środa, 21 marca 2012

Filozofia z miodem w uszach. Wykład II - Moje stare dobre "Ja"

- Mam pytanie - zaczynam.
- Tak?
- Powiedz, czy ja się jakoś inaczej zachowuje ostatnio?
Żona myśli, myśli i...
- Nie. Nie zauważyłam niczego. Taki sam zawsze jesteś - odpowiedziała i zabrzmiało to bardziej niż szczerze...

A ja akurat przechodziłem od tygodnia przemianę, której nie dostrzegła nawet najbliższa mi osoba. Chciałem być lepszy, unikać patologicznych zachowań, humorów, czasem dąsów, czasem pomruków puszczających nerwów. I co? I nic. Cała ta scenka miała miejsce już ładnych parę lat temu...

***

Ileż to razy starałem się zmienić... Przejść widowiskową transformację, która owocowałaby szeptami bliźnich: “Patrzcie, ależ on się zmienił... Niewiarygodne!” Oczywiście w tych słowach pobrzmiewałby podziw i nutka zazdrości? Czemu nie?

Jednak po setnej próbie wiem, że to w moim przypadku niemożliwe. Podobną świadomość pewnie osiągają tłuściochy, którym zamarzy się w ciągu tygodnia zerwać z ud, brzucha i podbródka warstwę sadła.

Anorektycy, którzy wychodząc ze swojej choroby, pragną obrosnąć w ciągu tygodnia w brakujące kilogramy, nie ryzykując przy okazji pęknięciem żołądka.

Każdy pewnie wpatruje się w prywatną wersję de luxe, all inclusive czy inny lepszy model samego siebie. Ale zazwyczaj niewiele to daje. Organizm pracuje w kapryśnym rytmie metabolicznym. Podobny metabolizm cechuje zapewne nasze ludzkie natury. I jeżeli nie sponiewiera nas po drodze jakaś upiorna trauma, dość opornie reagujemy na na wszelkie próby narzucania samym sobie czegokolwiek.

Cóż można zrobić? Ogłosić wszem i wobec decyzję o "nowym życiu" i tym samym zamienić bliźnich w najsurowszych strażników naszych zobowiązań. Metoda ta jednak ma swoje ograniczenia - bliźni kochani o wiele łatwiej dostrzegają nasze upadki niż mozolny marsz w stronę doskonałości. Tej metody nie radzę więc próbować.

Można natomiast jednorazowo zrobić coś wbrew samemu sobie. Ugiąć się pod przykrym obowiązkiem lub narzucić jakiś niedalekosiężny cel. Niestety, kto będzie pracowity "od przypadku do przypadku" lenistwa wrodzonego się nie pozbędzie, ale przynajmniej coś tam będzie miał z głowy. Lepsze to niż nic.

***

Nie wydaje mi się, by poza przykładami chrześcijańskich świętych takich jak Paweł z Tarsu, często spotykalibyśmy się ze spektakularnymi transformacjami. Z reguły nic nas nie strąca z siodła nawyków i przyzwyczajeń. Płyniemy z balastem wad i zalet. Niczego nie gubimy, rzadko coś pakujemy na nasze tratwy.

Kiepski byłby ze mnie tzw. coach lub mentor, skoro powtarzałbym każdemu, że nic w sobie zmienić nie może, powinien poczekać raczej, aż naturalnie pewne siły się w nim przesilą. Coś o czymś przesądzi i zacznie się delikatny, ale zdecydowany dryf w strony, w które dotąd się nie zapuszczał...

Patrząc na siebie (bo tak się składa, że jestem najlepszym świadectwem samego siebie, jakie znam), nie mogę przestać się uśmiechać. Bo czegoż to ja już nie przeżyłem - od hedonizmu po twardy nietzscheanizm ("Nie ma nie mogę!" - powtarzałem sobie na początku roku), od kosmopolityzmu po ocierającą się o nacjonalizm miłość do kraju, od rozprzężenia wszystkich zmysłów (jak chciał Arthur Rimbaud) po ascetyzm chrześcijańskich mistyków (kilkudniowy, ale zawsze...) Wszystkie te wahnięcia łączy jednak jedno - SAM wybrałem taki a nie inny kierunek. SAM popłynąłem, wyczułem, wydedukowałem...by po chwili porzucić.

Wniosek? Nic na stałe. Wszystko płynne, migotliwe, pozbawione trzymającej w ryzach formy. Może jednym z najszczęśliwszych odkryć, na jakie wpadnę, będzie pewność, że stare dobre JA nigdy na stałe się nie formuje. Dostosowuje się za to do kolejnych informacji, jakie wchłaniamy. Doświadczeń, jakie nas budują. Stąd moje przekonanie, że dobrze jest często zmieniać zdanie, chociaż moją Żonę kochaną niemiłosiernie to drażni:

- Przecież wczoraj mówiłem coś zupełnie innego - mówi z wyrzutem.
- Racja - odpowiadam - to było wczoraj. Dzisiaj jest dzisiaj...
- Ty wciąż zmieniasz zdanie!
- A lepiej by było, gdybym wciąż myślał identycznie i jak osioł wciąż chciał stawiać na swoim?

PS


Sponsorem wykładu był Popeye. 




