawet tego ukrywać - mam za mało czasu, a jeszcze mniej ochoty, dyscypliny, samozaparcia jak zwał tak zwał, by pisać kolejne notki. Przede wszystkim angina mnie powaliła. Siedziałem ostatnie dni z chorującą Kaliną i snuliśmy się wspólnie po domu, nie mogąc sobie poradzić z narastającą frustracją - chcemy być zdrowi, a nie możemy i musimy wciąż te świństwa połykać, które podobno mają nam pomóc.

Dziś jest już dużo lepiej. Zdaje się, że choroba się wyprowadziła z domu, ale boję się jak diabli, że wróci jeszcze przed Świętami i będziemy mieli w domu szpital z sanatorium połączony.

II

Czytamy z Kaliną książeczkę. Przypadkową. Podoba jej się.

- Powiedz tacie - pytam ją - Kim będziesz, jak będziesz duża?

Chyba nie do końca zrozumiała pytanie, bo nic nie odpowiedziała.

- Bo Tymek to chyba będzie jakimś mechanikiem, bo lubi majsterkować. A ty pisałabyś na przykład książki?
- Tak!
-O! Jak miło! A o czym byś napisała?

Myśli, myśli.

- O piesku!
- O piesku? Super! A jaki tytuł miałaby ta książeczka?
- "Zero przygód pieska."

Kurde, mówię Wam, szykuje się hit wydawniczy! I pamiętajcie - tytuł już zaklepany!

III

Pamiętacie Amerykanów, którzy nas odwiedzili w maju? Otóż odezwali się ostatnio! W bardzo miły sposób. Kontynuując stare dobre tradycje obowiązujące w ramach stosunków polsko-amerykańskich przysłali nam paczkę z prezentami! Serio! Ale spokojnie, nie żywność, nie konserwy, masło i napoje gazowane. Nie. Przesyłka świąteczna z ładnymi życzeniami wewnątrz. A oprócz życzeń?

Zdradzę tylko, że na przykład Kalina dostała a u t e n t y c z n ą amerykańską lalkę Barbie, Żona dostała bluzę Uniwersytetu św. Tomasza, a ja dwa zeszyty:



Kolejne arcydzieła poezji i prozy, tudzież krytyki literackiej, mają gdzie powstawać.

IV
Trzymajcie się jako i ja się trzymam!

czwartek, 5 grudnia 2013

Angina, odsłona druga

No i się Kalina rozchorowała. Oczywiście angina, którą z całym dobrodziejstwem inwentarza przekazał jej brat. Ech, to rodzeństwo wszystkim się dzieli...

A tak na serio - już myślałem, że młoda się wybroni, bo ona ma jak na tak małe dziecko wcale niezłą odporność. Choruje rzadko, raczej lżej niż ciężej przechodzi infekcje wszelakie. Lekarstwa łyka jak cukierki (cukierki też jak cukierki). Pacjentką jest kochaną, co potwierdza jej Pani Doktor.

Tak, Kalina jest wzorowym pacjentem i uwielbia współpracować ze stetoskopami i innymi diagnostycznymi instrumentami, które zapewniają całkiem niezłą zabawę w gabinecie. A przy jakiejś okazji kiedyś Pani Doktor zdradziła, że od zawsze marzyła mieć taki kolor włosów, jakie ma Kalina, a żadna farba/szampon koloryzacyjny takiego odcienia nie proponują.

Dziś Kalina wraca od Pani Doktor niosąc w rączce malutki pierścionek-biedroneczkę.

- Co to jest, Kalino? Skąd to masz?

- Dostała w przychodni od pani doktor - tłumaczy Żona - Kobieta spojrzała w kartę pacjenta, zobaczyła, że dziś są Kaliny urodziny, więc dostała prezent.

Szczęściara, myślę sobie.

- Ciekawe, co ja bym od mojej pani doktor, gdybym poszedł się zbadać w moje urodziny? - zastanawiam się głośno - To już za niecałe dwa tygodnie...

- Boję się nawet pomyśleć... - odpowiada Żona.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Brzydkie słowo

Tymek jest chory.

Angina go tak rozłożyła, że od czwartku w sumie non stop z temperaturą się smętny po domu snuje. Antybiotyk. 39 na liczniku, gdy nurofen przestaje działać. Ma dreszcze, zimno mu. Potem gorąco. 2-3 razy dziennie pakujemy go do wanny z letnią wodą, żeby nieco ochłonął i, o dziwo, jakoś to nawet działa. Na krótko, ale jednak. 

Apetyt stracił. Żywi się niemal tylko jabłkami. Biedny jest, naprawdę biedny...

Wczoraj, ewidentnie zły na tę całą chorobę i paskudne lekarstwo, które musi dwa razy dziennie brać, pyta się zaciskając zęby:

- Tata, a mogę brzydkie słowo powiedzieć?

- A poczujesz się lepiej?

- Tak!

- To wejdź pod kołdrę i tam powiedz, żeby nikt nie słyszał.

No to wsadza głowę pod kołdrę i głosem pełnym wściekłości wyrzuca z siebie:

- Stary dziadek pierdzi dupka!!!

Chyba pomogło.


sobota, 30 listopada 2013

Gwoździe dwa

Chyba nie jest dla nikogo tajemnicą, dla nikogo z czytelników tego bloga, że Tymek, pierworodny mój kochany, raczej w ojca swego się nie wdał.

Książki, jasne, "czyta" (my mu czytamy, a on słucha), ale interesuje się raczej mało humanistycznymi zagadnieniami - prądem, elektroniką, zasilaniem, budową głośników, radioodbiorników etc.

Ma pokaźną kolekcję "coolerów", czyli małych wiatraczków chłodzących wnętrza Waszych komputerów, ma dwa PRL-owskie zefiry (antyczne wentylatorki biurkowe), ma masę kabli, baterii, przedłużaczy, ma dwa śrubokręty, którymi rozkręca zepsute samochodziki, trzy silniczki elektryczne (dwa z rozkręconych samochodzików, trzeci znalazł na ulicy), diody, żarówki...

Tak, tym się całymi dniami bawi. O dziwo! Uwielbia też zwierzęta i jeżeli nie zasypia ściskając małego "coolerka", to kładzie się z jakimś pluszowym psem lub kotem. 

Swoją pasją powoli zaraża kolegów z przedszkola. Wcześniej inni chłopcy biegali po sali, udając karateków lub innych bohaterów z "bajek, w których się biją" (my takich nie oglądamy), teraz zaczynają interesować się "prądem." Do tego stopnia, że jeden z nich przyniósł niedawno z domu zepsute radio, by je razem z Tymkiem rozkręcić!

Ostatnio wypożyczyliśmy z biblioteki książkę o prostych eksperymentach, które małym nakładem środków można zrobić w domu. 

- O! - ożywia się Synek - Co to jest? Jak to działa?
- To elektromagnes najprostszy - tłumaczę i przy okazji sam się uczę - Bierze się długi gwóźdź, podłącza do bateryjki i już można gwoździem podnosić porozsypywane szpilki albo pinezki.
- Tata! Robimy to!

