czwartek, 22 listopada 2012

Oszczędności i ograniczenia

I

Ostatnio maglowaliśmy na przerwie serię reklam pewnego banku, w którym przypominano ludziom starą prawdę - prawdziwe oszczędności są wtedy, gdy mamy realną kwotę odłożoną na koncie lub w portfelu.

Niby to oczywiste, ale jakby się tak zastanowić, to ileż razy myślimy w taki sposób:

- przejechałem dziś na czerwonym świetle przez skrzyżowanie. Jakby mnie złapali, to zapłaciłbym 500 złotych. Nie złapali. Zaoszczędziłem 500 złotych.

Mój kolega podsumował to najtrafniej: "Przejedziesz tak 10 razy w miesiącu i zaoszczędzisz więcej niż zarobisz..."

II

Byłem wczoraj na zebraniu w przedszkolu. Wychowawczyni omawiała rezultaty takiej pobieżnej "kontroli" rozwoju dzieciaków. Okazało się, że wszystkie maluchy rozwijają się dobrze. Opanowują przewidziany podstawą programową materiał. Płynnie liczą do... czterech! "A niektórym dzieciom idzie dużo lepiej i liczą nawet do dziesięciu."

Boże! Złapałem się za głowę. Nasza Kalina (za chwilę kończy drugi rok życia) liczy do pięciu. Serio! A czterolatek ma być "dzieckiem sukcesu", gdy umie policzyć do czterech? Wolne żarty...

Dzwoniła do nas ostatnio moja szwagierka (żona mojego Brata). Opowiadała, jak idzie w szkole małemu Kubie. Kuzynowi Tymka, który przedszkole miał odpuszczone, ale poszedł do podstawówki zgodnie z nowymi zasadami naboru. 

Tak w podstawie programowej jest liczenie do... pięciu! Kuba młody często wraca do domu ze szkoły i opowiada ze śmiechem, "co było na matematyce."

- Mamo, a niektóre dzieci nie potrafią policzyć do pięciu! Myli im się!

Sam Kuba, gdy mu się chce, liczy do dwustu. Potem się męczy. Autentyk! 

Cobyście mnie źle nie zrozumieli - moja rodzina nie obfituje w genialne dzieci. Tylko program wymyślony przez rządzących oświatą (krótko mówiąc - zbrodniarzy) zaniża każde wymaganie, równa w dół. 

Zdarzało mi się słyszeć o przedszkolankach, które potajemnie uczą dzieci czytać, bo formalnie jest to ZABRONIONE. VERBOTEN! Niemal jak za okupacji - tajne nauczanie...





12 komentarzy:

  1. No mnie tez to dziwi, bo Wład potrafi całą pierwszą dwudziestkę, potem już się gubi. Ma 3,5 roku.

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja córka w wieku lat dwóch mówiła już w zasadzie płynnie całymi zdaniami, a liczyła chyba też co najmniej do dziesięciu, więc to nie jest aż taki ewenement :)
    Kiedy dzieci uczyły się liczenia i pisania, ona już znała alfabet i liczyć też się nauczyła, chyba z książeczek i programów edukacyjnych, które jej kupowałam, bo zawsze uważałam, że jeśli już ma w coś grać, to niech będzie przyjemne z pożytecznym.
    Te programy są faktycznie równaniem w dół!

    Co do reklam i oszczędności.
    Ten przykład, który podałeś, mnie nie przekonuje.
    Ale jeśli na przykład zrobię jakąś robotę w domu, albo przedmiot użytkowy, to wyliczam, ile "zarobiłam", bo przecież za to samo komuś innemu musiałabym zapłacić, albo nie mieć. :)
    I taką logikę już uważam za prawidłową, bo cieszy!

    OdpowiedzUsuń
  3. My mamy normalnie tajne nauczanie w przedszkolu - literki, liczenie do dziesięciu (na początek), angielski...
    I co za zbieg okoliczności - też byłem wczoraj na zebraniu... Zmówili się, czy co?

    OdpowiedzUsuń
  4. to my mamy tajne nauczanie :)))lubię Cię czytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. M.

      Z wzajemnością. Miło mi to słyszeć, pardon, czytać!

      Usuń
  5. A tak, taka logika oszczędności jest dość popularna. Żona mojego kolegi wróciła kiedyś do domu z dwoma litrowymi słoikami musztardy, bo była tania, i mówi "zobacz ile zaoszczędziłam". On na to; "trzeba było kupić jeszcze pięć, zaoszczędziłabyś więcej". Nie zajarzyła, o co mu chodzi, czemu się z niej śmieje.

    Nie wydaje mi się, żeby wczesne uczenie dzieci pojęć abstrakcyjnych dawało jakiś pożytek. Co z tego wynika, że małe dziecko liczy do 20, 100, albo 200? Czy rozumie sens liczb? Nie wierzę. Jednym dzieciom idzie to łatwo, inne się gubią. Jedni rodzice są happy, a inny martwią się, że mają głupie dzieci, tymczasem to nie prawda. Wiara w to, że dziś dzieci mają większe możliwości intelektualne niż 50 lat temu jest iluzją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, Ove, zawsze się przyczepisz. I dobrze!

      ja nie twierdzę, że dziś dzieci mają większe moce intelektualne. Coś Ty! Mnie boli TYLKO zaniżanie (równanie w dół) dzieciaków, które się wybijają, szybciej coś łapią.

      Żydowskie dzieci (chłopcy) miały obowiązek w wieku czterech lat uczyć się czytać. I koniec. U nas czterolatki mają liczyć do tylu, ile mają palców u jednej ręki. czy to nie świadczy o pewnej nieufności w stosunku do możliwości przeciętnego dzieciaka?

      Inny przykład - we wczesnej podstawówce lekturą są nieśmiertelne przygody Koziołka Matołka. A synek mojej koleżanki zna tę książkę na pamięć, bo mu ją mama czytała wcześniej.

      Chłopiec się nudzi, a spora część klasy w tym czasie sylabizuje teksty Makuszyńskiego. Czyja wina? Oczywiście matki, bo "po co uczyła w domu czytania?"

      Tu jest problem. Wszyscy mają czekać na opóźnionych. Nikt nie interesuje się zdolnymi, bo "oni sami se poradzą..."

      Usuń
    2. Prawda, że najlepiej by było, gdyby dało się dostosować zajęcia do indywidualnego poziomu każdego dziecka. Jak to zrobić w państwie, w którym na edukację zawsze szkoda pieniędzy?

      Usuń
  6. Padłam po przeczytaniu komentarza kolegi o "oszczędzaniu" :P
    Co do systemu "edukacji"... Lepiej pozostawić to bez komentarza.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. To jest naprawdę dziwne, że tak okroili program nauczania. Pamiętam, że mnie uczyli czytać od pięciolatków, Boże, jak ja tego nie znosiłam...
    najśmieszniejsze jest to, że jak skończyłam lat siedem to już czytać uwielbiałam ;D

    Że mu się chce liczyć do dwustu... szacun ;)

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.