wtorek, 30 października 2012

SPA

SPA.

Dla kobiet to oaza spokoju. Miejsce, w którym odpocznie umęczone ciało Matki Polki. Cała reszta zaś rozpłynie się w kosmosie nieludzko przyjemnych i do bólu hedonistycznych zabiegów. Kąpiele, masaże, pilingi, lakierowanie... Obróbka powierzchni wołającej o renowację.

Dla facetów spa to S ex
                             
                             P apierosy

                 A lkohol

Czym jest spa dla autorów tej oto wielkopowierzchniowej reklamy nie wiem...



Poddaję się.

Dla ułatwienia dodam, że jednym z efektów pobytu w tym przybytku jest porośnięcie fioletowym bzem...



niedziela, 28 października 2012

Moje wizje

I

Wizja jeden: parę dni temu w szkole. Dzwonek. Szukam na planie, gdzie ja to akurat idę, jaką klasę będę torturował etc. Rzut okiem na siatkę, gdzie krzyżują się klasy, sale, nauczyciele. 

- Ok, IIIe - mówię pod nosem i łapię dziennik, klucz, zestaw podręczników na odpowiednią lekcję. 

Podchodzę z kluczem do drzwi sali i... śmiech uczniów, bo... to zły klucz i zła klasa na mnie czeka. Oczywiście zrzuciłem wszystko na karb roztrzepania i wczesnej godziny (cóż, dzień będzie trwał dalej, a moje roztrzepanie nie mija raczej...). 

Wracam do pokoju nauczycielskiego, wkurzony rzucam okiem na plan, a tam... Mam lekcję, ale nie z IIIe tylko z IIe. Mój słabnący wzrok (lewe oko tak naprawdę) sprasował jedną kreskę. 

To może się śmieszne wydawać, ale dużo gorzej jest, gdy coś piszę ręcznie - z lewej strony kartki literki są zamglone i mają delikatną poświatę, a im bliżej im do prawej, tym lepiej i normalniej wyglądają. 

Ciekawe, jak to jest z moimi bliźnimi? Niech lepiej unikają stawania po mojej lewicy...

Cóż, w listopadzie pewnie będę paradował w jakichś trendi-okularach.

II

Monitor. Miał już 6 lat i od dłuższego czasu pracował w regularnych cyklach jaśniej-ciemniej-jaśniej. Aż przyszedł dzień, gdy zaczął gasnąć sam z siebie, tracił swoją monitorową przytomność. Taka metafora ludzkiego losu niemal mi wyszła.

Na dobre go wzięła agonia, gdy Żona MUSIAŁA rozwiązać test dotyczący terroryzmu (!!!) Zmusiły ją do tego obowiązki szkole, więc MUSIAŁA przedrzeć się przez 50 (!!!) stron poważnie i niemal encyklopedycznie traktujących zjawisko, by przejść do testu, którego przerwać nie wolno, bo (bo co? bomba wybuchnie?) nie zaliczy się całego tzw. e-learningu.

Tak więc Żona czytała o różnicach między terroryzmem lokalnym a regionalnym w międzyczasie walcząc z umierającym monitorem, którego co i rusz trza było reanimować.

No ale świat zyskał kolejnego eksperta, a szkoła Żony być może będzie umiała się znaleźć w razie ataku lokalnej grupy eko-terrorystów na przykład...

III

Przychodzi do mnie list z Bardzo Ważnego Ministerstwa lub Instytucji. WAŻNE stoi nasmarowane na kartce. A tam informacja, że od listopada zostanie wyłączony sygnał analogowy w mojej miejscowości i okolicy. 

Cóż, w salonie telewizyjnym  teścia stoi nowoczesny plazmatyczny twór odporny na zmianę sygnału, ale w naszej części domu żegna się już z nami stary klasyczny bryłowaty telewizor, do którego mamy podczepioną połamaną antenę analogową. 

Niczego nie złapiemy. Żadnego cyfrowego sygnału. Odcięcie od świata nastąpi za tydzień niemal. Dekodera nie ma co kupować, bo nie dostroimy niczego niczym - Synek kiedyś połamał oryginalnego pilota, bo taki kolorowy był i dużo guziczków kolorowych wszędzie

Od dwóch lat więc przełączaliśmy kanały ręcznie - tak, wstając z kanapy (co za upadek cywilizacji!), a dwa dokupione, ponoć uniwersalne, piloty, nie potrafiły nawiązać współpracy z telewizorem. Podejrzewam, że prędzej kosiarka do trawy dostroiłaby się do pilota niż nasz odbiornik...