Chociaż szpinaku nie jem (sic!)

10 komentarzy:

  1. To ja, na tym miejscu raz jeszcze zacytuję fragment, który niedawno mnie zainspirował:

    Zawsze chciałem zostać świętym, jak Aleksy lub Hieronim
    Zdobić świątyń firmamenty,
    Nosić aureolę;
    Lecz charakter mój przeklęty drogi do wyrzeczeń bronił,
    W pokus topił mnie odmęty,
    Wyprowadzał w pole…

    A wniosek z tego, co napisałeś, rodzi mi się taki: żeby coś (również w sobie) spektakularnie zmienić, trzeba mieć coś takiego, co spektakularnej zmiany wymaga. A my - myślę, że mogę to powiedzieć i o Tobie i o mnie - jesteśmy raczej normalnymi facetami. Mamy wady, ale kto nie ma. Dobrze, że mamy ich świadomość. Ale czy to są aż tak wielkie niedostatki naszej natury, żeby wytaczać przeciw nim ciężkie działa i podejmować nie wiadomo jakie kroki w celach korekcyjnych czy wręcz likwidacyjnych? Staramy się zachowywać tak, by było dobrze. Potknięcia będą się zdarzać - ja tam nigdy nie miałem aspiracji do noszenia aureoli i zdobienia firmamentów - wiem, że to byłoby tyle niewykonalne, co nienaturalne.
    Dla mnie życie w ascezie byłoby zmarnowanym życiem. Życie z ciągłą świadomością, że może tego czy tamtego nie powinienem, choć to przyjemne i w sumie nieszkodliwe - podobnie.
    Staram się nie zadręczać otoczenia własnymi przywarami, z lepszym pewnie lub gorszym rezultatem. I tyle - dobrze mi z moim starym dobrym sobą, a i innym, mam nadzieję, nie najgorzej.
    A że czasem jestem zły na siebie, że wyrzuty sumienia mnie dopadają, kiedy zachowam się nie tak, jak bym chciał (co się widzi, niestety, zwykle po czasie)? No jestem. Staram się wyciągać lekcje z tych momentów i minimalizować ich występowanie. Całkiem ich jednak nie wyeliminuję i z tym jestem pogodzony.

    Fajny tekst i ciekawy temat, tak swoją drogą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komplement. Ja te moje "filozoficzne" wprawki zawdzięczam Twojemu blogowi. Ale do mistrza mi daleko.

      Za to polecam "Śniadanie z Sokratesem", książka pewnie by Ci się spodobała, bo facet lekko, z polotem i kreatywnie uruchamia filozoficznie takie przestrzenie jak pobudka, kłótnia, droga do pracy.

      Życia nie zmienia ta lektura, ale satysfakcja dla rozumu gwarantowana.

      pzdr

      Usuń
    2. Już mi się gdzieś w oczy rzucił ten tytuł. Jeśli się okazja nadarzy, przeczytam na pewno. Zbliżanie filozofii do codziennego życia, to ciekawa działalność.
      pozdrawiam

      Usuń
  2. Znaczy sam sie nie zamierzasz zmieniać, bo i tak się nie da,
    ale zdanie zmieniasz ciągle. Cholera, naprawdę wkurzająca osobowość ;)
    Łącząc się z Tobą w Twoim sceptycyzmie co do szans skutecznego kreowania własnych przemian, odcinam się od nadmiernej łatwości zmieniania zdań. Zdanie warto zmieniać w odpowiednim momencie, wtedy, kiedy to przynosi profity, albo... dłużej nie da się już obstawać przy swoim, bo prawda wali po oczach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, Ove, zmiana zdania ma najczęściej źródło w:

      a) doinformowaniu (ktoś mnie a propos czegoś oświecił lub sam się oświeciłem),
      b) przemyślałem swoją zbyt emocjonalną pierwszą reakcję.

      Tyle.

      Zdania dla profitów raczej nigdy nie zmieniłem. Trochę prostytucją mentalną by to pachniało...

      pzdr

      Usuń
  3. Jak mawiał Lec: "Iść całe życie konsekwentnie do celu można tylko wtedy, gdy on się stale odsuwa"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całe Lec. Może obok Oscara Wilde'a sobie spokojnie usiąść i z nim gaworzyć mnożąc cudowne paradoksy.

      zpdr

      Usuń
  4. Też się zawsze zastanawiałem, na ile człowiek może się zmienić, a na ile pokazać prawdziwą twarz. Im starszy jestem, tym bardziej wierzę w nawrócenie niż w zmianę (bądź co bądź to dwie różne rzeczy).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z nawracaniem masz rację - to zupełnie inna mechanika. Pisałem tekst tak, by nie zahaczyć ani troszkę o kwestie metafizyczno-religijne.

      pzdr

      Usuń
  5. Osobiście wierzę w to, że można coś w świecie zmienić, siebie, mianowicie :) I wiem, że się da. Przeszłam sporą przemianę a nawet metamorfozę jakieś kilka lat temu. Łatwo nie było. I nadal ten proces trwa. Ale do tego trzeba czasu, skupienia i CHCENIA dotarcia do jasno obranego celu. A i najważniejsze - trzeba uwierzyć, że zmiana jest możliwa :D

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.