poniedziałek, 31 grudnia 2012

A tak naprawdę...

Dziękuję Wam za cały ten rok na blogu. Nie znam Was osobiście (poza jednym chlubnym wyjątkiem, a wyjątek ten owocuje korespondencją papierową, dającą tony satysfakcji). 

Nie znam Waszych twarzy, kolorów włosów, oczu, tembru głosu, kształtów dłoni i nie tylko. Znam Wasze problemy, fascynacje, codzienne drobiazgi, jakie składają się na nasze życie.

Nie znamy się. A jednak daliście mi MASĘ radości, gdy mogłem czytać Wasze blogi i Wasze komentarze.

Za to wszystko NAJSERDECZNIEJ DZIĘKUJĘ. Tym, którzy tylko sporadycznie podglądają Maszynę do Pisania (i dzielnie pompują statystyki), i tym, którzy heroicznie starają się nadążyć za moimi zapiskami.




Do zobaczenia w 2013!




Suchar na koniec roku




Najbardziej znienawidzone imię męskie?

SYLWESTER!

niedziela, 30 grudnia 2012

piątek, 28 grudnia 2012

Urywki ostatniości (świąteczne i po) X

I

Nie bywałem ostatnio na blogu. Ani swoim, ani cudzym. Bywałem w życiu. Chociaż słowo "bywać" jest nie na miejscu.Blisko jest słowo "bawiłem." Niech mnie kule biją! Chciałbym bawić w życiu i bawić się w życiu, a nie przezywać to, czego jestem przymusowym uczestnikiem/obserwatorem od jakiegoś czasu. 

Tak więc wesołych świąt za bardzo nie było, chociaż dzieciaki zdrowe i zadbane, Żona kochana, a z teściami mniejsza lub większa sztama. A z drugiej strony w czasie tych świąt tylko 0,5 mszy zaliczyłem, sekularyzacja mojej skromnej osoby galopuje, a ja na tę okoliczność czuję mikroskopijne wyrzuty sumienia.

Cóż, być może nic w życiu nie trwa wiecznie. Nawet życie...

II

A co poza tym? 

Pod choinkę nieznany sprawca podarował mi książkę następującą:


Prawdziwa to woda na młyn mojej nostalgii za utraconą ojczyzną duchową, czasem dojrzewania, kształtowania się, czasem sercowych katastrof i pierwszych kroków w dorosłości (studia, akademiki, tanie wina...).

Prawdziwe raje to raje utracone, jak mawiał ponoć Proust i skłonny jestem przyznać mu rację. Żyjąc w swojej młodości, raczej nie odczuwamy jej jako rajskiej i sielskiej anielskiej. Dopiero czas, który ogołoci nas z wszystkiego, nadaje naszej przeszłości powab, szlachetność, pastelowa mgiełka zamaże każdy drapieżny szczegół.


III

A dzieciaki? Kalina szybko opanowuje pierwsze zdania podrzędnie złożone. Mówi:

- Lubię koty, bo piją mleko.

Albo:

- Lubię psy, bo jedzą kości.

Gdy w ramach treningu zdobytych umiejętności zapytałem ją, dlaczego kocha tatę, ta powiedziała:

- Kocham tatę, bo chodzi do pracy.

Rozumiejcie to sobie, jak chcecie...

IV

A niemiła przygoda mnie spotkała parę dni temu. Na spacerze z dzieciakami odreagować siedzenie w domu, obżarstwo etc. Wchodzimy na teren parku pobliskiego, przed nami trójka turystów (co i rusz się rozglądają, fotografują zamek, pozują na jego tle). Ostatni dość zamaszystym ruchem zamyka przed naszymi nosami ciężką metalową furtkę. Ja próbuję tę furtkę otworzyć, chwytam za nią, pcham przed siebie, a facet, który tę furtkę chciał zamknąć, odwraca się i mówi:

- Och, przepraszam, nie wiedziałem, że ktoś za nami idzie! Już otwieram.

No i otworzył. Tak otworzył, że moje palce nie zdążyły się cofnąć i metalowa bramka z całą zamaszystością przycisnęła mi paluchy. Nie pisnąłem ani słowem. Twardy byłem jak złapany partyzant. Całe szczęście, że jeszcze śnieg nie roztopił się całkowicie, bo dyskretnie wbiłem łapę zmrożoną breję i poczekałem aż minie pierwszy ból.

