poniedziałek, 23 lipca 2012

Groźba karalna

Z akademika taka scenka (rok 1999):

W sąsiednim pokoju impreza. Głośna. Spora jak na głosy, śmiechy, tupaninę. Na korytarzu stoi jakiś nieszczęśnik w stanie wskazującym na. Wali pięściami w drzwi imprezowego pokoju i krzyczy:

Wpuście mnie! Wpuście mnie! Słyszycie?! Bo pójdę się uczyć!

To gdzie mam w końcu szukać?

Pewna kochana Czytelniczka mojego bloga (Kinga) podsunęła mi pewien koncept, który być może się rozwinie w pewien cykl. Wertowałem ostatnio papierowe dzienniki i momentami serdecznie się śmiałem z siebie, z bliźnich, ze świata. Może podrzucę co jakiś czas coś, co już odpłynęło w otchłań nieistnienia, a zdarzyło się jeden jedyny raz na przełomie lat 90 i 00.

Fakt, opisana scenka miała miejsce ponad 12 lat temu, ale chyba niewiele straciła ze swojej świeżości. Rzecz się działa w kaliskim salonie Empiku, gdzie dwie dziewczyny,  na oko dwudziestoletnie, prowadziły taki oto dialog:

- Kurcze, nie mogę znaleźć tej płyty...
- Jakiej płyty?
- No Jamiroquai!



- Jak tu nie ma, to sprawdź pod nazwiskiem. Na R jak Roquai.



niedziela, 22 lipca 2012

"Rodzice"

Za stroną informacyjną radia RMF:


Wakacje ważniejsze niż własne dziecko. Rodzice zostawili dwuletnią dziewczynkę na lotnisku w Pyrzowicach i polecieli na urlop. Wszystko dlatego, że miała nieważny paszport. Prokuratura nie dopatrzyła się w zachowaniu dorosłych znamion przestępstwa.
Cała rodzina miała lecieć na wczasy do Grecji. Na lotnisku okazało się jednak, że dziewczynka ma nieważny paszport. Beztroscy rodzice zostawili ją więc w biurze informacji turystycznej. Powiedzieli, że po dziecko przyjedzie opiekunka i polecieli na wakacje razem ze starszym synem.
Niania rzeczywiście przyjechała, ale wcześniej sprawą zainteresowali się policjanci. Po konsultacji z prokuraturą, razem z opiekunką odwieźli dwulatkę do dziadka, który pod nieobecność rodziców się nią zajmie.


Za Tadeuszem Borowskim z "Proszę państwa do gazu":


Oto idzie szybko kobieta, śpieszy się nieznacznie, ale gorączkowo. Małe, kilkuletnie dziecko o 
zarumienionej, pyzatej twarzy cherubinka biegnie za nią, nie może nadążyć, wyciąga rączki z płaczem: 
— Mamo, mamo!
—  Kobieto, weźże to dziecko na ręce!
—  Panie, panie, to nie moje dziecko, to nie moje! — krzyczy histerycznie kobieta i ucieka, zakrywając rękoma twarz. Chce skryć się, chce zdążyć między tamte, które nie pojadą autem, które pójdą pieszo, które  będą żyć. Jest młoda, zdrowa, ładna, chce żyć.
Ale dziecko biegnie za nią, skarżąc się na cały głos:
—  Mamo, mamo, nie uciekaj!
—  To nie moje, nie moje, nie!...

Że się zapytam

Trafiłem dziś przez przypadek na stary swój dziennik (końcówka lat 90) i na relację z dość bolesnego momentu - rozstania z pewną fatalną dziewczyną. Zdanie brzmi: 

Wieczorem przychodzi A. i odnosi mi moje rzeczy. Pełno tego było. Ścięła włosy. Miała dżokejkę i walkmana.

i


Kto jeszcze używa tych słów?

piątek, 20 lipca 2012

Gdzie ja siedziałem?


