czwartek, 29 marca 2012

Ach ten generał to miał...

Od września wchodzi w życie kolejna reforma edukacji. Nie powiem Wam, ile już ich przeżyłem, ale pewne jest jedno - każda reforma generuje niesamowity ruch na rynku wydawniczym, w związku z czym szkoły zalewa fala darmowych egzemplarzy promocyjnych różnych podręczników.

Sam dostałem już dwa gratisy. Zdążył do mnie zadzwonić nadgorliwy przedstawiciel handlowy, pytając, czy (po dwóch dniach namysłu) zdecydowałem się już na wybór konkretnego podręcznika. Czujecie? Gorączka. Wydawnictwa prześcigają się w bonusach, tzw. "obudowach", czyli obiecują gotowe testy, scenariusze lekcji, plansze, karty pracy etc.

Dziś na naszych stołach wylądowały elegancko opakowane propozycje kolejnego potentata w branży. Książki zapakowano w piękne kartoniki (moim zdaniem szczyt snobizmu to poinformować na pudełku, że "zaprojektował je światowej sławy projektant współpracujący z m.in. BMW czy Toyotą).



 Łatwo można by było oszukać koleżanki, że właśnie przysłano im biżuterie lub inne drobiazgi.

- Co to jest? - padają pytania.
- Znowu książki nam przysyłają.
- Nie mogliby raz przysłać czegoś konkretniejszego? Bransoletki jakiejś, apaszki?
- Racja - potwierdzam - w domu już mam książkę.

Takie mniej więcej toczyły się rozmowy dzisiaj.

Potem uruchomił się moduł wspomnieniowy.

- Zobaczcie - mówię - dziś co rok jakaś reforma, zmieniana podstawa programowa, zmieniane to, zmieniane tamto. A biedne dzieci...
- Rodzice - poprawiam mnie kolega.
-... a biedni rodzice wciąż muszą kupować nowe książki. Nawet rodzeństwo nie może po sobie mieć książek, bo nie pasują już po dwóch trzech latach. A ćwiczenia? Co roku nowe! Ktoś pamięta, jak to było kiedyś? Szło się w podstawówce całą klasą do biblioteki szkolnej i odbierało się komplet podręczników po starszym roczniku. Książki miały na końcu metryczki, w które wpisywało się informacje o stanie egzemplarza na początku i na końcu roku szkolnego. I komu przeszkadzał taki układ?

I dalej się zanurzam we wspomnianiach:

Kiedyś, ósma klasa to była, dostałem w spadku po jakimś niesamowitym jajcarzu książkę od historii. W książce KAŻDA fotografia była podpisana lub przerobiona. KAŻDA. Nie uchował się żaden przywódca, generał, prosty żołnierz cz polityk. Nie było żadnych świętości czy tematów tabu. Poprzedni właściciel miał poczucie humoru, nieco podstawówkowe, ale miał. Takie próbki zapamiętałem:


Wody będzie potąd jak przyjdzie przypływ.


Patrz, mam zapalniczkę w palcu.



Ach ten generał to miał długiego...



I jeszcze jedno. Uczeń, który miał świadectwo z paskiem, dostawał komplet NOWYCH podręczników. Nigdy nie miałem paska, ale jakoś nie żałuję..

wtorek, 27 marca 2012

Skąd wiem, że jest wiosna?

To jest niezawodny znak:


Kocur wygrzewający swoje futro w oknie zakładu szewskiego. Kot znika gdzieś w okolicach października, by pojawić się na pod koniec marca. Skubaniec wykorzystuje każdy słoneczny dzień i leży jak wypchany całymi popołudniami.

Moja teściowa twierdzi, że pewnie odurza się tymi wszystkimi klejami szewskimi i jest mu najzwyczajniej w świecie błogo.

Moja znajoma miała dość dziwaczną historię związaną z tym zwierzakiem. Słoneczny dzień.Dziewczyna wchodzi na sekundę do apteki, wózek z niemowlakiem zostawia przed wejściem. Po chwili wychodzi i o mało co nie dostaje zawału - na kocyku, na nogach paromiesięcznego brzdąca, układa się do snu wyżej wymieniony kot.

