czwartek, 12 lipca 2012

Powidoki kaliskie

JAZDA

Z dwójką małych dzieci każda wyprawa, której celem jest punkt oddalony o więcej niż 20 km staje się ekspedycją pełną napięcia i potencjalnych zagrożeń. Rodzic czuwa, więc zabiera do samochodu zabawki, książeczki, jedzenie, picie, leki etc. Jeżeli rodzic jest szczęściarzem, jedno z dzieci znosi podróże spokojnie, gapiąc się przez okno i od czasu do czasu pytając się „Czy to już (tu wstawiamy dowolny punkt docelowy)?” „Jeszcze troszkę”- odpowiadamy, gdy jesteśmy w dowolnej odległości od celu.

Synek, jeżeli chodzi o podróże, znosi jest dość heroicznie. Gorzej z Córą. Gdy tylko pada hasło „samochód”, Kalina wydaje z siebie odgłos pracującego silnika dwusuwowego. Niemal wyrywa się z rąk, by wspiąć się do swojego fotelika. Po pół godzinie jazdy jej jedynym marzeniem jest oswobodzenie się z krępujących ją pasów i otwarcie drzwi w pędzącym aucie. Jeżeli się to nie uda – ryczy i skutecznie zagłusza włączone radio.

Trasę do Kalisza pokonaliśmy na dwie raty. Z przystankiem w Jarocinie, gdzie przyjazne progi McDonald’sa ukoiły nerwy Córy. Rodzice wypili kawę i szejka. A Synek wyzwolił skumulowaną energię na stojącej obok „restauracji” zjeżdżalni. Druga część trasy bez większych wyzwań.

DEMON HANDMADE
Synek jako fanatyk wszelkich gratów, starych sprzętów elektrycznych, kolekcjoner ładowarek, przedłużaczy, głośniczków, wiatraczków, wymontowanych z komputerów „coolerów” i wszelkiej maści ustrojstwa mającego posmak starej elektroniki, marzył, by odwiedzić strych mojej Mamy, czyli swojej Babci. Kiedyś znalazł tam gramofon Bambino i archaicznego laptopa, którego rozkręcanie zabiło nam czas kilku deszczowych dni. Liczył Tymek na podobne znaleziska i tym razem. Szczerze powiedziawszy, średnio wierzyłem, że uda nam się tam coś wygrzebać (nie licząc kurzu, pajęczyn i starego odkurzacza). Jednak obietnica ładnie zjedzonego obiadu (Tymek miał zjeść, żebyśmy jasność mieli) sprawiła, że strych odwiedziliśmy.

Po przedarciu się przez jakieś pudła, worki z ubraniami i Bóg wie co jeszcze Tymek wypatrzył… gryf gitary elektrycznej! Nieziemsko zakurzona, z pordzewiałymi elementami metalowymi, bez jednej struny, rozstrojona do granic możliwości. Firmy Demon z dopiskiem Handmade.

Gitara, którą kupił mój kumpel, a którą mi pożyczył, gdy sprawił sobie potem drugą, lepszą. Tam znaleziona diabli wiedzą ile leżała na strychu. Nawet nie pamiętam, że jest darowana, pożyczona, odstąpiona. Kto o niej pamięta? Czy ktoś w ogóle? Trafiła w moje ręce, gdy z kumplem na serio (żenada…)myśleliśmy o tym, by założyć zespół rockowy. Ja miałem śpiewać (żenada podwójna) i grać na gitarze prowadzącej. Boże! Co za pomysł! W życiu nie przeskoczyłem etapu riffu „Smoke on the water” – ci, co znają ten kawałek, wiedzą, że szympans to zagra po 15 minutach nauki.

Znieśliśmy to wykopalisko do ogrodu, a Synek cały w skowronkach zaczął gitarę czyścić i wydobywać z niej przy okazji przeraźliwe dysonanse. W sumie będąc w najlepszej formie w latach młodości grałem na niej niewiele lepiej…

Gitara jednak była iskrą, która rozpaliła błyskawicznie podjętą decyzję – zadzwonię do niewidzianego od przynajmniej 7 lat kumpla i odświeżymy nieco zmurszałą już przyjaźń.

