poniedziałek, 30 kwietnia 2012

niedziela, 29 kwietnia 2012

Kościółek mojego Synka

Dziś rano Synek się budzi o 5:50. Długi weekend, zaznaczam. Ja wkurzony, bo chociaż pół godziny dłużej mógłby spać. Chociaż tyle mógłby zrobić dla rodziców po prawie czterech latach swojego istnienia na tym świecie.

Biorę koc i wynoszę się do pokoju obok, gdzie cały obrażony zwijam się w pozycję embrionalną. Synek tymczasem ożywia się ostatecznie i, uświadomiwszy sobie, że dziś jest niedziela, oznajmia, że idzie z tatą bawić się w "kościółek."

Zabawa polega na tym, że budujemy mały "ołtarzyk" z jakiegoś stoliczka, z plasteliny robimy podstawkę pod mikrofon, który tworzymy ze słomki do napojów. Potem Tymek "chrzci" lalki i misie, śpiewa niby kościelne pieśni.

Dziś znalazł mój stary "dyplom uznania", jaki otrzymałem onegdaj od pewnej klasy gimnazjalnej. Przychodzi z nim i mówi:

- Tato, to są ważne informacje. Wiszą na drzwiach kościółka. Tu jest napisane (pokazuje palcem pierwszą linijkę), że ludzie mają być dobrzy.

Momentalnie cała złość na Synka mi minęła. Przecież ludzie mają być dobrzy, no nie?

- A co jest tutaj napisane? - pyta Tymek, wskazując następną i następną linijkę, a ja tłumaczyłem na gorąco.

No i wyszedł nam niemal dekalog:

- Dzieci muszą zawsze słuchać rodziców.
- Nie wolno płakać, gdy się czegoś nie dostanie.
- Trzeba być spokojnym zawsze.
- Nie wolno bić nikogo.
- Nie wolno krzywdzić małych stworzonek.
- Trzeba jeść obiady. Surówki też. I zupę.
- Trzeba natychmiast wołać, gdy chce się siku.

Pełen spis zasad obowiązujących w naszym kościółku poniżej:


PS

Zapisałby się ktoś do takiego "kościółka"?

sobota, 28 kwietnia 2012

Jasne, czemu by nie...

...zacząć długiego weekendu wraz z początkiem kuracji antybiotykowej. W ciągu doby gardło mi się rozklekotało. Lekarz zajrzał i orzekł, że migdałki mam wielkości głowic atomowych. To dość surrealistyczne uczucie, gdy na zewnątrz trzaskający upał, a człowiek popija gorącą herbatę  z miodem.

Ale czy ktoś się jeszcze dziwi okrutnym prawom ironii losu? Cóż, Synek też zakatarzony od poniedziałku, a Kalina od wczoraj kicha i nie może oddychać przez nos.

KURDE! Że się tak wyrażę...

Żeby było ciekawiej - niecodzienne przygoda dzisiaj. Upały sprawiły, że ze zgrozą stwierdziliśmy poważne braki w ubrankach letnich i obuwiu nieco lżejszym dla dzieciaków. Z zeszłorocznych w dużym stopniu powyrastały (zwłaszcza Córa), więc zbieramy się i jedziemy do Dużego Miasta na zakupy.

Wpadamy do pierwszego poważnego obuwniczego. Ludzi pełno, dominują rodzice wciskający dzieciakom na nogi sandały. Co chwilę między regałami słychać: "Nie ciśnie cię? A zrób parę kroków."

W sumie dość szybko udało nam się znaleźć buty dla młodej. Idę w stronę kasy, by zapytać o konkretny rozmiar, a tu docierają do mnie informacje, że nie da się płacić kartą.

OK, myślę, obok jest bankomat, więc bólu nie ma. A tu się okazuje, że padły serwery (ponoć) mojego banku i nie jest możliwa żadna transakcja dokonywana przy pomocy kart tego właśnie banku. Powiedział mi to jeden z ochroniarzy, którzy właśnie wyciągali pieniądze z niepotrzebnego tymczasowo bankomatu.

Całe szczęście, że uzbieraliśmy z Żoną chociaż pieniądze na buty dla Córy, bo inaczej nasza wielka wyprawa okazałaby się kompletną porażką.

Wracając do domu, zacząłem się zastanawiać nad jedną dość przerażającą kwestią. A więc nasze ciężko zapracowane pieniądze mogą po prostu być niedostępne? 