Ja się śmiałem, ona mniej...

poniedziałek, 26 marca 2012

Demon w kinie

W zeszłym tygodniu moja Żona kochana, uproszona przez uczniów, zabrała całą klasę do kina. Rzecz jasna ZAMIAST lekcji, więc trzeba było znaleźć film wyświetlany w okolicach południa. Problem to wbrew pozorom poważny, bo z reguły uczniów spędza się o tej porze na ekranizacje lektur lub na głupawe komedie.

Tym razem jednym "sensownym" filmem były "Demony", rzecz dość paraliżująca o opętaniu, egzorcyzmach, szatanie etc.



- Ty weź lepiej jakieś relanium albo coś do tego kina... - mówię z troską w głosie, znając "sympatię" Żony do tego typu filmów. A żeby było zabawniej - z Żoną jechała druga nauczycielka, serdeczna koleżanka, która również na do miłośników horrorów nie należy. Delikatnie mówiąc...

Seans się udał. Cała sala tylko dla naszej wycieczki. Film ponoć całkiem do rzeczy - raz straszył, raz śmieszył, gdzie miał straszyć.

Jedną z ostatnich "scen" tego zrealizowanego w konwencji paradokumentalnej horroru była długo trwająca ciemność - sugestia "urwanego materiału", zniszczonej kamery jednego z bohaterów, który zmagania z demonami nagrywał.

Moja Żona odwraca się do siedzących za nią uczniów i mówi:

- A teraz demony wchodzą w nas....

Klasa w śmiech. A tu z pierwszego (!) rzędu podnosi się jakiś dziadek, którego nikt wcześniej nie widział, i woła:

- Ciszej tam! Na horror przyszliście czy na komedię?!

- Tak to nauczycielka została ochrzaniona przez zbulwersowanego widza - podsumowała już w domu Żona.

czwartek, 22 marca 2012

Kolejne maski spadają...

Czegóż się dowiadujemy?


Spotkanie PO i PSL-u miało miejsce 19 marca. Dotyczyło forsowanej przez PO reformy emerytalnej. Ludowcy nie chcą jej poprzeć w obecnym kształcie.


Pawlak mówił po spotkaniu, że "w czasie dyskusji pojawiła się też taka opinia, że dla państwa najtańsza jest rodzina bez dzieci". - Finansowo to się zgadza, tylko że jest to perspektywa jednego pokolenia - ocenił. Według "Wprost" te słowa wypowiedział premier.




Zamknąć ludzi w pracy do 67 roku życia, by dzieci w przedszkolach nie mogły zaprosić ani babci, ani dziadka. Dzieci przeczołgać przez szkołę, by szybko wylądowały wśród płatników podatków. Szkoły pozamykać, bo po co ich aż tyle. Pieniądze pakować w nierentowne stadiony, chińskie firmy budujące autostrady. Ludzi podłączyć do szpiegowanego internetu. Obłożyć podatkiem wszystko i wszystkich. Poodbierać jakiekolwiek ulgi tym, którzy starają się jakoś mieć więcej niż ZERO dzieci...

Miał rację Rymkiewicz w książce-eseju "Wieszanie" - przydałoby się w naszej historii parę egzekucji, by coś się w końcu zaczęło układać.

Paru kandydatów bym już miał...

środa, 21 marca 2012

Filozofia z miodem w uszach. Wykład II - Moje stare dobre "Ja"

- Mam pytanie - zaczynam.
- Tak?
- Powiedz, czy ja się jakoś inaczej zachowuje ostatnio?
Żona myśli, myśli i...
- Nie. Nie zauważyłam niczego. Taki sam zawsze jesteś - odpowiedziała i zabrzmiało to bardziej niż szczerze...

A ja akurat przechodziłem od tygodnia przemianę, której nie dostrzegła nawet najbliższa mi osoba. Chciałem być lepszy, unikać patologicznych zachowań, humorów, czasem dąsów, czasem pomruków puszczających nerwów. I co? I nic. Cała ta scenka miała miejsce już ładnych parę lat temu...

