sobota, 28 kwietnia 2012

Jasne, czemu by nie...

...zacząć długiego weekendu wraz z początkiem kuracji antybiotykowej. W ciągu doby gardło mi się rozklekotało. Lekarz zajrzał i orzekł, że migdałki mam wielkości głowic atomowych. To dość surrealistyczne uczucie, gdy na zewnątrz trzaskający upał, a człowiek popija gorącą herbatę  z miodem.

Ale czy ktoś się jeszcze dziwi okrutnym prawom ironii losu? Cóż, Synek też zakatarzony od poniedziałku, a Kalina od wczoraj kicha i nie może oddychać przez nos.

KURDE! Że się tak wyrażę...

Żeby było ciekawiej - niecodzienne przygoda dzisiaj. Upały sprawiły, że ze zgrozą stwierdziliśmy poważne braki w ubrankach letnich i obuwiu nieco lżejszym dla dzieciaków. Z zeszłorocznych w dużym stopniu powyrastały (zwłaszcza Córa), więc zbieramy się i jedziemy do Dużego Miasta na zakupy.

Wpadamy do pierwszego poważnego obuwniczego. Ludzi pełno, dominują rodzice wciskający dzieciakom na nogi sandały. Co chwilę między regałami słychać: "Nie ciśnie cię? A zrób parę kroków."

W sumie dość szybko udało nam się znaleźć buty dla młodej. Idę w stronę kasy, by zapytać o konkretny rozmiar, a tu docierają do mnie informacje, że nie da się płacić kartą.

OK, myślę, obok jest bankomat, więc bólu nie ma. A tu się okazuje, że padły serwery (ponoć) mojego banku i nie jest możliwa żadna transakcja dokonywana przy pomocy kart tego właśnie banku. Powiedział mi to jeden z ochroniarzy, którzy właśnie wyciągali pieniądze z niepotrzebnego tymczasowo bankomatu.

Całe szczęście, że uzbieraliśmy z Żoną chociaż pieniądze na buty dla Córy, bo inaczej nasza wielka wyprawa okazałaby się kompletną porażką.

Wracając do domu, zacząłem się zastanawiać nad jedną dość przerażającą kwestią. A więc nasze ciężko zapracowane pieniądze mogą po prostu być niedostępne? 

I, co gorsza, są tylko cyferkami w sieci banku, do którego nie trzeba wchodzić z rewolwerem, by je wynieść, bo wystarczy parę kliknięć?

8 komentarzy:

  1. Heh, żeby było lżej, pocieszę Cię, pisząc, iż chodzę w te upały w butach pół zimowych (mam te same braki, co wy!)i jadę właśnie do Poznania z lekko zapchanym od kataru nosem :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja Żona właśnie jest z Synkiem w Poznaniu. Może się miniecie nieświadomie...

      pzdr

      Usuń
  2. Życzę Wam zdrowia:) Nie martw się-myślę, że to taka pora roku. Wszyscy gdzie nie spojrzeć chorzy są właśnie na "gardłowe" sprawy :)
    Nas też to dotknęło.Mały też na antybiotyku a starszy na lekach alergicznych.
    Buty-wolę nie myśleć. Nie dość, że i u nas braki w tym temacie to jeszcze zachodząc do sklepu można zwariować-od cen!
    I jeszcze coś. Może to głupie ale chwilami zazdroszczę tych beztroskich lat naszych dziadków. Gdzie nie było wirtualnych pieniędzy, szybkich samochodów... Żyło się spokojniej.
    Pozdrawiam!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziadkowie patrząc na psujące się mięso marzyli pewnie o lodówkach...

      pzdr E.

      Usuń
    2. Eeee tam :) Trzymali w lepiankach obsypane solą ;))) :P

      Usuń
  3. Widzę, że katarowe i gardłowe cierpienie rozsiało się po Polsce... I cóż poradzić...

    Pozdrawiam i również zdrowia życzę,
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to pocieszające w sumie, że nie tylko ja jestem ofiarą zarazy jakiejś...

      pzdr

      Usuń
  4. Widzę, że mamy konta w tym samym banku ;)
    Wraz z kumpelą uzbierałyśmy tyle drobniaków, co na bilety do zoo, ale na większe rozrywki, to już nie - Dwulatka wypomniała nam jeszcze dzisiaj, że balonika-tygryska nie dostała. To ci zły bank!
    :D

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.