Tak więc cisza w eterze nas czeka. I tylko Synek się cieszy, że do rozbrojenia dostanie antenę i, broń Boże, telewizor...


środa, 24 października 2012

"Werter lubi dzieci" -

mówię rok w rok, charakteryzując postać wykreowaną przez Goethego.

- Lubił dzieci... - za każdym razem słyszę gdzieś z kąta sali lekcyjnej podobny podszyty żenującym poczuciem humoru śmiech lub, na szczęście częściej, ironiczne chichoty. No nie zdarzyło się, by było inaczej.

Podobnie rzecz się ma w przypadku bohatera "Starego człowieka i morze" - Santiago, który "lubił młodego Manolina i wtajemniczał go w pracę rybaka."

To tylko czubek góry lodowej. Przerażający jest fakt, że obrzydliwe zboczenie, jakim jest prawdziwa pedofilia, zatacza tak szerokie kręgi, że wystarczy odrobina czulszego gestu, jakimi obdarzymy dziecko, by już albo być podejrzanym o podejrzane zachowanie, albo czuć wewnętrznego policjanta, który zacznie gwizdać na alarm, gdy właśnie taki gest zechcemy wykonać.

Parę lat temu koleżanka opowiadała mi o swojej koleżance, która w USA pracowała jako opiekunka na koloniach czy na jakimś obozie. Coś w ten deseń - czujecie, kilku dorosłych pilnuje, by stado rozwrzeszczanych dzieciaków nie rozniosło w drzazgi pobliskiego lasu.

Dziewczyna jakoś tak bliżej zaznajomiła się z małą, nieco nieśmiałą dziewczynką. Gdy turnus dobiegał końca, nasza bohaterka własnoręcznie zmajstrowała z kilku rzemyków plecionkę - taką kolorową, żyłkową,  bransoletkę. To miał być prezent dla tej małej. 

I czym się sprawa skończyła? Dziewczyna dostała oficjalną naganę od kierownictwa obozu za zbytnie, graniczące z nieprzyzwoitością, spoufalanie się z podopiecznymi.

Ciekawy głos zabrał kiedyś biskup Antoni Długosz, który wiele lat pracował (i pewnie wciąż pracuje) z dziećmi:

Kto deprawuje dzieci? Dorośli! Kto wymyśla różne dewiacje seksualne? Dorośli. Doszło do tego, że gdy pojechałem do Chicago, kolega mnie przestrzegł: 'Jak pójdziemy do szkoły, a dzieci się będą chciały do ciebie przytulić, to ręce w górę i uciekaj'. Powiedziałem, że bez przesady, nie ma mowy. Ja będę się zachowywał tak jak w Polsce. Nikt mi nie będzie imputował dewiacji. Nie będę dzieciom bronił, żeby się do mnie przytulały, o nie. Niech sobie dorośli o mnie myślą, co chcą, kicham na to. Przecież ja jestem dziadkiem tych wszystkich dzieci.

I niech się wypchają wszyscy mający robaczywe myśli! Tak mi przyszło do głowy, gdy prasę zalewały "sensacyjne" doniesienia o "hańbiących godność" otrzęsinach w jakiejś salezjańskiej szkole....

Ciekawe, co by się stało, gdyby mój telefon, do którego gubienia mam tendencje, znalazł się w niepowołanych rękach? A co w tym telefonie? Kiedyś Tymek oblał się cały Tymbarkiem. Lato było, a on cały - koszulka, spodenki, sandały w klejącej cieczy.

Rozbieram go, a ten fruuuu! I już go nie ma. Uciekł do sypialni naszej i zaczął wchodzić do kołdry, czyli wciskać się w poszwę. To była kiedyś jego ulubiona kryjówka, w której udawał ducha.

Dogoniłem go i wywabiłem stamtąd obietnicą jakiegoś ciastka czy cuś. A więc wychodzi nagi jak go Pan Bóg stworzył i pyta:

- Tata, a masz telefon?
- Mam, a co?
- Zrób mi zdjęcie - mówi i zaczyna skakać po łóżku i tarzać się w poduchach.

