niedziela, 24 czerwca 2012

O szczęściu i odrobinie pracy...

Miałem kiedyś naprawdę ciężkie wakacje. Pod koniec czerwca zwolniono/nie przedłużono mi umowy umowy w  szkole, w której przepracowałem pierwszych 5 lat jako polonista. "Nowa miotła" (Dyrektorka) wymiotła część załogi zatrudnionej przez poprzedniego dyrektora. Pozbyła się nas, informując o tym na OSTATNIEJ przed wakacjami radzie pedagogicznej.

Prawie dwa miesiące słałem CV, po polsku i po angielsku, bombardowałem szkoły, urzędy, biura, sklepy, zakłady pracy... Oczy mi odmawiały posłuszeństwa, gdy wpatrywałem się w kolejne odsłony stron z ogłoszeniami o pracę.

Jako wierzący, modliłem się, oj, modliłem. Zero wstydu o tym pisać.

Pod koniec sierpnia, gdy kończyła mi się poprzednia umowa, poszedłem na rozmowę kwalifikacyjną do... magazynu, w którym miałbym nosić paczki z książkami (coś jakby po linii polonistycznego wykształcenia). Cóż, praca nie hańbi, ale ciężko mogło być.

Na drugi dzień miałem się wybrać na badania lekarskie, jakieś papiery wypełnić i jazda. Magazynier! Jednak wciąż nie mogłem się z tym wszystkim jakoś poukładać. W nocy, wierzcie lub nie, śni mi się, że opowiadam mojemu Ojcu o poszukiwaniach roboty i finale tychże. Ojciec mnie wyśmiał.

Nazajutrz nigdzie nie pojechałem. Olać magazyn, powtarzałem sobie.

Parę godzin później dzwoni telefon. Koleżanka, która też "poleciała" z mojej szkoły. Pyta się, czy wciąż szukam pracy, bo ona miała pracować w liceum, ale jej nie pasuje, bo się wyprowadza czy coś tam, ale generalnie jest wolne miejsce i poszukiwany polonista...

Dwa dni później byłem już na pierwszej radzie w nowej szkole, gdzie do dziś pracuję.

***

Dlaczego o tym piszę? Bo trafiłem ostatnio na słowa Francisa Bacona, renesansowego angielskiego filozofa, które idealnie pasują do tego, co myślę o swoim życiu i pewnych mechanizmach je regulujących:

Wszyscy mądrzy ludzie przypisują swe cnoty Opatrzności i Fortunie, aby w ten sposób uchylić się przed zazdrością innych.W ten sposób bowiem mogą się łatwiej do nich przyznawać; a poza tym rysem wielkości u człowieka jest to, że pozostaje pod opieką wyższych mocy. Tak to Cezar powiedział do przewoźnika w czasie burzy: Wieziesz Cezara i jego szczęście. Tak to Sulla przybrał imię Szczęśliwy a nie Wielki. Zauważono, że ludzie, którzy otwarcie przypisują zbyt wiele swojej własnej mądrości i sposobowi postępowania, kończą nieszczęśliwie.


Nie będę oczywiście na siłę udowadniał, że Bacon ma rację. Jego słowa są wystarczająco mocne, by obroniły się same. Mnie bardziej interesuje pewien promowany w świecie "proceder myślowy", bujda na resorach, która brzmi mniej więcej tak: "Jeśli jesteś pracowity, utalentowany i rzetelny, odniesiesz sukces."

Pamiętam, jak oglądałem kiedyś program poświęcony... odtwórcy roli Jasia Fasoli, czyli Rowanowi Atkinsonowi. Ten mądry człowiek zapytany o swoją karierę, rozłożył ręce i powiedział:

- Nie wiem, dlaczego mi się udało. Miałem kolegów równie utalentowanych, a nawet zdolniejszych ode mnie. I nigdy nie zyskali nawet procenta popularności, jaką mam ja. Do dziś nie wiem, jak to się stało...

No właśnie - talent, praca, sumienność są niezbędne, ale... Czym to wszystko jest, gdy zabraknie szczęścia? Zbiegu okoliczności? Fuksa? Rozpada się jak zamek z piasku, który staranuje biegnące po plaży dziecko. Niestety... Wmawia się nam od dziecka, że praca, że kowale własnego losu, a nie pamięta się (lub nie chce się pamiętać) o nieprzewidywalnych siłach, które rządzą naszymi losami. Windują lub strącają według nieprzewidywalnego scenariusza.

(Cóż, gdybym był jakimś Bossem, też bym mówił moim podwładnym, że wszystko OD NICH zależy, by zmotywować ich do cięższej pracy...)

Wiemy jednak, że szczęściu trzeba pomóc - gdybym był wykształconym murarzem, telefon o brakującym poloniście nie zrobiłby na mnie wrażenia.

Ale po co mi wszystkie dyplomy, studia, doświadczenie, skoro Fortuna notorycznie odwraca ode mnie swoje oblicze?

11 komentarzy:

  1. Fajny ten Twój tata :)!. Dobrze podpowiedział... ;). Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie zgadzam się z Tobą. Od przypadku zależą poszczególne wydarzenia, całe życie jednak przypadkiem nie jest. Nie przypadkiem pracujesz jako polonista. Gdyby nie było miejsca w tej szkole, w tym czasie, szukałbyś dalej, nie poprzestałbyś na funkcji magazyniera. Jeśli jesteś dobry, to koleżanka do Ciebie zadzwoni, jeśli nie, pomyśli sobie: nie będę się kompromitować, polecając nieudacznika.
    Szczęście to coś, co czasem się pojawia, jest rodzajem bonusu, ale nie od niego zależy nasze miejsce na Ziemi. Artyści to inna bajka, mówię o zwykłych ludziach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale życie składa się z wydarzeń. Jeśli wierzysz, uznasz, że Ktoś lub Coś w niepojęty sposób prowadzi Cię przez Życie. Tak mam i bez większych oporów stwierdzam, że taki idiota jak ja bez pomocy z Góry nie ostałby się cały.

