niedziela, 30 września 2012

Wypalenie

Odkąd dzieciaki są z nami na tym łez padole, upadł zwyczaj słuchania muzyki "na cały regulator", darcia się do wyimaginowanego mikrofonu lub gry na niewidzialnej gitarze. Po prostu nasz "soundsystem" stoi w pokoju, gdzie młode mają swój plac zabaw, a w nocy śpi tam Córa.

Nie posłuchasz sobie, gdy dwójka dzieciaków albo krzyczy, albo żąda natychmiastowej uwagi, albo jedno i drugie + "Tato, przestań się wygłupiać. Grzebień to nie mikrofon!"

Ale w końcu nie wytrzymałem i zainstalowałem w odtwarzaczu "Twin Shadow" i ich longplay z tego roku pt. "Confess" wydany przez legendarne 4AD.

Płytę, która przenosi moją duszę utęsknioną do czasów "bogatych" aranżów lat 80. Do przestrzeni, które odwiedziłem jako nieświadomy słuchacz radia nadającego na przykład Billy Idola i tym podobnych nieśmiertelnych...

Nie lubię tu pisać o muzyce, bo wydaje mi się to najbanalniejszym sposobem tłoczenia kolejnych postów, ale ...

Co ja tu dużo gadam. Proszę posłuchać i spróbować nie tańczyć...

piątek, 28 września 2012

Będzie bezpieczniej

Zbieram dziś ostatnie pieniądze, które moi uczniowie przynoszą mi "na ubezpieczenie."

Na biurku ląduje kasa, ja odhaczam ostatniego delikwenta i mówię:

- No to od poniedziałku jesteś ubezpieczony.

Chłopak na to:

- To dobrze. W poniedziałek rzucamy oszczepem.

środa, 26 września 2012

Dance & macabre

Koleżanka zmęczona nadzwyczaj mówi, że jest wypompowana po... ZUMBIE.

- Zumba - tłumaczy - takie ćwiczenia. Połączenie elementów różnych tańców latino z aerobikiem. 

- Zumba, zumba... - obracam w ustach to przedziwne słowo - I jak ci szło?

- Nie najgorzej. Wcześniej tańczyłam salsę, więc szybko chwytam, o co chodzi...

Wyobraźnia zaczyna mi pracować.

- A pomyśl - prowokuję - gdyby tak inne tańce sprowadzić do poziomu zumby? Na przykład polonez fitness? Chyba bym się zapisał...

***

Tego samego dnia wpadliśmy w pokoju nauczycielskim w bardzo nostalgiczny nastrój. Wspominaliśmy, jak były urządzone onegdaj klasopracownie różne. Najśmieszniej było chyba w sali biologicznej, gdzie obowiązkowo musiał znaleźć się model układu kostnego człowieka, krótko mówiąc - kościotrup.

To był chyba najbardziej sponiewierany element wyposażenia. A to mu (kościotrupowi)  ktoś   kiedyś podpaskę między kości udowe włożył, a to papieros między szczęki, a to swastyka na czole.

- W mojej podstawówce szkielet z klasy biologicznej regularnie, miesiąc w miesiąc, tracił po jednej kości - mówię - A to mu ktoś żeberko zabrał, a to palec ułamał...

- Normalnie osteoporoza - kwituje koleżanka.

wtorek, 25 września 2012

Heterotelia

Trudne słowo na dziś. Od  czasu do czasu wszyscy jej doświadczamy.

Czym jest heterotelia? Jest to rozbieżność pomiędzy naszymi zamiarami, szlachetnymi pobudkami, a tym, co faktycznie, chcąc nie chcąc, osiągamy - czyli klapą.



Chcemy dobrze, wychodzi jak zawsze albo i gorzej...

Jak to było u mnie dzisiaj?

Parę tygodni temu zgodziłem się na ochotnika przeczytać bajkę w przedszkolu Synka. W jego grupie, wszystkim Leśnym Misiom. Wybrałem wczoraj książeczkę i lekko stresując się okolicznościami (nigdy nie przemawiałem do przedszkolaków), pojechałem po pracy do przedszkola.Przezornie przebrałem się wcześniej, bo w szkole miałem na sobie koszulkę z trupią czachą...

