wtorek, 27 listopada 2012

Pierwsza lekcja dobrych manier

Siedzimy z Kaliną na kanapie. Ja wcinam kanapkę z miodem. Podsuwam młodej chleb i mówię:

- Spróbuj.
- Nie chcę!
- To wiesz co się mówi, gdy się nie chce czegoś? Mówi się "Dziękuję".

I zaczynam od nowa:

- Kalino, chcesz chlebek?
- Nie chcę!
- Musisz powiedzieć "Dziękuję." Rozumiesz?
- Tak.
- To dobrze.

I zaczynam od nowa:


- Kalino, chcesz chlebek?
- Nie chcę!
- Tak nie miałaś powiedzieć. Co miałaś powiedzieć?
- Dzień dobry.



poniedziałek, 26 listopada 2012

...kto czytał, ten plomba!

Mój stosunek do literatury rosyjskiej jest, najoględniej mówiąc, chłodny. Cóż się dziwić? Mój kumpel kiedyś za czasów studenckich wpadł do mnie do akademika i troszkę żubrówki spróbowaliśmy. W celach badawczych, że się tak wyrażę... 

Po serii eksperymentów zawędrowaliśmy na tzw. studencką dyskotekę, gdzie próbowaliśmy sprawdzić nasze możliwości lingwistyczne. Po zapoznaniu dwóch dziewczyn (po prostu brutalnie przysiedliśmy się do ich stolika w jednym klubie) zaczęła się rozmowa o tym, kto co studiuje.

- Ja studiuje filologię rosyjską - wyznała nieśmiało jedna z dziewczyn.
- Co?! - kolega się zerwał na równe nogi - Poznajesz język wroga?!

Nawet jeżeli był to sztubacki tekścior wagi przyciężkiej, to najlepiej chyba ilustruje nasz, studentów drugiego roku polonistyki, stosunek do braci Rosjan. A to zabory, a to 17 września, a to Katyń i PRL. A to "Dziady cz. III" i cała masa krzywd, prawdziwych i wyolbrzymionych, jakie katalogowała nasza kultura.

Cóż, fakt jest taki, że Rosjanie zawsze nas brali na celownik i nie ma co odwracać kota ogonem, że sami byliśmy temu winni. 

Rosja mnie nie fascynuje, wręcz odpycha swoją obojętnością w stosunku do wszelkich brewerii i podłości, jakie Rosji fundują rządzący nią "carzy." 

Naturalne więc w moim przypadku jest to, że kultura rosyjska mnie nieco... odrzuca. Wyjątek czynię dla Brodskiego i Bułhakowa, no może jeszcze Mandelsztam się zmieści. 

Tak więc z pewną nieśmiałością wybrałem się dziś do kina jako opiekun klas oglądających ekranizację "Anny Kareniny."

Boże, myślę, ruski romans... Tego mi trzeba od poniedziałku, ale się zgodziłem. Kino to kino. Od miesięcy niczego nie widziałem na dużym ekranie, więc siadam, odczekuję 22 minuty reklam i mówię sobie, że jak zaczną smęcić, to wychodzę i poczytam książkę w hallu.


Przesiedziałem cały film. Ponad dwie godziny. To, co oglądałem, można z całą odpowiedzialnością polecić KAŻDEMU miłośnikowi kina. SERIO! I nie chodzi o historię zdrady małżeńskiej i wszelakich tego konsekwencji. Nie chodzi o obraz przekwitającego Imperium. Chodzi o FORMĘ.

90% filmu dzieje się we wnętrzach teatru (?), opery (?). Wyobraźcie sobie zasypany śniegiem Petersburg, bale, przyjęcia, ulice, zaułki, rudery, wreszcie wyścigi koni (!) wewnątrz teatru! Kapitalny pomysł! Ileż inwencji (ciut momentami zbyt "na siłę" parę scen), by tak manipulować dekoracjami, kostiumami,  prostymi trikami wizualnymi, umownością... I wszystko się trzymało kupy. Chwytało za serce i tarmosiło, gdy trzeba.

Jakem Bosy, idźcie do kin!