I, co gorsza, są tylko cyferkami w sieci banku, do którego nie trzeba wchodzić z rewolwerem, by je wynieść, bo wystarczy parę kliknięć?

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Pokaż mi okładkę, a powiem Ci...

Jakiś czas temu trułem Wam o istnym gradobiciu, na jakie narażeni są nauczyciele, których wydawnictwa zasypują promocyjnymi egzemplarzami podręczników.

Dziś delikatne nawiązanie do tematu pomocy naukowych - jak zachęcić ucznia do takiej a nie innej oferty?

Popatrzmy. Okładka i zagadka   Do czego TO służy?





























Do nauki języka polskiego...



A to?

























Czary mary!



Ciekawe, jak wyglądałaby "Matura 2011. Biologia"...

Sugestie jakieś?


czwartek, 19 kwietnia 2012

O szczęsny dniu!

Dziś otrzymałem mail od "mojego" serwisu książkowego lubimyczytać.pl, w którym to przyjęto mnie do grona Oficjalnych Recenzentów.

Cieszę się jak dziecko, bo okazało się, że moja pisanina o książkach może być w jakimś drobnym stopniu wartościowa.

Najśmieszniejsze jest jednak to, że właśnie skończyłem czytać Balzaca "Stracone złudzenia" - książkę opisującą podłe i cyniczne praktyki recenzentów...

Tak czy siak, cieszę się jak wariat z bateryjki....

środa, 18 kwietnia 2012

Maszyna w maszynę, kubek w ...

Moja Żona kochana sprawiła mi dziś prezent - przywiozła mi z Dużego Miasta kubek taki:



                                          Oj, należy jej się chyba siarczysty buziak!

wtorek, 17 kwietnia 2012

...pękła sprężyna

Stoję na przystanku dziś. Nikogo więcej przez dłuższy czas. Lekki niepokój, czy aby się nie spóźniłem na autobus.

Po kilku minutach pojawia się jakaś dziewczyna. Też widocznie czeka. Podchodzę do niej i pytam:

- Przepraszam, która jest teraz godzina?

Dziewczyna uśmiecha się przepraszająco i odpowiada:

- Nie wiem. Też nie wzięłam  t e l e f o n u.

Po chwili zdaję sobie sprawę z niezwykłości sytuacji. Ponad 10 lat temu nasz krótki dialog brzmiałby cholernie surrealistycznie.

PS

A to zegarek dla humanistów:

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Filozofia z miodem w uszach. Wykład IV - Wychodzenie z bunkra

Zacznę wesoło.

Jeden z moich ukochanych polonistycznych kawałów:

Jan Kochanowski snuje się po swojej posiadłości. Wena go opuściła. Rozdrażniony, nerwowy, niecierpliwy powtarza:

- Muzo! No wracaj! Muzo!

Nagle z nieba spływa przepiękna dziewoja z lirą. Szepcze coś Janowi do ucha i znika. Mistrz Jan klaszcze w dłonie, biegnie do drewutni, wychodzi z niej z siekierą i woła:

- Urszulko! Skarbie, gdzie jesteś?!

Całość wykładu będzie jednak poważna as hell. 


Pamiętacie może ten tren Kochanowskiego, w którym Mistrz żali się, że mądrość nie nauczyła go przejść do porządku dziennego nad śmiercią córki? Ten, w którym na światło dzienne wywleka swoje zwątpienie, niewiarę,  po części bluźni, nazywając Boga "nieznajomym wrogiem"?

"Tren XI" rozjechany przez spłaszczające wszystko szkolne interpretacje. Wyprany z głębokiego bólu, sprowadzony do roli eksponatu z muzeum manuskryptów, stał się tylko papierowym świadectwem kryzysu wartości renesansowych.

Mnie ten tekst ukazał ostatnio swoje drugie, o wiele bardziej dojmujące oblicze. I okazał się świetną inspiracją do napisania tego wykładziku.


Czym dla człowieka myślącego jest tak zwana filozofia życia? Czym dla naszego bohatera był dostojny stoicyzm pomieszany z rubasznym nieco epikureizmem? Czy na pewno czymś, co stanowiło o konstytucji wewnętrznej Kochanowskiego? Skoro utkwiło w nim głęboko i zapuściło korzenie, czy mogło pęknąć pod wpływem okoliczności zewnętrznych? A jeśli pękło? Czy możemy potraktować ten cały horacjanizm jako tylko i wyłacznie makijaż, który spłynął za sprawą kilku wylanych łez?