No więc następnego dnia udałem się do składu budowlanego i kupiłem dwa gwoździe.


Zapłaciłem 43 grosze.

Gdy w szkole opowiadałem o tym zakupie, usłyszałem od jednej z koleżanek:

- Chciałabym mieć dziecko, dla którego prezenty są takie tanie...

PS

Elektromagnes działa. Jednak nie podchodźcie za blisko, jeśli macie rozruszniki serca...

poniedziałek, 25 listopada 2013

Czy to prawda, drogie panie?

Idziemy z Synkiem na zakupy. 

- Tata - zaczyna Tymek nagle, zupełnie nagle - a wiesz, dlaczego koty są podobne do kobiet?

- Nie - odpowiadam zupełnie serio i będąc pewnym, że czeka mnie wstrząsająca odpowiedź.

- Bo koty i kobiety lubią się dużo myć.

sobota, 23 listopada 2013

Dyzio S.

Dziś imieniny Teścia, dziadka moich pociech. Dzieciaki rzecz jasna trzeba było poinstruować, co by ładne laurki narysowały, elegancko się ubrały i "Sto lat!" zaśpiewały. Wszystko wypaliło, nawet fajerwerk na torcie (tort i sztuczne ognie raczej się z urodzinami kojarzą, ale Tymek miał frajdę iście piromańską z faktu podpalenia wyżej wymienionego, więc czemu nie?). Uroczyście było do tego stopnia, że Synek wpadł na pomysł, by swojego ulubionego pluszowego psa również odświętnie udekorować. Najpierw chciał mu zrobić krawat papierowy, ale powstrzymałem go:

- Poczekaj, mam coś lepszego - mówię i idę do szafy, by otworzyć Kartonowe Pudło, W Którym Trzyma Się Wszystko, Co Nie Pasuje Gdzie Indziej. Wyciągam z niego krawat. Cudaczny, baśniowy, turkusowy z powtarzającym się psychodelicznym motywem słońca.

- To mu założymy - informuję i wiążę ten krawat psu. Żeby było zabawniej, węzeł wyszedł mi całkiem niezły, chociaż gdybym chciał samemu sobie krawat zawiązać, pewnie by się prędzej na nim powiesił. 

Tak wyelegantowany psiak poszedł z nami świętować i delektować się iście hedonistyczną atmosferą - ten tort, ta kawka... 





Mnie natomiast przypomniała się historia związana z tym krawatem. Kiedyś, w odległej przeszłości, gdy liceum miało jeszcze 4 lata, a na studiach wyższych nie znalazłby się nikt, kto nie umiał czytać i pisać, zbierałem takie dziwaczne krawaty (koszule hawajskie też zbierałem, ale o tym innym razem). Plądrowałem bliższe lub dalsze lumpeksy, by wygrzebać perełkę, w której mógłbym błysnąć i oślepić płeć przeciwną.

;-)

A więc proszę ja Was paraduję w tym krawacie (resztę garderoby też mam) po korytarzach Instytutu Filologii. Wchodzę na zajęcia z literatury XX wieku. Od kilku tygodni wałkujemy przedział "okupacyjny", ten Baczyński, Gajcy i cała reszta morowych chłopaków. Zajęcia poważne, ale moim towarzyszom siedzącym w ostatniej ławce humory dopisują.

- W czasie wojny pokolenie Kolumbów stanęło wobec wyboru - za co chwycić: za pióro, czy za pistolet?

Kolega dopowiada konspiracyjnym szeptem:

- James Bond nie miałby takiego problemu. Widziałem, jak w jednym odcinku miał strzelający długopis.

Czujecie, prawda? Takie mniej lub bardziej udane dowcipasy...

No więc wchodzę na zajęcia. Siadam w ostatniej ławce. Zaczynamy. Profesor oznajmia, że dziś, zgodnie z zapowiedzią, będzie wyjątkowo poważnie, bo o holocauście przyjdzie nam rozmawiać. Cisza. Chyba nie tylko dlatego, że jako grupa coś się średnio przygotowaliśmy.

Mija połowa zajęć. Wystarczył jeden. JEDEN mój jakiś dowcip, którym rozbawiłem kumpla i wywołałem parsknięcie śmiechem. Profesor wstał, przyjrzał mi się, zeskanował wzrokiem i rozpoczął miażdżącą tyradę przeciwko mojej postawie, mojemu krawatowi (tak!), mojemu pojmowaniu powagi problemu. Zostałem nazwany Swawolnym Dyziem (proszę sprawdzić w "Ludziach bezdomnych" Żeromskiego, cóż to był za ancymonek) i przesadzony do pierwszej ławki.

Do końca roku kisiłem się tuż obok pulpitu profesorskiego, ubrany adekwatnie do powagi zajęć i rozpracowywanych tekstów. W życiu nie byłem grzeczniejszy. Pamiętałem doskonale, u kogo miałem zdawać egzamin...

Tu widzicie, jak mniej więcej zapamiętałem siebie z tamtych heroicznych czasów. Dziś większość prostych linii musiałbym zaokrąglić, a czoło zaorać zmarszczkami doświadczenia i mądrości...



piątek, 22 listopada 2013

Naiwna melodia

Gdy sobie przypomnę "Chłopów" Reymonta, a zwłaszcza te rozdziały jesienne opisujące martwotę uśpionej wioski, z miejsca komponuje mi się to z tym, co za oknem. Domu, autobusu, szkoły... Chłód, ale nie mróz. Deszcz, wilgoć, szarość, otępienie. 

Gdzie tu się wybrać, skoro nie można zostać w domu, włączyć sobie dyskretnej nieinwazyjnej muzyki, zasnąć-nie zasnąć, marzyć na jawie? 

Przypomnieć sobie własną Mamę, dom rodzinny (rodzice i dom wciąż na tym świecie, bogom dzięki), właśnie taką jesień jak dziś. Ja mam kilkanaście lat. Chodzę do podstawówki. Jeszcze ciemno. Jeszcze czarno. Budzi mnie Mama. 

Właściwie nieświadomie budzi, bo wchodzi do pokoju i zaczyna rozpalać w sporym kaflowym piecu. Najpierw wygarnia popiół, potem układa drewno, stare gazety, wrzuca węgiel. Do dziś słyszę ten szczęk szufelki wygarniającej z metalowego wiadra czarne bryłki. Do dziś czuję ciepło kołdry, w którą się owijam, by zaoszczędzić jeszcze odrobinę ciepła. Szarzejące za oknem niebo. 

Taki. Taki właśnie nastrój teraz od kilku dni. Jechać, odwiedzić staruszków, szukać mojego "kraju lat dziecinnych", którego już nie ma, być może nigdy nie było, skoro wierzę w to, że własna przeszłość jest fikcją, że jej nigdy nie było i nigdy TAM nie byliśmy?

Tymczasem mamy imieniny Teścia i nie zanosi się na to, bym mógł się wyrwać. Damn!, że tak łaciną pojadę.