Na chwilę przed...
Anna K. w trakcie zdrady.

Zdradzony mąż.
Zadowolony z siebie kochanek.

Tak więc gdy skończę mojego Folletta (400 stron za mną, przede mną 600 następnych) to biorę na warsztat (tylko bez podtekstów, proszę) "Annę Kareninę." Kiedyś przeczytałem, że literatura europejska zna jedno wielkie tabu, jakim jest szczęśliwe małżeństwo. Po prostu nie ma wielkich powieści/opowieści o udanych związkach. W tym głosie czułem pewien wyrzut czyniony kulturze i jej mechanizmom.

Jednak moim zdaniem tak musi być, byśmy pamiętali, że szczęśliwe małżeństwa, choć są nudne z literackiego punktu widzenia, są czymś niesamowicie istotnym, ważnym, atakowanym przez niezliczone pokusy, więc tym bardziej cennym. 

A "Anna Karenina" przypomina starą jak świat prawdę o wierności i lojalności...

No i to kapitalne pierwsze zdanie otwierające całość:

Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób.

Żeby było zabawniej, w kolejce do przeczytania czai się powieść amerykańskiej autorki Joyce Carol Oates "Moja siostra moja miłość."

Książkę otwiera zdanie:

Wszystkie dysfunkcyjne rodziny są do siebie podobne.



PS

I wszystko byłoby pięknie, gdyby mi dziś rano stara plomba nie wypadła... i dentysta w czwartek.


sobota, 24 listopada 2012

Zmieszany i wstrząśnięty

Łupiemy z Synkiem orzechy. Musi je wcinać, bo ma niedobory żelaza, a orzechy włoskie ponoć mają go całkiem sporo. 

Nagle Tymek patrzy na moją dłoń i pyta:

- A co to jest?
- No jak to co? Nie wiesz? Obrączka przecież. Mama ma taką samą.
- No tak...
- Jak będziesz dorosły, też będziesz miał obrączkę, gdy będziesz miał żonę.

Tymek się jakoś "zawiesił" i po chwili mówi:

- Tata, ale nie można mieć przecież dwóch żon.
- No pewnie, że nie można. No ale ty będziesz miał przecież jedną.
- Ale ja już mam...
- Masz żonę? - pytam, ale przeczuwam, co będzie dalej.
- Mam. Mamę!

Próbuję powstrzymać śmiech, bo mi się humor z miejsca poprawił (a miałem skopany, bo Żona chora i Córa chora), ale nie wytrzymuję i obejmuję młodego. Ten odrywa się ode mnie i pyta głosem wyrażającym poważny niepokój:

- Tata, ale nie będę musiał rodzić dzieci?

piątek, 23 listopada 2012

Czarny czarnoksiężnik

Więcej do Wrocławia nie jadę! 


Wystarczy mi ostrzeżenie, jakie znalazłem w starym amerykańskim komiksie HOUSE OF MYSTERY 
z roku 1953. 


WROCLAW, CZARNY CZAROKSIĘŻNIK


Ps

Suchar na weekend:

Jak nazywa się ulubiony ser twórców memów?
Camembert!

He he he....




czwartek, 22 listopada 2012

Oszczędności i ograniczenia

I

Ostatnio maglowaliśmy na przerwie serię reklam pewnego banku, w którym przypominano ludziom starą prawdę - prawdziwe oszczędności są wtedy, gdy mamy realną kwotę odłożoną na koncie lub w portfelu.

Niby to oczywiste, ale jakby się tak zastanowić, to ileż razy myślimy w taki sposób:

- przejechałem dziś na czerwonym świetle przez skrzyżowanie. Jakby mnie złapali, to zapłaciłbym 500 złotych. Nie złapali. Zaoszczędziłem 500 złotych.

Mój kolega podsumował to najtrafniej: "Przejedziesz tak 10 razy w miesiącu i zaoszczędzisz więcej niż zarobisz..."