Strzeliłem kilka fotek. Poszedłem po ciacho, a ten miał się ubrać w przygotowane rzeczy. Po drodze do kuchni wpadłem na to, że nie wybroniłbym się przed żadną prokuraturą lub opinią publiczną...

Ale to jeszcze nic.

Mój kumpel ma dwie córki. Jedną, sporą już przedszkolaczkę, dzień w dzień usypia kładąc się przy niej w łóżku i czytając książkę. Gdy dziewucha jest jeszcze niezbyt gotowa na sen, wariują, łaskoczą się, a kumpel robi jej (przepraszam, ale nie wiem, jak to określić) "pierdziocha", czyli pod ciśnieniem dmucha jej po brzuchu, po plecach, gdzie popadnie... Młoda śmieje się do łez, ale potem błyskawicznie opuszczają ją siły i zasypia natychmiast.

Jednego wieczoru dziewczynka mówi do taty:

- Tata, a zrób mi tak buzią na dole. Wiesz, tak jak zawsze...

piątek, 19 października 2012

...sięniewyspałem...

Nie wiem, jakie paskudztwo mnie dopadło, ale dorwało się również do Córy, która kaszle teraz, zakatarzona na potęgę. Ale od początku - 

- w poniedziałek idę do mojej kochanej lekarki (dobrze się kojarzy, bo dzięki niej mam L-4) i pokazuję gardło. 

- U, zaczerwienione, migdały obrzmiałe, ale chyba jeszcze za wcześnie na antybiotyk, więc damy coś objawowego. 

No i dostałem. Noc z poniedziałku na wtorek średnio przespałem, bo gardło bolało, a ja, naiwny, myślałem, że lek nie zaczął jeszcze działać. Rano jak ogłuszony chodziłem. Wata w głowie. Czas reakcji na bodźce wszelakie opóźniony do granic możliwości. Kawa nie smakuje. Nic mi nie pasuje, a telewizja śniadaniowa mi nie służy - jestem tak rozbity, że nie rozumiem jej przekazu. 

Noc z wtorku na środę dała mi sporo do myślenia. Dała mi na siłę, bo prawie całą noc turlałem się w łóżku. Z lewego boku na prawy. Z pleców na brzuch. Spałem z głową w nogach i z nogami w głowach. Wierciłem się, kręciłem, wstawałem z łóżka i kładłem się znowu, licząc naiwnie, że przywołam sen. Zegarek wskazywał kolejno 00:14, 01:34, 02:03, 03:45, 04:30 etc...

Z reguły sypiam dobrze, ale teraz? O co chodzi? Cały rozmazany dzień o tym starałem się myśleć. Mam jakieś wyrzuty sumienia? Psycha mi siada i nie daje mi zaznać leczniczego snu? Nic nie wiem.



Z środy na czwartek było jeszcze gorzej - TRZECIA  z rzędu nieprzespana noc! Nawet nie wiem, jak to opisać, bo w języku żyjących nie ma na to nazwy. Ale coś mnie podkusiło i przeczytałem ulotkę lekarstwa, które trzy razy dziennie łykałem.

Skutki uboczne - senność lub bezsenność.  

No więc wszystko jasne! Od trzech dni łoiłem specyfik pobudzający, który gardła mi nie wyleczył, ale dał niepowtarzalną okazję do przemyślenia wszystkich wyborów życiowych od czasu pierwszej komunii...

Wczoraj poszedłem drugi raz do lekarza i dostałem stary dobry antybiotyk.

Śpię.

Zero snów. 

Uffff

wtorek, 16 października 2012

Co to jest tarta?

W niedzielę się rzecz dzieje. Pytam Synka:

- Zjesz z rodzicami obiad?
- Nie!
- A wiesz chociaż, co będzie?
- Nie wiem. Powiedz.
- Tarta.
- Fuj! Nie lubię!
- A co to jest?
- Taka bułka!

No więc my z Żoną mieliśmy wspaniałą tartę warzywną:




A Synek się upajał kluchami, jakie zostały od wczorajszego obiadu:




Odpada więc argument, że dzieci chętniej jedzą coś, co nie wygląda jak ślimaki pozbawione skorup...

PS

A tak w ogóle to chorzy jesteśmy i walczymy z grypą....


sobota, 13 października 2012

Syn zna ojca swego

Dziś piękna pogoda się trafiła. Pierwsza połowa października spędzona w ogrodzie. Grabienie liści, kosiarka, sekator. Tymek pomaga jak może, czyli wariuje z grabiami, łopatami etc.