Najbliższy park nosił dumną nazwę Park Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Po 89 roku obcięto końcówkę i mamy oto dość uniwersalne imię dla przestrzeni rozległem, pofalowanej (górki, dolinki, stawy obszyte tatarakiem), z rzadka porośniętej drzewami.

W Parku Przyjaźni znajdziemy dwa place zabaw - jeden klasycznie dziecięcy. Zjeżdżalnie, huśtawki, karuzele.

Drugi plac to zestaw dziwnych konstrukcji metalowych (jakieś drabinki, powyginane rury, stolik do gry w ping-ponga).


Całość raczej dla starszych dzieciaków. 

No i w czasie jednego ze spacerów trafiamy na ten plac. Już z daleka coś mi tam dziwnie wygląda. Jakiś młody mężczyzna, w samych szortach, wspina się na drabinki, robi pompki, mostki, dziesiątki przysiadów, siłuje się z metalowymi elementami jakby uprawiał zapasy w stylu wolnym i właśnie wszedł w zwarcie z grubaśną rurą. 

Całość kompletnie surrealistyczna, zważywszy na to, że nie było zbyt ciepło, ludzi lekkie kurtki nosili, bo wiało nieco i chmury przewalały się po niebie. 

Usiadłem na ławce. Dzieciaki rozproszyły się, ja na sekundę miałem spokój. Kalina krążyła wokół drabinek. Tymek wbiegł na górkę i zniknął za nią na chwilę. Wolałem, żeby tego nie robił, więc...

- Tymek! - wołam - Wracaj! Mam dla ciebie ciacho! Chodź! 

Tymek zbiega z pagórka, a nasz kulturysta podchodzi do mnie i najnaturalniej na świecie, jakbyśmy byli starymi dobrymi znajomymi, mówi:

- Chciałoby się cofnąć w czasie, co nie? Też by mnie mógł ktoś na bobofruta zawołać.

Trochę odjęło mi mowę, bo nie jestem przyzwyczajony do tak bezpośredniego kontaktu z nieznajomymi. Ale, myślę sobie, może po prostu gość chciał być miły. Co w tym złego?

Podnoszę się, by pozbierać dzieciaki do domu, a na miejscu, na którym siedziałem, odkrywam wysmarowany flamastrem napis ŁAWKA PEDOFILA.

Kurde... 

czwartek, 12 lipca 2012

Powidoki kaliskie

JAZDA

Z dwójką małych dzieci każda wyprawa, której celem jest punkt oddalony o więcej niż 20 km staje się ekspedycją pełną napięcia i potencjalnych zagrożeń. Rodzic czuwa, więc zabiera do samochodu zabawki, książeczki, jedzenie, picie, leki etc. Jeżeli rodzic jest szczęściarzem, jedno z dzieci znosi podróże spokojnie, gapiąc się przez okno i od czasu do czasu pytając się „Czy to już (tu wstawiamy dowolny punkt docelowy)?” „Jeszcze troszkę”- odpowiadamy, gdy jesteśmy w dowolnej odległości od celu.

Synek, jeżeli chodzi o podróże, znosi jest dość heroicznie. Gorzej z Córą. Gdy tylko pada hasło „samochód”, Kalina wydaje z siebie odgłos pracującego silnika dwusuwowego. Niemal wyrywa się z rąk, by wspiąć się do swojego fotelika. Po pół godzinie jazdy jej jedynym marzeniem jest oswobodzenie się z krępujących ją pasów i otwarcie drzwi w pędzącym aucie. Jeżeli się to nie uda – ryczy i skutecznie zagłusza włączone radio.

Trasę do Kalisza pokonaliśmy na dwie raty. Z przystankiem w Jarocinie, gdzie przyjazne progi McDonald’sa ukoiły nerwy Córy. Rodzice wypili kawę i szejka. A Synek wyzwolił skumulowaną energię na stojącej obok „restauracji” zjeżdżalni. Druga część trasy bez większych wyzwań.

