poniedziałek, 27 lutego 2012

Tato, nie chcę nic mówić, ale...

...ferie się już skończyły!

PS

A ja się dziś tak do roboty rano spieszyłem, że pomyłkowo założyłem skarpety Żony.

Różowe...

sobota, 25 lutego 2012

Wiersz na nowy tydzień XX

Mariusz Grzebalski


W takie wieczory jak dziś traci się przyjaciół

Ale noc mija i wśród parującego śniegu
słychać kroki nowych.



Wszystko w temacie... ech...

wtorek, 21 lutego 2012

Sprawdzajcie swoje kołowrotki!

W domu rodzinnym, który odwiedziłem w ubiegły weekend, uwielbiam delektować się lokalnymi gazetami, które kupują moi Rodzice. Problemy nieco inne, skala nieco inna przeróżnych wydarzeń. Ciekawostki, ogłoszenia. ..

Po prostu delektuję się światem, który onegdaj opuściłem.

Przeglądając stos pism, trafiłem na miesięcznik dla wędkarzy. Moi bracia łowią, więc pewnie któryś sobie kupił ten periodyk. Z nudów zacząłem kartkować kolejne artykuły o przynętach, kołowrotkach, łowiskach zimowych, haczykach i Bóg wie, o czym jeszcze...

...nagle mój wzrok przyciągnęła pewna reklama (nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego).



Przez dłuższy czas zastanawiałem się, czy chodzi w niej o coś więcej niż tylko pokazanie półnagiej (dosłownie) kobiety z wędką i  złowionym (chyba) sumem.

W końcu mój wzrok przesunął się nieco w prawą stronę i tam przeczytałem takie oto hasło:



Myślałem, że nie trafię na nic lepszego od artykułu o wstrząsającym tytule "Traktorzysta... sam sobie przejechał po nogach.", a tu proszę!

niedziela, 19 lutego 2012

Power of love

Synek nie przestaje zaskakiwać. Trzylatek jest prawdziwym źródłem iście filozoficznych dywagacji, wobec których czasem staję się głupi jak stołowa noga.

Jego ostatnia obsesja - miłość.

Taka próbka:

- Tato, czy ty mnie kochasz?

- Tak.

- A kiedy przestaniesz?

- Nigdy nie przestanę. Tatusiowie zawsze kochają swoich synków.

- A co by się stało, jakby przestali?

- No jak myślisz - odbijam piłeczkę - co by się stało?

- Wszyscy by umarli...


...i gadaj tu z takim.

wtorek, 14 lutego 2012

Downshifting czyli jak szybko zostać żulem

Telewizja śniadaniowa kieruje się swoimi do bólu przewidywalnymi prawidłami – przegląd prasy, poważny temat, błahy temat, wiadomości, pogoda, ploty, gotowanie z jakimś uśmiechniętym bałwanem, konkurs, zespół grający na żywo z podkładu…

Oglądam rano najstarszy polski tego typu program „Kawa czy herbata?”Oczywiście jednym okiem, bo drugim śledzę poczytania obudzonego już Synka. W studiu pojawiają się dwie panie w lekko średnim wieku (około 40), ubrane elegancko, taki typ sprzedawczyni z ekskluzywnego butiku. Korpulentne, w wizualnie wyszczuplających ciemnych ciuchach, rozjaśnione gustowną biżuterią…

Tematem spotkania jest tzw. downshifting. O ile dobrze pojąłem zagadnienie, jest to trend polegający na tym, że ludzie zabiegani, zmęczeni surową rzeczywistością, pogonią za pieniędzmi, luksusami, ratami kredytów, pracą w korporacjach, ZWALNIAJĄ.

Zwalniają się z katorżniczych etatów, wyprowadzają się na przedmieścia lub na wieś. Zaczynają być panami swojego czasu. Mają więcej miejsca na rozwój wewnętrzny etc.

Dwie panie zachwalały na potęgę swoje wybory i rozmowa toczyła się gładko do momentu, gdy prowadzący zapytał:

- Ale czy ta propozycja nie jest dla osób, które już osiągnęły pewien status? Mają odłożone pieniądze i mogą sobie pozwolić na zwolnienie tempa?

Kobiety spojrzały na siebie, a jedna zaczęła tłumaczyć coś tak pokrętnie, że bardziej logicznie brzmiał strumień świadomości Molly Bloom wieńczący „Ulissesa” Joyce’a.