Teściowie wychodzą przed dom, by posprzątać i przystrzyc krzewy trzmieliny. Tam tradycyjnie lądują śmieci przechodzących ludzi, papierki, ogryzki, zgniecione puszki po piwach... Syf po ludziach ten cały.

Tymek rzecz jasna pomaga. I oto skutek tej pomocy:

przybiega i woła:

- Tata, mam dla ciebie prezent!

I pokazuje mi coś takiego. 
    




Plastikową butelkę po wiśniowym napoju wyskokowym. A w środku gałązka jedna smętna.

- Dzięki, synek - mówię. - Piękne to...
- Tak. Jak tylko to zobaczyłem, to pomyślałem o tobie.
- Super...
- I będziesz mógł to zabrać w poniedziałek do szkoły...



piątek, 12 października 2012

Zaczęło się

Dziś odbieram Synka z przedszkola. Młody podbiega do mnie i mówi rozpromieniony:

- Tata, wiesz co? Ta Nikola chyba mnie kocha na zawsze!

czwartek, 11 października 2012

Postnoblowski szort


Wiadomością dnia jest oczywiście Nobel dla chińskiego pisarza Mo Yana.

Rzecz jasna, ja głupi, nie wiedziałem, kto zacz, ale natychmiast poinformowałem o laurach kolegów po fachu.

- A to kto jest? Prozaik? Poeta?

- Powieściopisarz - czytam z monitora. - Autor takich powieści jak "Obfite piersi, pełne uda" i "Kraina wódki."

- Nie znam - mówi kolega - ale chociaż tytuły ma fajne...

środa, 10 października 2012

Ucho uwarunkowane genetycznie

Omawiam "Chłopów" aktualnie. Powieść jedną z lepszych, w sumie noblowski utwór, więc jest o czym rozmawiać. Ostatnio niemal co lekcję przypominam:

- Wyobraźcie sobie dzisiejszego młodego twardego gościa, co to chodzi po osiedlu w bluzie z kapturem i powtarza sobie pod nosem, że jest bogiem. Wyobraźcie sobie takiego mocnego blokersa. Jemu się wydaje, że ma ciężkie życie. Kurde! Miesiąca by w Lipcach Reymonta nie wytrzymał! Tam to byli twardziele - taki Kuba. Facet sobie nogę odrąbał bez znieczulenia, bo się do szpitala bał iść!

No i potem następuje poważna część lekcji, gdzie tłumaczę i wskazuję wszystko, co jest istotne etc. Między innymi biologizm, w jaki Reymont zapędził bohaterów.

- Antek Boryna był porywczy, bo jego ojciec był porywczy! Jagna była gorącokrwista i łaskawie na chłopaków patrzyła, bo jej matka taka właśnie była. Czysta biologia i geny. Dziedziczenie!

Tak tytułem wstępu.

Wracam dziś do domu. Synek wraca z przedszkola. Tematem tygodnia jest piątkowy ślub wychowawczyni Tymka. Dzieci w grupie ponoć mocno przezywają, bo i do kościoła pójdą, i laurkę wielką mają zrobić, i ryżem rzucać może...

- Musimy, Tymku, jeszcze kwiaty dla pani kupić - mówi Żona.
- Mama - prostuje Synek - Nie musimy.
- A dlaczego?
- Bo mama Wojtka kupi kwiaty dla wszystkich.
- A ty skąd o tym wiesz?!
- Podsłuchiwałem - oznajmia Tymek i tłumaczy, że dotarło do jego uszu, jak druga z wychowawczyń tłumaczyła tę kwestię jakiemuś dziecku.
- Znowu podsłuchiwałeś?
- Znowu.

Cóż... Nic nie ginie, myślę sobie.

W podstawówce, gdy żeńska połowa mojej klasy znowu się podzieliła na zwalczające się frakcje - jedna wolały Depeche Mode, drugie New Kids on the Block - często byłem wykorzystywany do "zbierania informacji." 

Podchodziła do mnie taka Kaśka czy Karolina z prośbą o to, bym podsłuchał, o czym rozmawiają i kogo obgadują aktualne nie-przyjaciółki.

Byłem szpiegiem.

Cenionym...

niedziela, 7 października 2012

Myśl na nowy tydzień...