Nucę więc sobie i nawet już zaczynam śpiewać tę oto piosenkę.(Gdybyście mnie tylko słyszeli...) Wzruszającą, prościutką piosenkę o miłości i domu. Z kapitalną frazą: "Jestem tylko zwierzakiem szukającym domu..."




Posłuchajcie, bracia miła...


środa, 20 listopada 2013

Nostalgicznie, monetarnie

Pamiętacie prehistoryczny ten prehistoryczny post ilustrowany takim oto pociesznym zdjęciem?


Bez mała trzy lata temu. Styczeń 2011. Synek był malutki, a jego skarbonka wypełniona powietrzem.



Dziś rozbiliśmy konia. Pełny był monet przeróżnych nominałów. Nawet jakieś centy europejskie się znalazły, jakieś liry włoskie. Koń zainkasował uderzenie wałkiem (młotek drewniany nie zdał egzaminu) w zad i pieniążki się posypały.


Zagadka dla Was - obstawiajcie, ile się we wnętrznościach konia pieniążków zmieściło.

Żadnych nagród nie przewiduję, więc warto się starać!

wtorek, 19 listopada 2013

Iskierka w ciemnościach

"Dzień za dniem niepojęcie chodzi..." - jak mawiał barokowy poeta. Coś w tym jest, skoro ledwie się obudzę w poniedziałek, już końcówka czwartku się śni i piątek majaczy gdzieś obok. 

Czas odmierzany coraz krótszymi dniami. Ledwie dzieciaki odbierzemy z przedszkola, a tu już noc cały wieczór trwa. Ciemno i długo. Kiedyś idealny podkład pod to, by siąść z książką, herbatą (mocną, z miodem i pigwą) i owinąć się kocem. Dziś marzenie, by dzieciaki zasnęły, a gdy już zasną, mnie samego odurza słodki zapach snu i sam poszedłbym w objęcia ciężkiej kołdry.

Niewiele świateł. No może taka iskierka. Wymyśliłem kartkówkę z treści "Granicy" Nałkowskiej. Książki doskonałej, boleśnie prawdziwej i pod wieloma względami wiecznie aktualnej. No więc przeczesuję powieść pod kątem odpowiednim. Tworzę 12 pytań - ani łatwych, ani trudnych. Z pierwszego lepszego streszczenia nie da się odpowiedzieć na większość z nich.

Rozdaję w klasie karteczki z pytaniami i juz się zaczyna:

- Proszę pana, ale pan trudne zrobił!
- Proszę pana, a tamta grupa ma łatwiejsze.
- Nieprawda! Wy macie łatwiejsze!

Szybko uciszyłem towarzystwo. Piszą, piszą. Poważnie traktujemy całość, bo "Granicy" dawno na maturze nie było, więc MUSZĄ wiedzieć i już.

- Proszę pana - odzywa się ktoś - a tu jest pytanie: "Jak Zenon zwabił Justynę do hotelu?" No to jak zwabił?

Powoli tracę cierpliwość.

- Jak zwabił? Jak zwabił? - powtarzam - SZYNKĄ!

poniedziałek, 18 listopada 2013

Jeżeli śni się Tomasz Stańko...

...i w krótkich żołnierskich słowach mówi, że mam się wziąć do roboty, wspiąć się na wysoki mur, najwyżej spadnę, więc nic nie tracę, to TRZEBA go słuchać i już!

sobota, 16 listopada 2013

Z korytarza

Korytarz obcej szkoły. Masa ludzi. Tubylców i gości, bo odbywa się Ważny Okoliczny Festiwal. 

Przetaczają się majestatycznie poważne masy młodzieży. Starszej, młodszej. 

Nagle kątem ucha słyszę takie coś:

- O! Ten nawet niezły - dziewczęcy głos to mówi - Niezły, prawda? 
- Jakby tak spojrzeć... - powątpiewa koleżanka tej pierwszej - Mnie się bardziej podoba tamten. Ten. Tak, ten.
- Tamten? - dziwi się pierwsza - Nie, jakoś nie w moim typie. Chyba nie... Za stary.

W końcu nie wytrzymałem i obejrzałem się, szukając właścicielek obu głosów i dość sprecyzowanych gustów.


Dwie dziewczyny. Tyłem do mnie. Oglądają poczet królów polskich Matejki...

czwartek, 14 listopada 2013

...


Idealne popołudnie

Wracam z pracy. Wchodzę do domu i widzę, że listonosz przyniósł mi książkę. Już już sięgam, by ją wyciągnąć z koperty, gdy dociera do mnie głos Teściowej:

- O! Dobrze, że ubrany jesteś - mówi - Słuchaj, wyszedłbyś do rzeźnika po wątróbkę? Bo coś za mało chyba kupiłam, a tak to byś zjadł z nami...

Ok. Biorę paczuszkę pod pachę, lecę. Po drodze odpakowałem książkę i wchodzę z nią pod pachą do rzeźnika.

- Wątróbkę poproszę. Jedną. O taką - pokazuję palcem.

Kobieta wybiera, waży, oblicz coś na kasie. Zza moich pleców dociera głos innego klienta, starszego dżentelmena:

- O widzi pani. Popołudnie z książką. Dobre jedzonko. Piwko.

A pani rzeźnikowa na to:

- A skąd pan wie? Może to dla żółwia?

poniedziałek, 11 listopada 2013

Wiersz na nowy tydzień XVIII

Nie istnieje chyba wiersz, który bardziej bym chciał napisać. I nie istnieje chyba wiersz lepiej oddający moje w sumie dość łatwe do rozpoznania naturę i potrzeby.

Panie i Panowie,

Leopold Staff i jego

Życie bez zdarzeń

Przyszedłem z pieśnią – pójdę bez słów
I długo milczeć będę…
Odejdę od was, by wrócić znów,
I przy was już osiędę…

Zwyczajna będzie ma noc i mój dzień,
Bez zdarzeń tygodnie, miesiące;
Czasem z chmur padnie przelotny cień,
A czasem blask rzuci słońce…

Będę do pracy szedł w ranny świt
I wracał o wieczorze,
Nic mnie nie będzie gnębić zbyt,
Gdy do snu się położę…


W święto na pola zwrócę krok
Patrzeć, jak sad dojrzewa,
Jak w gronach winnych wzbiera sok,
I słuchać jak ptak śpiewa…

A gdy mi myśli w smutku mgle
Rozprószą się w rozsypce,
Grać będę stare piosnki swe
Na swojej dobrej skrzypce.

Ludzie niejeden zbiorą plon,
Niejedni pojmą się młodzi,
Niejeden starzec pójdzie w zgon,
Niejedno się dziecie urodzi…

Aż szlakiem swych wiosennych dróg
Młodość jak ptak uleci…
Nieznacznie żal się wciśnie w mój próg,
Że nie mam żony ni dzieci…

Z czasem, jak ojciec mój i mój dziad,
Będę miał siwe włosy…
Zbytnich rozkoszy nie da mi świat
Ni twarde zbyt dotkną mnie losy.