***

Ileż to razy starałem się zmienić... Przejść widowiskową transformację, która owocowałaby szeptami bliźnich: “Patrzcie, ależ on się zmienił... Niewiarygodne!” Oczywiście w tych słowach pobrzmiewałby podziw i nutka zazdrości? Czemu nie?

Jednak po setnej próbie wiem, że to w moim przypadku niemożliwe. Podobną świadomość pewnie osiągają tłuściochy, którym zamarzy się w ciągu tygodnia zerwać z ud, brzucha i podbródka warstwę sadła.

Anorektycy, którzy wychodząc ze swojej choroby, pragną obrosnąć w ciągu tygodnia w brakujące kilogramy, nie ryzykując przy okazji pęknięciem żołądka.

Każdy pewnie wpatruje się w prywatną wersję de luxe, all inclusive czy inny lepszy model samego siebie. Ale zazwyczaj niewiele to daje. Organizm pracuje w kapryśnym rytmie metabolicznym. Podobny metabolizm cechuje zapewne nasze ludzkie natury. I jeżeli nie sponiewiera nas po drodze jakaś upiorna trauma, dość opornie reagujemy na na wszelkie próby narzucania samym sobie czegokolwiek.

Cóż można zrobić? Ogłosić wszem i wobec decyzję o "nowym życiu" i tym samym zamienić bliźnich w najsurowszych strażników naszych zobowiązań. Metoda ta jednak ma swoje ograniczenia - bliźni kochani o wiele łatwiej dostrzegają nasze upadki niż mozolny marsz w stronę doskonałości. Tej metody nie radzę więc próbować.

Można natomiast jednorazowo zrobić coś wbrew samemu sobie. Ugiąć się pod przykrym obowiązkiem lub narzucić jakiś niedalekosiężny cel. Niestety, kto będzie pracowity "od przypadku do przypadku" lenistwa wrodzonego się nie pozbędzie, ale przynajmniej coś tam będzie miał z głowy. Lepsze to niż nic.

***

Nie wydaje mi się, by poza przykładami chrześcijańskich świętych takich jak Paweł z Tarsu, często spotykalibyśmy się ze spektakularnymi transformacjami. Z reguły nic nas nie strąca z siodła nawyków i przyzwyczajeń. Płyniemy z balastem wad i zalet. Niczego nie gubimy, rzadko coś pakujemy na nasze tratwy.

Kiepski byłby ze mnie tzw. coach lub mentor, skoro powtarzałbym każdemu, że nic w sobie zmienić nie może, powinien poczekać raczej, aż naturalnie pewne siły się w nim przesilą. Coś o czymś przesądzi i zacznie się delikatny, ale zdecydowany dryf w strony, w które dotąd się nie zapuszczał...

Patrząc na siebie (bo tak się składa, że jestem najlepszym świadectwem samego siebie, jakie znam), nie mogę przestać się uśmiechać. Bo czegoż to ja już nie przeżyłem - od hedonizmu po twardy nietzscheanizm ("Nie ma nie mogę!" - powtarzałem sobie na początku roku), od kosmopolityzmu po ocierającą się o nacjonalizm miłość do kraju, od rozprzężenia wszystkich zmysłów (jak chciał Arthur Rimbaud) po ascetyzm chrześcijańskich mistyków (kilkudniowy, ale zawsze...) Wszystkie te wahnięcia łączy jednak jedno - SAM wybrałem taki a nie inny kierunek. SAM popłynąłem, wyczułem, wydedukowałem...by po chwili porzucić.

