piątek, 29 czerwca 2012

Podrzucone przez kolegę po fachu

Gimnazjum. Kolega siedzi na nieziemsko długiej radzie, na której każdy nauczyciel musiał się wyspowiadać ze zrealizowanego lub niezrealizowanego programu każdej uczonej klasy. No i idzie po kolei - jedni się wyrobili lepiej, drudzy gorzej. Doszło do katechetki:

- Program nie został zrealizowany... - zaczyna mówić.

- ...uczniowie nie uwierzyli - kończy za nią ktoś z sali.

czwartek, 28 czerwca 2012

Jak 81 lat temu wyręczył mnie Antoni Słonimski?

Jego słowa pochodzą z felietonu, który ukazał się w roku 1931 (!!!). Podmieńcie kilka "okoliczności" i będzie boleśnie aktualne:


Znaczną część „Funduszu nauki i kultury” po wielu namysłach, naradach i obietnicach oddano na cele wyszkolenia sportowego.


Dziesiąta część funduszu miała być przeznaczona na utworzenie akademii literatury. Niejednokrotnie występowałem przeciw projektowanej akademii, nikt więc nie posądzi mnie w danym wypadku o stronniczość.


Tam gdzie ludność głoduje i mieszka w brudzie i nędzy, w kraju, gdzie zarobki robotnicze są najnędzniejsze w Europie, gdzie poziom zdrowotny jest niższy niż na Bałkanach, nie ma sensu upajać się tym, że jedna bardzo wysoka kobieta rzuca nikomu niepotrzebnym dyskiem — trzydzieści osiem metrów. Nie wielki to atut propagandowy. 


Na podstawie wyników Konopackiej nikt nie nabierze podziwu dla naszej kultury fizycznej i nikt nie da się oszukać tym jednym, ładnym zresztą i wdzięcznym, pozorem. Ani czterech wioślarzy z Bydgoszczy, ani skakanie przez przeszkody nie zmienią faktu, iż wychowanie fizyczne rozpocząć trzeba od dobrego odżywiania, łaźni ludowych, kanalizacji i budownictwa. Przypadkowe rekordy w głupim fachu lekkoatletycznym nie są żadnym dowodem tężyzny narodu, jak to chce nam wmówić brukowa prasa warszawska.


Rozdawanie pieniędzy na bujdy olimpijskie — to luksus, na który pozwolić sobie może tylko kraj bardzo bogaty. Gdyby całe pięć milionów „Funduszu nauki i kultury” oddano na szkoły czy szpitale, nikt rozsądny nie mógłby się oburzać, ale jeżeli naukę i sztukę nazywa się luksusem, na który państwo nie ma pieniędzy, i jednocześnie oddaje się te pieniądze na subsydiowanie hockeja na lodzie i skakania przez płotki, to mamy święte prawo obruszyć się na takie barbarzyństwo.


Pod przykrywką wychowania fizycznego odbywa się w całej Europie wyszkolenie wojskowe. Sport staje się coraz bardziej narzędziem militaryzmu. Dziwne jest tylko, że sztaby generalne pragną mieć mięso armatnie w jak najlepszym gatunku. Po co trenować i sportować ciała, które mają być i tak zmasakrowane? Widocznie wojskowym czyni specjalną przyjemność fabrykowanie kalek i ludzi jak najbardziej muskularnych. Ale nawet z punktu widzenia militarystów silny, zdrowy, wysportowany żołnierz jest już przeżytkiem. Przyszła wojna będzie wojną przemysłów i wynalazczości, należałoby więc wychowywać rzutkich, inteligentnych inżynierów, a nie zdrowych jełopów. Całe niebezpieczeństwo jednak polega na tym, że jełop chętniej pójdzie na wojnę i da się zarżnąć, a inteligent nie da się już tak łatwo zwabić do szlachtuza.


Rząd powinien przypomnieć sobie, że rekordom w dziedzinie nauki i sztuki Polska więcej zawdzięcza niż Baranom i Kałużom i że wartości kulturalne narodu bronią nie gorzej od zasłon dymnych i gazów.


Nie zrobiło mi się wesoło, gdy przeczytałem ten tekst, ale wiecie...Ko ko ko ko...

niedziela, 24 czerwca 2012

O szczęściu i odrobinie pracy...

Miałem kiedyś naprawdę ciężkie wakacje. Pod koniec czerwca zwolniono/nie przedłużono mi umowy umowy w  szkole, w której przepracowałem pierwszych 5 lat jako polonista. "Nowa miotła" (Dyrektorka) wymiotła część załogi zatrudnionej przez poprzedniego dyrektora. Pozbyła się nas, informując o tym na OSTATNIEJ przed wakacjami radzie pedagogicznej.