Dochodzimy tu do pierwszych odkryć - to, co zwiemy filozofią życia, często bywa tylko naszą naturą i jej swobodną realizacją, de facto nie ma tu żadnej filozofii, bo nie ma refleksji, jest lekko stąpający birbant, który robi co chce i kiedy chce.

Rzadko kiedy filozofia "nabyta" staje się częścią nas samych, najcześciej jest kostiumem, ubraniem, makijażem. Wszystkim tym, czym dość mechanicznie się przyozdabiamy. Na dodatek nie jest istotne, czy dana "aplikacja" jest częścią całości, której nie wolno poćwiartować, wybierając dla siebie co smaczniejsze kawałki.

Najciekawszy wydaje się być moment krachu danej filozofii. Wyjścia z bunkra. Demakijażu, gdy spada sezonowa łuska, a przez jeden bolesny moment dotykamy nagą skórą rzeczywistości. Po chwili oczywiście obrastamy tym, co nas znieczuli, ale owa chwila prawdy mówi nam cholernie dużo o nas samych.



Ponoć to właśnie chrześcijaństwo ma moc stawiania ludzi w ostrym świetle wspomnianej wyżej prawdy, w którym widzimy samych siebie w całej bolesnej rozciągłości. Najczęściej jest jednak inaczej - chrześcijaństwo oferuje wiernym cały zestaw bunkrów, w których wierzący mogą ukryć swoje najciemniejsze instynkty.

Pożądliwość - bunkier zwany opanowaniem lub wstrzemięźliwością. Lenistwo - bunkier zwany pracą. Żarłoczność - bunkier zwany postem. Możemy wymienić resztę grzechów głównych i pozamykać je w żelbetonowych konstrukcjach. Prawdy o nas samych w tym za grosz, bo rytuały, modły, błagania stają się czymś w rodzaju zasłony dymnej, za którą ukrywa się przed światem najokropniejsze wersje nas samych.

W założeniu (Chrystus by tak chciał) mamy być nowymi ludźmi, ale okazuje się, że udaje się to nielicznym. Wiecie, jak to mówią: "Wciąż spowiadam się z tego samego..."

Prawda o nas zaczyna się w momencie, gdy stracimy wiarę, spłyną z nas filozofie wszelkiej maści i zostajemy sami. Pozbawieni oparcia w czymkolwiek i w kimkolwiek.

Wtedy widać nas najlepiej.

PS

Pointy nie będzie.




piątek, 13 kwietnia 2012

Poranne czułości

Budzimy się hurtowo około godziny 6 rano. Ja, Synek, Kalina i Żona.

Córa ląduje w łóżku obok mamy i już rozgląda się za jakimiś zabawkami. W końcu trafiają w jej rączki książeczki, w których uwielbia odnajdywać przeróżne szczegóły. Zwierzaki, przedmioty, kwiaty...

Rozpoznaje i nazywa po swojemu (najczęściej pierwszą lub ostatnią sylabą) niemal wszystko.

- Zobacz, jak szybko dziewczynki się rozwijają - mówi Żona - Tymek w jej wieku chyba tak wyraźnie nie mówił jeszcze...

- Racja - potwierdzam -  Szybciej się rozwijają... Dopiero potem gdzieś po trzydziestce następuje gwałtowne hamowanie...

PS

Dziewczyny, nie bijcie!

wtorek, 10 kwietnia 2012

Ptak na wolności

Siedzimy przy późnym śniadaniu. Cała nasza czwórka.

Synek biega z kurczaczkiem-zabawką, który przyozdabiał wielkanocny koszyczek. Kurczak jest ponoć dość agresywny. Dziobie wszystkich i trzeba udawać, że zadaje poważne rany.

Nie uchowała się nawet Kalina, która została "dotkliwie" podziobana.

- Widzisz, mamo, jak kurczak zaatakował dziecko? Widzisz?
- Widzę, synku - mówi Żona - ale trzeba uważać, by się to nie powtórzyło.
- Dlaczego?
- Bo jak się komuś ptaszek wyrwie spod kontroli, to przyjeżdża policja... - zaczyna tłumaczyć Żona i dość szybko kończy, bo pękamy ze śmiechu.
- I są alimenty potem... - dodaję pod nosem.

czwartek, 5 kwietnia 2012

Szczodry czy rozrzutny?