FILOZOFICZNE PYTANIE
Jedną z moich „rzeczy do zrobienia” była kąpiel w rzece. Wiem, polskie rzeki są tylko dla  amatorów ekstremalnych sportów wodnych, mających przy okazji dobry kontakt z lekarzem specjalistą – dermatologiem. Na dodatek Kalisz otworzył Aquapark i kusi całą nowoczesną infrastrukturą basenową, ale…

Cóż, mnie napędzają wspomnienia, a takiego „nostalgika” nikt nie przekupi byle Aquaparkiem. Dzwonię więc do jednego Brata i pytam go, czy się ze mną wybierze. Brat jest odważny, więc jesteśmy umówieni. Wpada, pakujemy ręczniki, koc, coś do picia i Synka. Wio! Kierunek Piwonice!

Piwonice to taka przyklejona do Kalisza nadrzeczna dzielnica łącząca miasto z polami uprawnymi, szerokimi łąkami, lasami i porozrzucanymi tu i ówdzie wioskami. Kąpielisko w Piwonicach to po prostu łąka nad rzeką, skromniutka piaszczysta plaża, masa krzaków wzdłuż obu brzegów i drzewa rzucające orzeźwiający cień. Dno rzeki nieprzewidywalne. Dziury, łachy, wodorosty, zatopione konary, muliste doły. Dla każdego coś miłego. 

Tam spędzaliśmy w dzieciństwie masę wakacyjnych zanurzonych w upale dni. Tam się nauczyłem pływać i obserwowałem uważnie rozbierająca się do bielizny płeć przeciwną.

Pytam Mamy, co sądzi o planowanej kąpieli. Nie będę cytował dosłownie, ale w sumie mnie wyśmiała. Pytam Żony. Też nie była zachwycona, przypominając mi, że kiedyś już tam pływałem i coś mi na skórze wyszło. Pytam Ojca. Ten wpadł w swój tradycyjny nastrój:

- Pozamykali wszystkie zakłady i kto ma truć rzekę?

Nie dziwię mu się – całe życie przepracował (Mama zresztą też) w kaliskich zakładach, których było mnóstwo. Teraz nie ma prawie NIC, co by cokolwiek produkowało. Same usługi albo handel szmelcem importowanym z Chin. Taki los byłych miast wojewódzkich. Taki owoc transformacji ustrojowej.

W końcu pojechaliśmy. W rzece brodził uzbrojony w wodoodporne kalesony wędkarz. Na brzegu opalały się jakieś brzydkie gimnazjalistki. Nikogo więcej. Ale to była niedziela. Czas obiadu, więc te pustki mnie nie dziwiły (miałem nadzieję, że nie było to wymowne świadectwo czystości kaliskiej rzeki). Zanurzaliśmy się z Bratem powoli. Dokładnie badając dno i porywu nurtu. W końcu rzuciliśmy się przed siebie i poniósł nas prąd.

(Synek brodził z łopatką po łydki w wodzie i obserwował pakującego złowione ryby wędkarza.)

Pół godziny pływaliśmy sami. Potem, ku mojej wielkiej radości, nadciągnęli inni. Całe rodziny, podmiejscy proletariusze ze zgrzewkami tanich piw, z kraciastymi kocami, reklamówkami pełnymi jadła wszelakiego.

Rozkładali się na trawie, spod której wystawały korzenie i jakieś łupiny gruzu zwiezionego tu pewnie tuż po II Wojnie Światowej. Dzieciaki szły do wody, rodzice odpalali papierosy, niedziela toczyła się swoim podmiejskim rytmem.

Szczerze powiedziawszy. Wolę, jakoś tak podskórnie, irracjonalnie i zbyt romantycznie, takie towarzystwo niż kompanię młodych, wykształconych i z wielkich miast. Jakaś dziwna prawda o rzeczywistości mi się jawi na moją ukochaną, nie do końca czystą rzeką.
A filozoficzne pytanie?

Rozmawiam z drugim Bratem o rzece właśnie. Drugi, w odróżnieniu od pierwszego, nie wszedłby do wody.