Gdy stary będę, poznam, że mnie
Nie różni nic od braci…
Nie było dobrze, ani źle,
Nikt mną nie zyskał, ni traci…

Żaden mym oczom nie błysnął cud,
Nic z mroku się nie wyłania,
Nici splątane w węzłach złud
Nie mają rozwiązania…

A jednak poznam, gdy śmierć do snu
Gasić mi będzie blask powiek,
Żem widział rzeczy, których tu
Nie widział żaden człowiek…

sobota, 9 listopada 2013

Na wyrywki

Słabo się czułem w tym tygodniu. Słabo. Wiecznie senny, wiecznie ziewam, wiecznie deficyt energii, dziura budżetowa w moim ciele taka.

Bonus w postaci bólu głowy.

Idę więc do szkolnej pielęgniarki z prośbą o coś na drażniący upiorny ucisk nad lewym okiem. Dostałem prochy odpowiednie, a przy okazji zmierzono mi ciśnienie. 

- Taki kawał chłopa - zaczyna pomoc medyczna - a takie ciśnienie. 65/90. Zrób sobie mocną kawę. Może cię postawi na nogi.

Nie omieszkałem pochwalić się swoim "niszowym" ciśnieniem koleżance. 

- Musisz poczekać, aż ktoś cię porządnie wkurzy dziś - radzi - a może ci minie.
- No, dopiero 12:30 - mówię - Są spore szanse...

Niedociśnienie krwi ma malowniczą nazwę hipotonia. Jakbym miał swoją grupę rockową, tak byśmy się nazywali...

***

Wychodząc ze szkoły, a późno już było i być może mieszanka kofeiny ze środkami przeciwbólowymi coś dała, bo głowa już miała się lepiej, zauważyłem rozrzucone na przestrzeni kilkunastu metrów płyty kompaktowe.

Niektóre opisane nawet. 

Nachylam się i czytam:

RZOŁNIERZE KOSMOSU.

piątek, 8 listopada 2013

I sznur i gałąź...

Tak, można się śmiać z "oszołomów", którzy twierdzą, że w Polsce nie ma wolności. Można sobie dworować z "ciemnogrodzian", którzy uparli się, że PRL wciąż trwa. Można kpić z tych, którzy śpiewają "Ojczyznę wolną...", gdy TVN, "Polityka" i TOKFM mówi, że żyjemy w najlepszym historycznie czasie.

Można, proszę bardzo. Nie obrażę się, chociaż bliżej jest mi do Polski "różańcowej" i "wolnościowej" niż do wszelkiej maści towarzystw stolikowych.

Ten wpis miał być żartobliwy. Chciałem coś wesołego wrzucić na weekend. Jakiś dowcip, obrazek pocieszny, ale nie da się.

Nie można przejść obojętnie obok wydarzenia, które najdobitniej potwierdza wszystkie najgorsze obawy związane ze stanem Polski. Dziś "reprezentanci" narodu odrzucili wniosek o referendum, pod którym zebrano około miliona podpisów. 

Celowo nie mówię o "meritum" wniosku, bo moje zdanie na temat WSZELKICH reform oświaty i systemu edukacji znacie - nigdy po 89 roku nic w tym temacie nie zmieniło się na lepsze, wszystko zniszczono...

O czym więc mowa? O tym, że różnica bodajże 10 głosów zdecydowała o tym, że trud tysięcy osób, energia społeczna, zaangażowanie, ruch w naszym niemrawym kraju został zdepnięty jak tlący się na chodniku papieros. Minuta. Minuta głosowania i giną nadzieje ludzi na to, że można cokolwiek w tym kraju zmieniać częściej niż raz w ciągu 4 lat.

Przypomina się fragment "Kordiana", gdy ten przychodzi do papieża z prośbą o błogosławieństwo dla Polski umęczonej pod rosyjskim zaborem, a papież w asyście papugi (tak, proszę sprawdzić) mówi:

Niech się Polaki modlą, czczą cara i wierzą...

Tak, do tego nas sprowadzono. Ewentualnie możemy dodać czasowniki: konsumować, płacić podatki, oglądać telewizję. Niewiele więcej.

Haniebny to dzień. W najdosłowniejszym rozumieniu tego słowa. Smutny, bo właśnie widzimy, za kogo nas mają, ile możemy i jak często możemy...

Tak, rację miał Miłosz w ponadczasowym "Który skrzywdziłeś." Niby pisał o tyranach, ale czy nie jest specyficznie (a może już wcale nie-specyficznie) rozumianym tyraństwem tak uprawiana demokracja?

Miłosz pointuje całość słowami: I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.



Nie żebym czegoś komuś konkretnego życzył...

środa, 6 listopada 2013

Życie to sen...

Lubię ten fragment "Makbeta," gdy u kresu swego popapranego życia zbrodniarz-król mówi tak:

"Życie to sen wariata pełen wściekłości i wrzasku."

Jest w tym jakaś taka otępiająca groza, która rodzi się na samą myśl o tym, że wszystko bez sensu plecie się na tym świecie, nic z niczym nie łączy, nic z niczego nie wynika, a my sami raczej owocem przypadku niż celowych działań jesteśmy.

I jak o tym opowiedzieć uczniom, gdy oni za chwilę pójdą na religię, a tam usłyszą, że wszystko ma swój cel i nic przypadkowo się nie dzieje?

Zawsze, prosząc w klasie o scharakteryzowanie zjawiska marzenia sennego, opowiadam jeden z najbardziej wstrząsających snów z mojego dzieciństwa. Prawdziwy koszmar senny, w którym pojawił się Jan Paweł II.

- Papież? - pytacie?

- Tak, papież - odpowiadam i opowiadam tak:

Kojarzycie taką scenę z horrorów, gdy na tle ciemnego pochmurnego nieba stoi negatywny bohater, monstrum jakieś, bestia? Widzicie to? To dobrze. A teraz za jego plecami otwiera się z hukiem błyskawica. Podświetla go. Uwypukla grozę postaci, a my podskakujemy ze strachu.

No więc mamy tego papieża stojącego na tle mrocznego nieba. Za jego plecami przetaczają się burzowe chmury. Pioruny. Błyski. A papież, przekrzykując grzmoty, woła apokaliptycznym głosem:

CIASTECZKA!!!

Ja-dziecko, budzę się wtedy i pędzę do łóżka rodziców. Ledwie mogę się uspokoić. 

To sen.

A czy wariata? Jeszcze nie wiem. Muszę się wziąć na obserwację...


poniedziałek, 4 listopada 2013

Portret rodziny zlaicyzowanej

- Kurcze - mówię do Żony wczoraj znad talerza pierogów - nie myślałem, że tyle ludzi dzisiaj tu będzie.

Żona uśmiecha się tylko z politowaniem, kolejny raz nie wierząc w moją naiwność.

- Przecież dzisiaj normalna niedziela - mówi - w piątek było święto.

Tak, myślę sobie, normalna niedziela, gdy nie można znaleźć miejsca parkingowego przed poznańską IKEĄ, gdy w lejącym deszczu ludzie pokonują czasem dziesiątki kilometrów, by się przejść po dwupoziomowym OGROMNYM sklepie z meblami, najeść się tanio (obiad dla czterech osób kosztował nas około 30 złotych), pogonić się z dzieciakami labiryntami szaf, kanap i foteli...