W mojej rodzinie krąży taka oto opowieść o jednym z pierwszych kontaktów z Europą Zachodnią. Rodzice Żony pojechali do Holandii na zaproszenie pewnej rodziny. Moja przyszła teściowa upiekła masę rogalików z powidłami, zapakowała w olbrzymią puszkę i zabrała, żeby jakoś umilić spotkania przy kawie.

Po szczęśliwym przyjeździe, powitaniu i rozgoszczeniu pani domu (starsza już Holenderka, około 60 miała) podaje kawę. Teściowa stawia otwartą puszkę z rogalikami. Pani domu dziękuje, kładzie każdemu na talerzyk po jednym rogaliku, a puszkę zamyka i odnosi do kuchni.

Konsternacja. Na szczęście syn naszej gospodyni, chłopak, który znał polskie obyczaje, szepnął coś matce. Ta się uśmiechnęła przepraszająco i... na stole wylądował z powrotem komplet rogalików.

Ktoś się może w tym miejscu zaduma nad różnicami kulturowymi, ale ja jadę dalej...

Parę dni temu media upatrzyły sobie temat "Drogie święta." Drogie jaja, drogie mięso, wędliny, mąka... Co robić? Zapytano rodaków, jak sobie poradzą. W gęstwinie krzyżujących się rad w stylu: "Trzeba wziąć pożyczkę", "Trzeba przemyśleć zakupy", "Trzeba ciężej pracować przed świętami, by były na odpowiednim poziomie", trafił się głos taki: "Kupimy mniej w tym roku, więc może mniej wyrzucimy..."

Szarpnęła mną ta wypowiedź - facet być może odkrył przed kamerą naszą polską "specjalność" - rozrzutność, którą zbyt często chyba mylimy z hojnością lub dobrą gościną. Zbyt często kupujemy "pod dyktando" gości, którzy być może nas odwiedzą.

 - Nie daj Boże, by czegoś zabrakło... - wznoszą błagalne modły. I z reguły nie brakuje. Przelewa się. Opływa. Kapie. Kredyt? Pożyczka? Żaden problem. Byleby tylko ustawić się w kolejce po szynkę i jaja...

Wiem. Nie jestem oryginalny marudząc na ten nasz "polski proceder", wszak żywność w krajach rozwiniętych (Polska?) marnuje się na potęgę. W samej Unii jakieś 90 ton rocznie.

Jednak ja jestem wybitnie uczulony na te nasze świętowanie za każdym razem okupione bolącymi brzuchami, sylimarolem, zbudowane z przesiadywania przy stole i wiecznych dialogów w stylu:

- Nałóż sobie jeszcze.
- Już dwa kawałki zjadłem...
- Ja tobie nie liczę, ile zjadłeś.

Niech ta fotka strzelona w szkole będzie symbolem mojej minimalistycznej filozofii świętowania:

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Filozofia z miodem w uszach. Wykład III - Młodość jako sala treningowa

Wykład ten zainspirował pewien epizod, odprysk medialnego gniota pt. „The Voice of Poland.” Nie, uspokajam z miejsca kochanych czytelników, nie oglądam tego typu widowisk – nie mogę strawić relacji z wyścigów po nic, bo niemal zawsze kończy się dla „zwycięzców” jednym wielkim spektakularnym niczym.

Otóż jeden z wokalistów, skończywszy swój perfekcyjny ale pozbawiony emocji występ, otrzymał od jurorów taką oto reprymendę:
- Śpiewasz zawodowo, ale wciąż jesteś niewiarygodny. Wciąż brakuje prawdy w twoim głosie…
Drugi juror głębiej wbił nóż:
- Śpiewasz już przecież jakiś czas. Powinieneś coś… A ile ty masz lat właściwie?
Chłopak zwiesił głowę i bąknął:
- 25.
Jurorzy popatrzyli po sobie. Wyglądali przez chwilę jak członkowie konsylium lekarskiego, którzy mają poinformować pacjenta, że zostało mu parę miesięcy życia.