Prawie dwa miesiące słałem CV, po polsku i po angielsku, bombardowałem szkoły, urzędy, biura, sklepy, zakłady pracy... Oczy mi odmawiały posłuszeństwa, gdy wpatrywałem się w kolejne odsłony stron z ogłoszeniami o pracę.

Jako wierzący, modliłem się, oj, modliłem. Zero wstydu o tym pisać.

Pod koniec sierpnia, gdy kończyła mi się poprzednia umowa, poszedłem na rozmowę kwalifikacyjną do... magazynu, w którym miałbym nosić paczki z książkami (coś jakby po linii polonistycznego wykształcenia). Cóż, praca nie hańbi, ale ciężko mogło być.

Na drugi dzień miałem się wybrać na badania lekarskie, jakieś papiery wypełnić i jazda. Magazynier! Jednak wciąż nie mogłem się z tym wszystkim jakoś poukładać. W nocy, wierzcie lub nie, śni mi się, że opowiadam mojemu Ojcu o poszukiwaniach roboty i finale tychże. Ojciec mnie wyśmiał.

Nazajutrz nigdzie nie pojechałem. Olać magazyn, powtarzałem sobie.

Parę godzin później dzwoni telefon. Koleżanka, która też "poleciała" z mojej szkoły. Pyta się, czy wciąż szukam pracy, bo ona miała pracować w liceum, ale jej nie pasuje, bo się wyprowadza czy coś tam, ale generalnie jest wolne miejsce i poszukiwany polonista...

Dwa dni później byłem już na pierwszej radzie w nowej szkole, gdzie do dziś pracuję.

***

Dlaczego o tym piszę? Bo trafiłem ostatnio na słowa Francisa Bacona, renesansowego angielskiego filozofa, które idealnie pasują do tego, co myślę o swoim życiu i pewnych mechanizmach je regulujących:

Wszyscy mądrzy ludzie przypisują swe cnoty Opatrzności i Fortunie, aby w ten sposób uchylić się przed zazdrością innych.W ten sposób bowiem mogą się łatwiej do nich przyznawać; a poza tym rysem wielkości u człowieka jest to, że pozostaje pod opieką wyższych mocy. Tak to Cezar powiedział do przewoźnika w czasie burzy: Wieziesz Cezara i jego szczęście. Tak to Sulla przybrał imię Szczęśliwy a nie Wielki. Zauważono, że ludzie, którzy otwarcie przypisują zbyt wiele swojej własnej mądrości i sposobowi postępowania, kończą nieszczęśliwie.


Nie będę oczywiście na siłę udowadniał, że Bacon ma rację. Jego słowa są wystarczająco mocne, by obroniły się same. Mnie bardziej interesuje pewien promowany w świecie "proceder myślowy", bujda na resorach, która brzmi mniej więcej tak: "Jeśli jesteś pracowity, utalentowany i rzetelny, odniesiesz sukces."

Pamiętam, jak oglądałem kiedyś program poświęcony... odtwórcy roli Jasia Fasoli, czyli Rowanowi Atkinsonowi. Ten mądry człowiek zapytany o swoją karierę, rozłożył ręce i powiedział:

- Nie wiem, dlaczego mi się udało. Miałem kolegów równie utalentowanych, a nawet zdolniejszych ode mnie. I nigdy nie zyskali nawet procenta popularności, jaką mam ja. Do dziś nie wiem, jak to się stało...

No właśnie - talent, praca, sumienność są niezbędne, ale... Czym to wszystko jest, gdy zabraknie szczęścia? Zbiegu okoliczności? Fuksa? Rozpada się jak zamek z piasku, który staranuje biegnące po plaży dziecko. Niestety... Wmawia się nam od dziecka, że praca, że kowale własnego losu, a nie pamięta się (lub nie chce się pamiętać) o nieprzewidywalnych siłach, które rządzą naszymi losami. Windują lub strącają według nieprzewidywalnego scenariusza.

(Cóż, gdybym był jakimś Bossem, też bym mówił moim podwładnym, że wszystko OD NICH zależy, by zmotywować ich do cięższej pracy...)

Wiemy jednak, że szczęściu trzeba pomóc - gdybym był wykształconym murarzem, telefon o brakującym poloniście nie zrobiłby na mnie wrażenia.

Ale po co mi wszystkie dyplomy, studia, doświadczenie, skoro Fortuna notorycznie odwraca ode mnie swoje oblicze?

czwartek, 21 czerwca 2012

Objawy

Ludzie w przeróżny sposób odnajdują pierwsze objawy starzenia (dojrzewania, powiedzieliby poprawnie polityczni). Kobiety rozpaczliwie wpatrują się w każdą zapowiedź zmarszczek, wiotczejącej skóry, siwiejących włosów, tłuszczyku odkładającego się w newralgicznych miejscach. Panowie pięknie ukształtowane mięśnie brzucha ukrywają pod warstewką tłuszczyku, włosy coraz cześciej przy czesaniu lądują w umywalce... Czujecie, prawda?