Cóż, myślę sobie, zlaicyzowaliśmy się szybciutko. Myślę tak o sobie też, o mojej rodzinie. O mnie samym, który jakoś średnio widzi różnicę pomiędzy grupowym wyjściem do kościoła (czego nie robimy) a na ten przykład wyjazdem do ZOO lub do jakiejś galerii handlowej (każdorazowo w celu jakimś - tu buty na zimę, tam kurtka dla Synka etc).

A nawet, powiem uczciwie, w ZOO głębsze interakcje zachodzą, bo rozmawiamy ze sobą, tłumaczymy coś sobie, zwierzaki na nas łypią i jest o czym rozmawiać w drodze powrotnej. 

Nie dziwi mnie więc fiasko obywatelskiego projektu zakazującego handlu w niedzielę. Nie dziwi fakt, że autorom nie udało się zebrać wymaganych 100 tysięcy gotowych niczego nie kupować i niczego nie sprzedawać. I nawet wydaje mnie się, że wielu z tych, którzy by chcieli tego zakazu, i do kościoła, i na zakupy w niedzielę pójdą.

Czyżby jakieś wnioski? Podsumowanie? Ależ skąd! Po prostu taka drobna obserwacja. Być może to smutne, że błyskawicznie uciekamy z "aury dnia zadumy" w błyszczącą i pachnącą przestrzeń oswojonej "typowej niedzieli."

Ale tylko "być może," bo bardziej być może, że następuje na naszych oczach typowe przesilenie, przewartościowanie, że rozrywka a nie zaduma są ludziom bardziej potrzebne. A może my zawsze tacy byliśmy? Wierni, ale z małymi wyjątkami? Jak lawa? Z wierzchu sucha i plugawa? Wewnątrz gorący jak kartofle wygrzebane z popiołu?

Może ta nasza podwójność polska jest czymś na stałe i na zawsze naszym? Rozpięci między rytuałem a swobodą. Między kościołem a karczmą?

Nie wiem. I bardzo dobrze, że nie wiem. W sumie.

środa, 30 października 2013

...gdyby cię znali naprawdę..."

670 postów. Około. Tyle razy coś się odkrywało, obnażało, poddawało pod ocenę, rozwagę innych. Niemal 700 razy opisywałem coś, co było kawałeczkiem mnie. Drobinką. Okruchem tego, jak patrzę na świat.

Zdarzało się, że kogoś rozdrażniłem, zdenerwowałem, moje poglądy, dość jednoznaczne w paru kwestiach, dość płynne w kilku innych, mogły jednych do mnie przekonywać, innych odstraszać. 

Co można dalej? Pytam się, bo męczy mnie to. Co można dalej, będąc blogerem? Coraz bardziej się obnażać? Coraz głębiej sięgać do tych pokładów, poglądów, wydarzeń, o których dotąd milczałem? Gdzie będzie granica ekshibicjonizmu? 

To w końcu nie jest poezja. Pisanie wierszy. Przecież nie strzelę (sobie) jak Czesław Miłosz wiersza takiego:

Uczciwe opisanie samego siebie nad szklanką whisky na lotnisku, dajmy na to w Minneapolis

Moje uszy coraz mniej słyszą z rozmów, moje oczy słabną, ale dalej są
nienasycone.

Widzę ich nogi w minispódniczkach, spodniach albo w powiewnych tkaninach,

Każdą podglądam osobno, ich tyłki i uda, zamyślony, kołysany marzeniami porno.

(...)

Nie, na podobną uczciwość rzadko kogo stać i rzadko komu na dobre wychodzi takie obnażanie się. 

Zawsze uciekałem szybciutko z blogów, na których piszący rozdrapywali swoje rany, epatowali potrzaskaną psychiką, wypruwali sobie publicznie flaki. Nie chciałem się w to mieszać. Zawstydzało mnie to. Czułem się niezręcznie, słuchając czyjejś spowiedzi.

Ale może tylko to zostało? Komuś, kto niemal 700 razy się odsłonił?

Nie wiem.

Wiem, że nie mam butów na zimę, a w grupie przedszkolnej mojego Synka dzieciakom hurtowo wypadają zęby. A Kalina chce się zapisać na karate. I to by było na tyle typowo blogowego wpisu. 

Na koniec zdjęcie. Od czapy zupełnie. Nie w temacie. Ale podoba się...


wtorek, 22 października 2013

Samotność - cóż

Samotność - cóż po ludziach, czym śpiewak dla ludzi?  Tak grzmiał Konrad w Wielkiej Improwizacji i tym samym wygłaszał najczystszą z możliwych apoteozę indywidualizmu, fundamentu bycia geniuszem.

Tak...

Tymek ostatnio lubi, jak mu się czyta wieczorem książkę o zwierzętach domowych. Zdumiewająco precyzyjną i bogatą w szczegóły opowieść o życiu i losie kotów, psów, papug, świnek morskich i chomików.

Okazuje się, a nie wiedziałem, że chomiki lubią samotność, ale jednocześnie są skłonne do zabawy i czasem hałaśliwe.

Gdy Tymek to usłyszał, stwierdził:

- Mama, a ja ja jestem jak taki chomik, prawda?
- A dlaczego tak ci się wydaje?
- No popatrz - zaczyna tłumaczyć - ja też jestem czasem hałaśliwy, bardzo lubię się bawić. No i w przedszkolu jestem takim samotnikiem. I w domu też jestem sam...
- Jak to w domu jesteś sam? - zaniepokoiła się Żona.
- No mama nie wiesz? - dziwi się Synek - Ja, gdy się tak ZAEKSPERYMENTUJĘ to tak, jakby mnie nie było. Sam jestem wtedy...

Sami widzicie - Samotność - cóż po ludziach, gdy się jest chomikiem...

piątek, 18 października 2013

Wierzcie lub nie

Tydzień się kończy. Ciężki tydzień, bo i pogoda się popsuła, i "Dziady cz. III" w szkole omawiam i nie mogę się powstrzymać, by nie wyobrazić sobie Konrada walczącego w Wielkiej Improwizacji z Bogiem i Konrad ten miałby twarz naszego ex-trenera reprezentacji piłki nożnej Fornalika... 

Nie pytajcie mnie, dlaczego - podświadomość wieje kędy chce...

Trudne miałem poranki, bo dzieciaki budziły przed 6 rano, trza je było wyprawić do przedszkola, skąd ciężko było je wczesnym popołudniem odbierać, bo Kalina zaczęła pokazywać rogi. Nie słucha pań, wylewa (specjalnie) wodę lub herbatę na siebie, ewentualnie na stoliczek. W czasie leżakowania chodzi zasypiającym dzieciom do łóżeczek, budzi je. Wspina się na meble. Rysuje kredką po ścianach. Panie skarżą. Ja się pytam Córy:

- Powiedz mi, dlaczego jesteś niegrzeczna?
- Bo lubię.