Potem było gorzej - trzy palce mi zdrętwiały. Serdeczny zrobił się napuchnięty i czarny. Mogłem delikatnie zginać, chociaż nie było to najprzyjemniejsze. Mógłbym Wam pokazać zdjęcie, ale i tak powiecie, że to Photoshop.

V

Przeskok. Od dwóch tygodni męczy mnie kaszel. Niczym nieuzasadniony. Drapanie w gardle. Krztuszenie się. Osłuchowo jestem czysty i gardziel mam OK, ale ta komfortowa wiedza nic mi nie daje, bo kaszlę jak stary gruźlik. Cóż, moją Mamę męczyło coś podobnego przez 1,5 miesiąca... Jakoś wytrzymam.

Moja Pani Doktor orzekła, że nie trzeba żadnych radykalnych środków, broń Boże antybiotyków. Mądra to i miła kobieta mniej więcej w moim wieku. I chyba darzy mnie jakąś sympatią, bo zawsze o coś wiecej niz tylko dolegliwości cielesne zapyta; a to o dzieciaki, a to ogólnie jak tam życie...

Zawsze drażnię się z Żoną, gdy wracam od "mojej" Pani Doktor. Wczoraj mówię tak:

- Pokażę jej moje palce. Ciekawe, co mi powie.

- Może będziesz musiał je czymś smarować? Może w czymś moczyć - mówi Żona - Zapytaj.

- Zapytam. Tylko jest jeden problem - musiałbym trochę paznokcie obciąć, bo lekki wstyd takie szpony jej pokazywać. Albo wiem, powiem jej tak: "Przepraszam pani doktor, że jestem dziś taki niezadbany..."

- A ona ci powie: "Nic nie szkodzi, już się przyzwyczaiłam..."

Żona, mistrzyni ciętej riposty...

czwartek, 27 grudnia 2012

Komu jaką książkę los przypisał?

Nie mam czasu na zbytnie roztkliwianie się z tematem. Nie mam czasu na fotograficzne sprawozdanie z uroczystości losowania książek.

Ogłaszam, co następuje:

Książkę o Stalinie otrzymuje Papryczka.

"Ja, Transa" trafia do Marcina.

Wiersze zebrane Biedrzyckiego polecą do Natalii L.

A Patten do Magdy.

Proszę o potwierdzenie przyjęcia książki - mail oslo.francja@gmail.com

Jeśli się rozmyśliliście, książki pójdą do biblioteki.

pzdr

niedziela, 23 grudnia 2012

Hierarchia wartości

Leżymy rano w łóżku. Ja na stoliku nocnym głaszczę spoczywającego grzecznie laptopa, który w końcu jakimś cudem załapał połączenie z domowym routerem. 

- Pięknie. Cudownie - mówię - żona w łóżku, kawa i Internet...

- No wiesz co... - spod kołdry dobiega mnie senna dezaprobata.

- No co? Wymieniłem cię na pierwszym miejscu.

sobota, 22 grudnia 2012

Oddam książki w dobre ręce

Trafiła do mnie przesyłka z wydawnictwa. 6 książek, z czego dwie już miałem, a dwie mnie mało interesują.

Chętnych do zdobycia czterech następujących pozycji książkowych proszę o wpisywanie się w komentarze do końca Świąt.Jeżeli na jakąś książkę będzie więcej niż jeden chętny, dokonam uczciwego losowania (karteczki z nickami pomiesza moja Córa) i wyślę po wcześniejszej wpłacie kosztów przesyłki na moje konto.

Chcecie? Same nówki.



Miłosz Biedrzycki, "Życie równikowe" - wiersze zebrane świetnego awangardowego polskiego poety. 

Brian Patten "Teraz będziemy leżeć..." - wiersze wybrane klasyka angielskiej poezji pop. Polecam, sam mam!

Wiktor Jerofiejew, "Dobry Stalin" - może ktoś będzie chciał, ale ja mam wrażenie, że nie spodobałby mi się tytułowy bohater.

Cristian Alarcon, "Ja, Transa" - chyba mam podobnie co w przypadku Stalina...


PS

Wyniki losowania na antenie "Maszyny do pisania" w pierwszy dzień po Świętach.


piątek, 21 grudnia 2012

Czego Wam tu jeszcze...