Otwieram drzwi, Tymek mnie widzi i już oczy powlekają się łzami.

- Tata, do domu!

Pani opanowała sytuację. Usiadłem na fotelu, otoczyła mnie grupka wpatrzonych jak w obrazek dzieciaków (w końcu jakiś facet w ich krainie!), zaczynam czytać/opowiadać o Zuzi i jej kocie Mruczku.

Dzieci w większości słuchają, obserwują ilustracje, ale Tymek (zna tę bajkę) rozwiązuje mi sznurowadła. Czekam na eksplozję...

Kończę czytać, dzieci mnie przytulają, dziękują, Tymek wyje:

- Do domu!!! Do domu!!!

Pani szybko rzuca pomysł, żeby cała grupa wyszła na plac zabaw, ja się ewakuuję.

Chciałem dobrze, wyszło do dupy...

A jeszcze 15 minut wcześniej dzieciaki  śpiewały Tymkowi 100 LAT,  a koleżanki z grupy go całowały, bo Synek ma dziś urodziny.

I co? Można mieć spieprzone urodziny? Można. Nawet mając je dopiero 4 raz w życiu...


sobota, 22 września 2012

Urywki ostatniości VIII

Się porobiło. W czwartek wracam ze szkoły. Teściowa czeka z nie najlepszą wiadomością - był telefon z przedszkola.

- Pewnie temperaturę dostał wysoką - strzelam, bo ostatnio coś Tymek kaszlał i noc miał ciężką.
- Nie. Wsadził sobie koralik do nosa, potem chciał go wydłubać, krew mu zaczęła lecieć...

Wszystko więc jasne - Żona pojechała z nim natychmiast do ośrodka po skierowanie, potem 20 km do poznańskiego szpitala. Po drodze ZERO objawów, że cokolwiek się dramatycznego stało. Nic. Młody rozgadany i pobudzony. Ja, w domu, czekając na jakąkolwiek informację, niemal palpitacji serca nie dostałem.

W szpitalu laryngolog stwierdziła, że ABSOLUTNIE niczego nie widać - ani w nosie, ani w uszach. A poza tym Tymek ma straszny katar, więc przez te wszystkie śluzy nic by dalej nie przeszło. Najprawdopodobniej więc dłubał sobie w nosie, bo MYŚLAŁ, że coś mu tam wpadło i się zaczęło nagle panika, gdy rozorał sobie paznokciem coś.

- Przez całe 4 lata ani razu niczego sobie nie wpakował - mówi Żona - ani do nosa, ani do ucha. Niczego nie połknął. Myśleliśmy, że już wyrósł z tego...

- Proszę pani - odpowiada lekarka - my tu mamy nawet dwunastolatki mamy. Z tego się tak szybko nie wyrasta. A możesz mi powiedzieć, jak to sobie zrobiłeś? - zwraca się do Tymka.

Młody był w formie, więc odpowiada:

- Żadnych pytań więcej! Mamo, wychodzimy!

***

We wtorek, trzymajmy się, zdecydowałem się przyjechać po pracy do przedszkola Młodego i przeczytać całej grupie jakąś bajkę.

Chyba morał będzie taki: Nie wolno wpychać sobie niczego do nosa!

***

Muszę pomyśleć o okularach. Stoję w sklepie. Mięsem wypchana lodówka. Czytam:

"PODLUDZIE kurczaka" zamiast banalnego "Podudzia..."

piątek, 21 września 2012

Silnia

Siłownia. Nie wspominam tego miejsca zbyt dobrze. Na drugim roku studiów układ zajęć zmusił mnie, by wychowanie fizyczne realizować podnosząc ciężary, szarpiąc się z hantlami i jeżdżąc na rowerze donikąd.