U mnie zaczęło się niepokojąco robić kilka miesięcy temu. W kuchni, gdzie bije serce domu (czyli wiecznie grające radio), ktoś zmienił stację. Z Trójki na Jedynkę. I... tak zostało!

Dla mojego kumpla Jedynka była synonimem wiochy, niedoróby i obciachu generalnie nieziemskiego. 

- Wiesz, jak oni pewnie w tym radiu pracują? Ktoś coś mówi, a potem wychodzi na korytarz i woła: "Stefan, zostaw te karty i chodź coś powiedzieć do mikrofonu!" I tak właśnie w Jedynce to wszystko brzmi.

Jedynki słucham, bo jest...spokojna i przewidywalna. Nie gra niczego, co by mnie zestresowało, zatrzymało, powaliło. Już tego nie potrzebuję. Ja teraz wolę sobie posłuchać ludzi mówiących w wolnieszym tempie, mnie wierzących w swoją "fajność" i "kultowość." Może nawet poważniejszych... Wolę ten nieśmiertelny sygnał "Lata z radiem," przebrzmiałe gwiazdy polskiej estrady, starych spikerów, którzy nie silą się na dowcipy i igraszki słowne ze słuchaczami. Nawet reklamy środków na zapalenie pęcherza odnajduję pozytywnie.

Starzy ludzie ponoć lubią wspominać, toną w przeszłości. A ja, gdy tylko usłyszę sygnał "Lata z radiem", przenoszę moją duszę utęsknioną do dzieciństwa, gdy Jedynka była jedyną rozgłośnią, jaką odbierało nasz żenujący stary radioodbiornik.

Mówię do Żony:

- Słuchaj, ja się chyba naprawdę starzeję. Wolę słuchać Jedynki niż Trójki od jakiegoś czasu...
- A co ja mam powiedzieć? - odpowiada Żona - ja wolę słuchać Radia Merkury. 

Lokalnej archaicznej rozgłośni z Poznania...

  

niedziela, 17 czerwca 2012

Pozytywy negatywu

Polska odpadła (a wszem i wobec wmawiano nam, że piłki z Biedronki same wpadają do siatki).

Noc spokojna. Dzieci śpią. Żadnych drących się zapijaczonych kibiców pod oknami. Zero fajerwerków.

Od poniedziałku nic nie będzie przesłaniało burdelu w Polsce.

A od lipca pewnie niezłe kwasy zasponsorują nam rządzący. I to będzie na serio...

piątek, 15 czerwca 2012

Maratończyk, Archiwum X i Kanał

Mój stosunek do dentystów najsilniej ukształtował chyba film „Maratończyk” w
reżyserii Johna Schlesingera. W głównej roli obsadzono Dustina Hoffmana, który wcielił się w młodego fanatyka biegania. Nasz bohater przypadkiem znalazł się w centrum afery szpiegowskiej zataczające dość szerokie kręgi – całość ociera się o faszystowskich pogrobowców, którym przewodzi Christian Szell zagrany przez Laurence’a Oliviera, wybitnego angielskiego aktora szekspirowskiego. 

Nasz podstarzały hitlerowiec jest dentystą i w specyficzny sposób wydobywa informacje od przesłuchiwanego Hoffmana. "Dentysta" zadaje jedno proste pytanie – „Czy jest bezpiecznie?” „Pacjent” chciałby odpowiedzieć, ale żadna odpowiedź nie jest dobra. Faszysta-dentysta chce się po prostu dowiedzieć, ile pacjent wie. On oczywiście nie wie NIC, ale nie może tego udowodnić. Dłubanie w zębach trwa w nieskończoność.

Łatwo się zrazić, prawda? Ale po takim filmie człowiek przez kilka dni myje zęby przynajmniej 5 razy dziennie.







We wtorek trafiłem do dentystki. Pierwszy raz w tym gabinecie. Dano mi do
wypisania ankietę – masę pytań o choroby, zabiegi, grupę krwi etc. Zabrakło niestety pytania: „Czy odczuwa paniczny, nie dający się zagłuszyć niczym, lęk przed gabinetem dentystycznym?” Moja TAK wypisałbym markerem w poprzek całej karty pacjenta.

Ląduję na fotelu. Po krótkim rekonesansie i zdjęciu rentgenowskim wstrzyknięto mi środek znieczulający i zaczęto operację. Jamę ustną wyłożono mi jakąś gumą, na oczy założono okulary i się zaczęło. Gapiłem się w lampę wiszącą nade mną, myślałem uporczywie o Soplicowie, a nade mną pochylały się dwie zamaskowane istoty.