Chodziło o to, że one są coachami, doradzają ludziom, jaki mają pokierować swoim życiem, jak zamienić pragnienie w decyzje o zmianie, bo najważniejsze to się zdecydować bla bla bla…

***

Pamiętam, jak lata temu, gdy dopiero definiowało się zjawisko polegające na tym, że wszystkie stare panny nagle zamieniły się w singielki, oglądałem podobnie stymulujący intelektualnie materiał.

Kilka młodych kobiet przekonywało prowadzących, że bycie singielką to styl bycia i cała filozofia oparta na bla bla bla… i że ogólnie jest cool i że to niesprawiedliwe, że w naszym społeczeństwie każda kobieta, która nie wyjdzie za mąż przed trzydziestką jest obiektem kpin lub przesadnego zainteresowania przysłowiowych ciotek na przysłowiowych imieninach.

W kontrze przytomny dziennikarz przytoczył list, jaki przyszedł na adres programu.

„Jestem trzydziestoletnią młodą kobietą. Mieszkam w małym miasteczku, gdzie nie ma ani jednego wolnego fajnego faceta. Dziewczynom w studiu łatwo być singielkami, bo w Warszawie w każdej chwili można nie być taką singielką i kogoś znaleźć, a w mojej mieścince już tak nie można…”

***

Oczywiście moja obserwacja jest zbyt naiwna jak dla Was, moi mili odbiorcy.

Życie w Centrum sobie, a życie na obrzeżach sobie. Gorzej, że Centrum (już od czasów Oświecenia) ma tendencje do rządzenia i uzurpuje sobie prawo do narzucania wszystkiemu naokoło własnego światopoglądu, filozofii, sposobu bycia, swoich norm i zachowań.

(Stąd ten podły podział na postępowe Centrum i zaściankowy Ciemnogród, ale to temat na inny post)

To, co napiszą/wymyślą „mądre” panie redaktorki w Centrum, pani Jadzia w malutkim Pleszewie, Skalmierzycach lub Kokaninie postanowi powielić. Pół biedy, jak przez dwa tygodnie będzie „szukała oświecenia w dopasowanych do daty urodzenia kolorach ubrań”, gorzej jak jej mąż poczuje zew downshiftingu, rzuci konkretną robotę i zacznie szukać kontaktu z Matką Ziemią…


Downshifting po polsku

poniedziałek, 13 lutego 2012

Początek ferii...

...taki:

Jedziemy z Córą do okulisty. Umówieni jesteśmy od grudnia i w końcu wyczekany moment nadszedł. Lekki niepokój o jej "uciekające" oko. Troszkę zezuje, raz lewym, raz prawym. Trzeba było jakoś zadziałać.

Jedziemy oczywiście prywatnie, bo w tym kraju państwowa służba zdrowia nie gwarantuje niemal niczego (poza paroma wyjątkami, to raczej powód do notorycznego wysokiego ciśnienia). Nawet gdy Synek dwa tygodnie temu miał o szóstej rano 40 stopni gorączki (!!!), kobieta z pogotowia mogła mi tylko zaoferować zestaw ratowników medycznych, "ale chyba nie o to panu chodzi, prawda..."

No i musieliśmy śmigać z majaczącym Tymkiem 25 kilometrów do szpitala. W 20 stopniowym mrozie...

Ok, ad rem...

Niestety, okazało się, że Kalina ma wadę wzroku. Musi nosić okulary, regularnie przesłaniać oczy, raz jedno, raz drugie. W pewnym momencie okulistka popłynęła:

- Mają państwo Playstation?
- Nie - odpowiada Żona - jeszcze nie mamy...
- Szkoda. Córka mogłaby pomanipulować joystickiem. Postymulować wzrok, jakby widziała, że coś się przesuwa na ekranie telewizora, a ona tym rusza...


Tak, z pewnością czternastomiesięczne dziecko będzie sobie z tym doskonale radziło...

Kupiliśmy Kalinie okularki. Wytrzymuje w nich około dwóch nanosekund. Cóż... mamy całe ferie, by powalczyć z tematem.


PS

Trzeba bezwzględnie przestrzegać informacji zapisanych na płynach do odmrażania szyb. Przez nieuwagę śladowa ilość tego świństwa znalazła się na moich ustach (chciałem wytrzeć zakatarzony nos i...). Od kilku dni usta pieką niemiłosiernie. 

Nie całuję się jutro z nikim!

piątek, 10 lutego 2012

Co by było...

Gdybym pewnego pięknego czerwcowego dnia w połowie lat 90 nie odebrał pewnego telefonu, nie pisałbym dziś tych słów, nie miałbym Żony (tej właśnie konkretnej), nie miałbym dzieci (tych właśnie). 