      Jednak ktoś niewierzący, sceptyk, racjonalista? Co on ma powiedzieć? Przypadki? Nieprzypadki?

      Wiesz, jak poznałem Żonę? 5 lat wcześniej zadzwonił do mnie kumpel i zmolestował mnie, bym studiował w Poznaniu a nie we Wrocławiu.

      I na piątym roku studiów poznałem Żonę obecną. To był przypadek. Czysty.

      A może Opatrzność?

      Usuń
  3. Ja tam uważam, że rola przypadku jest nie do przecenienia.
    'Wciąż jeszcze jesteśmy bardziej dziełem naszych przypadków, niż naszym własnym dziełem', jak napisał Odo Marquard.
    Ja pierwszą pracę też dostałem przez przypadek. I to całkiem nie związany z pracą - ot, poznałem kiedyś na koncercie faceta, który cztery lata później okazał stał się moim wicedyrektorem. Przez te cztery lata widzieliśmy się cztery razy - co roku na koncercie tej samej kapeli. za czwartym razem znajomy przyznał się, że jest wicedyrektorem gimnazjum i powiedział, że gdybym szukał pracy, mam podrzucić CV-kę.
    Na koncert, swoją drogą, też trafiłem przez przypadek - usłyszałem w radio piosenkę, minęły dwa czy trzy lata - zobaczyłem plakat zapowiadający koncert. Wyszło, jakby tak właśnie miało być. A po drodze były jeszcze inne przypadki, uwierzcie.
    A w pracy poznałem żonę. Można powiedzieć, że przez przypadek. albo przypadki. Takie miałem szczęście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A, no i właśnie - przypadki, zbiegi okoliczności. Raczej żadna Opatrzność, Wyższa Siła czy inna Góra - to jakoś do mnie nie przemawia...

      Usuń
  4. Zycie to chyba plątanina szczęścia, przypadku, pracowitości, odwagi,determinacji,bycia we właściwym miejscu we właściwym czasie...
    Ta praca, jak również poprzednia (i ta przed nią raczej też...) to zupełny fuks i zdaję sobie z tego sprawę, bo innych, pewnie lepszych było na moje miejsce sporo.
    Pozostaje więc życzyć sobie szczęścia na przyszłość:) Nie zaszkodzi...

    OdpowiedzUsuń
  5. A może, Drogi Antku, jesteś Ślepy a nie Bosy. Przynajmniej 4 szczęśliwe losy potrafię wskazać na podstawie tego co piszesz.
    Ty mi lepiej nie wchodź w drogę. Ja chcę być największym malkontentem.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie bez powodu moim ulubionym filmem jest "Przypadek" Kieślowskiego. Pięć lat temu zdarzyła się historia z pracą podobna do Twojej tylko trochę bardziej spektakularna. A to było tak:
    Byłam po studiach już 3 lata pracując tu ówdzie trochę w zawodzie trochę nie. I w końcu udało mi się dzięki koleżance pracującej wówczas w Urzędzie Pracy bocznymi drogami dowiedzieć się o ofercie pracy. Po kilku rozmowach dostałam ją. Wiedziałam, że jeśli zacznę tam pracować to może zdarzyć się tak, że do zawodu już nie wrócę, a tego nie chciałam, ale pracy innej nie było i już. Miałam na drugi dzień iść na 11.00 na badania ale najpierw na 9.00 do pracy normalnie. Traf chciał jednak, że w nocy dostałam potwornej migreny z wymiotami i tak dalej. Nie spałam noc całą i jak już przysnęłam to na czas się nie obudziłam. Skontaktowałam się z szefostwem, że od razu udam się do lekarza, a potem przyjadę. Dostałam informacje, że właściwie nie mam już w takim układzie po co tam przychodzić. Jakoś jednak się mi udało ich przekonać żeby się jeszcze zastanowili. Mieli mi dać znać, ale czułam że nic z tego. W tym samym dniu miałam także termin wizyty w Urzędzie Pracy. Zdążyłam się jeszcze podpisać w razie gdybym jednak została bez pracy. Kiedy wyszłam z PUPy zadzwoniła znajoma psycholog, że w Ośrodku Interwencji Kryzysowej, w którym miała dyżury szukają kogoś do pracy i mają sytuację podbramkową i bardzo potrzebują pedagoga. I tak kilka godzin później dostałam pracę, a za następne dwa dni poszłam na pierwszy sobotni dyżur. Przepracowałam tam dwa lata:)
    I taka jest moja historia związana z pojęciem przypadku:)
    Pozdrawiam serdecznie. Koleżanka od długich komentarzy:)

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja tam ciągle szukam. I jak narazie żaden przypadek nie chce mi pomóc.
    A historii o headhunterach i potencjalnych pracodawcach mam na pęczki...
    Niemniej jednak cały czas wierzę, że dobrze będzie. Inaczej sobie nie wyobrażam.
    A Tobie życzę jedynie szczęśliwych przypadków!

    OdpowiedzUsuń
  8. Chyba jednak tej Fortunie trzeba pomagać...
    Za bardzo nie wierzę w przypadek...

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.