DEMON HANDMADE
Synek jako fanatyk wszelkich gratów, starych sprzętów elektrycznych, kolekcjoner ładowarek, przedłużaczy, głośniczków, wiatraczków, wymontowanych z komputerów „coolerów” i wszelkiej maści ustrojstwa mającego posmak starej elektroniki, marzył, by odwiedzić strych mojej Mamy, czyli swojej Babci. Kiedyś znalazł tam gramofon Bambino i archaicznego laptopa, którego rozkręcanie zabiło nam czas kilku deszczowych dni. Liczył Tymek na podobne znaleziska i tym razem. Szczerze powiedziawszy, średnio wierzyłem, że uda nam się tam coś wygrzebać (nie licząc kurzu, pajęczyn i starego odkurzacza). Jednak obietnica ładnie zjedzonego obiadu (Tymek miał zjeść, żebyśmy jasność mieli) sprawiła, że strych odwiedziliśmy.

Po przedarciu się przez jakieś pudła, worki z ubraniami i Bóg wie co jeszcze Tymek wypatrzył… gryf gitary elektrycznej! Nieziemsko zakurzona, z pordzewiałymi elementami metalowymi, bez jednej struny, rozstrojona do granic możliwości. Firmy Demon z dopiskiem Handmade.

Gitara, którą kupił mój kumpel, a którą mi pożyczył, gdy sprawił sobie potem drugą, lepszą. Tam znaleziona diabli wiedzą ile leżała na strychu. Nawet nie pamiętam, że jest darowana, pożyczona, odstąpiona. Kto o niej pamięta? Czy ktoś w ogóle? Trafiła w moje ręce, gdy z kumplem na serio (żenada…)myśleliśmy o tym, by założyć zespół rockowy. Ja miałem śpiewać (żenada podwójna) i grać na gitarze prowadzącej. Boże! Co za pomysł! W życiu nie przeskoczyłem etapu riffu „Smoke on the water” – ci, co znają ten kawałek, wiedzą, że szympans to zagra po 15 minutach nauki.

Znieśliśmy to wykopalisko do ogrodu, a Synek cały w skowronkach zaczął gitarę czyścić i wydobywać z niej przy okazji przeraźliwe dysonanse. W sumie będąc w najlepszej formie w latach młodości grałem na niej niewiele lepiej…

Gitara jednak była iskrą, która rozpaliła błyskawicznie podjętą decyzję – zadzwonię do niewidzianego od przynajmniej 7 lat kumpla i odświeżymy nieco zmurszałą już przyjaźń.

FILOZOFICZNE PYTANIE
Jedną z moich „rzeczy do zrobienia” była kąpiel w rzece. Wiem, polskie rzeki są tylko dla  amatorów ekstremalnych sportów wodnych, mających przy okazji dobry kontakt z lekarzem specjalistą – dermatologiem. Na dodatek Kalisz otworzył Aquapark i kusi całą nowoczesną infrastrukturą basenową, ale…

Cóż, mnie napędzają wspomnienia, a takiego „nostalgika” nikt nie przekupi byle Aquaparkiem. Dzwonię więc do jednego Brata i pytam go, czy się ze mną wybierze. Brat jest odważny, więc jesteśmy umówieni. Wpada, pakujemy ręczniki, koc, coś do picia i Synka. Wio! Kierunek Piwonice!

Piwonice to taka przyklejona do Kalisza nadrzeczna dzielnica łącząca miasto z polami uprawnymi, szerokimi łąkami, lasami i porozrzucanymi tu i ówdzie wioskami. Kąpielisko w Piwonicach to po prostu łąka nad rzeką, skromniutka piaszczysta plaża, masa krzaków wzdłuż obu brzegów i drzewa rzucające orzeźwiający cień. Dno rzeki nieprzewidywalne. Dziury, łachy, wodorosty, zatopione konary, muliste doły. Dla każdego coś miłego. 

Tam spędzaliśmy w dzieciństwie masę wakacyjnych zanurzonych w upale dni. Tam się nauczyłem pływać i obserwowałem uważnie rozbierająca się do bielizny płeć przeciwną.