II

Byłem wczoraj na zebraniu w przedszkolu. Wychowawczyni omawiała rezultaty takiej pobieżnej "kontroli" rozwoju dzieciaków. Okazało się, że wszystkie maluchy rozwijają się dobrze. Opanowują przewidziany podstawą programową materiał. Płynnie liczą do... czterech! "A niektórym dzieciom idzie dużo lepiej i liczą nawet do dziesięciu."

Boże! Złapałem się za głowę. Nasza Kalina (za chwilę kończy drugi rok życia) liczy do pięciu. Serio! A czterolatek ma być "dzieckiem sukcesu", gdy umie policzyć do czterech? Wolne żarty...

Dzwoniła do nas ostatnio moja szwagierka (żona mojego Brata). Opowiadała, jak idzie w szkole małemu Kubie. Kuzynowi Tymka, który przedszkole miał odpuszczone, ale poszedł do podstawówki zgodnie z nowymi zasadami naboru. 

Tak w podstawie programowej jest liczenie do... pięciu! Kuba młody często wraca do domu ze szkoły i opowiada ze śmiechem, "co było na matematyce."

- Mamo, a niektóre dzieci nie potrafią policzyć do pięciu! Myli im się!

Sam Kuba, gdy mu się chce, liczy do dwustu. Potem się męczy. Autentyk! 

Cobyście mnie źle nie zrozumieli - moja rodzina nie obfituje w genialne dzieci. Tylko program wymyślony przez rządzących oświatą (krótko mówiąc - zbrodniarzy) zaniża każde wymaganie, równa w dół. 

Zdarzało mi się słyszeć o przedszkolankach, które potajemnie uczą dzieci czytać, bo formalnie jest to ZABRONIONE. VERBOTEN! Niemal jak za okupacji - tajne nauczanie...





wtorek, 20 listopada 2012

Kilka słów o asertywności...

Tak, asertywny to ja jestem. Moje zdjęcie powinno ilustrować wiadome hasło w encyklopedii. Tak...

Odbieram ostatnio Synka z przedszkola. Tymek się ubiera, a jego pani wychowawczyni podchodzi do mnie i prosto z mostu pyta:

- Nie zagrałby pan św. Józefa na naszych jasełkach? Wie pan, rodzice dla dzieciaczków organizują. Dałby pan radę?

"Nie, wykręć się jakoś!" - woła diabełek, co przysiadł na moim lewym ramieniu - "Co się będziesz wydurniał?"

- To jak? Zgodzi się pan? Będę tylko trzy próby. To nie będzie zbyt męczące...

No i co powiedział niezbyt mądry młody ojciec? No to już wiecie... Zgodził się.

Ale żebyśmy mieli komplet - w szkole koleżanka zbiera ekipę do jasełek nauczycielskich. I kto ma być św. Józefem? No kto? 

Gdy Córa pójdzie do przedszkola, Synek do podstawówki, a ja wciąż będę uczył, to na bank trzy razy będę prowadził pod rękę ciężarną Maryję, w żadnej gospodzie nie znajdziemy miejsca, więc moja partnerka urodzi lalkę gdzieś w ubogiej stajence...

Na osłodę mam wiersz Andrzeja Bursy


Święty Józef

Ze wszystkich świętych katolickich
najbardziej lubię Józefa
bo to nie był żaden masochista
ani inny zboczeniec
tylko fachowiec
zawsze z tą siekierą
bez siekiery chyba się czuł
jakby miał ramię kalekie
i chociaż ciężko mu było
wychowywał Dzieciaka
o którym wiedział
ze nie jest jego synem
tylko Boga
albo kogo innego
a jak uciekali przed policją
nocą
w sztafażu nieludzkiej architektury Ramzesów
(stąd chyba policjantów nazywają faraonami)
niósł Dziecko
i najcięższy koszyk

niedziela, 18 listopada 2012

Odpowiedzi & pytania

Już jakiś czas temu rozkręcił się kolejny blogowy łańcuszek. Madeleine zaprosiła mnie do odpowiedzi na kilka ładnych pytań, a ja, niedobry, dopiero teraz się ustosunkowuje. 

