piątek, 31 sierpnia 2012

Świętujmy więc!

Jednym z plusów pracy nauczyciela jest fakt bonusowania mnie i moich pobratymców przez przeróżne wydawnictwa i firmy żyjące z oświaty w ogóle.

Tak oto dostałem w czerwcu kalendarz, który dopiero ostatnio przejrzałem (z nudów) nieco dokładniej.



Cóż, kalendarz jak kalendarz, ale moją uwagę zwróciły święta, które ładnie urozmaicić mają nam rok szkolny.

Najciekawsze jest jednak to, jakie konfiguracje tworzą poszczególne święta. Po prostu to opiszę, komentarze same się cisną pod klawiaturę!

28 września obchodzimy Światowy Dzień Wścieklizny. Moje święto! Ale to piątek w tym roku...

20 października to Europejski Dzień Seniora i Dzień Kontrolera Ruchu Lotniczego. Ciekawe, czy ktoś może jednocześnie obchodzić oba te święta...

17 listopada przypada Międzynarodowy Dzień Studenta i Dzień bez Długów. No comments...

17 grudnia jest Dzień bez Przekleństw. Nie uda się - to poniedziałek.

23 lutego - Dzień bez Łapówki i Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją. Ktoś się może zasmucić, że nie dostał jednej?

5 marca jest Dzień Teściowej i Dzień Dentysty. Niektórych czeka pewnie doba pełna bólu...


środa, 29 sierpnia 2012

Końcowka

Sierpień. A w zasadzie końcówka sierpnia. Jeden z ulubionych momentów roku - drży lato, które powinno za chwilę ustąpić pod naporem chłodnych poranków i coraz szybszej ciemności.

W drzewach zbiera się ptactwo. Światło jest jakieś inne. Poważniejsze.

Dziś umyliśmy basen dzieciaków. Spuściliśmy z niego powietrze. Pozbieraliśmy zabawki z trawy. Ostatnie dwa piwa (Warka Radler) tych wakacji.



PS

Piwo piłem z Żoną, nie ze Snoopym...

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Ograny wątek

Wątki o nieszczęśnikach spod sklepu, menelach i ich mądrościach życiowych są tak oklepane, że aż mi wstyd pisać, ale opiszę, czego byłem naocznym świadkiem.

Idę rano do sklepu. Około 7:30. Ulicą idzie facet w wieku przedemerytalnym, lekko zaniedbany, chociaż trzyma fason. Z sąsiedniej bramy wychyla się podobnym jegomość.

Pierwszy woła:

- I jak, mistrzu, piweczko dzisiaj czy winko?!

Drugi na to:

- Glllableeaaa da!

Szybko zrozumiałem, że ten poranny bolesny dylemat rozwiązał dużo wcześniej.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Wiernych i niewiernych, oficjalnych i nieoficjalnych, komentujących i podpatrujących Kochanych Czytelników informuję, że Maszyna do Pisania obchodzi dziś DRUGIE URODZINY!!!


Brzydszej grafiki nie mogłem znaleźć, wybaczcie...


I oby ta piękna rocznica stała się przyczynkiem i motywacją do...wiecie... i tak nikt tego nie przeczyta...

PS

I jeszcze jedno - przypomniał mi się kolega z liceum, który był naprawdę nieprawdopodobnie niezdolny językowo. Cóż, stworzył swoją alternatywną odmianę angielskiego.

Razu pewnego poszedł do "odpowiedzi ostatniej szansy." Pozytywna odpowiedź oznaczała promocję do następnej klasy. Chłopak męczył się niemożliwie przy czasach, stronie biernej i słownictwie. Dostał wymęczoną mierną ocenę.

Odchodzi od biurka nauczycielki i przeszczęśliwy oznajmia:

I'M HAPPY BIRTHDAY!

piątek, 24 sierpnia 2012

On, ona i książka

- Jakie masz plany na dzisiejszy wieczór?
- Poczytać.
- A co czytasz?
- "Czarodziejską górę."
- ...acha. A będę mógł się wcisnąć pomiędzy dwa rozdziały?
- Jak trochę schudniesz...

