poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Filozofia z miodem w uszach. Wykład III - Młodość jako sala treningowa

Wykład ten zainspirował pewien epizod, odprysk medialnego gniota pt. „The Voice of Poland.” Nie, uspokajam z miejsca kochanych czytelników, nie oglądam tego typu widowisk – nie mogę strawić relacji z wyścigów po nic, bo niemal zawsze kończy się dla „zwycięzców” jednym wielkim spektakularnym niczym.

Otóż jeden z wokalistów, skończywszy swój perfekcyjny ale pozbawiony emocji występ, otrzymał od jurorów taką oto reprymendę:
- Śpiewasz zawodowo, ale wciąż jesteś niewiarygodny. Wciąż brakuje prawdy w twoim głosie…
Drugi juror głębiej wbił nóż:
- Śpiewasz już przecież jakiś czas. Powinieneś coś… A ile ty masz lat właściwie?
Chłopak zwiesił głowę i bąknął:
- 25.
Jurorzy popatrzyli po sobie. Wyglądali przez chwilę jak członkowie konsylium lekarskiego, którzy mają poinformować pacjenta, że zostało mu parę miesięcy życia.

***
Zacząłem się zastanawiać, czym stała się młodość? Nie ma chyba sensu grzebać się w historii tego „zjawiska”, nie mam ambicji stworzenia szerokiego panoramicznego ujęcia. Warto jednak zwrócić uwagę na jeden, przełomowy moim zdaniem, moment – przełom oświecenia i romantyzmu.

To właśnie romantyzm jako pierwszy kazał widzieć w młodości element wartościujący. Młodość była wartościowa, bo była młodością – nie trzeba było jej obudowywać tkanką gromadzonej wiedzy, bagażem skromnych jeszcze doświadczeń etc. wystarczyła metryka, by uczynić z niej punkt podparcia umożliwiający pchnięcie planety na nowe tory.

A starość? Cóż… zgubiła majestat, autorytet, a nawet „zdolność koalicyjną.” Starych degradowało to, co windowało młodych – wiek.

Potem już się potoczyło, co znalazło swój dość toporny wymiar (jeśli porównamy z takimi choćby filomatami) w studenckich buntach lat 60 lub w hasłach typu „Nie ufaj nikomu po trzydziestce.”

Mimo drażniącego zacietrzewienia i pewnej oczywistej naiwności, młodość jest pozytywna – niemal każdorazowo miała mieć siłę, by zmienić, zerwać, zniszczyć, zbudować… Zmiażdżyć obłudę, konwenanse, zasady. Brzmi atrakcyjnie pod warunkiem, że nie jest się rodzicem dojrzewającego małolata.

A cóż nam mówi o młodości przykład wokalisty Krautwursta? Jedną, niezbyt optymistyczną rzecz. Zamieniono ten (ponoć) najpiękniejszy etap życia w salę treningową, po opuszczeniu której mamy szansę stanąć przed WIELKĄ SZANSĄ na… Właśnie. Na co? Sławę, popularność, zachwyt mediów, błyski, blaski, karierę? Spełnienie mierzone wymiernymi kwotami, dyplomami, liczbą fanów?

Im młodszym jest ten, kto osiągnął sukces, tym słodszym medialnie i komercyjnie jest kąskiem. Małoletni pisarze, piosenkarze, tancerze sporą część swojej potencjału rynkowego zawdzięczają właśnie nastoletniości. A przekazy podświadome kierowane do odbiorców brzmią: „Młody człowieku, ty też tak możesz” i  "Jak nie teraz, to kiedy?!"



(By nie nadużywać cierpliwości Czytelników, nie będę nawet przypominał o rodzicach, którzy boją się zostawić dzieciom odrobinę wolnego niezapełnionego szkołą i szkoleniami czasu. Basen, skrzypce, angielski, balet, konie, szkółka piłkarska, projekt z fizyki… Obawa przed nudą dzieci paraliżuje wręcz rodziców, ale to już temat na inne spotkanie.)

Zmierzając do pointy. Cóż moglibyśmy poradzić naszemu bohaterowi? Są dwie opcje, ale żadna w pełni nie rozwiązuje dławiącego go poczucia niespełnienia.

Po pierwsze – moja koleżanka z pracy powiedziałaby mu coś takiego: „Nie osiągnąłeś tego, co chciałeś? Widocznie za mało się starałeś.”

Kolega K. odchodzi ze spuszczoną głową, bo: a) zrobił, co mógł, i to nic nie dało,
                                                                       b) wierzy, że może zrobić więcej, co oznacza skatować ciało i psychikę dążeniem do urojonej perfekcji.

Druga rada wydaje się być bardziej ludzką. Kolega K. musi zrezygnować z filozofii życia, którą metaforycznie ilustruje westchnienie studenta fizyki : „Ach, być Einsteinem albo nikim!” Spasować, ale to drażliwa kwestia, bo współczesność nie uczy nas, jak przegrywać, jak tłumić rozbudzone ambicje, jak oswajać się z klęską lub remisem.

