poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Filozofia z miodem w uszach. Wykład IV - Wychodzenie z bunkra

Zacznę wesoło.

Jeden z moich ukochanych polonistycznych kawałów:

Jan Kochanowski snuje się po swojej posiadłości. Wena go opuściła. Rozdrażniony, nerwowy, niecierpliwy powtarza:

- Muzo! No wracaj! Muzo!

Nagle z nieba spływa przepiękna dziewoja z lirą. Szepcze coś Janowi do ucha i znika. Mistrz Jan klaszcze w dłonie, biegnie do drewutni, wychodzi z niej z siekierą i woła:

- Urszulko! Skarbie, gdzie jesteś?!

Całość wykładu będzie jednak poważna as hell. 


Pamiętacie może ten tren Kochanowskiego, w którym Mistrz żali się, że mądrość nie nauczyła go przejść do porządku dziennego nad śmiercią córki? Ten, w którym na światło dzienne wywleka swoje zwątpienie, niewiarę,  po części bluźni, nazywając Boga "nieznajomym wrogiem"?

"Tren XI" rozjechany przez spłaszczające wszystko szkolne interpretacje. Wyprany z głębokiego bólu, sprowadzony do roli eksponatu z muzeum manuskryptów, stał się tylko papierowym świadectwem kryzysu wartości renesansowych.

Mnie ten tekst ukazał ostatnio swoje drugie, o wiele bardziej dojmujące oblicze. I okazał się świetną inspiracją do napisania tego wykładziku.


Czym dla człowieka myślącego jest tak zwana filozofia życia? Czym dla naszego bohatera był dostojny stoicyzm pomieszany z rubasznym nieco epikureizmem? Czy na pewno czymś, co stanowiło o konstytucji wewnętrznej Kochanowskiego? Skoro utkwiło w nim głęboko i zapuściło korzenie, czy mogło pęknąć pod wpływem okoliczności zewnętrznych? A jeśli pękło? Czy możemy potraktować ten cały horacjanizm jako tylko i wyłacznie makijaż, który spłynął za sprawą kilku wylanych łez?

Dochodzimy tu do pierwszych odkryć - to, co zwiemy filozofią życia, często bywa tylko naszą naturą i jej swobodną realizacją, de facto nie ma tu żadnej filozofii, bo nie ma refleksji, jest lekko stąpający birbant, który robi co chce i kiedy chce.

Rzadko kiedy filozofia "nabyta" staje się częścią nas samych, najcześciej jest kostiumem, ubraniem, makijażem. Wszystkim tym, czym dość mechanicznie się przyozdabiamy. Na dodatek nie jest istotne, czy dana "aplikacja" jest częścią całości, której nie wolno poćwiartować, wybierając dla siebie co smaczniejsze kawałki.

Najciekawszy wydaje się być moment krachu danej filozofii. Wyjścia z bunkra. Demakijażu, gdy spada sezonowa łuska, a przez jeden bolesny moment dotykamy nagą skórą rzeczywistości. Po chwili oczywiście obrastamy tym, co nas znieczuli, ale owa chwila prawdy mówi nam cholernie dużo o nas samych.



Ponoć to właśnie chrześcijaństwo ma moc stawiania ludzi w ostrym świetle wspomnianej wyżej prawdy, w którym widzimy samych siebie w całej bolesnej rozciągłości. Najczęściej jest jednak inaczej - chrześcijaństwo oferuje wiernym cały zestaw bunkrów, w których wierzący mogą ukryć swoje najciemniejsze instynkty.

Pożądliwość - bunkier zwany opanowaniem lub wstrzemięźliwością. Lenistwo - bunkier zwany pracą. Żarłoczność - bunkier zwany postem. Możemy wymienić resztę grzechów głównych i pozamykać je w żelbetonowych konstrukcjach. Prawdy o nas samych w tym za grosz, bo rytuały, modły, błagania stają się czymś w rodzaju zasłony dymnej, za którą ukrywa się przed światem najokropniejsze wersje nas samych.