A było to tak - miałem studiować polonistykę we Wrocławiu. Tak jak mój polonista, który baaardzo zachwalał to miasto i wciąż miał w instytucie kilku znajomych ze swoich studenckich czasów, dziś już szacownych doktorów lub profesorów.

Jadę. Mimo dokładnej mapy nie udaje mi się trafić na miejsce przed godziną 14. Jest już za późno, by złożyć papierzyska. Wracam do Kalisza zły, ale z mocnym postanowieniem, że "jutro to wszystko załatwię..."

Następnego dnia trafiam bez problemu, ale... nie miałem pieniędzy na tzw. opłatę egzaminacyjną. Bez tego nie mogę nawet starać się o miejsce na filologii! (Tu jest miejsce na wiązankę wulgaryzmów, uzasadnionych, przyznacie...).

Wściekam się i mówię: "Pierdolę! Składam papiery w Kaliszu." W moim rodzinnym mieście uruchomiono polonistykę, ale tylko w wymiarze licencjackim. Lepsze to niż nic. Składam i koniec. Nigdzie więcej nie jadę!

Informuję o wszystkim zdumionych rodziców, którzy jednak akceptują mój plan. Siedzę wieczorem w domu. Nigdzie nie wychodzę. Zbyt zmęczony jestem po drugiej z rzędu nieudanej wyprawie do Wrocławia.

Dzwoni telefon. Kumpel z liceum:

- Złożyłeś już papiery?
- Sypiesz sól na świeże rany - mówię i rozwijam narrację.
- Staruszku - tak mówił, serio - to choć złożymy jutro do Poznania. Jedziesz ze mną? Jutro ostatni dzień przyjmują.

No i mnie przekonał... dzięki temu na piątym roku poznałem przyszłą Żonę, zostałem dla niej w Poznaniu (teraz już pod Poznaniem mieszkamy), mamy dzieci...

...i pomyśleć tylko - dwie wtopy, telefon, który mnie zastał (stacjonarny!!!), Poznań...

Coś wypadłoby z tego łańcucha wydarzeń i...

wtorek, 7 lutego 2012

Zeszyt ćwiczeń z optyki. Rozdział 8 - złudzenia...

Mój nieco szwankujący już wzrok wypatrzył z daleka taką oto planszę reklamową.



- Co mam wam dać? - myślę sobie - KNURA?

Dopiero potem przeczytałem, że chodzi o nurkowanie...

poniedziałek, 6 lutego 2012

Pociągiem do jazzu

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz jechałem pociągiem. Trzy lata temu? Cztery lata temu? W każdym razie dawno. dziś poruszam się raczej autobusami, swoim samochodem.

Nie kojarzę pociągów zbyt pozytywnie – dziś polska kolej to kolejki (nomen omen) zdezorientowanych pasażerów, brudne przedziały, tłok, spóźnienia, wciąż likwidowane połączenia, remontowane torowiska…

Kiedyś było inaczej. 5 lat studiów przejeździłem dzięki uprzejmości PKP. Były przygody, jasne.

Nie zapomnę dość hmmm… niekomfortowych warunków w przedziale pełnym pijanych rezerwistów, którzy pozawijani w dziwaczne chusty upstrzone podpisami kolegów przez kilka godzin pili kolejne piwa.

Nie zapomnę podróży na święta; na zewnątrz około 20 stopni, ja stoję na korytarzu, gdzie ogrzewanie włącza się TYLKO WTEDY, gdy na kolejnych stacjach otwierano drzwi i wysiadali ludzie!

Najczulej wspominam piątkowe powroty do rodzinnego Kalisza. Rację mają ci, którzy w pociągach widzą najromantyczniejsze wehikuły. Jest coś niezwykłego w oderwaniu się od samego siebie i roztopieniu się w pejzażu widzianym za oknem.

Podobny efekt uzyskamy gapiąc się w płonący ogień (najlepiej w kominku lub na biwaku) lub obserwując płynącą wodę (kran się nie liczy).

Zapach torowiska, latem, gdy rozgrzane podkłady kolejowe niemal pękają pod ciężarem gorących szyn. Dworce, bary dworcowe, starsze panie w kasach…

Z Poznania wyjeżdżałem o 20:30. Pociąg osobowy. Postój na każdej stacji. Gasnący dzień. Małe stacyjki. Opuszczone szlabany. Rzędy domków, do których niemal można było zajrzeć zanim pociąg zdążył się rozpędzić.