To nie jest moja Żona, żeby nie było...

niedziela, 19 sierpnia 2012

Mistrz ciętej riposty Anno Domini 1999

Kolejny skrawek wyrwany z bezmiaru przeszłości.

Akcja dzieje się w pociągu, którym co poniedziałek jechałem do z Kalisza do Poznania. Jak zwykle cały skład wypełniony młodymi, żądnymi wiedzy (i tytułu magistra), pasażerami. Siedzę w ośmioosobowym przedziale. Ciasno, duszno, okno ledwie daje się otworzyć.

Na przeciwko mnie siedzą dwie dziewczyny i chłopak. Wybitnie rozgadane i wesołkowate towarzystwo, którego obecność może męczyć po jakimś czasie.

Dojeżdżamy do Poznania. Dziewczyny zaczynają molestować chłopaka:

- No, Adam, nie bądź taki. Możemy przyjść do ciebie dziś na kolację?

Chłopak na to:

- A co ja mam na drzwiach napisane MIESZALNIA PASZ?

sobota, 18 sierpnia 2012

Krok w stronę przepaści

Nie spodziewałem się, że mój poprzedni post wzbudzi taki odzew. Kilku osobom udało się pchnąć mnie w stronę krawędzi, za którą otwiera się otchłań swoistego ekshibicjonizmu. Zdecydowałem się więc wrzucić fragmenty większej całości, nad którą pracowałem kilka lat temu. Niby to miała być powieść, ale wyszło jak zawsze - nie wytrzymałem kondycyjnie i urwałem po jakimś czasie.

Całość miała mieć tytuł NIE NAWRACAJ SIĘ BEZ MOJEJ WIEDZY.

Nie wiem, ile jest to warte. Być może lepszy ze mnie blogger niż "prozaik." Sami ocenicie po lekturze początku pierwszego rozdziału.

PS

Co ja, kurde, wyprawiam...


piątek, 17 sierpnia 2012

Kolega z autem z makaronem na L

Wybaczcie, że nie odpisałem na żaden komentarz pod poprzednim filozoficznym postem - byłem z rodziną w Kaliszu, u Rodziców. Pojechaliśmy omówić baaardzo ważną kwestię, która mogłaby zaważyć na całym życiu mojej rodziny. Może kiedyś się ujawnię, nie teraz. Generalnie, zgryz i ostry zakręt przed nami.

Ale nie o tym, nie o tym.

Wybrałem się kiedyś na krótki spacer w górę swojej starej ulicy. W sumie zwiedzić resztki tego, czego nie pożarł czas. Obejrzeć boisko, na którym grałem całymi godzinami, obejrzeć swoją starą podstawówkę, policzyć wciąż niezałatane dziury w chodniku, olbrzymie topole, stare domy, rozsypujący się budynek polikliniki...

Taki spacer sentymentalny, gdy serce płacze, patrząc, jak przemija postać tego świata i gdzie są wszyscy ci, którzy wypełniali kiedyś tę przestrzeń krzykami, nawoływaniem, śmiechem i (czasem) przekleństwami...

Nagle z jednego z domów wychodzi mój kumpel z liceum. Wiedziałem, że tu mieszka, ale od dawien dawna go nie widziałem. Przywitaliśmy się, no i tradycyjny zestaw pytań zawisł w powietrzu - co porabiasz, jak rodzina, kogo spotkałeś ze starych czasów...


- Co u ciebie? – pytam.

- Niedawno wróciłem z Anglii… - rozwinął opowieść, jak tam się ponoć inaczej żyje, jacy inni są ludzie, jak łatwiej, jak przyjemniej. Nie został, bo tu żona, dziecko w szkole podstawowej, a tam podły klimat, deszcz, wiatr…

-  A teraz co?

- Widzisz – odwraca się i wskazuje ręką samochód obklejony fotosami świderków, rurek, wstążek, kokardek… - Makaron wożę i błagam po sklepach, by ktoś cos wziął.