Poczułem się jak w „Archiwum X”, gdy biedny Ziemianin uprowadzony przez
kosmitów staje się obiektem eksperymentów i badań.

Skończyło się po 30 minutach. Po melodii wielu wiertełek świdrujących mi
newralgiczne miejsce, wpadłem na pomysł – fortunę zarobiłby ktoś, kto wymyśliłby bezdźwięczne narzędzia stomatologiczne. ¾ stresu wywołuje ten potworny świst pracującego silniczka.

A, i jeszcze jedno – taki dialog:

- Jeszcze czegoś takiego nie widziałam – mówi dentystka – cztery albo pięć kanałów pod zębem.
- Fiu fiu – zagwizdała pomocnica dentystyczna – no to bogato…

Bogato, myślę sobie. Wajda miał tylko jeden, a ja cztery albo pięć pod zębem…  

niedziela, 10 czerwca 2012

Jak poznać, że przyszedł długi weekend?

U mnie wygląda to mniej więcej tak:

- Około zeszłej środy odpada mi kawałek starej plomby. Po prostu żułem gumę i guma wyrwała pół zęba. Wizyta dopiero we wtorek, więc jak usłyszycie jakieś indiańskie odgłosy około 13:30, to nie będą kibice, to będę ja.
- Pogoda się psuje dokumentnie, niebo wciąż zasnuwają chmury, wiatr wciąż pędzi je to w lewo, to w prawo, deszcz coś tam popaduje, a ciśnienie skacze niemiłosiernie.
- W nocy ze środy na Boże Ciało Córa budzi się zaryczana, ze smarkami do nosa. W piątek już lekarz i antybiotyk.
- W sobotę rano (4:30) Synek budzi się z płaczem. Nie może otworzyć sklejonych ropą oczu. Jadę z nim na ostry dyżur okulistyczny, gdzie dostajemy receptę na krople. 4 razy dziennie przeżywamy gehennę, gdy trzeba mu po jednej kropli wpuścić do oczu.
- Dziś padła Żona. Typowe objawy grypy. Plus oczy zaatakowane takoż.
- A w kościele dziś pierwszy raz świadkiem byłem, jak to można będąc trzeźwym (mam nadzieję) ominąć zasadniczy fragment mszy. Ksiądz jednej nie przeczytał tekstu z Ewangelii, a po chwili wszedł drugi, który zaczął wygłaszać kazanie bezpośrednio odnoszące się do nieprzeczytanego tekstu. Ciekawe, czy tylko ja zauważyłem...

Tak to się poukładało. Długo się zastanawiałem, jakie mam szansę uniknięcia podobnych chorobowych atrakcji, ale potem stuknąłem się w głowę i pomyślałem o moim wciąż aktualizowanym programie antywirusowym.

sobota, 9 czerwca 2012

Rosja - Czechy (4:1) Ruscy zadymiarze na EURO 2012 we Wrocławiu



Jak ktoś napisał - Tusk pozamykał polskich kiboli, a z ruskimi pewnie pójdzie maszerować. Sport z reguły generuje silne emocje, a oglądając podobne sceny mam wrażenie, że Rosja powinna brać udział w Mistrzostwach Azji, nie Europy.

To najłagodniejsze, co mogę napisać o bolszewikach Putina...

czwartek, 7 czerwca 2012

President lunchmeat

Stoję wczoraj w kolejce w dziale mięsnym mojego najbliższego sklepu średniopowierzchniowego. Oczywiście ludzi było pełno - długi weekend w końcu, więc trzeba się zaopatrzyć w zapasy ledwie mieszczące się w wózku. Tak na wypadek końca cywilizacji, rzecz jasna...

Panie na mięsnym uwijają się jak w ukropie. Dwie non stop kroją mięso na plasterki, o co prosi je jedna, która  obsługuje klientów.
- Której pani dajesz? - pyta jedna, która jakoś pogubiła się w tym mięsnym karnawale.
- Ja paniom nie daję - odpowiada druga.

Mistrzostwo.

Przede mną stoi kobieta. Długo obserwuje tablicę, na której kredą zapisuje się najnowsze promocje. Wczoraj pojawiła się tajemnicza wędlina PRESIDENT LUNCHMEAT. Promocja to zjazd cenowy z 14,50 PLN na 12,90 PLN za kilogram

- Co to jest to... - kobieta pokazuje palcem na nazwę wędlina i czyta fonetycznie drugą część nazwy.
- To? To mielonka, zwykła mielonka... - tłumaczy pani z mięsnego - Po prostu,  PRESIDENT LUNCHMEAT.

Mięso miało kolor ścierki z białawymi wybroczynami tłuszczu...

Cóż, że tak pojadę politycznie, jaki prezydent, taka mielonka.