Wniosek? Nic na stałe. Wszystko płynne, migotliwe, pozbawione trzymającej w ryzach formy. Może jednym z najszczęśliwszych odkryć, na jakie wpadnę, będzie pewność, że stare dobre JA nigdy na stałe się nie formuje. Dostosowuje się za to do kolejnych informacji, jakie wchłaniamy. Doświadczeń, jakie nas budują. Stąd moje przekonanie, że dobrze jest często zmieniać zdanie, chociaż moją Żonę kochaną niemiłosiernie to drażni:

- Przecież wczoraj mówiłem coś zupełnie innego - mówi z wyrzutem.
- Racja - odpowiadam - to było wczoraj. Dzisiaj jest dzisiaj...
- Ty wciąż zmieniasz zdanie!
- A lepiej by było, gdybym wciąż myślał identycznie i jak osioł wciąż chciał stawiać na swoim?

PS


Sponsorem wykładu był Popeye. 




Chociaż szpinaku nie jem (sic!)

niedziela, 18 marca 2012

Wiersz na nowy tydzień XXII (z jednym nieprzyzwoitym wyrazem)

Wiersz dla panów, którzy narzekają wciąż, że "Eee, to ma być poezja???"

Próbka talentu Tomasza Różyckiego, jednego z lepszych "młodych" liryków. Laureata, nominowanego często tu i tam. 

W tej odsłonie o pięknie czytamy. Konkretnym, namacalnym (nomen omen), obezwładniającym... O kobiecie, dojrzewaniu, budzącej się grozie płciowości.



Pieśń szesnasta (Spis aktorów, dla M.B.)

Najpiękniejsza kobieta w mieście, dla ciebie
kupiłem rower i pedałowałem całą noc,
dla ciebie oliwiłem sprężynę. Pod twoim oknem
wymyśliłem wielkie wojny z tym miastem,

z jego mężczyznami i zawistnymi kobietami.
Plułem im do piwa i sikałem do torebek,
a bataliony mrówek robiły rejestr ich pościeli.
Kiedy idziesz, pracują wszystkie dętki

i dzwonią dzwonki u ram. Tak stałem się znawcą
kobiet, z okna na piętrze rozpoznaję to miejsce
pomiędzy udami i cipką, w które wpada światło.
Jutro wojna rozszerzy się i przejdę z kredą

dom po domu, piekarnię i kino. Miłość przyniosła
naczynia, miłość je napełni.

PS

Nie mogłem się powstrzymać...

;-)



czwartek, 15 marca 2012

Zwąchamy się jakoś...

Cóż, zdarzają się rzadkie przypadki, gdy w szkole dzieje się coś, co zbliża tę instytucję do ideału. Mistrz mówi, uczniowie słuchają jak zahipnotyzowani. Dziś coś takiego miało miejsce - naszą szkołę odwiedził ze swoim wykładem doktor habilitowany chemii i zaprezentował "Chemię miłości", czyli pod kątem zjawisk natury biologiczno-chemicznej opisał to najcudowniejsze z uczuć.

Zaczął z grubej rury - według redukcjonistów miłość to nic więcej jak tylko wyjątkowo udany sposób, jaki znalazła ewolucja, by ułatwić przedstawicielom homo sapiens spłodzić i doprowadzić do dojrzałości swoje potomstwo.

Potem było tylko lepiej, ale wszystkiego z tego fascynującego wykładu nie byłem w stanie zapamiętać. Rzucę więc paroma obserwacjami naukowymi (podkreślam to słowo celowo).

Dobieramy się w pary "na nos"



- kobiety są w stanie "wywąchać" faceta, jego feromony, ale uwaga - w normalnych warunkach kobieta najlepiej reaguje na zapach mężczyzny, który "pachnie" zupełnie inaczej niż jej ojciec. Natura jest sprytna - chodzi o poszerzenie puli genów. Im ktoś bardziej "przypomina" ojca, tym ma mniejsze szanse. Upada więc teoria jakoby kobiety szukały w partnerze odbicia swego tatusia.

Co ciekawe, kobiety biorące pigułki hormonalne wysyłają ciału sygnał - "jesteś w ciąży." A jeżeli jesteś w ciąży to:
a) brzydniesz w oczach płci przeciwnej,
b) z opcji "przytulanko" wpadasz w opcję "chcę jeść, bo jestem w ciąży i muszę zmagazynować rezerwy",
c) zaczynają interesować się facetami "pachnącymi jak ojciec".