***
Zacząłem się zastanawiać, czym stała się młodość? Nie ma chyba sensu grzebać się w historii tego „zjawiska”, nie mam ambicji stworzenia szerokiego panoramicznego ujęcia. Warto jednak zwrócić uwagę na jeden, przełomowy moim zdaniem, moment – przełom oświecenia i romantyzmu.

To właśnie romantyzm jako pierwszy kazał widzieć w młodości element wartościujący. Młodość była wartościowa, bo była młodością – nie trzeba było jej obudowywać tkanką gromadzonej wiedzy, bagażem skromnych jeszcze doświadczeń etc. wystarczyła metryka, by uczynić z niej punkt podparcia umożliwiający pchnięcie planety na nowe tory.

A starość? Cóż… zgubiła majestat, autorytet, a nawet „zdolność koalicyjną.” Starych degradowało to, co windowało młodych – wiek.

Potem już się potoczyło, co znalazło swój dość toporny wymiar (jeśli porównamy z takimi choćby filomatami) w studenckich buntach lat 60 lub w hasłach typu „Nie ufaj nikomu po trzydziestce.”

Mimo drażniącego zacietrzewienia i pewnej oczywistej naiwności, młodość jest pozytywna – niemal każdorazowo miała mieć siłę, by zmienić, zerwać, zniszczyć, zbudować… Zmiażdżyć obłudę, konwenanse, zasady. Brzmi atrakcyjnie pod warunkiem, że nie jest się rodzicem dojrzewającego małolata.

A cóż nam mówi o młodości przykład wokalisty Krautwursta? Jedną, niezbyt optymistyczną rzecz. Zamieniono ten (ponoć) najpiękniejszy etap życia w salę treningową, po opuszczeniu której mamy szansę stanąć przed WIELKĄ SZANSĄ na… Właśnie. Na co? Sławę, popularność, zachwyt mediów, błyski, blaski, karierę? Spełnienie mierzone wymiernymi kwotami, dyplomami, liczbą fanów?

Im młodszym jest ten, kto osiągnął sukces, tym słodszym medialnie i komercyjnie jest kąskiem. Małoletni pisarze, piosenkarze, tancerze sporą część swojej potencjału rynkowego zawdzięczają właśnie nastoletniości. A przekazy podświadome kierowane do odbiorców brzmią: „Młody człowieku, ty też tak możesz” i  "Jak nie teraz, to kiedy?!"



(By nie nadużywać cierpliwości Czytelników, nie będę nawet przypominał o rodzicach, którzy boją się zostawić dzieciom odrobinę wolnego niezapełnionego szkołą i szkoleniami czasu. Basen, skrzypce, angielski, balet, konie, szkółka piłkarska, projekt z fizyki… Obawa przed nudą dzieci paraliżuje wręcz rodziców, ale to już temat na inne spotkanie.)

Zmierzając do pointy. Cóż moglibyśmy poradzić naszemu bohaterowi? Są dwie opcje, ale żadna w pełni nie rozwiązuje dławiącego go poczucia niespełnienia.

Po pierwsze – moja koleżanka z pracy powiedziałaby mu coś takiego: „Nie osiągnąłeś tego, co chciałeś? Widocznie za mało się starałeś.”

Kolega K. odchodzi ze spuszczoną głową, bo: a) zrobił, co mógł, i to nic nie dało,
                                                                       b) wierzy, że może zrobić więcej, co oznacza skatować ciało i psychikę dążeniem do urojonej perfekcji.

Druga rada wydaje się być bardziej ludzką. Kolega K. musi zrezygnować z filozofii życia, którą metaforycznie ilustruje westchnienie studenta fizyki : „Ach, być Einsteinem albo nikim!” Spasować, ale to drażliwa kwestia, bo współczesność nie uczy nas, jak przegrywać, jak tłumić rozbudzone ambicje, jak oswajać się z klęską lub remisem.

Nie ma podręczników „Nauka przełykania porażki w weekend.” Na szczęście jest „Stary człowiek i morze”, ale kto tam dziś czyta Hemingwaya oprócz gimnazjalistów?

Zgoda na bezbarwne i przeciętne życie do dla wielu większa tortura niż bieganina po castingach i upadlające doświadczenia w programach rozrywkowych typu „Top model.”

PS

Sponsorem wykładu był Arthur Rimbaud,



który przed dwudziestką zdążył zrewolucjonizować poezję światową, by potem zająć się handlem bronią.