To uczucie, gdy jedziesz do szkoły na wigilię klasową, zdenerwowany, bo masz dziś jeszcze do odegrania rolę św. Józefa i za Chiny Ludowe nie pamiętasz tekstu, a potem wysiadasz z samochodu na przenikliwy ziąb i coś Ci świta w głowie - "Heloł! Czy ja zabrałem kostium czy nie?" i okazuje się, że musisz się cofać 20 kilometrów do domu, a tymczasem uczniowie czekają już z opłatkiem, a jasełka mają się zacząć za godzinę.

A więc to uczucie jest bardzo nieprzyjemne, gdybyście chcieli wiedzieć.

A poza tym wszystko się potoczyło sprawnie - prawie się nie pomyliłem, bezpiecznie doprowadziłem Maryję do stajenki, gdzie urodziła Dzieciątko i to dwa razy, bo graliśmy na dwie tury. Ja za każdym razem mówiłem inne kwestie, choć i tak się nikt nie połapał. Były brawa, kolędy i jakaś taka radocha (bo Święta czy bo wolne?).



Wigilia już w poniedziałek. 



Życzę Wam dużo czasu, chociaż nie bezrobocia. Zdrowia fizycznego i psychicznego. Wiary, najlepiej popartej solidnymi fundamentami. Ciekawych książek, których treści nie zapomnicie po przeczytaniu. Pieniędzy, które zarobicie robiąc coś, co lubicie (proszę wykluczyć w tym przypadku seks). 

No i żebyście się w Sylwestra wyspali...

środa, 19 grudnia 2012

Święty Józef, wersja apokryficzna.




Chłop miał Synka, ale Córkę też...


Ech...

Cóż, zlinczujecie mnie, ale nie cieszy mnie wizja nadchodzących Świąt, ba! nie cieszy mnie nawet za bardzo wizja wolnych dni spędzanych w domu, w którym...

Nie, nie mogę napisać, bo wywlókłbym czyjeś osobiste grozy i koszmary, a nie chcę tego robić. Wiem jedno, na żadne cuda wigilijnej nocy nie liczę. Odwrotnie - pewnie sama Wigilia ma spore szanse znaleźć się w pierwszej dziesiątce najgorszych imprez rodzinnych ever!


Ja i mój duch świąt Bożego Narodzenia.

Bez szczegółów, bez szczegółów, wciąż siebie dyscyplinuję.

A na osłodę, zamiast wszystkich pocieszających mdławych smętów, Frank Zappa i jego filozofia życiowa, do której coraz częściej ostatnio się skłaniam:

Nikt nie powinien nikomu ufać. Wszyscy ludzie do dupki, chyba że udowodnią, że jest inaczej. Jeśli będziemy się tego trzymać, czeka nas mniej rozczarowań. Jeśli oczekujesz od człowieka najgorszego, a on 5 minut później robi coś dobrego, wtedy jest OK. Jeśli uważasz, że ludzie są dobrzy - rozczarujesz się, bo nie są. Nie oczekuj przyjaźni. Nie oczekuj przyjemności. Nie oczekuj dobrego życia. Nie oczekuj niczego. A jeżeli cokolwiek dobrego się stanie, to będzie bonus. 




niedziela, 16 grudnia 2012

O dziedziczeniu sucharów słów kilka...

Oprócz lekkoduchostwa, kłopotów z kręgosłupem, po Tacie odziedziczyłem poczucie humoru. Tak więc już wiecie, kto odpowiada za produkcję tych wszystkich sucharów. Jest to uwarunkowane biologicznie - a im mój Tata jest starszy (cóż, ja też nie młodnieję przecież...), tym wyraźniej widać jego skłonność do szukania w każdym możliwym słowie drugiego dna, znaczenia, synonimii. W każdej możliwej sytuacji okazji do popisania się wesołkowatością.

Nie wszyscy to lubią, oj nie...

Moi Rodzice odwiedzili nas w sobotę. Przyjechali na spóźnione urodziny Kaliny, przywieźli prezenty świąteczne (w tajemnicy przed dziećmi oczywiście). Mama dodatkowo spakowała dwa słoje bigosu, siatkę orzechów, masę moich ukochanych naleśników (w ramach prezentu urodzinowego, tym razem dla mnie ;-)

Na dodatek Mamuśka poratowała moją nędzną osobę i przygotowała mi kostium św. Józefa. Ja, syn mistrzyni krawieckiej (oficjalnej, dyplomowanej!), mam aż za dobrze, bo każdy skrawek materii potrafi moja Mama zamienić w prawdziwe cudo. 