W założeniu (Chrystus by tak chciał) mamy być nowymi ludźmi, ale okazuje się, że udaje się to nielicznym. Wiecie, jak to mówią: "Wciąż spowiadam się z tego samego..."

Prawda o nas zaczyna się w momencie, gdy stracimy wiarę, spłyną z nas filozofie wszelkiej maści i zostajemy sami. Pozbawieni oparcia w czymkolwiek i w kimkolwiek.

Wtedy widać nas najlepiej.

PS

Pointy nie będzie.




11 komentarzy:

  1. To dobrze, że nie bez pointy, bo byś jeszcze zepsuł świetnie napisany wpis :-P

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak,bardzo dobry post...zresztą kolejny :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie pokuszę się tu do określania, czym 'filozofia życia' jest lub może być. Ale do poziomu 'makijażu' bym jej nie sprowadzał. A już na pewno nie posługując się tym przykładem.
    Kochanowskiemu umarło dziecko. Umarło dziecko. Z tego, że w tej sytuacji zachwiał mu się światopogląd, czy filozofia nie wynika, że ta filozofia była błaha a światopogląd płytki. Mówimy o sytuacji tak ekstremalnej, że trudno ją i człowieka, który się w niej znalazł jakoś oceniać. Na pewno trudno od niego wymagać stoicyzmu i rubaszności.

    Temat ciekawy, ale przykład chyba niedobrany...

    OdpowiedzUsuń
  4. Ech, ja tego Kochanowskiego uruchomiłem na zasadzie przykładu, wstępu, ale jak mam bronić swojego wyboru...

    ...badacze twórczości Autora zwracają uwagę na fakt, że "Treny" są zbyt dobrze napisane i skomponowane, by miały byc tylko owocem żałoby i traumy. To dzieło intelektu - utkane z subtelnych nawiązań, aluzji, odwołań. Kochanowski rozpacza "na papierze", co oczywiście nie umniejsza jego żałoby w "realu."

    Inna kwestia - ileż razy podmiot liryczny "Pieśni" Kochanowskiego wyraża z gruntu stoickie przekonanie, że "na szczęście wszelakie serce masz mieć jednakie." To świadczy jednoznacznie, jaka była droga poety. Aż tu przychodzi tragedia i... cóż, w "Trenie XI" rozpacza nie tylko z powodu śmierci dziecka, ale również z powodu załamania się misternie plecionej przez zycie filozofii, która MIAŁA go zabezpieczyć przed rozpaczą. A tu klops! I na cóż się żali nasz bohater (bo nie Kochanowski, nie mieszajmy Autora z bohaterem)? Że czuje to samo co (o hańbo!!!) zwykli ludzie. Zwykli, czyli ci, którzy filozofii nawet nie liznęli.

    Jednak podkreślam. Mnie bardziej interesuje moment "filozoficznej nagości" niż jej powód. Bo powodów zawalenia się filozofii mogą być setki. Ja dałem jeden wyrazisty i umocowany w naszej świadomości kulturowej.

    pzdr Bosy

    OdpowiedzUsuń
  5. Dowcipem mnię powaliłeś. Przyznam, się że Cię nie doceniłem. Pozostaję w stuporze – nie wiem nawet czym jest zniesmaczony.
    Treny przetrenowałem w szkole i tyle pamiętam, że... są i, że... bo Orszulka. Spałował byś mnie, oj spałował, gdyby role wiadomo jakie nam się przytrafiły. Ale kto wie, Szanowny Belfrze, może nie miałbyś powodu. Twój wywód może trafiłby do mnie i wiele lat temu, i zaciekawił. Jako młodzi szyjemy sobie kostiumy na własna miarę. Czasem na wyrost, czasem za ciasne. Ulegając wpływom mody, korzystając z gotowych szablonów, by nie odkrywać tego co sprawdzone. Dla jednych religia okazuje się wzorem kroju, dla innych gorsetem, a nawet – jak czytam może być bunkrem? Z jednym nie mogę się zgodzić – zazgrzytało mi w czytaniu – Chrystus chciałby byśmy byli nowymi ludźmi? Zabrzmiało jak new deal. To raczej nie tak.
    A, że Treny są za dobrze napisane? Że sama żałoba nie wystarczy by to wytłumaczyć? To kwestia Weny. I wracamy do Twojego dowcipu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Są "za dobrze napisane" jak na wyraz trwającej właśnie żałoby.