Bywało zabawnie, gdyż większość czasu udzielałem się w kółku dyskusyjnym, które powołaliśmy do życia w wyżej wymienionym miejscu. Ale było też kiepsko, gdy w ramach zaliczenia trzeba było "wycisnąć" wrzuconą sztangę ważącą 50 kg.

Odpadłem. Nie dałem rady, ale semestr i tak zaliczyłem.

I w tym miejscu mój kontakt z siłownią się urywa. Zresztą z bywalcami siłowni mi też nie po drodze. Jakoś tak światopoglądowo nie jesteśmy kompatybilni...

Ale do rzeczy!

Wchodzę dziś do dużego sklepu. Szukam czegoś na obiad. Przy okazji wertuję prasę, bo warto wiedzieć o najnowszych aferach. Nagle przeszywa mnie wzrok dżentelmena z okładki pisma KiF, czyli kulturystyka i fitness. Mój żywy wyrzut sumienia wrzeszczący:


CO ZROBIŁEŚ ZE SWOIM CIAŁEM!!!
 GDZIE TY MASZ MIĘŚNIE?!
 RUSZ SIĘ SPRZED KOMPUTERA!!!

Musiałbym mu przyznać rację, ale ja się przynajmniej nie boję kurczaków...





środa, 19 września 2012

Na poważnie

1930-1973


Ten jegomość na fotce powyżej to Ota Pavel. Czeski pisarz, dziennikarz sportowy, imający się różnych zajęć syn Żyda i rodowitej Czeszki. 

Człowiek, którego los wzrusza mnie za każdym razem. Człowiek zmiażdżony w osobliwy sposób przez makabryczną historię Europy Środkowej. Autor zaledwie 3 krótkich tomów prozy wspomnieniowej, dzięki którym na trwale trafił do gwiazdozbioru niezwykłych prozaików czeskich.

Jego historię przypomniała mi książka "Praski elementarz" autorstwa Aleksandra Kaczorowskiego. Książka świetnie opowiadająca o losach pisarzy wplecionych w migotliwą i momentami obrzydliwą materię XX wieku. Haszek, Hrabal, Havel, Skvorecky, Pavel...

Jego dwaj bracia i ojciec (Żydzi) zostali wywiezieni do obozów koncentracyjnych, ale (tu uwaga!) wszyscy wojnę przeżyli! To podobno jedyny taki przypadek w historii II wojny światowej. Sam Ota był za mały, by trafić do obozu, więc przeżył kataklizm u boku matki-Czeszki. 

Po wojnie na krótko trafił do kopalni, potem zakotwiczył się w redakcji sportowej Czechosłowackiego Radia, trenował młodzież. Groza wróciła, gdy Pavel wyjechał do Austrii, by relacjonować IX Zimowe Igrzyska Olimpijskie. 

Patrząc z boku, wyglądało to tak: Pavel po prostu wysiadł z autobusu wracającego do Czech i... "zobaczył pewnego pana jako diabła w całej okazałości, miał rogi, kopyta, sierść i wiekowe spróchniałe zęby." Potem poszedł w górę nad Innsbruckiem, żeby podpalić zabudowania wiejskie. "Byłem przekonany, że taka jasność rozproszy mgłę. Wyprowadziłem już krowy i ogiery ze stajni, żeby nie spłonęły, kiedy dopadła mnie policja. Założyli mi kajdanki i poprowadzili w dolinę. Wymyślałem im, zdarłem z nóg buty i szedłem po śniegu jako Chrystus, którego prowadzą na krzyż."

Diagnoza - cyklofrenia, psychoza maniakalno-depresyjna z elementami schizofrenii. 

Zaczyna się leczenie psychiatryczne. Pacjent poddany jest terapii, bardzo specyficznej - ma cofnąć się w czasie do najszczęśliwszych momentów życia i spisać swoje wspomnienia. 

Tak powstają „Śmierć pięknych saren” i „Jak spotkałem się z rybami.” Przecudnej urody wspomnienia z dzieciństwa Pavla. Proza całkowicie autobiograficzna. Ciepła, idylliczna, pełna nienachalnej poezji, czaru i wdzięku. Zapis najczystszych i upojnych chwili młodości, gdy największym zmartwieniem było... nie, nie było zmartwień.