Proszę: 
1. Kim jest dla Ciebie Święty Mikołaj?
Chciałbym powiedzieć, że świętym chrześcijańskim, ale komercja mnie pożarła, więc powiem, że to miły kamuflaż dla rodziców. "Jak nie zrobisz tego i tamtego, to Święty Mikołaj da ci rózgę, zobaczysz..."
2. Marzenia są dla mnie..... cudownym demotywatorem. Więcej marzę niż działam.
3. Przyjaźń jest dla mnie.... czymś, co niemal w 100% przestało istnieć w moim życiu...
4. Gdy patrzę w lustro widzę....człowieka w okularach, które robią go inteligentniejszym niż jest.
5. Kim chciałeś/chciałeś zostać gdy byłeś /byłaś dzieckiem ? Archeologiem, jak Indiana Jones.
6 Moim małym dziwactwem jest......chowanie wszystkiego w kieszeniach spodni. Mam tam wszystko!
7. Kobieta to istota, która... Następne proszę.
8. Mężczyzna to istota która.... Następne proszę.
9. Prowadzę bloga ponieważ... jest to miłe przyzwyczajenie. Okoliczność, by znaleźć parę miłych słów od osób, których nigdy na oczy nie widziałem...
10. Kiedy mam wolną chwilę najchętniej... czytam, piszę, gapię się przez okno. Ech, jaką wolną chwilę?
11. Jaka jest Twoja największa zaleta i największa wada ? Byciem mną, jedno i drugie.


Zgodnie z zasadami ułożyłem własne pytania. Nie jest ich 11. Ciut mniej. A do zabawy, może gasnącej już, zapraszam każdego, kto nie był jeszcze przepytywany lub ma ochotę się włączyć. Nie chcę wskazywać, bo niektórzy nie lubią takich mechanizmów, inni są zbyt skryci, a inni już wcześniej wzięli w tym udział, a ja wskazując, dowiem się, że jestem świnią, bo niedokładnie czytałem czyjegoś bloga, więc zapraszam wszystkich i każdego z osobna. Znajomi, nieznajomi, dacie radę stanąć w świetle prawdy o Was samych?

1) Jeśli byłbyś naleśnikiem (bloggerze), to z jakim nadzieniem najchętniej?
2) Na jakim znanym obrazie chciałbyś się znaleźć?
3) Jaką nadnaturalną mocą chciałbyś dysponować?
4) W jakiej epoce chciałbyś żyć?
5) Gdybyś miał przypisać sobie autorstwo jednego z arcydzieł literatury, jaka byłaby to książka?
6) Gdyby jakaś teoria spiskowa była prawdziwa - jaka by to miała być?
7) Jaki produkt z czystym sumieniem (za pieniądze oczywiście) mógłbyś reklamować?
8) Gdybyś mógł zatrzymać czas na 24 godziny, co byś robił?

Wybaczcie notoryczny rodzaj męski, ale nie chciało mi się grzebać w tych końcówkach gramatycznych...


czwartek, 15 listopada 2012

Jak on to robi?

Jako fascynat komiksów zawsze zastanawiało mnie jedno: jakim cudem Superman może tak skutecznie ukrywać się pod postacią niepozornego Clarka Kenta, sporo jedynym maskującym elementem są okulary?

No sami spójrzcie:



Ja w okularach wyglądam tak:




Tylko proszę nie pytać, kim jestem, gdy okulary zdejmę...



środa, 14 listopada 2012

Kto da więcej?

Niedawno w obcym miejscu, na obcym sprzęcie chciałem sprawdzić coś na blogu swoim i wpisałem adres odpowiedni do... wyszukiwarki zamiast na "pasku." Oczywiście znalazłem "się", ale ze zdumieniem odkryłem, że mój blog stał się, jak każda witryna internetowa, przedmiotem analiz - ile osób wchodzi dziennie, skąd wchodzą i jakiego są wyznania i orientacji (Ok, żarty...).

Najciekawsza informacja dotyczyła wartości (konkretnej) mojego bloga. Otóż według jednych źródeł moja strona warta jest ...7 $, a według innych 137!