-   A żona?

- W Rossmannie na kasie. Teraz tam każda dziewczyna ma wyższe wykształcenie. Tak się porobiło teraz.

- No to przynajmniej można z kimś inteligentnym w pracy pogadać – żartuję sobie gorzko, ale do śmiechu nam nie jest. O nie. Co u mnie? – jedna Żona, dwójka dzieci, nauczyciel, wywiało mnie 100 kilometrów od domu i jest mi z tym czasem ciężko. I w ogóle jest ciężko, bo widzisz, jak to się wszystko sypie, cały kraj, wszystko...

- Kurcze, Tomek – mówi kumpel – ty to powinieneś w domku nad jeziorem siedzieć, stukać w maszynę do pisania i jakiegoś Harry Pottera napisać. Już byś się niczym Ne martwił. Tak sobie zawsze ciebie wyobrażałem…

A ja, po uściśnięciu sobie rąk na pożegnanie, pomyślałem sobie:

- A dlaczego by nie? A dlaczego by, kurde, nie…

Ale w myślach nie postawiłem wykrzyknika na końcu zdania. Raczej dałem spokojnie odejść do krainy potencjalności temu, co mogłoby zamienić się w ładną literacką legendę.

Tu żył i tworzył Bosy Antek


czwartek, 9 sierpnia 2012

Tymek soundsystem

Stali Czytelnicy Maszyny do pisania wiedzą, że Synek mój jest fanatykiem wszelkich głośników, kabelków, przedłużaczy, trójników etc. Cóż, mając dziadka inżyniera-elektryka coś musiało się w genach Tymkowi dostać.

Wczoraj padało. Dzieciaki znudzone. ja zero konceptu, co zrobić, by to pasmo nudy czymś przerwać i nagle mnie olśniło! Wpadł mi w oko tekturowy sześciopak po piwie. Potem wpadły mi w oko głośniczki komputerowe, które Synek pożyczył (czytaj - wyłudził) od jednego wujka i jednej cioci i ... więcej Tymkowi nie trzeba było mówić.

Oto efekt!


Tak wygląda tył:


A tak wygląda przód:



Kabel podłączony do mojej mp3 + rozgałęziacz na trzy głośniczki. 


Tymek tańczący na stole w rytm swojego ulubionego zespołu I'M FROM BARCELONA. 

wtorek, 7 sierpnia 2012

Cztery ścinki nadbałtyckie

I

Jak zwykle jedziemy z aparatem - zwykła cyfrówka kupiona 5 lat temu, dziś już sprzęt marnej jakości. Wyciągam sprzęt, by strzelić parę portretów rodziny na plaży. Gdy uruchamiam opcję "Podgląd", ze zdumieniem odkrywam, że na karcie pamięci koczują jeszcze zdjęcia... sprzed roku! Z poprzednich wakacji nad morzem!

Nie wywołaliśmy niczego!

A moi rodzice, którzy mają canona sprzed epoki cyfrówek (lata 90, jakby ktoś nie pamiętał) - coś w tym rodzaju:


Wywołują na bieżąco KAŻDĄ kliszę, bo inaczej nie daliby rady obejrzeć zdjęć.

I kto ma lepiej?

II

Przedziwny, niezrozumiały dla mnie sposób spędzania czasu na plaży - olbrzymie słuchawki na uszach i muzyka na full pompowana, by  zagłuszyć szum fal. 

Moja Żona to rozumie, sama tak robiła, gdy z koleżanką jeździły nad morze.

Ja KOMPLETNIE nie pojmuję.

III

Scenka z promenady kołobrzeskiej. Idę z Synkiem, przede mną dwój napakowanych młodzieńców. Typowe byczki z siłowni, odpowiednio wspomagani odżywkami białkowymi etc. Generalnie twardziele, ochroniarze ochroniarzy, zabijają spojrzeniem. Aha, mają aparat cyfrowy. 