    Marku, posiłkuję się choćby głosem maestro Zygmunta Kubiaka, wybitnego filologa, który twierdził, że ktoś, kto przeżywa głęboką żałobę nie skroi precyzyjnego jak szwajcarski zegarek cyklu.

    Kochanowski MUSIAŁ oderwać się od swojej żałoby, by napisać coś takiego jak "Treny."

    pzdr

    OdpowiedzUsuń
  7. Wziął się za Treny, by wyjść z żałoby. To w "odmiennych stanach świadomości" pojawia się wena. Letnio mi, nic mnie nie obchodzi i nic mi się nie chce, leżę, nie chce mi się wstać, nawet dość przyjemnie się wynudzić - to rzadki temat w poezji?
    P.S. Zgadzam się oczywiście, że na dnie rozpaczy pewnie nie mógł pisać.

    OdpowiedzUsuń
  8. Oho, nie tylko kryzysik wiary, ale i samonapędzająca się machina autousprawiedliwień... Wszystko tak gładko i zręcznie napisane, że można się niemal dać uwieść ;)
    Nie zgadzam się z zarzutami stawianymi chrześcijaństwu. Bunkry, albo i pobielane groby, to były w ST, a chrześcijaństwo (o ile nie rozmawiamy o tym średniowiecznym)oferuje cały wachlarz twardych i trudnych rozwiązań, jak się wyzwolić. Oczywiście zabiera to nam wolność, ale to już temat na dyskusję o różnicach 'wolności od' i 'wolności do'.
    Rytuały na pewno nie są zasłoną dymną, tworzą kulturową tkankę, zapewniają tożsamość. A modlitwa ma być w założeniu uzdrawiającą introspekcją.

    Kiedy zostajemy sami, bez żadnego oparcia, to jedyne co nas czeka to rozpacz, a to mało konstruktywna bestyja. No ale 'ktokolwiek', a zwłaszcza 'cokolwiek' są tak łatwo dostępne, że to nam na szczęście nie grozi prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, jak gram tutaj troszkę nie w porządku, unikając jak ognia odniesień do własnego życia, robię to podskórnie, tworząc niby obiektywną teorię zbudowaną na subiektywnych przesłankach.

      Podpisałbym się rękami i nogami pod tym, co napisałaś o chrześcijaństwie. Ale nie zrobię tego, gdyż straciłem wiarę w "moc rytuałów", odpłynęło to ode mnie. Podobnie jak przekonanie tym, że cokolwiek się zmienia, gdy wierzymy/nie wierzymy.

      Nie zauważyłem wybitnej jakościowej zmiany we mnie samym "praktykującym" i "niepraktykującym." I to mi dało do myślenia...

      pzdr ciepło

      Bosy

      Usuń
  9. Dowcip przeczytałam w pracy i zakasłałam się łykiem nieopatrznie przyjętej herbaty. Piękne!!!
    Na jakiś bardziej elokwentny komentarz już nie mam siły:( Akurat tak się zdarza, że podczytuje blogi zaprzyjaźnione w pracy (jest taki moment zanim zacznie ludzkość okupywać kompa), a w pracy nie mogę pisać komentarzy (nie wiem dlaczemu) i często jest tak, że podczas czytania przychodzi mi wiele myśli, które chętnie bym pod postem umieściła, ale nie mogę. A potem w domu to już jest po ptokach:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przejmuj się. Ja piszę czasem niby coś poważniejszego, ale im dłużej się temu przyglądam, tym więcej pustostanów w tym widzę. Dobrze, że byłoby chociaż o czymkolwiek pogadać a propos tekstu...

      pzdr

      Bosy

      Usuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.