To właśnie ta arkadyjskość, lekko przyprószona grozą hitleryzmu (o którym lapidarnie i  też dość humorystycznie traktuje narrator), oczarowała mnie i tysiące innych czytelników. 

Czytałem esej poświęcony Ocie Pavlowi w szkole, na dużej przerwie, w gwarze i chaosie kłębiących się głosów. Ale gdy dotarłem do fragmentu, który zacytuję, poczułem się, jakbym dostał odłamkiem lodu prosto w łeb. Ścięło mnie. Zamurowało. Zdruzgotało.

Dlaczego Pavel oszalał?

"Ota mawiał: Mój mózg się zaciął, jak gdyby zeszła na niego cała mgła z Alp. Ale to przyszli tylko niemieccy kibice hokejowi. Wrzeszczeli jak opętani, jak to już Niemcy robią na całym świecie, bo inaczej nie potrafią. Ota, który siedział obok nich, w jednej chwili usłyszał wrzask gestapowców, którzy wpadli do nich do mieszkania., Hitlera, jak wrzeszczał w radiu, i zobaczył wszystkie te okropności wojny, które spotkały jego rodzinę." 

Słowa te spisała dawny uczeń Pavla ze szkółki hokejowej.  

Pavel zmarł, nigdy nie otrząsnąwszy się z obłędu.

Moja Żona po lekturze tego fragmentu długo nie mogła dojść do siebie. W czasach, gdy anuluje się podział na Katów i Ofiary, na Złych i Udręczonych przez Zło, na Napastników i Obrońców, zacytowane słowa mogłyby "źle" świadczyć. 

Mogłyby nie być "poprawne", rozważne i wyważone. Mogłyby zakłócać "dobrosąsiedzkie" stosunki etc. Mogłyby szkalować Niemców. Podkopywać wspólne budowanie Jutra. 

Cóż... mnie już jakoś się dziwnie zrobiło, gdy na jakimś kolejnym uroczystym rozpoczęciu roku szkolnego Ważna Osoba powiedziała, że 1 września to również smutna rocznica, ale pamiętajmy, że to nie Niemcy dopuścili się tych okropieństwa, tylko "źli ludzie." "Źli ludzie..." Taaaa.......

Ale z drugiej strony słyszałem gdzieś cichą, niemedialną wypowiedź dziadka, który przeżył wojnę:

"Proszę pana, ja w czasie wojny nie słyszałem języka faszystowskiego. Nie strzelali do nas żołnierze mówiący po hitlerowsku. Mordowali nas ci, którzy mówili po niemiecku..."

Tu urwę...





wtorek, 18 września 2012

Czerwony smok

Dziwne akcje wczoraj. Rano Kalina znalazła swojego starego czerwonego smoka, wcześniej kompletnie zmasakrowanego na okoliczność rosnących zębów trzonowych. Smok, ten silikonowy dziubek, pogryziony, podziurawiony i... o zgrozo! Brakowało końcówki!



Wpadliśmy w panikę, że Młoda tę końcówkę po prostu pożarła. Nic wesołego, chociaż - "łatwo weszło, łatwo wyjdzie" - jak mawia moja znajoma o pochłoniętych przez dzieciaki przedmiotach.

Noc kiepska. Mała późno poszła spać. W nocy wojowała. Płakała. Ale żadnej temperatury, nic niepokojącego. Po prostu szaleństwa ząbkującego dziecka.

Dziś zdradzam uczniom powody słabszej kondycji intelektualnej - nie mogłem się wysłowić, zebrać mysli, zadawać sensowych pytań.

- Wiecie, przygody z dzieckiem - zaczynam - Córa wczoraj odgryzła kawałek smokach chyba...