Pytam Mamy, co sądzi o planowanej kąpieli. Nie będę cytował dosłownie, ale w sumie mnie wyśmiała. Pytam Żony. Też nie była zachwycona, przypominając mi, że kiedyś już tam pływałem i coś mi na skórze wyszło. Pytam Ojca. Ten wpadł w swój tradycyjny nastrój:

- Pozamykali wszystkie zakłady i kto ma truć rzekę?

Nie dziwię mu się – całe życie przepracował (Mama zresztą też) w kaliskich zakładach, których było mnóstwo. Teraz nie ma prawie NIC, co by cokolwiek produkowało. Same usługi albo handel szmelcem importowanym z Chin. Taki los byłych miast wojewódzkich. Taki owoc transformacji ustrojowej.

W końcu pojechaliśmy. W rzece brodził uzbrojony w wodoodporne kalesony wędkarz. Na brzegu opalały się jakieś brzydkie gimnazjalistki. Nikogo więcej. Ale to była niedziela. Czas obiadu, więc te pustki mnie nie dziwiły (miałem nadzieję, że nie było to wymowne świadectwo czystości kaliskiej rzeki). Zanurzaliśmy się z Bratem powoli. Dokładnie badając dno i porywu nurtu. W końcu rzuciliśmy się przed siebie i poniósł nas prąd.

(Synek brodził z łopatką po łydki w wodzie i obserwował pakującego złowione ryby wędkarza.)

Pół godziny pływaliśmy sami. Potem, ku mojej wielkiej radości, nadciągnęli inni. Całe rodziny, podmiejscy proletariusze ze zgrzewkami tanich piw, z kraciastymi kocami, reklamówkami pełnymi jadła wszelakiego.

Rozkładali się na trawie, spod której wystawały korzenie i jakieś łupiny gruzu zwiezionego tu pewnie tuż po II Wojnie Światowej. Dzieciaki szły do wody, rodzice odpalali papierosy, niedziela toczyła się swoim podmiejskim rytmem.

Szczerze powiedziawszy. Wolę, jakoś tak podskórnie, irracjonalnie i zbyt romantycznie, takie towarzystwo niż kompanię młodych, wykształconych i z wielkich miast. Jakaś dziwna prawda o rzeczywistości mi się jawi na moją ukochaną, nie do końca czystą rzeką.
A filozoficzne pytanie?

Rozmawiam z drugim Bratem o rzece właśnie. Drugi, w odróżnieniu od pierwszego, nie wszedłby do wody.

- Kiedyś się tam kąpaliśmy, a podobno woda była wtedy brudniejsza niż dziś.
- No tak – mówi Brat nr 2 – ale wiesz, że jest takie pytanie – czy można wejść dwa razy do tej samej rzeki?
- No chyba nie można – odpowiadam, węsząc jakiś podstęp.
- No właśnie nie można.
WAGA
W domu rodziców jedną z pierwszych nowych rzeczy, jakie wpadły mi w oczy, była waga. Moja Mama poczęła dbać o siebie bardziej i po każdym tygodniu jazdy na rowerze stacjonarnym, sprawdza wagę.
Wskoczyłem, licząc na przewidywalną ilość kilogramów. A tu niespodzianka:
- Mamo, ta waga dobrze działa?
- Dobrze. A dlaczego?
- Bo pokazuje mi o cztery kilo mniej niż myślałem, że mam.
- No to chyba dobrze, prawda?
- Bardzo dobrze. To kiedy zrobisz naleśniki?

WENTYLATORY
Upał się zrobił raz niemożliwy. Rano lub wieczorem burza. Pomiędzy tropików żar. Idziemy z Synkiem szukać wentylatora, który mógłby schłodzić domek moich Rodziców.
Trafiamy na targowisko. Takie z cyklu „1001 drobiazgów.” Szukamy i szukamy, a tu nic.
Podchodzimy do jakiegoś ciekawie zapowiadającego się stoiska.
- Ma pani wentylatory może? Takie małe.
- W zeszłym roku mieliśmy i się przejechałam na tym. Wie pan, co ludzie robią? Jadą do Tesco. Kupują wentylator. Przez dwa tygodnie najgorszych upałów cały czas ich chłodzą. A po dwóch tygodniach oddają towar do sklepu, a pieniądze dostają z powrotem.