Zaciekawiło mnie to. Ktoś zapłaciłby 7 dolców za moją stronę? Come on! Tak nisko nie upadłem. A z drugiej strony (nomen omen) 137 to też nie jest oszałamiająca kwota...

Przypomniał mi się onegdaj obejrzany odcinek jakiegoś serialu komediowego, w którym szef pewnej wielkiej firmy, wiodąc nudne i stabilne życie, zaproponował jednemu dziwnemu bohaterowi interes życia: "Sprzedaj mi to, co cię spotkało." Interes dobito i wielki szef mógł błyszczeć wśród znajomych kompletem nieużywanych w jego środowisku dykteryjek z (czyjegoś) życia wziętych...

Tylko czy ktoś chciałby "kupić" moje życie? Nauczyciela dojeżdżającego do pracy PKS-em, walczącego z dwójką dzieci i polską rzeczywistością?

wtorek, 13 listopada 2012

Elektrostatyka do żywego dotyka

Dawno wspomnień z młodości nie miałem żadnych, więc teraz coś, czym ostatnio się podzieliłem z jedną klas o profilu mat-fiz. Ścisłowcy, jakich mało, a to historyjka bazująca na ich arsenale pojęciowym:

W liceum byłem w klasie humanistycznej o rozszerzonym języku angielskim. Ścisłowcy raczej nas nie dręczyli za bardzo, chociaż znalazłoby się paru takich, którzy marzyli, by zrobić z nas człowieków renesansu. Taki i "Testament mój" Słowackiego zarecytuje, i obliczy rachunek prawdopodobieństwa.

Nauczycielka od fizyki doskonale znajdowała wspólny język z humanistami i lekcja w lekcję kończyła zajęcia w ten sam sposób:

"Macie klucz. Zamknijcie salę po dzwonku."

Dodam, że klucz nam dawała zawsze 15 przed końcem lekcji. Potem szła do pokoju n-skiego i piła kawę w towarzystwie okienkujących koleżanek.

Jednak największym przebojem okazał się eksperyment z dziedziny elektrostatyki, jakim pani nasza chciała urozmaicić nudny błogostan lekcji fizyki.

- Wiecie co to jest elektrostatyka? Nie wiecie? No to wam pokażę! Wezmę kartkę papieru i podrę ją na waszych oczach. Podrę na drobniutkie kawałeczki. 
Teraz widzicie tę oto rurkę PCV. Paweł, proszę, będziesz trzymał tę rurkę. Dziękuję. 
A teraz poprzez energiczne pocieranie rurki kawałkiem materiału wywołamy ciekawy efekt. 
Dajcie tu jakąś szmatę! Sylwia, chodź tu! - mówi wszystko na jednym oddechu, 

a cała klasa leży na podłodze, zwijając się ze śmiechu...

piątek, 9 listopada 2012

Od przyszłego tygodnia Wasz ulubiony blogger...

...będzie wyglądać o wiele bardziej inteligentnie, dojrzale i adekwatnie do swego wieku.


Cóż, muszę nosić okulary i raczej powinienem już od dawna, bo moje lewe oko jest naprawdę lewe i bez uciekania się do jakichkolwiek szczegółów, dodam tylko, że "aż dziw, jak długo się pan uchował." Tak, to słowa sympatycznej pani z salonu optycznego.

Byłem tam dzisiaj, by przymierzyć kilka protez i okazało się, że na około 30 par oprawek, tylko trzy (!) pasują na mój wielki garnek!

Wiem jedno, świat już nigdy nie będzie wyglądał tak samo...

...może to i dobra wiadomość.

czwartek, 8 listopada 2012

Po co się męczyć?

Trafiam na książkę. Na ostatniej stronie okładki widnieje taka oto reklama. 


Fotka niewyraźna, bo telefonem strzelona, więc przytoczę, cobyście oczu sobie nie psuli.

Szukasz wypracowań?

Bezkonkurencyjny

Największy w Polsce zbiór wypracowań ze wszystkich przedmiotów.

Najwyższa jakość

Wszystkie prace (nieczytelne, nie mogłem odcyfrować ze zdjęcia) i gotowe do pobrania

Dla każdego

Łatwy dostęp do wszystkich prac.