Tak więc strój św. Józefa składa się z umiejętnie przekształconych dwóch białych prześcieradeł i żółtej zasłony, którą przerzucę sobie przez ramię. A nawiasem mówiąc to opiekuna małego Jezuska gram w tym tygodniu dwa razy, a stresuję się, jakbym grał dwa razy dziennie. 

Pierwszy raz w przedszkolu - tam na szczęście wymyśliliśmy sobie z Maryją, że kartkę z naszymi kwestiami przykleimy do ściany żłóbka, za którym cały czas siedzimy, i będzie OK. Drugi raz gram w liceum - tam będzie gorzej, bo jestem Józefem mobilnym i mam prowadzić rodzącą małżonkę od "drzwi do drzwi" niegościnnych mieszkańców Betlejem. 

A wracając do bohatera tekstu - siedzimy wszyscy (ja, Żona, dzieciaki, moja Mama, teściowa) przy stole, czekamy tylko na mojego teścia. W końcu przychodzi. Mój Tata zrywa się na równe nogi, wyciąga rękę na powitanie i mówi do mojego teścia:

- No tak patrzę za okno ( a śnieg jeszcze leżał na ogródku) i widzę, że prawdziwą zimę zamówiłeś przez internet!

I co byście powiedzieli? Teść na to tylko:

- ..... nie, no ja, wiesz, zimy tu nie lubimy...

Albo sytuacja obiadowa. Żona zrobiła wypróbowany bezpieczny przepis na udka kurczaka zapiekane z masą warzyw i zalane piwem. Przy stole rozmowa o różnych smakach, jakimi rzeczony kurczak "nasiąknął."

- Ja tu czuję pory.
- Tak, tutaj są pory.

Mój Tata włącza się do tych subtelnych rozważań kulinarnych i dodaje:

- No bo o tej porze to pory najlepiej się czuje.

Ech, mógłbym cytować tak bez końca...

Nie mogę oczywiście oprzeć się pokusie i nie zaserwować Wam klasycznego tekstu z mojego domu rodzinnego.

Kiedyś, całe lata temu, w pewien poniedziałek wielkanocny Tata patrzy przez okno i mówi po części do siebie: „Pada, brzydka pogoda. Może gości nie będzie, ale kto wie… głupich nie brakuje.”

Cóż, jednego chyba możemy być pewni - mój Ojciec pewnie nie wpuściłby św. Józefa i Maryi pod swój dach. A jeżeliby już wpuścił, to pewnie oni sami szybko by stamtąd uciekli. 

Prosto do Egiptu...





sobota, 15 grudnia 2012

Przyczynek do odwiecznej wojny płci i sen wyjaŚNIony



Tak na weekend ułamek genialnego filmu pt. "Wakacje Pana Hulot" zapomnianego francuskiego filmowca Jacquesa Tati

Niezła metafora w ogóle stosunków międzyludzkich.







A co do śnionej grubej baby mówiącej gwarą poznańską. Już wiem, co to znaczy:

"Dziecko zachoruje ci na grypę jelitową i będzie wymiotować całą noc i poranek dnia następnego."

piątek, 14 grudnia 2012

Tajemnica większa niż kalendarz Majów

Śniło mi się grube babsko, które siedziało na mojej kanapie i gwarą poznańską opowiadało, w co musi ubrać swoje dwa małe pieski, by nie zmarzły na zimowym spacerze.

Takie mniej więcej coś.



Jakieś sugestie?

czwartek, 13 grudnia 2012

Dziecko w stanie... wojennym

Dziś 31 rocznica wprowadzenia stanu wojennego. Nie, nie będzie politycznie (choć mnie korci, by rzucić parę wulgaryzmów w kierunku tych, którzy zniszczyli ideę Solidarności, tych, którzy wybielają skur...synów w mundurach etc.) .

Będzie sentymentalnie. Miałem wtedy cztery lata. Tyle, co mój Synek dziś. Niesamowite. Mojego Ojca powołano do wojska. Tak. Miał jechać na Wybrzeże, tkwić w wozie nad radiostacją i dłubać jakieś komunikaty. Łączność, szyfrowanie, takie tam.