PS

Ciąg dalszy nastąpi. Wybaczcie, że bez zdjęć i komentarzy do Waszych (mam nadzieję), ale w domu rodziców nie mam Sieci i wstawiam te oto "widoczki" z kafejki internetowej.

Pzdr wakacyjnie!

piątek, 6 lipca 2012

Wychodne

Jutro z najbliższymi do moich Rodziców do Kalisza. Stamtąd nadam materiały zapewne wstrząsające. jak co roku.

Trzymajcie się w te upały i burze!

środa, 4 lipca 2012

Wiersze na nowy tydzień - któryś odcinek...

Jeżeli poezja to sztuka skrótu, zapraszam "na skróty" z rzeczywistości w kilkunastu odsłonach:



Na parapecie dwa wentylatory. Odwrócone do wewnątrz. 
Firanka wepchnięta do pokoju. Wyschnięty bluszcz na żółtej
Ścianie imituje ścieg błyskawicy. Burza, której wypatrujemy. 


Za pordzewiałą siatką, w którą zdążyły wrosnąć młode klony:
ściana z czterema oknami pozbawionymi ram. 
W pomieszczeniu rośnie kolejne drzewo. 
Umywalka. Pęknięta. I jeszcze raz zebrała się w niej woda.
Wczorajszy deszcz.



Wszystkie drzewa w tym sadzie podmalowano wapnem.
Ile trudu, by usunąć spomiędzy nich wyrastający oset.



Do ściany rzeźni przytwierdzono tablicę i obręcz. 
Czterech chłopców celuje sflaczałą piłką. 
Ta odbija się i ląduje między furgonetkami,
na drzwiach których uśmiechają się świnie.



Za kapliczką Matki Boskiej, pilnowanej przez dwa znicze i bukiet
suchych lilii, kobieta w spodniach moro i murarskich rękawiczkach
wyrywa chwasty, by wrzucić je do worka obok ujadającego psa.



W budynku, gdzie moja matka szczęśliwie doczekała emerytury, 
otworzono hotel. Gruz uprzątnięto spychaczami. Dwie betoniarki
wpatrują się w pękającą ziemię.



Billboard, z którego zdarto reklamę, wtapia się w ciemniejące niebo.



Zburzono dom zboczeńca, który obnażał się przed nami przy każdej okazji.
Dziś stoi tam bryła z przeszklonymi drzwiami. 


Witryna: Kompleksowa obsługa podmiotów gospodarczych. 





Opuchnięta twarz i imię „Marlena” na plakietce.
Za plecami stoi Martini Bianco, Chianti,  Campari. 



Prostytutka, zanim wsiądzie do auta klienta, 
Poprawia miękkim ruchem pasek torebki.



Jego koszula, pognieciona.
Myślę o miejscu, w którym ją zrzucił.



Kobieta podejrzana w przebieralni.
Rozstępy na w końcu jej brzuchu.



Rynna odbita w drżącej kałuży
i pomruk odrzutowca – 
dają sobie spokój.



Plastikowa listwa z inskrypcją
„Następny klient.” Średniówka 
dzieląca moje i twoje zakupy.



Upośledzony mężczyzna 
chowa za plecami 
drążącą rękę.



Długo nas nie było. Bluszcz 
wokół ramy jej roweru.



W nowych okularach 
przegląda się w lusterku skutera.




Oni? Jak zniosą to błoto,
bramę i kran na podwórzu?




W tureckim swetrze
Pomiędzy nagimi drzewami
Zdziera siekierą korę.


Na tle budowy 
niesie sztuczne kwiaty
ubrana w barwny fartuch.




Za przystankiem autobusowym
kury
w cieniu eternitu.


Z nogawkami dresu
wpuszczonymi w skarpety
nie chce czekać na autobus
mając takie wyniki.




Dostała okres?
Cztery razy upuszcza
czarne okulary.