Nagle taka akcja: jeden wskakuje na płot oddzielający promenadę od wąskiej wydmy. Siada, ściąga koszulkę, wciąga brzuch i woła do drugiego:
- Tutaj rób!
Drugi strzela szybko kilka fotek.
- Sprawdź, jak wyszło - woła ten z płotu.
Tamten się skupia na ekraniku i mówi:
- Musimy powtórzyć. Tutaj masz taki cień na brzuchu. To od tych drzew.  Nie wygląda to najlepiej...

IV

Taki obrazek widziałem w drodze nad morze. Sugestywna reklama:


Ciekawe, jak wyglądają rozmowy w sprawie podpisania umowy na "szybsze ciągnięcie"?


piątek, 3 sierpnia 2012

Matka

Taki dialog z "dorastającym" czterolatkiem:

- Tymek, posprzątaj to, słyszysz? Słuchaj matki!
- Ja nie mam matki!!!
- Taaak? A kogo masz?
- Ja mam mamę!

czwartek, 2 sierpnia 2012

Fotostory nadmorskie

Byliśmy w Kołobrzegu, gdy akurat swoje święto miała muzyka taneczna, klubowa, techno etc. Rzecz się nazywa SUNRISE i gromadzi spore tłumy wielbicieli, dzięki którym przypomniałem sobie piękne staropolskie słowo DYSKOMUŁ.

A taki oto plakat pojawił się przy tej okazji.


Może DJ TIESTO to dysortografik?



A takie oto danie można było zjeść w jednej z nadmorskich knajpek. Oficjalny plakat wiszący w oknie tejże:


A to hipsterski tato z dwójką dzieci:




Dwa suchary z 1999

Czy ktoś pamięta jeszcze reklamę banku, w której "grał" bobas "mówiący" głosem Cezarego Pazury? 

Ja całość pamiętam jak przez mgłę, ale utkwiło mi hasło, jakie powtarzała wtedy cała Polska: pod koniec każdego spotu Pazura oznajmiał:

BOGDAN MÓWI BANKOWY.

Trochę absurdalne, trochę komiczne, bo niby to ten dzieciak mówi, w sumie udane.

A więc znalazłem w moich memuarach wpis nawiązujący do owej reklamy. Ponoć wybrałem się raz do jakiegoś saloniku prasowego i poczytałem sobie przy okazji broszurkę z kawałami. Teraz coś takiego już nie istnieje. Kiedyś (lata 90) w każdym kiosku można było kupić grubsze lub cieńsze książeczki zbierające starsze lub nowsze z reguły  kompletnie nieśmieszne dowcipy. Mnie rozśmieszyły dwa.

Dlaczego Bogdan mówi bankowy?
Bo Commercial Union by nie wymówił.

A drugi brzmi o wiele bardziej uniwersalnie:

Dlaczego zebry nie jeżdżą samochodami?
Bo nie mogą zapiąć pasów.


Dziś nikt by nie zajarzył pierwszego, a drugi może wpasowuje się w poziom szkoły podstawowej, ale może komuś poprawią humor te dwa suchary sprzed dekady.

środa, 1 sierpnia 2012

OPOWIEŚCI STAREGO OCHRONIARZA


To, co w Polsce nazywamy ochroną, zazwyczaj wygląda dość komicznie – ochroniarzami w naszym kraju zostają zazwyczaj chuderlawi, wystraszeni absolwenci szkół ponadlicealnych lub panowie, którzy powinni bawić się z wnuczętami zamiast wzrokiem podstarzałych szeryfów lustrować powierzchnię sklepu lub parkingu. (Nie mam tu na myśli oczywiście wypasionych byków, którzy konwojują pieniądze lub ochraniają jakiegoś Szefa.)