Kobiety emitują najwięcej feromonów, gdy jajeczkują, czyli mają akurat dni płodne. W te dni niemal każda staje się ...atrakcyjniejsza wizualnie. Natura to sprytna bestia - przymnaża paniom szans na zapłodnienie. Przedziwne - damskie feromony zwiększające szanse u mężczyzn nazywają się...kopuliny.

Coś jest na rzeczy...

Feromony są tak silne, że powodują na przykład synchronizację okresów u kobiet mieszkających razem. To mnie powaliło.

Aby zwiększyć szansę na pierwszej randce zafundujmy kobiecie dawkę adrenaliny (spacer z szalikiem Legii po Poznaniu, jazdę samochodem po polskich drogach etc), wtedy "głupi" mózg połączy przypływ adrenaliny z osobą nam towarzyszącą i... zwiększy nasze szanse na finalny sukces.

Aby zwiększyć szansę zdobycia faceta (a jest się kobietą), trzeba mu powiedzieć: "Miałbyś ochotę na whiskey? A może wino? Mam 4 puszki piwa w lodówce." Alkohol zatapia mózg w dopaminie - zajebiście fajnym neuroprzekaźniku, dzięki któremu czujemy błogie szczęście. Ergo, kobieta plus alkohol i...panowie, jaki jest wynik tego działania?

Miłosne odurzenie mija po 2-4 latach. Organizm nie daje rady wyprodukować kolejnych dawek dopaminy i endorfiny. Waśnie po 2-4 latach odnotowuje się pierwszą falę rozstań lub rozwodów.

Jeżeli to przeżyjemy we dwoje, czeka nas tzw. miłość przyjacielska. O nią trzeba szczególnie dbać. natura nam pomaga - seks i pieszczoty (nawet głaskanie) uwalniają "optymistyczne" neuroprzekaźniki. A więc głaszczmy się do końca życia...

Bonus

Wystarczy 1-2 sekundowy kontakt wzrokowy z płcią przeciwną (oczywiście nie kończy go "Co się gapisz?!"), a uruchamia się w nas ośrodek nagrody i już jest przyjemnie.

Kwestia finalna - zabijamy nasze własne osobiste zapachy zbytnią dbałością o higienę. Trzeba więc wypośrodkować chęć bycia czyściochem z elementarną wiedzą na temat "ukrytych mechanizmów" naszych ciał. Nie, myjmy się, myjmy, ale hmmm...bez przesady z antyperspirantami, perfumami, dezodorantami...

Dziś trafiłem w prasie na miażdżące info o drastycznych podwyżkach cen wody. Myślę, że nasz rząd w końcu zrozumiał, że polityka prorodzinna jest bardzo ważna...

środa, 14 marca 2012

Filozofia z miodem w uszach. Wykład I - Drzemka

Drzemka. Dwie sylaby. Wyraz, w którym brzmi chrapanie sprawiedliwego snu. Za dnia. Krótkiego. Trzy kwadranse, by odpocząć popołudniu. Znaleźć siły. Uspokoić poganiane ciało.



Najlepiej rozumieją to chyba rodzice małych dzieci, które w perfekcyjny sposób  potrafią powalić swoją aktywnością nawet kilkuosobową rodzinę. Same padają, śpią pół godziny, by znowu rozpocząć galopadę w najbliższej przestrzeni.


Najmniejsze dzieci demolują noce – tego chyba nie muszę tłumaczyć. Ich główki nie rozumieją jeszcze podziału na noc i dzień, więc mija trochę czasu zanim ciemność będzie sygnałem do spania. Za dnia też jest różnie. Czasem śpią kilka godzin pod rząd, czasem co 15 minut budzą się, by płakać drugie tyle. Żadnej reguły tu nie znajdziemy.


Ja natomiast pamiętam doskonale te momenty, gdy kładłem się z młodym do lóżka. Przyciskałem go ciężką gorylowatą ręką, by czuł, że ktoś jest obok, i czekałem aż zaśnie. Nie wiem, kto z nas pierwszy odlatywał, ale wiem, że to ja zawsze budziłem się pierwszy i patrzyłem jak śpi.