Po co się męczyć?
- Bryk Cię wyręczy!


Piękne, co? A jeszcze pięknie to wszystko wygląda, gdy Wam powiem, że reklama ta znajduje się na okładce .. lektury szkolnej! Wydawnictwo GREG się kłania Państwu.

A więc GREG (najbardziej obciachowe wydawnictwo proponujące uczniom całkowicie opracowane lektury, wzory wypracowań, gotowe charakterystyki, zwalniające od myślenia wszelkiego opracowania + fatalne okładki) idzie pod rękę z platformą służącą oszukiwaniu nauczycieli, bo czym innym są "gotowe wypracowania", jak nie formą ucieczki przed solidną pracą w domu i w szkole?

Idąc tym tropem, za chwilę podręczniki neurochirurgii lub architektury  też będą sponsorowane przez hasło: "Po co się męczyć?" 

Bo coś czuję, że opracowania  dotyczące budowy dróg i autostrad już są...


środa, 7 listopada 2012

Komu zamykam drzwi przed nosem?

Dzwonek. Tradycyjnie żyję nadzieją na miłą paczkę z książkami lub coś równie przyjemnego, więc biegnę otworzyć.

Na progu stoi młodzieniec. Szczupły, około 25-30 lat, wysoki. Garniturek. W rękach skórzana teczuszka, na której błyszczy biel kartek upstrzonych czyimiś podpisami.

- Pan jest właścicielem? - pyta mnie zamiast zacząć staropolskiego "Dzień dobry, nazywam się..."

- Nie - odpowiadam i już miałem skierować nieznajomego w stronę warsztatu,w którym teść najprawdopodobniej siedzi, ale coś mnie tknęło i... - A o co chodzi?

- Trzeba podpisać odbiór decyzji w sprawie modernizacji telewizji.

Przez chwilę czułem się jak po Gripexie - w ulotce informującej o niepożądanych skutkach ubocznych ostrzega przed "uczuciem pustki w głowie."

- Co trzeba podpisać? - pytam.

- Odbiór decyzji w sprawie modernizacji telewizji - powtarza głosem niekryjącym zniecierpliwienia.

- A co to znaczy?

- To znaczy, co mówię panu. Odbiór decyzji w sprawie modernizacji...

- Wiem. Ale co to znaczy? Te słowa nic nie znaczą przecież - upieram się i czuję, że za chwilę chłodnica mi siądzie - To jest jakiś urzędniczy... (chciałem powiedzieć bełkot) ... język, z którego nic nie wynika.

- Proszę pana - młody, w każdym razie młodszy ode mnie mężczyzna też powoli tracił cierpliwość - to jest język polski. To jest po polsku napisane.

- Nie - odpowiadam - to nie jest język polski. 

Zatrzaskuję mu przed nosem drzwi. A zza drzwi dobiega mnie przeciągły gwizd kogoś, kto też z trudem panuje nad nerwami.

***

Zdenerwowałem się. Głupio przyznać, ale straciłem panowanie nad sobą, bo powinienem zadać serię pytań - kogo pan reprezentuje (nie miał żadnych plakietek, nie przedstawił się)? Co się wiąże z podpisaniem "odbioru decyzji"? Rozmontować wszystko na części składowe, ale nerwy mi strzeliły i stać mnie było tylko na  na "nieodebranie decyzji."

Cóż, żeby nie było, że chamem jestem - ostatnio przed drzwiami znalazłem starszą panią, która z ujmującą uprzejmością przedstawiła się, pokazała identyfikator i odpytała mnie ze znajomości etapów cyfryzacji telewizji właśnie.

Było szybko, bezboleśnie i miło. Ona wiedziała, że w sumie trochę przeszkadza, ja wiedziałem, że ona tak zarabia na życie. Jednak rozstaliśmy się zachowując dobre wspomnienia. 

A dzisiejszy incydent? 