Nie podobał mi się ten wyjazd. Chciałem mieć Tatę w domu. I już. Ale najbardziej nie podobało mi się to, że Tata miał zabrać ze sobą ... elegancki przybornik na "sprzęty komatyczne  - taki olbrzymi "piórnik" z materiały imitującego skórę krokodyla, gdyby krokodyle były niebieskie, rzecz jasna. 

W środku, w sprytnie porozmieszczanych kieszonkach tkwiły: szczoteczka do zębów, maszynka do golenia, grzebień. Było miejsce na pastę, mydło. Nawet lusterko się gdzieś tam chowało. 

To była moja ukochana zabawka w tamtym czasie. I co? Miała zostać zabrana "daleko od domu", zabrana mi?

Co zrobiłem? Ze spakowanej walizki Ojca wyciągnąłem ten przybornik i schowałem za telewizorem (marki Rubin)!

Dalszego ciągu można się było spodziewać - Ojciec myślał, że rzeczony przedmiot:

a)zgubił,
b)ukradziono mu,
c)"Bóg wie, co się z tym stało, ale jak się dowiem..."

Przez kilka tygodni "Wybrzeża" musiał się golić pożyczonymi od kolegów maszynkami.

Ot, mój mały wkład w walkę z Systemem i osłabianie tegoż...



poniedziałek, 10 grudnia 2012

"Ty nie umiesz żyć..."

Wczoraj piękny zimowy (choć to wciąż jesień) dzionek. Zimno, ale bez ekscesów. Wiaterek, ale tylko w porywach. Na trawniku za domem nierozjeżdżony śnieg. Synek stoi w pełnym mroźnym rynsztunku i trzyma w rączkach sznurek. Do sznurka przywiązane sanki.

- Tato, powozisz mnie? - pyta z nadzieją w głosie. I weź tu dziecku odmów! Ubrałem się w puchową kurtkę, założyłem czapę i wio! Koń pociągowy i woźnica.

Szczerze mówiąc, to sanki średnio bawią, gdy się nimi jeździ w kółko po płaskim terenie i chociaż Synek miał frajdę, to ja wolę jednak wspiąć się na jakąś pochyłość, by zjechać w dół. Wiem, dziwny jestem, ale tak już mam.

- Wiesz - zaczynam wołać do woźnicy - po Świętach pojedziemy do babci do Kalisza. Tam w parku pamiętasz, jakie są górki, nie? Będziemy tak śmigać, że ho-ho! Mówię ci.

Synek już się cieszy. Ja już żyję wizją tej eskapady. Zacieram zziębnięte ręce i mówię o naszym planie Żonie.

- Ty nie umiesz żyć w teraźniejszości - brzmi wyrok - Patrz, mamy taki ładny dzień. Dzieciaki zdrowe. Na świeżym powietrzu polatają, a ty o tym, co będzie po Świętach...

No i w sumie miała rację - bo ja albo żyję sobie wspominając zaprzeszłe dzieje, gdy się pięknym i młodym było, a trawa była bardziej zielona niż dziś. Albo projektuję sobie najbliższą przyszłość, wektory ustawiając w kierunku przyjemności mniejszych lub większych. Teraźniejszość jako taka gdzieś mi się za każdym razem wymyka, ucieka, jest zbyt "tu i teraz", by się nią cieszyć...

Oj, Horacy natarłby mi uszu. Wszak pisał:

"Nadzieję odmierzaj na godziny...", a ja głupi tak nie potrafię.


PS


A do Kalisza i tak pojadę. A co!

niedziela, 9 grudnia 2012

Wiersz na nowy tydzień XXIV

Wiersz można napisać ABSOLUTNIE O WSZYSTKIM i stąd możemy mówić o przewadze poezji nad innymi dziedzinami literatury.

Tutaj mamy wcale nie taki błahy, jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka, a i błyskotliwy przy okazji, wiersz Adama Pluszki o honorowym krwiodawstwie.