Nie ma podręczników „Nauka przełykania porażki w weekend.” Na szczęście jest „Stary człowiek i morze”, ale kto tam dziś czyta Hemingwaya oprócz gimnazjalistów?

Zgoda na bezbarwne i przeciętne życie do dla wielu większa tortura niż bieganina po castingach i upadlające doświadczenia w programach rozrywkowych typu „Top model.”

PS

Sponsorem wykładu był Arthur Rimbaud,



który przed dwudziestką zdążył zrewolucjonizować poezję światową, by potem zająć się handlem bronią.

11 komentarzy:

  1. To ja już jestem stara panna, nic tylko kota sobie kupić. I trumnę... ;-P

    OdpowiedzUsuń
  2. Widzisz, pewnie dla tych "walczaków" już jesteśmy pogrzebani, bo ja 33 na karku i nic w świecie nie znaczę...

    ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kiedy mnie nic nie boli, nadal czuję się bardzo młoda! :)
    Gorzej, jak coś chrupnie, bo się zastało :))))
    Co do młodych ludzi - najlepiej uodparnia kilkakrotne zdawanie egzaminu na prawo jazdy - przeżyją, jeśli nauczą się przegrywać.
    A castingi są dla ludzi, z tym że współczuję bardzo młodym ludziom, których takie opinie starszych, doświadczonych ludzi, którzy coś tam musieli osiągnąć, skoro siedzą w tym jury, muszą być druzgocące.
    Myślę, że im jest bardzo trudno się z tego podnieść.
    Ale są i tacy, którzy mają to wszystko gdzieś, pokazują się i samo pokazanie swoich umiejętności im do szczęścia wystarczy.
    Tym tylko zazdrościć.
    Przyznam, że ja oglądam te castingi - właśnie żeby popatrzeć na młodych i starszych bardzo zdolnych ludzi, których jeszcze nigdzie nikt nie wypromował. Czasem jestem zadziwiona wysokim poziomem i życzyłabym sobie to ich oglądać i słuchać w radnio i tv.
    pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, Iw, jest różnica. Być utalentowanym nawet, ale z pewną nonszalancją podchodzić do kwestii KARIERY. A byc nawet zdolnym i napinać się do granic możliwości, bo już, już za chwilę będzie po wszystkim.

      Usuń
    2. W tym chyba leży różnica między 'Szansą na sukces' a aktualnie topowymi wyłuskiwaczami 'talentów'. Tam ludzie przychodzili zaśpiewać, pokazać się, większość (mam nadzieję przynajmniej, że mieli na tyle samokrytycyzmu) bez bóg wie jakich aspiracji do robienia kariery i właśnie napinania się do granic. A jednak parę talentów 'Szansa' wyłowiła.

      Usuń
  4. To, o czym piszesz, to kwestia swoistego kryzysu wartości. Wartością jest sukces (w domyśle: szybki i spektakularny), najlepiej okupiony jak najmniejszym wysiłkiem, popularność, bycie top i trendy. Praca, wysiłek, 'małe' sukcesy w życiu codziennym - to już wartością nie jest. A przynajmniej nie jest tak przedstawiane.

    Pytanie tylko, ilu z tych młodych promowanych się uchowa? Myślę, że jak za 10 lat Umberto Eco wyda kolejną książkę, to ona znowu będzie bestsellerem. Choć Eco zaistniał jako pisarz w wieku stosunkowo zaawansowanym. Ale erudycyjna wiedza i warsztat, które stanowią o wyjątkowości jego książek - to było wypracowane przez lata, a nawet dekady. I przetrwa. A taki Justin Biber? Inna branża, fakt. Ale głowę daję, że jak już przestanie być ślicznym chłopcem, zdolnym nastolatkiem, to nie będzie godny uwagi.

    Podejście do młodości, o jakim mówisz stanowi pewnie jakiś trend. Ale można do tego podejść z głową, nie koniecznie musi nam to sen z powiek spędzać.

    Mi tam jest dobrze z tym, że nie muszę się przejmować, czy jakiś pionek znany z tego, że jest jurorem w kolejnym programie-klonie oceni mnie tak czy inaczej.

    Pewnie, że miło by było być takim Arthur Rimbaud, ale nie każdy może. No i gdyby każdy mógł, to raczej nudno by było...

    OdpowiedzUsuń
  5. U la la...to za mną też trzeba biec z miotłą i szufelką,bo się sypię...
    ;)))

    OdpowiedzUsuń
  6. Ech... mam wrażenie, że się tutaj klasycznie mądruję...

    OdpowiedzUsuń
  7. Bosy Antku-głowa do góry! Twoje wykłady...to REWELACJA! :))))

    OdpowiedzUsuń
  8. http://conasniezabijetonaswzmocni.blogspot.com/ zmieniłam adres:)

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.