Podejrzewam, że milej by było chyba nawet z akwizytorem nierdzewnych noży, kołder wypchanych owczą wełną lub ze Świadkami Jehowy...




wtorek, 6 listopada 2012

Tak w przeliczeniu

Dużo czytam. Ho, ho, ależ wyznanie... 

Dużo czytam, ale tylko w autobusach, którymi dojeżdżam do pracy. Jadę około 30 minut, pojazd pokonuje odległość 20 kilometrów. Rano i popołudniu. Czytam więc od poniedziałku do piątku około 60 stron dziennie. 

W domu już tylko dzieci, sprawdzanie prac uczniów lub "M jak miłość", czasami to wszystko jednocześnie. W weekendy nie czytam. To szokujące, ale cała sobota i cała niedziela w towarzystwie dwójki wybitnie absorbujących postaci to czas stracony z czytelniczego punktu widzenia.

Do czego zmierzam?

Dostałem dziś do recenzji opasłą księgę Kena Folletta pt "Zima świata" - drugą część trylogii, w której ten wielce przeze mnie szanowany Autor chce opisać losy Europy XX wieku. Drugi tom olbrzymiej sagi. Powieść ma 1030 stron i na bank będzie to najgrubsza pojedyncza książka, jaką "zaliczę." 



Szybko (ok, nie tak znowu szybko...) przeliczyłem, ile kilometrów musiałby pokonać poczciwy PKS, bym mógł, nie wysiadając z niego, przeczytać to dzieło.

Wyszło mi około 1370 kilometrów!

Tyle musiałbym czytać non-stop! 

Całą drogę ode mnie do... takiego Turynu na przykład.


poniedziałek, 5 listopada 2012

Stodoła Murzyna

Weekendowe spotkanie ze znajomymi.Omawiamy ostatnie doświadczenia lekturowe. Kto, co, za ile i jak świeżego przeczytał. Pośród ogólnych narzekań na ceny nowych książek pada tytuł "50 twarzy Graya" - dla niewtajemniczonych taki oto opis:

Hipnotyczna, uzależniająca, iskrząca seksem i erotyką powieść, której nie sposób odłożyć.

Powieścidło to ponoć do bólu kiczowate, żerujące na najniższych gustach czytających pań domu, których mężowie nie są w stanie sprostać rosnącym potrzebom swych "ryczących czterdziestek." Opowieść toporna, harlequin przyprawiony mdławymi i wymuszonymi scenami seksu.

W sumie owoc literatury klasy C, który jakimś cudem (temat przecież niemowy, seks uprawiają wszyscy i wszędzie go pełno, więc o co chodzi?) przedostał się na eksponowane półki księgarń, trafił pomiędzy sztywne (nomen omen) okładki, a nawet w Biedronce w cenie "promocyjnej" raz widziałem.

Poszła po globalnej wiosce wieść, że pani autorka świntuszy, więc się gawiedź rzuciła...

Moja koleżanka zdobyła rzeczoną książkę (Broń Boże, nie zapłaciła za nią ani eurocenta!) i by zadośćuczynić czytelniczej potrzebie zaczęła czytać.

- No masarka! - mówi nam - Po prostu masakra - i tu zaczynają się malownicze opisy nieudolności amerykańskiej powieściopisarki. A że bohaterka nijaka, a że romans niewiarygodny, a że sceny seksu karykaturalne i nie ma się czym napalać tak naprawdę...

- ... a jeszcze pojawia się sceny sadomasochistyczne. A takie sado-macho z tego, że koń by się uśmiał.

- Brrrr - przechodzi mnie dreszcz - sado-macho, kurde...

- Co tak się wzdrygasz?

- Nic. Bolesne wspomnienia.

ILUSTRACJA (dla inteligentnych)


Stodoła Murzyna



piątek, 2 listopada 2012

...a wiedziałem, że coś jeszcze miałem napisać.

Jeszcze w październiku to było.

Dzień, gdy raczej szybciej w domu jestem po pracy. Siedzę jak Pan Bóg przykazał przy komputerze i dłubię jakąś recenzję, wpis na bloga czy komentarz. Generalnie zarobiony jestem.