- YEAH! - odzywa się głos z sali - Wiedziałem, że one istnieją!

poniedziałek, 17 września 2012

Masz wiadomość i nie masz wiadomości


W klasie pierwszej liceum, którą mam zaszczyt uczyć według nowej (pfu!) podstawy programowej zacząłem ostatnio wałkować ścinki filozofii, jakie umieszczono w podręczniku. Coś tam Platon, idealizm, co znaczy filozofować w ogóle? 

Lekcja szła gładko do czasu - zadałem pracę domową. Rozpracować filozoficznie właśnie banalne codzienne zjawisko. Drzemkę na przykład lub (tu jestem z siebie zadowolony) zabłąkanego sms-a. 

Cóż to oznacza - dostać wiadomość skierowaną do innej osoby? Co nam to mówi o życiu? O nadawcy? O roli przypadku lub o rozmijaniu się naszych oczekiwań z efektami naszych zamiarów. Rozpisali się młodzi - raz intensywnie, innym razem mniej.

A mi przy okazji przypomniały się dwa nietrafione sms-y, jakie onegdaj przyjąłem. 

Pierwszy brzmiał: Bożena, kup gazetę!

Drugi był o wiele bardziej inspirujący:

Widziałam Cię dzisiaj w telewizji! Pięknie wyglądasz w ciąży!

Autentyk!

Na pierwszy nie odpisywałem, na drugi mniej więcej tak:

Mam na imię Tomek i nie jestem w ciąży. Ale moja żona akurat jest i też pięknie wygląda.

Sam niestety też popełniłem "przypadkowego" sms-a. Parę lat temu, na przełomie listopada i grudnia walczyłem z potężną depresją. Na tyle silną, że wystukałem Jaki to wszystko ma sens? i puściłem pod przypadkowo wybrany numer. Czysto przypadkowa sekwencja liczb.

Jeśli ktoś z Was dostał tę ponurą wiadomość, przepraszam. Lepiej późno niż wcale.

niedziela, 16 września 2012

Taki (tani) program o gotowaniu

Siedzę w pokoju telewizyjnym i czytam książkę o czeskich pisarzach. Akurat rozdział o Haszku trawiłem, gdy jakoś moją uwagę przyciągnął program "MasterChef." 

Telewizja TVN zaserwowała nam show, w którym ludzie marzący o zrobieniu kariery w towarzystwie płyty indukcyjnej marnują tony żywności, by trójka jurorów mogła się na nich powyżywać się w blasku fleszy.

Jednym okiem czytam, drugim okiem oglądam. W pewnym momencie jurorka, M. Gessler, mówi coś w tym stylu:

- Jesteście nieźli. Przeszliście już dwa etapy, ale jest was wciąż zbyt wielu. Dlatego...

- ...połowa z was zostanie zjedzona - kończy za mnie Haszek, któremu nie podobało się towarzystwo komercyjnej stacji, choć sam święty nie był.

Miłego weekendu! 

Następnego...


sobota, 15 września 2012

Ten zły


Naszło mnie, gdy znalazłem w Sieci ten obrazek. Oczywiście, może to kompletnie niewiarygodna (i bezużyteczna) informacja, ale pomyślałem sobie, że w końcu znalazłem się w grupie osób będącej jakąś tam większością. Całkiem to przyjemne, przyznam. 

Potem zastanowiło mnie, dlaczego to akurat taki "zły" zwyczaj jest, skoro robi to podobno większość? 

No a na końcu  przypomniałem sobie sytuację taką oto:

Była zima. Rok temu, dwa lata temu. Nieważne. W każdym razie srogo napadało śniegu przez jedną dobę. Sypało i sypało, przestać nie chciało. Drogowców oczywiście też zasypało, co jest akurat dość typowe dla polskiej zimy. 

Koleżanka wpada rano do pokoju nauczycielskiego. Cała roztrzęsiona, bo dzień w dzień dojeżdża do pracy drogami gminnymi, drogami trzeciej lub czwartej kolejności odśnieżania. 

