piątek, 2 listopada 2012

...a wiedziałem, że coś jeszcze miałem napisać.

Jeszcze w październiku to było.

Dzień, gdy raczej szybciej w domu jestem po pracy. Siedzę jak Pan Bóg przykazał przy komputerze i dłubię jakąś recenzję, wpis na bloga czy komentarz. Generalnie zarobiony jestem.

Nagle dzwonek. Oby to listonosz z jakąś miłą przesyłką - inaczej strzelam focha na pół świata. Otwieram drzwi, a tam...

...no wyobraźcie sobie, że stoi Wam na progu podwójny oddział szturmowy świadków Jehowy, czyli cztery postacie (dwie kobiety, dwóch mężczyzn), wiek około 60 lat, jedna osoba podpiera się laską, a druga macha mi przed nosem plikiem kartek. I jeszcze jedno - mówią wszyscy po angielsku.

(Od tej chwili spolszczę wszystkie kwestie, jakie wtedy między nami padły.)

- Czy tu mieszka pan ... - i pada nazwisko mojego teścia.
- Tak - odpowiadam i przeczuwam niezłą powtórkę z angielskiego. I to powtórkę w bojowych warunkach, poziom VERY HARD dla kogoś, kto niby czyta po angielsku, ale mówi bardzo niby-niby. - Pokażę wam, gdzie pracuje.

I prowadzę całą czwórkę za róg domu, gdzie teściowa ma zielarnię a teść warsztat.

- Dzięki Bogu w końcu ktoś ze znajomością angielskiego - dobiegło mnie zza pleców. Moich wybitnie zdezorientowanych tym wszystkim pleców.

Żeby nie przynudzać, streszczam: odwiedziła nas czwórka Amerykanów, którzy od dwóch lat żyją w Niemczech i wkrótce się stamtąd wyprowadzają, by żyć gdzieś dalej dalej. Są emerytowanymi nauczycielami, więc szybko znalazłem z nimi nieco kaleką ale jednak jakąś tam platformę porozumienia, a mój język obcy rozkwitał z minuty na minutę. Nawet żarcikami potrafiłem sypnąć czasem...

A po co przyjechali? Jedna z Amerykanek poczuła w pewnym wieku (skończywszy pracować zawodowo) chęć zbadania swej historii. Wiecie, korzenie, krzyżujące się rodziny, dalecy przodkowie etc. No i okazało się, że jej przodkowie dotarli do Ameryki w XIX wieku, a pochodzili z mojej mieścinki. A mój teść jest jej daaaaaaaaaaaaaaaalekim krewnym! Na dowód tych rewelacji pokazuje wydruki i odpisy z różnych stron internetowych, na których piętrzą się drzewa genealogiczne. 




Teść zjawił się szybko i z miejsca trafiła mi się fucha tłumacza. Wyciągnął z jakiejś przepastnej szuflady swoje "papiery rodowe" i zaczęliśmy wszyscy wszystko z wszystkim porównywać. I, o dziwo!, niemal 80% nazwisk i dat się zgadzało, a nawet więcej - nasze i amerykańskie drzewa jakoś się uzupełniały.

Amerykanie się wzruszyli. Poszukiwaczka korzeni uroniła parę łez. Obfotografowaliśmy się i pożegnaliśmy. Ot tak po prostu. Dwugodzinna wizyta. Zakończona wymianą maili i obietnicą korespondencji.

Mnie dwa wnioski naszły:

- pierwszy od zawsze całkowicie skreślał mnie jako człowieka wśród 75% populacji - otóż kompletnie mnie nie biorą rodzinne historie. Czyjeś trudne losy, opowieści sprzed wojny i, nie daj Boże, wojenne epopeje, jak to się dziadek z babcią po całej Polsce szukali... Więcej, ja do późnej młodości nie wiedziałem nawet, jakie mieli imiona moi dziadkowie żyjący na Mazurach! Nikt mi nie chce w to uwierzyć, ale ja nie umiem się tym zainteresować. No nie umiem. Tak jak ktoś nie umie się wzruszyć Słowackim, tak jak swoimi korzeniami i korzeniami swoich bliskich. Mogę najwyżej zagwizdać z wrażenia na wieść, że najstarszy znany przodek mojej Żony miał na imię Zacheusz. Tak, to jest hard core

- chciałbym dożyć emerytury w zawodzie nauczyciela i móc potem jeździć po świecie, i, a niech to drzwi ścisną, szukać śladów swojej rozproszonej familii...

11 komentarzy:

  1. tak biorąc po uwagę wiek emerytalny to można się nie doczekać:P

    OdpowiedzUsuń
  2. a mnie kręcą familijne klimaty ;) i owszem, też bym chciała spędzać emeryturę tak jak Niemcy na przykład. Nie szczędząc sobie podróży ;) może do czasów naszych emerytur coś się zmieni?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, marzenia ściętej głowy, niestety... Emerytura, taaa...

      Usuń
  3. A ja bym tak chciała, odkryć nowych krewnych, może wreszcie znalazłby się w rodzinie ktoś sensowny...
    A z tą emeryturą, to w Polsce bym na to nie liczyła...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "W rodzinie ktoś sensowny..."

      Dobre. W mojej rodzinie mam braci sensownych, no i rodziców.

      Reszty nie znam ;-P

      Usuń
  4. Wow! Ty mi zazdrościsz powolnych wieczorów z mężem a ja Tobie kolejnej historii jak z filmu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, na pewnym etapie życia człowiek pragnie już tylko stabilizacji...

      ;-)

      Usuń
  5. - jak Cię mogą nie kręcić rodzinne opowieści?!
    - jak Ci dzieciaki pozwolą dożyć... ;D

    OdpowiedzUsuń
  6. Imiona dziadków to może nie jest rzecz szczególnie interesująca, ale skoro nie wiedziałeś nawet tego, to obawiam się, że nie wiedziałeś także kim oni byli, jak żyli, co widzieli i wiedzieli, skąd pochodzili. Nietypowy z Ciebie humanista.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ove, a wiesz, że NIGDY mnie to nie interesowało. Po prostu brak tej funkcji w mózgu. W wersji radykalnej - niewiele mnie obchodzi ktoś, kto zył zanim się urodziłem. Nie czuję wspólnoty - tak, jak nie czuję wspólnoty z ludźmi, z którymi jeżdżę autobusem do pracy.

    Po prostu byli, po prostu są...

    A czy to jakaś dysfunkcja mojego "humanizmu"? Cóż, gdybym był świetny z matmy, też bym tak czuł...

    Bosy

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.