Nagle dzwonek. Oby to listonosz z jakąś miłą przesyłką - inaczej strzelam focha na pół świata. Otwieram drzwi, a tam...

...no wyobraźcie sobie, że stoi Wam na progu podwójny oddział szturmowy świadków Jehowy, czyli cztery postacie (dwie kobiety, dwóch mężczyzn), wiek około 60 lat, jedna osoba podpiera się laską, a druga macha mi przed nosem plikiem kartek. I jeszcze jedno - mówią wszyscy po angielsku.

(Od tej chwili spolszczę wszystkie kwestie, jakie wtedy między nami padły.)

- Czy tu mieszka pan ... - i pada nazwisko mojego teścia.
- Tak - odpowiadam i przeczuwam niezłą powtórkę z angielskiego. I to powtórkę w bojowych warunkach, poziom VERY HARD dla kogoś, kto niby czyta po angielsku, ale mówi bardzo niby-niby. - Pokażę wam, gdzie pracuje.

I prowadzę całą czwórkę za róg domu, gdzie teściowa ma zielarnię a teść warsztat.

- Dzięki Bogu w końcu ktoś ze znajomością angielskiego - dobiegło mnie zza pleców. Moich wybitnie zdezorientowanych tym wszystkim pleców.

Żeby nie przynudzać, streszczam: odwiedziła nas czwórka Amerykanów, którzy od dwóch lat żyją w Niemczech i wkrótce się stamtąd wyprowadzają, by żyć gdzieś dalej dalej. Są emerytowanymi nauczycielami, więc szybko znalazłem z nimi nieco kaleką ale jednak jakąś tam platformę porozumienia, a mój język obcy rozkwitał z minuty na minutę. Nawet żarcikami potrafiłem sypnąć czasem...

A po co przyjechali? Jedna z Amerykanek poczuła w pewnym wieku (skończywszy pracować zawodowo) chęć zbadania swej historii. Wiecie, korzenie, krzyżujące się rodziny, dalecy przodkowie etc. No i okazało się, że jej przodkowie dotarli do Ameryki w XIX wieku, a pochodzili z mojej mieścinki. A mój teść jest jej daaaaaaaaaaaaaaaalekim krewnym! Na dowód tych rewelacji pokazuje wydruki i odpisy z różnych stron internetowych, na których piętrzą się drzewa genealogiczne. 




Teść zjawił się szybko i z miejsca trafiła mi się fucha tłumacza. Wyciągnął z jakiejś przepastnej szuflady swoje "papiery rodowe" i zaczęliśmy wszyscy wszystko z wszystkim porównywać. I, o dziwo!, niemal 80% nazwisk i dat się zgadzało, a nawet więcej - nasze i amerykańskie drzewa jakoś się uzupełniały.

Amerykanie się wzruszyli. Poszukiwaczka korzeni uroniła parę łez. Obfotografowaliśmy się i pożegnaliśmy. Ot tak po prostu. Dwugodzinna wizyta. Zakończona wymianą maili i obietnicą korespondencji.

Mnie dwa wnioski naszły:

- pierwszy od zawsze całkowicie skreślał mnie jako człowieka wśród 75% populacji - otóż kompletnie mnie nie biorą rodzinne historie. Czyjeś trudne losy, opowieści sprzed wojny i, nie daj Boże, wojenne epopeje, jak to się dziadek z babcią po całej Polsce szukali... Więcej, ja do późnej młodości nie wiedziałem nawet, jakie mieli imiona moi dziadkowie żyjący na Mazurach! Nikt mi nie chce w to uwierzyć, ale ja nie umiem się tym zainteresować. No nie umiem. Tak jak ktoś nie umie się wzruszyć Słowackim, tak jak swoimi korzeniami i korzeniami swoich bliskich. Mogę najwyżej zagwizdać z wrażenia na wieść, że najstarszy znany przodek mojej Żony miał na imię Zacheusz. Tak, to jest hard core

- chciałbym dożyć emerytury w zawodzie nauczyciela i móc potem jeździć po świecie, i, a niech to drzwi ścisną, szukać śladów swojej rozproszonej familii...