I gadajcie tu z taką...

Podłą miałem historią ostatnio. Możecie wierzyć lub nie. Ale jak dobrzy z Was ludzie, to uwierzycie.

Siedzę na przystanku. Po kilku ładnych godzinach starć w niesprzyjających warunkach atmosferycznych (ciśnienie spadało, w głowie ćmił ból głowy)  czekałem na autobus, który miał mnie bezpiecznie zawieść do domu. Mam parę minut. Wyciągam książkę z torby, lokalizuję ostatnio przeczytany fragment i zaczynam czytać. Tak naprawdę usiłuję czytać... Literki się rozmywają. Kurde! Nie wziąłem okularów ze szkoły. Ja nie mogę... Ale jestem idiotą? Gdzie ja je mogłem zostawić? Na moim stole? Nie, tam bym ich nie odkładał. Za duży tam bałagan, nie, nie... Może w jakiejś klasie? Parę razy zdejmowałem, przecierałem oczy, więc może w jakiejś klasie leżą? Kurde, tego mi brakowało! Patrzę na zegarek - mam trzy minuty do autobusu. Może zdążę? Może autobus się spóźni? Lecę. Bieg przez ulicę. Wpadam między bloki, widzę już budynek szkoły. Nagle czuję, że coś uwiera mnie w nos. Dotykam. Okulary.

Jakby się zmaterializowały. Możecie wierzyć lub nie.

A inna historyjka? Ech, Polska, myślę sobie. Wychodzę popołudniem do sklepu. Mam dobry humor. Usłyszałem w radiu wesołą skoczną piosenkę. Przyczepiła się melodia, więc gwiżdżę ją sobie, a trzeba Wam wiedzieć, że gwiżdżę dość dobrze, podejrzewam nawet, że mam do tego talent.

No więc gwiżdżę sobie całą drogę do sklepu. Wchodzę z gwizdem między półki, gdzie docierają do mnie słowa kasjerki. Kobieta mówi do klienta, na tyle głośno, żebym słyszał:

- A moim zdaniem gwizdać to można w lesie...   

niedziela, 13 października 2013

With a little help from my Teściowa

Od połowy zeszłego tygodnia przeżywałem wyjazd Żony na kilkudniową wycieczkę w Góry Stołowe. Pojechała razem ze swoim gronem nauczycielskim, a ja zostałem z dzieciakami. 

Na początku bagatelizowałem sprawę, a nawet dworowałem sobie z całej sytuacji. Mówię na przykład w szkole:

- Oglądajcie uważnie TVP Info w weekend. Jak usłyszycie, że młody mężczyzna spod Poznania trafił do szpitala dla baaaaaardzo nerwowo chorych, to będę ja.
 - Jaki młody? Jaki młody? - zaśmiała się koleżanka i tyle wyszło z moich prób wyłudzania współczucia.

Prawda była taka, że nieco się bałem. A co? Bałem się, bo ponad dwie okrągłe doby, noce i dnie z dwójką małych dzieci (jedno dopiero co wyszło z choroby) mogły się okazać ponad moje siły. A już na pewno ponad moje nerwy. 

Wciąż myślałem, co im zrobię... To znaczy, jak zorganizuję im czas, co będziemy robić w sobotę, w niedzielę. Różne warianty - z pogodą lub bez pogody w tle. 

Najbardziej oczywiście obawiałem się sytuacji, gdy nagle Tymkowi lub Kalinie przypomni się, że jednak gdzieś tę Mamę swoją mają i "A kiedy będzie mama?" będę słyszał co 10 sekund. Okazało się, że mądre te dzieciaki mamy, bo wystarczyło im raz powiedzieć, jak się sprawy mają, by uciąć wszelkie tęsknoty. 

1:0 dla mnie.

W sobotę Poznań odwiedziliśmy. Ja jeden. Duże miasto. Dwójka dzieci. Ogromna galeria handlowa w centrum. I...daliśmy radę. Pociechy usłuchane, grzeczniutkie, posłuszne. To chyba więc prawda, że dzieci instynktownie czują, że zajmuje się nimi tylko jeden dorosły i muszą się pilnować - nie ma zmiłuj.

Jeden duży minus tej eskapady był taki, że kolejny raz miasto Poznań potwierdziło swoją brzydotę i brud. Przejść się ponoć reprezentacyjną prostą od Starego Browaru do Rynku oznacza kontakt z wszelkiej maści patologiami - architektoniczną, społeczną, estetyczną...



Odrapane mury, bazgroły na ścianach, wciskająca ulotki studenteria, zaszczane bramy, krzykliwe papuzie w ubarwieniu reklamy, sklepy z notorycznymi przecenami...

Taka scenka - siadamy na jednej z nielicznych ławek. Obok grupka bezdomnych. Rzucają mięsem, kurwują, aż uszy więdną, a ja tu z dziećmi, które przeglądają akurat książeczki, które im kupiłem. Nagle do bezdomnych podchodzi jakiś ubrany w dres młodzieniec, coś wykrzykuje, jakieś zaprzeszłe pretensje i ...cios w nos bezdomnego. Głowa tamtego tylko lekko odskakuje, ale z nosa puszcza się krew.

Jakiś przechodzień reaguje. Kawał chłopa, więc może reagować bez obaw. Dresowy tłumaczy, że ten bezdomny ostatnio papierosy chciał od niego wyłudzić. Do dresowego podchodzi kobieta w dresie, starszawa, i mówi:

- Chodź, synek, tamten już dostał.

Odchodzą. (Czujecie klimat stolicy Wielkopolski?) 

A ja zabieram dzieciaki i Bogu dziękuję, że mogę żyć w malutkim miasteczku, gdzie patologia i barbarzyństwo w mikroskopijnych ilościach występują. Gdzie nie boję się wieczorem wyjść z dziećmi na spóźniony spacer.  

Tyle dygresji.

Kończy się niedziela. Pociechy w łóżkach. Cały dzień znowu ze mną. Stacjonarnie, bo mży od rana do wieczora. O dziwo, nawet udało mi się sprawdzić 3/4 sprawdzianów jednej klasy, więc jestem i z siebie, i z dzieci dumny. Rzecz jasna miałem do pomocy jeszcze Teściową (nie, nie sprawdzała sprawdzianów z "Cierpień młodego Wertera"), ale starałem się jej nie angażować za bardzo. Wiecie, ambicja...

Jutro przedszkole. Wraca Żona. Ufff...

I tylko nie mówcie, żebym nie chwalił dnia przed zachodem słońca, bo słoneczko już dawno zaszło.

sobota, 12 października 2013

Drogi Przyszły Ja,

jeżeli odbierasz ten list jako właściciel małej wysepki na Morzu Śródziemnym, jest dobrze. Ale jeżeli wciąż jesteś nauczycielem, a dzieciaki jako tako rozumieją Twoją pokrętną filozofię przedmiotu, Twoje fascynacje, Twoje głupawe żarty, też jest dobrze.