Moi” ochroniarze to panowie, których szczyt rozwoju zawodowego przypadał na lata 70 i 80. Ludzie pamiętający czasy (nie)realnego socjalizmu. Żyjący w błogim ale złudnym przeświadczeniu, że świat się nie zmieni. Historia się zatrzymała. Blok Wschodni i Zachodni na wieki wieków okopały się na swoich pozycjach. Może kiedyś będzie lepiej, ale gorzej już na pewno nie…

Moi” ochroniarze to ludzie, którzy nie nałapali wiatru w żagle w czasie transformacji ustrojowej. A teraz muszę ochraniać to, co czego owoców często nie mogą konsumować. Po prostu ich nie stać. Są starzy, niedołężni, a mają bronić obfitości kapitalizmu.

To niesamowity pomysł na, nie wiem, film? Powieść? Trzeba by Bolesława Prusa, by ugryźć temat.

Ale do rzeczy!  Byliśmy tydzień w Kołobrzegu. Tak się złożyło, że trafiłyby nam się niezłe wakacje. Po okazyjnej cenie apartament nad morzem. 2 pokoje, pełne wyposażenie. Fakt, telewizor trochę śnieży, ale czepiać się nie będę. Siedzimy do niedzieli w kompleksie de luxe. Kilka połączonych podwórcami bloków z pięknymi tarasami, ogródkami wysypanymi żwirem i obsadzonymi ozdobnymi kwiatami. Wiecie, „pod Niemców”, jak to mówią, chociaż akurat ich tutaj nie ma zbyt wielu.

Stal, szkło, drewno. Klasa.

Ruszyłem z Synkiem na zwiady, bo ponoć gdzieś tu miał być teren dla dzieci. Plac zabaw czy coś. Krążymy i trafiamy na dwa (dosłownie) malutkie koguciki przymocowane sprężynami grubymi do podłoża. Że niby dziecko ma się na tym bujać.

Przy jednym bujaku stał obcy chłopiec. Drugi bujak był wolny. Na ławce obok siedział ochroniarz. Starszy pan, gruby, okrąglutki jak bałwanek. Siwowłosy. Sapiący w upale jak zdezelowana lokomotywa. Woła do mnie:

- Oba bujaki są zajęte! Na pierwszym buja się tamten chłopiec, a na drugim będę się bujał ja!

Taki kawał rzucił i z miejsca zjednał sobie moją sympatię. Przysiadłem się, a Tymek dosiadł drewnianego koguta na sprężynie.

- Dużo tu dzieciaków przyjeżdża? – pytam.
- Nie, nie dużo – odpowiada – ale wolę mieć do czynienia z gangsterami niż z takimi, o, czterolatkami. Wie pan – zagaja – tu nie przyjeżdżają sami spokojni ludzie. Jest tam na trzecim piętrze taki emeryt. Cały dzień z lornetką w oknie i wypatruje, kto po trawie biega, jakie dziecko kwiaty zrywa lub krzaki demoluje. I potem dzwonią do mnie, że mam mieć interwencję. Idę, a tam dziecko, które się tylko bawi! I co ja mam robić? No, coś muszę zrobić, bo mi płacą. Ale wolę z gangsterami gadać, bo im to wiem, co powiedzieć…
- No racja – potwierdzam, choć znajduję dość dużo punktów wspólnych gangsterów i czterolatków.
- Ale wiem pan – kontynuuje ochroniarz, nachylając się konspiracyjnie w moją stronę – ja to jestem spokojny, mi to tak nie zależy, ja sobie tak po prostu pływam (użył takiego właśnie słowa), ale mój kolega to jest ho ho ho. Jego by pan widział! Wszystko jest na swoim miejscu – kulturalny, grzeczny, opanowany, ale wie pan, co on wczoraj zrobił?
- No co zrobił?
- Słuchaj pan. Wczoraj rano pilnuję takiego osiedla. Obok była jakaś impreza. No i przychodzi do mnie facet. Rozwścieczony aż cały latał. Pytał się mnie, kto miał służbę w nocy. Ja mówię, że mój kolega, ale od pół godziny już ma wolne. A facet na to, że on już dziś wraca do domu, ale chce zgłosić skargę, bo kolega w środku nocy wszedł mu do mieszkania…

Przylatuje Tymek i woła:

- Tato, kupę!