Drzemka od zawsze była moją wielką miłością. Oderwaniem się od pędzącego dnia. Od zmęczenia, znudzenia, upału lub zimna. Interludium. Pięknym zamętem, gdy budząc się tego samego dnia, nie wiedziałem, czy jest już jutro, czy jeszcze dziś, czy cała doba przeleciała nade mną jak rozpędzony pociąg.

To niezwykłe upajające ciepło rozchodzące się po całym ciele jak płynny miód. Kto tego doświadczył, ten wie, o co chodzi.

Drzemka jako symbol wolności. Tego, że jestem właścicielem podarowanego mi czasu i mogę nim rozsądnie zarządzać, nie narzucając mojemu ciału morderczego tempa nigdy i nigdzie.  To święte łacińskie „otia post negotnia” czyli odpoczynek po pracy.


( A w najlepszym momencie zawsze przychodzi Mama i mówi: „Nie śpij w lumpach!” Na to mój Ojciec z kontrą: „Każdy Polak po jedzeniu nie zapomni o leżeniu”)


Jasne, można mi zarzucić, że za dużo w tym wpisie epikurejskiego wygodnictwa, złotego środka zamiast ewangelicznego radykalizmu. Oczywiście. Od zawsze stałem na stanowisku, że nawet święty Józef musiał sobie odpoczywać, a co dopiero ja. Bo wierząc w to, że żyje się po to, by być dla innych (ok., czasem o tym zapominam), trzeba dla tych innych być zdrowym, silnym i wyspanym.

poniedziałek, 12 marca 2012

Wiersz na nowy tydzień XXII

Bohdan Zadura to żywy klasyk współczesnej polskiej literatury - poeta, prozaik, tłumacz...
Zgryźliwy, czasem cyniczny, zawsze w kontrze do burdelu (nomen omen), jaki panuje w naszej rzeczywistości, kiczu, pretensjonalności, banału i mielizn intelektualnych...

Z kim to nie spałem

nie spałem z matką Teresą
nie spałem z siostrą Faustyną
nie spałem z Jolantą Kwaśniewską

i gdybym miał czytelniczkom
pani znakomitego pisma
powiedzieć całą prawdę


ten wywiad nigdy by się nie skończył




PS

Ten ze zdjęcia to nie Autor, ani nie ja...

Na kuny!!!

Moja Żona kochana jakimś cudem zahaczyła ostatnio na lekcji o temat kun.

(Jak wiecie mieliśmy z nimi spore kłopoty - a to kabel przegryzły, a to upstrzyły odchodami trawnik, a to tupały na strychu... Podsumowując, dość męczące sąsiedztwo, którego jakoś pozbyć się nie można.)

Jeden z uczniów, pierwszoklasista, podnosi rękę i nieśmiało zaczyna:

- My też mieliśmy kłopoty z kunami, ale już jest po wszystkim. Jest jeden pewny sposób...
- Słuchamy - zachęca Żona.
- Tylko się nie śmiejcie! - rzucił do klasy i kontynuuje - ...trzeba pojechać do ZOO i kupić kupę tygrysa.

Eksplozja śmiechu.

- Nie śmiejcie się! Kuny uciekły i już nie wróciły. Ale to nie jest tani sposób... Wiecie, ile kosztuje porcja takiej kupy tygrysiej? 200 złotych!

wtorek, 6 marca 2012

To chory kąt!

Idziemy z Synkiem na spacer, rowerowy spacer. On jedzie na swoim rowerku, ja trzymam metalowy drąg przymocowany do bagażnika, co by młody nie huknął o nic. Terenem wyprawy miała być promenada - ładny i malowniczo rozłożony wzdłuż jeziora "spacerniak."

Ileż to się miasteczko moje naużerało o fundusze, żeby w końcu ludzie mogli pochodzić gdzieś, pojeździć na rowerach, wyskoczyć z dzieciakiem w wózku...