Mam nadzieję, że jesteś zdrowy. I mam nadzieję też, że zarzuciłeś głupawy pomysł laserowej depilacji twarzy, która miałaby Cię uwolnić od mąk golenia zarostu.

Mam nadzieję, że Twój Synek jakoś sobie radzi w szkole, nie boi się nowego miejsca i znalazł w końcu odpowiadających mu kolegów. Mam też nadzieję, że Córka w drugim roku chodzenia do przedszkola zaczęła w końcu słuchać pań.

A jak tam Twoje dwie rozgrzebane powieści, którymi masz zyskać sławę i uniezależnić się finansowo od budżetu państwa? Masz je w końcu skończyć! Bo jak nie, to w ryj!

Trzymaj się!

Mam nadzieję (co ja z tą nadzieją wciąż???), że po prostu dobrze Ci się żyje. I jeżeli nawet nic nie osiągnąłeś, to przynajmniej nic nie straciłeś.

Pzdr

Tomek 

PS
Jeżeli byście chcieli wysłać samym sobie podobny list, wejdźcie tu 

niedziela, 6 października 2013

Kim ostatnio byliście?




Ja? Ostatnio romantyczny kochanek, co dwa razy samobójstwo popełnił. 

Prywatny detektyw z alternatywnego świata. 

I podmiot (w sumie podmiotka liryczna) pewnego nagrodzonego zbioru wierszy. 

Ale coś nudna kobita była...

A Wy?

czwartek, 3 października 2013

Jak szybko zwiększyć wartość samochodu

Wychodzę ze szkoły. Na chodniku grupka maturzystów. Chłopaki. Komentują samochód kolegi, którym właśnie będzie wracał do domu.

- Niezły wóz, co? - mówi jeden, pokazując na auto.
- Eeee, a gdzie tam... - drugi wydaje się być nieprzekonany - Ja mam lepszy.
- Tak? A on ma dziewczynę w środku.

środa, 2 października 2013

Na co chłopaki czekają?

Z okazji poniedziałkowego Dnia Chłopaka koleżanki z pracy podarowały nam, panom (nielicznym) zestaw taki - bombonierka + roślinka. Taka roślinka:



Kaktus symbolem może być wieloznacznym - albo to aluzja do zarostu notorycznie odrastającego (ja akurat szczególnie się kłaniam i wiecznie nieogolony chodzę, wybaczcie, nieogolony też piszę te słowa), albo do naszych kolczastych charakterów, albo w ogóle miła odmiana, bo co to za przyjemność raz na rok dostawać kwiaty, prawda?

W każdym razie kaktus wylądował na parapecie obok łóżka Tymka, a ten ma go podlewać (nie za często) i oczywiście dbać o tę? roślinę? kwiat?

- Kwiat? - zastanawiamy się z Żoną - przecież kaktusy kwitną. Rzadko, ale kwitną. A może to co innego? Trzeba się spytać znawców.

Zgodziłem się, bo co jak co, ale rośliny i w ogóle kwiaty nie fascynują mnie ani trochę i nie zamierzam zgłębiać na własną rękę tego w 1000% obcego mi świata. 

No więc pytam w szkole:

- Co to jest ten kaktus? Kwiat?

Odpowiedź padła konkretna:

- Kwiat to mylne pojęcie. Upraszczające. Kwiat to przecież CZĘŚĆ rośliny służąca do celów rozrodczych. A ten kaktus to roślina. Po prostu. Tak jak człowiek to człowiek.
- Czyli - przekładam na swój humanistyczny antropomorfizujący wszystko sposób - Ludzie to rośliny, a kwiaty to... włosy.... Nie! Źle mówię! 
- Kwiaty to narządy służące celom rozrodczym. No, oczywiście zależy kto co tam ma.

- Krótko mówiąc - wtrącił się kolega, podsumowując tę porcję wiedzy z biologii - wciąż czekamy na kwiaty.

poniedziałek, 30 września 2013

Kocia mama

Międzynarodowa Wystawa Kotów w Poznaniu. Niedziela. Jedziemy z dzieciakami, fanatycznymi wielbicielami kotów. 

W hali masa kotofilów. Miauczenie, muzyka, szelest tłumu.

Klatki z czworonogami rasowymi. Nad jedną z klatek, w której siedział jakiś obrażony koci czempion nachyla się zażywna starsza pani i pyta się zwierzaka:

- Kochanie, powiedz swojej pani, chcesz siusiu?

niedziela, 29 września 2013

Takie buty

Poranna długa dyskusja przy kuchennym stole. Temat - garderoba i garderoba sportowa zwłaszcza. Okazuje się, że koleżanka Żony chcąc spalić nieco zbędnych kilogramów, wybrała się do popularnego marketu sportowego, by się zaopatrzyć w ciuchy i buty do aerobiku.

Weszła więc, rozejrzała się i okazało się, że samych butów do biegania jest kilkanaście typów - do biegania po asfalcie i po trawie, po żużlu i ściółce leśnej, buty na lato i buty na zimę, nie mówiąc pewnie o przedwiośniu... A dresy? Kostiumy? Zwykły aerobik to banał. Istnieją stroje do streachingu, do pilatesu, do zumby... 

- Kiedyś, jak jeszcze biegałem - wspominam stare dobre czasy - to miałem jedne buty na każdą nawierzchnię i każdą pogodę. Dzisiaj skompromitowałbym się tymi zwykłymi tenisówkami, w których kolejne kilometry pokonywałem.
- A wydawać by się mogło, że bieganie to najtańszy sport - wtrąca się Teściowa.
- Gdzie tam! Teraz wszyscy biegają, więc trzeba z tego najtańszego sportu wycisnąć tyle kasy, ile się da. Wiadoma rzecz.  Interes. A tak przy okazji - zwracam się do Żony - masz już buty na swój wyjazd? (Żona jedzie niebawem w góry z tzw. "wycieczką zakładową.") Wiesz, musisz szukać na półce "Buty do chodzenia po Górach Stołowych." 
- Właśnie - podejmuje Żona - w jakich ja butach pojadę? Chyba w mertensach jednak...

Tak, legendarne martensy, samo wspomnienie o nich,



to niezawodny sposób, żeby moją Żonę rozdrażnić. 

- W martensach chcesz jechać? 
- A co? To najwygodniejsze buty...
- No, ortopedyczne.

I się zaczyna. Złośliwościom nie ma końca. Ja tradycyjnie podpieram się opinią mojego kumpla, który twierdzi, że dziewczynom chodzącym w martensach śmierdzą nogi, Żona każe mi wąchać jej kilkuletnie martensy. 

I tak od lat to trwa i trwa.

- No po prostu nie mogę patrzeć na laski w martensach. W skórzanych kurtkach też zresztą...
- Jak się poznawaliśmy, to też nosiłam martensy.
- "Miłość wszystko znosi, wszystko przetrzyma..."

piątek, 27 września 2013

Są ludzie i są...

Dziś rano w radiu poranny przegląd prasy. Takie gazety w wersji audio. Jeden z dzienników opisuje druzgocący polską oświatę raport dotyczący poziomu znajomości języka angielskiego przez naszych kochanych gimnazjalistów. 