- Jechałam całą drogę za autobusem - opowiada -  całą drogę 30 km na godzinę. Droga fatalna. Nic nie odśnieżone. Nic! Kompletnie! Ale co widziałam! Autobus się zatrzymuje nagle. Przystanek pewnie, myślę sobie. Drzwi się otwierają, wysiada jakaś kobiecina. Zeskakuje z ostatniego stopnia i... wpada po szyję w śnieg! 

Ja (ten zły, pamiętajcie) w śmiech. Wystarczyła sekunda, gdy moja wyobraźnia przełożyła na język obrazów tę historyjkę. Sekunda i eksploduję niekontrolowanym chichotem. 

Druga koleżanka, mrożąc mnie wzrokiem, mówi lodowatym głosem:

- To nie jest śmieszne. Ta kobieta mogła dostać zawału...

Zło zostało skarcone.


czwartek, 13 września 2012

Radio Zet i RMF...

...reprezentują centrum stylowego systemu polskiej muzyki. .

Janusz Leon Wiśniewski, autor "Samotności w sieci", reprezentuje centrum systemu polskiej literatury.

Co Wy na to? Łapki w górę, kto za!


A teraz przyjrzyjmy się fragmentowi najważniejszego dokumentu, jaki obowiązuje nauczycieli. Tak zwana Podstaw Programowa reguluje to, co uczeń ma wiedzieć i umieć. A nauczyciel ma OBOWIĄZEK zrealizować jej wszystkie zalecenia.

Strona nr 45. Uczeń liceum na poziomie ROZSZERZONYM w liceum ma mieć taki rodzaj świadomości językowej, która sprawi, że będzie postrzegał styl potoczny jako centrum systemu stylowego polszczyzny, od którego odróżniają się inne style: artystyczny, naukowy, urzędowy, publicystyczny.

Czyli Doda, Kombii i  Candy Girl (język potoczny) będą centrum, od którego dopiero będą mogły odróżniać się inne style - Penderecki, Kilar, Grechuta czy Niemen...

Podziękujmy pani świętej pamięci minister Hall (of Shame) i jej pomagierom zaangażowanym w budowanie pokolenia PARAINTELIGENTÓW...

Podziękujmy od serca, po staropolsku!

środa, 12 września 2012

Urywki ostatniości VII

I się spaprała pogoda. Wczoraj jeszcze uganiałem się za Synkiem i Córą po placu zabaw, przyszło popołudnie łamane przez wieczór i...burza! Wrześniowa burza to jak na mój gust pogodowy dość osobliwe zjawiszcze.

Wczoraj pierwszy raz byłem na zebraniu u Tymka w przedszkolu. 2 godziny wycięte z życiorysu, ale w sumie trza było iść, by dowiedzieć się za co (i dlaczego tyle) płacimy.

Po powrocie Żona zaczyna przesłuchanie:

- I jak było na zebraniu? Czego się dowiedziałeś?
- Powiem ci jak było - zbliżam się i łapię ją w talii - Było dużo bardzo ładnych mamusiek... ale najładniejszej zabrakło.

niedziela, 9 września 2012

Tak się złożyło, że...

na moim tzw. fejsie dziwnie się ułożyły dwa njusy od obserwowanych stron/znajomych.

Czek dis aut!



Normalnie cywilizacja śmierci i cywilizacja życia.

sobota, 8 września 2012

Osiem nóg, to mój wróg


Tymek się kąpie. Siedzi w wannie i chlapie wodą na ściany i świeżo umytą podłogę. Tryska energią, więc decyduję się szybko skończyć te figle, sięgnąć po ręcznik, wytrzeć młodego i zapakować w piżamę. Ręka wędruje po ręcznik, rozwijam go, a z ręcznika wypada wielki wypasiony PAJĄK!!!

Może to niemęskie, ale (eufemizm!!!) nie lubię pająków i wolę nie wchodzić im w drogę, gdy nie mam przy sobie włączonego odkurzacza. 



Pająka zawinąłem z powrotem w ręcznik i wyniosłem do ogrodu. Oby już nie wrócił...

Synek też po swojemu zareagował na moje spektakularne zwycięstwo przeciwko przedstawicielowi rodziny pajęczaków. 