- Kiedyś się tam kąpaliśmy, a podobno woda była wtedy brudniejsza niż dziś.
- No tak – mówi Brat nr 2 – ale wiesz, że jest takie pytanie – czy można wejść dwa razy do tej samej rzeki?
- No chyba nie można – odpowiadam, węsząc jakiś podstęp.
- No właśnie nie można.
WAGA
W domu rodziców jedną z pierwszych nowych rzeczy, jakie wpadły mi w oczy, była waga. Moja Mama poczęła dbać o siebie bardziej i po każdym tygodniu jazdy na rowerze stacjonarnym, sprawdza wagę.
Wskoczyłem, licząc na przewidywalną ilość kilogramów. A tu niespodzianka:
- Mamo, ta waga dobrze działa?
- Dobrze. A dlaczego?
- Bo pokazuje mi o cztery kilo mniej niż myślałem, że mam.
- No to chyba dobrze, prawda?
- Bardzo dobrze. To kiedy zrobisz naleśniki?

WENTYLATORY
Upał się zrobił raz niemożliwy. Rano lub wieczorem burza. Pomiędzy tropików żar. Idziemy z Synkiem szukać wentylatora, który mógłby schłodzić domek moich Rodziców.
Trafiamy na targowisko. Takie z cyklu „1001 drobiazgów.” Szukamy i szukamy, a tu nic.
Podchodzimy do jakiegoś ciekawie zapowiadającego się stoiska.
- Ma pani wentylatory może? Takie małe.
- W zeszłym roku mieliśmy i się przejechałam na tym. Wie pan, co ludzie robią? Jadą do Tesco. Kupują wentylator. Przez dwa tygodnie najgorszych upałów cały czas ich chłodzą. A po dwóch tygodniach oddają towar do sklepu, a pieniądze dostają z powrotem.

PS

Ciąg dalszy nastąpi. Wybaczcie, że bez zdjęć i komentarzy do Waszych (mam nadzieję), ale w domu rodziców nie mam Sieci i wstawiam te oto "widoczki" z kafejki internetowej.

Pzdr wakacyjnie!

8 komentarzy:

  1. Samo życie :-)
    Ciekawie się czytało :-))

    OdpowiedzUsuń
  2. W mojej rodzinnej miejscowości jest jezioro. Właściwie jeziora. Jako dzieciak spędzałem na plaży całe dnie, mogłem godzinami nie wychodzić z wody. Nie wiem dlaczego, z wiekiem mi przeszło. Wchodzę, wchodzę oczywiście do wody, jeśli mam okazję (być może w ten weekend?), ale to już nie ta radocha. Skaczę z mostku, przepływam kawałek, wychodzę.
    A gitarę sobie też kiedyś sprawiłem. Kojarzysz pierwsze dźwięki 'Nothing else matters'? - Tyle opanowałem. Czyli nie byłeś taki najgorszy ;-)
    Tyle dobrego, że pudło odsprzedałem z zyskiem... A mógłbym być teraz gwiazdą rocka, ech...

    OdpowiedzUsuń
  3. Twoje wakacje są ekscytujące po prostu:).
    Przypomniały mi się moje spędzane również nad rzeką, która wtedy ani wyregulowana nie była, tamy się budowało wspólnie z innymi amatorami kąpieli, ryby i raki łowiło "na rękę"... nie było boiska do siatkówki plażowej, piaskownicy dla dzieci.... ale zostały i tak najcudowniejsze wspomnienia....

    Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy...:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Też mi bliżej do tych, co z powodów sentymentalnych wolą dostać jakiejś dermatozy, niż zapchać się aquaparkiem :]

    Kompani (chyba kampani?:]) młodych i wykształconych nie uświadczysz nad takimi skromnymi brzegami wojewódzkich rzek - stąd zapaewne ich urok.

    Ani na strychach, w poszukiwaniu gadżetów antyczej cywilizacji analogowej.
    Ja mam ochotę ostatnio wykopać adapter ;)

    Piękne kartki ;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Zazdroszcze ci strychu w domu rodzinnym. Zawsze marzyłam by miec dziadków z takim domem i strychem pełnym rodzinnych skarbów.

    OdpowiedzUsuń
  6. Gdybyś wszedł drugi raz do tej wody, to potem wpadnij w wolnej chwili do mnie :) Może dasz się namówić :)

    OdpowiedzUsuń
  7. strych w domu...w swoim bym nie chciała ale u dziadków czy rodziców to magiczne miejsce :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Takie wakacyjno-rodzinne klimaty. Po raz pierwszy od dawna też ich doświadczyłem w tym roku. Klimat jest! Nie ma co!
    Miłej reszty wakacji.

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.