środa, 7 listopada 2012

Komu zamykam drzwi przed nosem?

Dzwonek. Tradycyjnie żyję nadzieją na miłą paczkę z książkami lub coś równie przyjemnego, więc biegnę otworzyć.

Na progu stoi młodzieniec. Szczupły, około 25-30 lat, wysoki. Garniturek. W rękach skórzana teczuszka, na której błyszczy biel kartek upstrzonych czyimiś podpisami.

- Pan jest właścicielem? - pyta mnie zamiast zacząć staropolskiego "Dzień dobry, nazywam się..."

- Nie - odpowiadam i już miałem skierować nieznajomego w stronę warsztatu,w którym teść najprawdopodobniej siedzi, ale coś mnie tknęło i... - A o co chodzi?

- Trzeba podpisać odbiór decyzji w sprawie modernizacji telewizji.

Przez chwilę czułem się jak po Gripexie - w ulotce informującej o niepożądanych skutkach ubocznych ostrzega przed "uczuciem pustki w głowie."

- Co trzeba podpisać? - pytam.

- Odbiór decyzji w sprawie modernizacji telewizji - powtarza głosem niekryjącym zniecierpliwienia.

- A co to znaczy?

- To znaczy, co mówię panu. Odbiór decyzji w sprawie modernizacji...

- Wiem. Ale co to znaczy? Te słowa nic nie znaczą przecież - upieram się i czuję, że za chwilę chłodnica mi siądzie - To jest jakiś urzędniczy... (chciałem powiedzieć bełkot) ... język, z którego nic nie wynika.

- Proszę pana - młody, w każdym razie młodszy ode mnie mężczyzna też powoli tracił cierpliwość - to jest język polski. To jest po polsku napisane.

- Nie - odpowiadam - to nie jest język polski. 

Zatrzaskuję mu przed nosem drzwi. A zza drzwi dobiega mnie przeciągły gwizd kogoś, kto też z trudem panuje nad nerwami.

***

Zdenerwowałem się. Głupio przyznać, ale straciłem panowanie nad sobą, bo powinienem zadać serię pytań - kogo pan reprezentuje (nie miał żadnych plakietek, nie przedstawił się)? Co się wiąże z podpisaniem "odbioru decyzji"? Rozmontować wszystko na części składowe, ale nerwy mi strzeliły i stać mnie było tylko na  na "nieodebranie decyzji."

Cóż, żeby nie było, że chamem jestem - ostatnio przed drzwiami znalazłem starszą panią, która z ujmującą uprzejmością przedstawiła się, pokazała identyfikator i odpytała mnie ze znajomości etapów cyfryzacji telewizji właśnie.

Było szybko, bezboleśnie i miło. Ona wiedziała, że w sumie trochę przeszkadza, ja wiedziałem, że ona tak zarabia na życie. Jednak rozstaliśmy się zachowując dobre wspomnienia. 

A dzisiejszy incydent? 

Podejrzewam, że milej by było chyba nawet z akwizytorem nierdzewnych noży, kołder wypchanych owczą wełną lub ze Świadkami Jehowy...




23 komentarze:

  1. Moim zdaniem dobrze zrobiłeś. Facet nie zachował się uprzejmie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uprzejmość swoją drogą. Ja po prostu wyczuwałem tu szwindel - albo jakiś kant, albo wyłudzenie danych, albo Bóg wie, co jeszcze...

      Usuń
  2. PS. A w ogóle to przepraszam, jestem tu nowa. Choć nie do końca. ;) Witam Autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. Wiesz, takie fiuuuuuuuuuuu ku rozładowaniu złości.

      Usuń
  4. "Nie, to nie jest język polski" - w iluż to sytuacjach będzie można wygłaszać tę złotą sentencję... Zwłaszcza w urzędach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko kto ją zrozumie? To jest ból.

      A może "bul" jakby chciał patron akcji Język Ojczysty - dodaj do ulubionych.

      ;-)

      Usuń
  5. A może produkt, który pan reprezentował był made-in-china :P

    OdpowiedzUsuń
  6. Coś mi się wydaje, że ten gość sam nie wiedział co przyniósł :) A jeżeli chodzi o ten "urzędowy język polski", to powinieneś przeczytać jakąś ustawę o podatku (wszystko jedno jakim) albo interpretację urzędu skarbowego na temat wyżej wspomnianego. To dopiero jest język! Ja pracuję trzydzieści lat w tej branży, a muszę czasem czytać kilka razy zanim przetłumaczę sobie to na język zrozumiały, chociaż też polski :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, pracując w szkole, obcuję z "urzędniczą polszczyzną" wszelkich podstaw programowych etc.

      Niby mądrzy ludzie to piszą, ale... Może to ja za głupi jestem?

      Usuń
    2. O właśnie chciałam przywołać rozmaite "mądrości władz oświatowych" przy lekturze których ja, humanistka z urodzenia i wykształcenia, wysiadam całkowicie, bo nie rozumiem tego co czytam...
      I przypomina mi się wtedy najgorsza zmora moich lat licealnych, kiedy to na lekcji języka polskiego padało sakramentalne "Co autor miał na myśli?"... A mnie się cisnęła na usta odpowiedź, że często chyba sam autor nie wiedział o co mu chodziło.

      Usuń
  7. Może chciał coś pokręcić i ponaciągać.. ;>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie na takiego wyglądał, niestety.

      Cóż, taką pewnie miał pracę :-(

      Usuń
  8. Profesor Bralczyk niedawno ruszył z jakąś akcją (nie znam szczegółów) mającą na celu spolszczenie różnych urzędniczych bełkotów. Może w ramach będą jakieś warsztaty dla takich młodzieńców? Ten, najprawdopodobniej, wyuczył się formułki na jakimś kursie i sam nie do końca rozumiał, o czym do Ciebie rozmawia - to jak niby miał wyjaśnić?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu jest to, o czym do mnie rozmawiasz:

      http://www.jezykojczysty.pl/filmy/3616.html

      pzdr

      Usuń
  9. Bardzo dobrze, to nie jest obowiązek Twój się dowiadywać, a jego powiedzieć, kim jest i po co to mu potrzebne.

    OdpowiedzUsuń
  10. to juz lepiej zapraszam Ciebie do mnie na chwilę:)

    OdpowiedzUsuń
  11. DOPRAWDYŻ, twoja transgresywna opozycja do technologicznej konsolidacji jest co najmniej apriorycznie recydywistyczna!
    ;)

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.