- Ciszej! - wołam do dzieci i Żony, którzy czasem mnie słuchają i słyszę, że 

tylko co dziesiąty gimnazjalista władał językiem na poziomie wysokim, określanym w międzynarodowej nomenklaturze jako "B2". W tym zestawieniu wyprzedza nas nawet Bułgaria, w której blisko 20 proc. uczniów włada językiem obcym na poziomie bardzo wysokim, nie wspominając już o Szwecji czy Malcie, w których odsetek uczniów z bardzo wysokimi kompetencjami wynosi odpowiednio 57 i 60 proc.

(Więcej tutaj)


Nie ma to jak dobre wiadomości od samego rana. Człowiekowi aż chce się do pracy jechać, gdy słyszy takie nowiny.

- Kurde - mówię do Żony, zaczynając tradycyjną poranną modlitwę nauczyciela - Kto do tych gimnazjów chodzi?! A poza tym przecież oni się uczą angielskiego od podstawówki. Niektórzy od przedszkola?! I gdzie to jest? Słuchają w kółko tych swoich One Direction czy innych człekokształtnych wykonawców. W komputerach, w internetach siedzą i co? Gdzie to znika? Gdzie to jest? Co to za... - i tu się ugryzłem w język, bo chciałem przy dzieciach użyć słowa dobitnie określającego czyjąś wartość intelektualną - Co to za...narzędzia - kończę.

Tymek się oderwał od jakiejś zabawki i pyta:

- Jakie narzędzia?
- Wiesz, niektórzy uczniowie są jak narzędzia.
- No - podchwycił Synek - masz rację tato. Tylko leżą i nic nie robią.

Faktycznie, coś w tym jest. W ogóle całość jest zagadkowa. Dla mnie niezrozumiała. Zupełnie. Całkowicie. Nie mogę pojąć tych mechanizmów, bo przecież nie wszystko da się tłumaczyć najbardziej jadowitą koncepcją pt. "To wszystko wina nauczycieli i szkoły." No nie da się. Nawet jak gdzie w gimnazjach są faktycznie kiepscy nauczyciele, to ile tych kiepskich szkół i beznadziejnych nauczycieli może być, by cała populacja (lub jej reprezentatywny wycinek) była aż tak słaba? Z czego to wynika? Nie wiem. Nie rozumiem.

Tłumaczy się na przykład tę żenadę faktem, że lepiej z językiem radzą sobie dzieci, których rodzice znają jakiś język. Ale czy to prawda? Moi Rodzice nie znają żadnych języków, a ja się w szkole i na studiach dość dobrze się nauczyłem. Poza tym przecież pokolenie moich Rodziców uczyło się "ruskiego", więc pewnie mało kto z mojego pokolenia miał styczność w domu z angielskim.  Kolejna zagadka.

I jeszcze jedna zagwozdka - jak to możliwe, że najlepiej na wszelkich testach, włącznie z maturą, radzą sobie uczniowie z tzw. Polski B. Najgorzej zaś zachodnia Polska. Upraszczam rzecz jasna nieco, ale w kilka minut znajdziecie liczne dowody na to, że tam, gdzie teoretycznie bieda z nędzą, tam młodzi uczą się dużo lepiej.

Kurde, nic nie rozumiem. Młotek jestem, tak, niestety...

środa, 25 września 2013

Malutka prośba

Odwozimy dzieciaki do przedszkola. Cóż, najlepiej się dwójkę dzieci w dwójkę rodziców transportuje. Zwłaszcza, że Tymek w lewo, Kalina w prawo korytarzem. Rozdzielają się, więc jeden rodzic musiałby za każdym razem ...no, wiecie o co chodzi.

W każdym razie pakujemy się z powrotem do samochodu, a ja usiłuję wyjechać bez uszczerbku z zatłoczonego przedszkolnego parkingu.

- Uważaj - mówi Żona z tylnego siedzenia - za nami idzie jakiś człowiek z dzieckiem.

Kontroluję lusterko wsteczne i mówię:

- To nie człowiek, to kobieta.

PS

Uprasza się o niebicie piszącego te słowa. 

poniedziałek, 23 września 2013

Urywki ostatniości XIII

I

Jesień dziś już, Panie i Panowie... Najdłużej trwający pretekst do tego, by nie wychodzić z domu i czytać książki.

Oczywiście najpierw trzeba uśpić dzieciaki, sprawdzić około 30 wypracowań lub sprawdzianów, ewentualnie kartkówek, zastanowić się, o czym się będzie gadało na jutrzejszych lekcjach...

Zostaje jakieś... hmmm... 15 minut aktywnego kontaktu z książką, a potem nieco mniej aktywny, ale za to bliższy kontakt z poduszką.

II

Wybrałem się z Tymkiem do moich Rodziców do Kalisza. Całą drogę lało. Lało! Ale... cała sobota była przepiękna. (Komu przywieźć pogodę?) 

Przyjechaliśmy zrywać orzechy. Orzech, potężne drzewo rosnące w ogrodzie przed domem moich staruszków, w tym roku wyjątkowo obrodziło. Orzechy sypały się niemal same na głowy, gładko dawały się wyłuskać z pękających zielonych skorup. Chrupiące, pozbawione późniejszej goryczy.

Tymek zaangażował się w akcje zrywania (zanim Brat mój wszedł na drzewo) i strącił kilkanaście ładnych sztuk.


Mój Ojciec się śmieje, że orzech w tym roku się zrehabilitował. Dwa lata temu dopadł go jakiś okrutny przymrozek i nie było czego zbierać jesienią. Rok temu w ogóle bez dania racji niczym prawie nie obrodził. 

- Już mieliśmy go wyciąć - mówi mój Ojciec, nagle wcielony w kogoś, kto decyduje o być albo nie być drzewa, niemal jak Bóg Ojciec jakiś - ale uciekł spod noża.

III

Mój Ojciec kupił sobie zegarek. Drażniło go wieczne poszukiwanie telefonu, na którym żarzą się niewyraźne cyferki. 

Patrzę na ten zegarek i się śmieję:

- O! Ale masz zegarek! - mówię.
- A pewno! Co chcesz? Dobra firma, przeczytaj.

Przyglądam się i czytam - ROMEX.

- Dobra firma - potwierdzam - Dobra.
- A wiesz, ile za niego dałem? Nie zgadniesz. 7 złotych! 

Kiedyś ROMEXY były droższe widocznie...

;-)

IV

Zgłosiły się trzy panie po książkę Myśliwskiego "Ostatnie rozdanie." Losowania nie udało się zorganizować pod obecność kamer radiowo-telewizyjnych, a nie umiem posługiwać się odpowiednimi programami komputerowymi. W każdym razie książkę wyślę RYBCE74, tak wylosowaliśmy z Córą. Proszę o kontakt na priwatny adres: oslo.francja@gmail.com

Przepraszam, że nie dawałem znaku życia, ale zagoniony w ostatnim tygodniu byłem fest.

V

Jutro też jest dzień. Nie siedźcie za długo przy komputerach!

Pa!