- Tata, ale ten pajor był duży! 
- Był, synku, był... Mam nadzieję, że więcej ich w domu nie ma.
- A ja myślałem, że mam pająka w wannie. Ale się przyjrzałem i to był tylko fifolek.

piątek, 7 września 2012

Ewentualnie fajkę

Wałkujemy ostatnio w pokoju nauczycielskim stary jak świat temat - w jakiej epoce żyłoby się najlepiej? Ktoś rzuca, że byle nie w romantyzmie, bo "chyba bym zatłukła tych wszystkich rozmemłanych facetów",
ktoś dodaje:

- W Młodej Polsce by było Ok. Ten dekadentyzm, ten absynt...
- ...choroby weneryczne - dodaję.
- Nie bądź taki mądry! Absyntem by się odkaziło. A ty kiedy chciałbyś żyć.
- Chyba bym się znalazł w wiktoriańskiej Anglii. Odprasowany surdut, służący, ewentualnie służąca, cygaro albo fajka. No i kluby tylko dla mężczyzn.



- Ależ z ciebie mizoginizm bije.
- No co ty? - spieszę prostować. - Rozejrzyj się. Mnie tu otaczają same kobiety. Same!

To duża przerwa. Około 25 kobiet mówi jednocześnie.

Poproszę cygaro!

Ewentualnie fajkę...


czwartek, 6 września 2012

Mojej wiary w człowieka nic nie jest w stanie...

Dzwoni telefon stacjonarny. Odbieram.
- Zielarnia? - męski zdecydowany głos.
- Tak - odpowiadam. Racja. Teściowa prowadzi zielarnię w budynku tuż obok. Telefon jest jeden. I dzwoni właśnie w domu. W "budyneczku" zielarni telefonu nie ma. Trzeba donosić słuchawkę.
- Czy jest kłącze (jakieś tam, nie pamiętam...) i owoc (czegoś tam, nie pamiętam...)?
- Proszę zadzwonić po godzinie 17, wtedy ta pani z zielarni będzie i się pan dowie.
- Ale zielarnia jest do 17 otwarta!
- Proszę zadzwonić po 17 - powtarzam.
- Kurwa, ludzie... - zaczyna mężczyzna.
- Proszę nie przeklinać, dobrze?! - upominam nieznajomego.
- Zamknij ryj, skurwysynu jebany!

Trzask przerywanej rozmowy.

wtorek, 4 września 2012

Dnia 4 września...

- Dzień dobry - mówię wchodząc do klasy, którą będę uczył w tym roku - Nazywam się... i wszystkie plotki krążące na mój temat są prawdziwe.

Może to i czerstwy tekst, ale nie mogę się powstrzymać. Rzadko kiedy tak mocno buzują we mnie emocje. Nowa klasa. Grupa młodych ludzi, których trzeba poprowadzić, pokazać, ukształtować, nauczyć... Napięcie jak na pierwszej randce. 

Pierwsze wrażenie zrobić. Nie zepsuć czegoś (choć i tak się psuje, po drodze, samo z siebie, gdy znika urok "nowości"). Zaskoczyć, zajść z obu flank jednocześnie. Pobłaznować.

"On tak na serio to wszystko mówi czy tylko za dużo kawy wypił?" - niech tak myślą. 


A potem do roboty - zaserwować kolejność lektur, podać zasady oceniania, podkreślić najważniejsze zasady panujące na lekcji ("Panuje tu całkowity zakaz bycia idiotą!"), poczekać parę sekund na dzwonek i wrócić do pokoju nauczycielskiego. 

Nabrać sił do spotkania z klasą, z którą znamy się od dwóch lat. 

To nasza niemal 250 randka...

niedziela, 2 września 2012

Post za LubimyCzytać.pl


Wrzesień... 

"Pierwszą nauką, jaką dała mi szkoła, było to, że niektórzy są głupi. Drugą - że inni mogą być znacznie głupsi". Orhan Pamuk

Ilustracja Kali Ciesemier.