Końcówka wiersza Adama Mickiewicza "Nowy Rok":


Chciałbym we śnie, z którego nic mię nie obudzi. 
Marzyć, jakem przemarzył moje młode lata: 
Kochać świat, sprzyjać światu - z daleka od ludzi. 




Obrazek z Sieci

PS

Jesień pokazuje pazury...

piątek, 5 października 2012

Urywki ostatniości IX

I

Powiało wczoraj. Mieliśmy kolację przy świecach, bo prąd wyłączyli i 2 godziny unplugged żyliśmy. Ja pamiętam takie historie z dzieciństwa, bo stopnie zasilania odcinały całe dzielnice od energii. Pamiętam te ciemności, w jakich pławiła się moja ulica.

Pamiętam, jak zamykaliśmy się z braćmi w kuchni i rzucaliśmy się w mroku kapciami.

Niejedno podbite oko potem...

II

Przedwczoraj Żona do mnie:

- Nie jedz tych grzybów. Jesteś ojcem rodziny.




wtorek, 2 października 2012

Dzień grozy

Rano zawożę Synka do przedszkola. Worek z czystymi rzeczami spakowany. Chomik-zabawka na drogę i by się kolegom pochwalić, a może bardziej pani. Kurtka, sweter. Jazda!

Potem do szkoły. I już wysiadając z samochodu, pomyślałem sobie: "No ładnie jestem dziś zakręcony. Telefonu nie wziąłem z domu i bez papierów jechałem..."  Ładnie się październik zaczyna!

Bez telefonu jak bez ręki. Nie mam zegarka, więc wszystkich wszędzie pytałem, ile jeszcze do końca lekcji lub kiedy się skończy przerwa. Aj, niewygodne to.

Zahaczając o przedszkole, wracam do domu i spodziewam się znaleźć telefon pod poduszką, gdzie ostatni raz widziałem do rano. Nie ma! Biorę komórkę Żony i dzwonię, licząc na to, że gdzieś się odezwie znajomy sygnał (gdy dzwoni Żona, brzmi ta melodyjka ), ale jest cicho, przerażająco cicho...

- Ty idioto! - wołam do siebie - Nie włączyłeś dźwięku w telefonie. Teraz możesz sobie szukać.

Cały dom przekopany. Każde pomieszczenie! Podejrzewałem już dzieciaki - głupi kawał lub odruch naturalny, by coś schować między zabawkami. Przesłuchiwane dzieci nie przyznają się do winy.

Samochód też prześwietliłem. Boże, ile w nim śmieci...

Wieczór nastał, więc pogasiłem wszystkie światła. Dzwoniłem, licząc na to, że rozbłyśnie gdzieś jego ekranik...

Nic! 

Taka strata! Zdjęcia z wakacji, pomysły na imiona piratów, projekty sprawdzianów, wzór na perpetum mobile, najbłyskotliwsze teorie filozoficzne ostatnich dekad, przepis na niezawodne lekarstwo na katar... Wszystko ta miałem.

Nawet Teściowa włączyła się w poszukiwania, ale musiała dać za wygraną, chociaż parę dni temu bezbłędnie zlokalizowała telefon Teścia.

Poszedłem spać zrozpaczony. Zdołowany. W żalu nieutulonym... Jaki to wszystko ma sens teraz? Nawet "M jak miłość" nie obejrzałem w ramach depresji.

Dziś odwożę Synka do przedszkola. Mam ciut inne zmartwienia - Tymek przyznał się, że czasami nie je śniadania, gdy jest coś, co mu dziwnie smakuje. Załamał mnie tym, bo wtedy nic nie je od rana aż do 14, gdy mają drugie danie (wcześniejszej zupy jeszcze NIGDY nie zjadł). A czasem nawet drugiego nie raczy spróbować, gdy "dziwnie wygląda."

Synek zdejmuje kurtkę. Ja wieszam ją na na wieszaku, na którym od wczoraj dynda sobie worek z rzeczami. A co mi tam, myślę, i zaczynam obmacywać worek... Coś twardego i klockowatego. Nie, to niemożliwe...

Telefon. Mój. Nie miał wyłączonego dźwięku! 32 nieodebrane połączenia z telefonu Żony! Plus sms o treści: "Chcesz mnie poznać? Wysyłam Ci darmową fotkę. Wyślij wiadomość pod numer..."

PS

No to chyba dziś obejrzę powtórkę "M jak miłość."




poniedziałek, 1 października 2012