POD POSTACIĄ CZEKOLADY

W środę znów oddałem krew w ambulansie
na rynku w Katowicach. Miłe panie w białych 
kitlach, dowcipkujące i swawolne, ściągnęły 
ze mnie pół litra krwi, dając w zamian łakocie

i kawę Jacobs w żółtym opakowaniu. Dostałem
siedem tabliczek czekolady i tego dnia jedną 
zjadłem jeszcze na peronie, nie dzieląc się 
z nikim.Dopiero dwa dni później podzieliłem się 

z wami, podczas tego spędu poetyckiego, gdy
Mikołajewski śpiewał na stołku włoskie arie.
Pod postacią czekolady spożywaliście krew 
moją i tylko ja traktowałem to mesjanistycznie.

Słodka krwawica. Teraz krew ma dla mnie 
czekoladowy smak, a na pytanie narzeczonej,
skąd ta brązowa plamka na prawym rękawie
koszuli, odpowiedziałem, że to czekolada

właśnie. 

piątek, 7 grudnia 2012

Ja wiele rozumiem...

...model gospodarki/ekonomii 2.0 zmusił nas do tego, żebyśmy wielokrotnie na przestrzeni swojego życia zmieniali zawód, miejsce pracy, wciąż się dokształcali etc.

Ja rozumiem - kryzys sprzyja tym, którzy biorą sprawy w swoje ręce i schylają się po pieniądze leżące na ulicy.

Ja rozumiem, że trzeba zapomnieć o ideałach młodości i wziąć na siebie brzemię dorosłości.

Ale że Ty też, Scooby...





środa, 5 grudnia 2012

Jednostki czasu

Synek się mnie pyta:
- Tato, kiedy będzie obiad? 

(Ok. on NIGDY nie jest głodny, a obiadów nienawidzi jeść, ale to tylko przykład...)

- Za 10 minut - odpowiadam.

- A ile to jest?

I już chyba wiecie, o czym chcę napisać. Jak dzieci pojmują czas? Nie pojmują. I tyle. 

Mam taką skromną teorię - zegarek jako przedmiot pokazujący godziny i minuty zaczyna istnieć w świadomości młodego człowieka gdzieś około Pierwszej Komunii. Wcześniej zegarek oczywiście służy dziecku do zaglądania, co zegarek ma w środku, jak się wyjmuje baterie i "przepraszam tato, ta sprężynka sama mi wyskoczyła z tego mechanizmu..."

Więc jak sobie radzimy?

- Ile to jest 10 minut? Tyle co jeden Reksio.

- A kiedy będzie mama?

- Za pół godziny? 

- A ile to jest?

- Jeden "Klub Myszki Mickey"

- A ile się jedzie do babci do Kalisza?

- Cztery odcinki "Marta mówi."

Tak sobie radzimy, chociaż nie mam pojęcia, czy cokolwiek to Synkowi mówi.

Ciekawym eksperymentem byłoby przeniesienie takiego modelu komunikacji do języka dorosłych.

- Kochanie, kiedy będziesz?

- Są straszne korki. Jakieś 4 odcinki "Klanu" mi to zajmie.

Albo

- Skarbie, ile jeszcze będziemy się snuć po tej galerii handlowej?

- Czekaj... Ile trwało najdłuższe przemówienie Fidela Castro?


niedziela, 2 grudnia 2012

Gdy ci smutno, gdy ci źle...

Źle mi się listopad kończył i źle mi się grudzień zaczyna. "Sprawy" tak źle wyglądają, że boję się zaglądać choćby dwa tygodnie do przodu. Kwestie nie-do-opowiedzenia wszem i wobec... 

Na dodatek choroby dzieciaków, które równo powaliła jakaś wirusowa mieszanina, jaka unosi się w brei powietrza.  

I dentysta, który "rozregulował" mi ząb mądrości i boli mnie szczęka jak cholera jasna...

Cóż więc robi nasz męczennik? Słucha swojego instynktu i przygląda się nieszczęściom innych ludzi. 

Nie wiem, co mnie natknęło, by poszukać w wolnej chwili różnych zestawień najgorszych płyt wszech czasów. Wiem jedno, zespół The Shagss poprawia humor i zweryfikuje najprawdopodobniej KAŻDĄ Waszą propozycję, kogo wstawić do pierwszej trójki TOTALNYCH KASZAN.




A to, co powyżej, nie jest ich najgorszą piosenką. Inne są o wieeeele "ciekawsze."

PS

Pośmiałem się też słuchając "Chinese Democracy" Guns n' Roses", ale był to już inny śmiech, bardziej przez łzy, niestety...