Wzdłuż całej promenady poustawiano ławki, obok ławek ładne "nowoczesne" lampy i ciut niedobrane do reszty stylizowane na XIX wiek kosze na śmieci przyozdobione jakimiś esami-floresami.

No więc jedziemy z młodym. Rowerek się toczy, jak marszobieg za nim. Nagle patrzę - jedna z lamp tak stoi:


Ktoś się solidnie napracował, by wyrwać z ziemi betonowy kołnierz, w jakim umocowano lampę. Cóż, idziemy dalej a tu takie cudo:


Lampa podkopana, jakby ktoś chciał ją...hmmm...nie wiem...wziąć do domu??? 

Dalej mamy efekt narastającej frustracji:



Lampa-ofiara kopniaka z półobrotu.

***
A mi się przypomniały słowa Wokulskiego. Spaceruje po parszywym Powiślu i tak sobie myśli:

„Cóż, bulwary?... – myślał. – Postoją jakiś czas, a potem będą walić się, zarośnięte
zielskiem i odrapane, jak te oto ściany. Ludzie, którzy je budowali z wielką pracą, mieli także
na celu zdrowie, bezpieczeństwo, majątek, a może zabawy i pieszczoty. I gdzie oni są?...
Zostały po nich spękane mury, jak skorupa po ślimaku dawnej epoki.
(...)
„Nigdzie nie wejdziemy po tej leżącej drabinie – myślał. – To chory kąt, dziki kąt.”



poniedziałek, 5 marca 2012

Wiersz(e) na nowy tydzień XXI

Żeby wynagrodzić fanom (Izo, Auroro, to dla Was) tego cyklu całe tygodnie bez nowych wierszy, wrzucam dziś dwa.

Autorem jest amerykański poeta William Carlos Williams, mistrz codzienności i prostoty, żyjący w małym miasteczku lekarz, który stał się klasykiem współczesnej poezji pisząc o ludziach i dla ludzi...


Czuły mężczyzna


Czuję pieszczotę własnych palców
na swojej szyi zapinając kołnierzyk
i myślę pełen żalu
o miłej kobiecie którą znałem.



Chcę ci tylko powiedzieć że


zjadłem
te śliwki
które były w
lodówce

i które
chciałaś pewnie
zachować
na śniadanie

Nie gniewaj się
tak mi smakowały
były takie słodkie
i zimne


Tłumaczyli odpowiednio Julia Hartwig i Stanisław Barańczak.

piątek, 2 marca 2012

Dwaj (nie)znajomi

Idę z Synkiem na basen. Taka nagroda za przeżycie tego tygodnia od poniedziałku do piątku - dla mnie w szkole, dla niego w przedszkolu.

Przebieramy się w szatni. Tuż za nami wchodzi również tata ze swoim synkiem, na oko starszym od Tymka o rok. Facet przygląda mi się dłuższą chwilę i mówi:

- Przeprasza, czy pan może pochodzi z Kalisza?

Osłupiałem.

- Tak - odpowiadam - Jak pan na to wpadł?

- My chyba chodziliśmy do jednej podstawówki...

Mój procesor rozgrzał się do czerwoności i rzeczywiście - rysy twarzy mojego rozmówcy okazały się dziwnie znajome, chociaż za Chiny Ludowe nie potrafiłbym powiedzieć o nim nic więcej oprócz...

- ... klasa "C"?

- Tak.

- No proszę... To dość pocieszające, że ludzie aż tak bardzo się nie zmieniają - mówię, bo co więcej.

- No właśnie...

I na tym filozoficznym stwierdzeniu skończyło się nasze pierwsze od niemal 20 lat "widzenie."

Ładnie podobne sytuacje ubrał Miron Białoszewski:



Nie wszystkim się kłaniają po latach...

- nie wszystkim się kłaniają po latach, mogą nie poznawać 
- a bo trzeba się starzeć w podobieństwie do siebie






PS


Ktoś mógłby zasugerować jakąś głębszą integrację w stylu "Co porabiasz? Jak ci minęło pół życia?", ale chyba nie dalibyśmy rady jakoś głębiej zainteresować się wzajemnie swoimi żywotami...