W domu byłem już nocą, około 23. Czerwcowe powroty były ciepłe. Niebo gwiaździste. Ulice prowadzące do mojego domu puste. Furtka od ulicy zamknięta. Nie chcę budzić rodziców ani braci, nawet sąsiadów z dołu mi żal budzić. Przeskakuję przez bramę jak rasowy włamywacz.

Dlaczego to opisuję? Przecież to o niczym… Ano kolejny raz w nocy słuchałem muzyki i powtórzyłem sobie piękną płytę Marcina Wasilewskiego i jego przyjaciół. Płyta pt. „Faithfull” i drugi w kolejności utwór „Night train to you.” Tak, to o pociągu, ale to raczej elegancki skład Deutsche Bahn niż nasz zwykły z Tanich Linii Kolejowych (porównanie to zapożyczyłem z jakieś recenzji wyżej wymienionej płyty).





Jeżeli miałbym kogokolwiek zachęcić do słuchania jazzu, to włączyłbym mu ten oto utwór.

Nieco patetyczno-nostalgiczny ten post. Rozładujmy więc ten nastrój.

Pociąg wjeżdża na peron. Zaczyna się toczyć powolutku, powolutku. Ja jak rasowy podróżnik staję na stopniach wagonu, luzak, plecak przewieszony przez jedno ramię, chcę wyskoczyć jeszcze w biegu, delikatnym biegu. Skaczę i stykając się z podłożem peronu robię widowiskowy fikołek do tyłu…

...bo wyskoczyłem w przeciwną stronę niż jechał pociąg.

PS

To był wpis neutralny światopoglądowo.

hi hi hi

niedziela, 5 lutego 2012

Co ludzie plotą o 5:30 nad ranem?

Noc ciężka, bo odsypiany dzień, kiedy drugi raz z rzędu byliśmy z Synkiem w szpitalu dziecięcym w Poznaniu (temat na oddzielną notkę, taka odyseja nas spotkała, niestety).

Córa na szczęście śpi ostatnio dość dobrze, choć męczą ją zęby niemiłosiernie i co jakiś czas budzi się w ciemnościach i protestuje przeciwko ząbkowaniu.

Obudziła się około 5:20. Szukała smoka. Dałem jej, uspokoiła się i zasnęła. Ja odpaliłem sobie w łóżko mp3 i ze słuchawkami na uszach słuchałem Trójki. Akurat dość przyjemnie się działo. Piotr Stelmach niejaki prezentował parę klasycznych kawałków alternatywnych zespołów rockowych.

Zapodał też piękny instrumentalny "Sleeping on the roof" zespołu The Flaming Lips (świetni są, bez wątpienia).

Utwór powolny jak wspinające się na nieboskłon słoneczko. Monumentalny, nieco nawet zbyt patetyczny jak na mój gust. Okraszony ładnymi pogłosami w tle.

I jak pan Piotr Stelmach podsumował tych parę minut muzyki:

Gdy przyjdzie wiosna, szybko będzie zaczynało świtać, znowu postaram się włączyć ten utwór. A wtedy będzie można wyjść na dach i tam spróbować zasnąć.

To właśnie wygaduje się o 5:30 w radiu...

piątek, 3 lutego 2012

Uwaga! Post może obrażać uczucia Marii Czubaszek

I

Są chwile, gdy wszystko mnie wkur... Pogoda, Polska, praca, ludzie przypadkowi, najbliżsi, dalsi, Żona, dzieci własne i cudze. 

Wrażenie, że życie potoczyło się inaczej niż miało. Chwile ciężkiej deprechy, bo marnuję czas, bo muszę być dla innych, bo powinienem teraz pisać "wielką wstrząsającą powieść panoramiczną" zamiast biegać za Synkiem i Córką, pilnując, by nic im się nie stało, by nie czuli się opuszczeni w pustym pokoju lub kojcu...

Jasne, są chwile, gdy wydaje mi się, że wszystkie moje  najważniejsze wybory życiowe były wyborami błędnymi. A wszystko wokół to jeden wieli krzyż.

Któż tak nie ma? Nie miał?

Raz, niemal na skraju totalnego załamania, napisałem do starszego i mądrzejszego znajomego. Wylałem z siebie te bebechy, werteryzmy, Weltschmerze... 

"Nie daj sobie wmówić, że jest źle" - odpisał. "Trzeba trzymać fason..." 

I te słowa przywracają mnie do pionu. No i oczywiście wiara w to, że nie wiodę beznadziejnego pustego życia, że wszystko musi się przejść - poranionym lub nie, ale trzeba się przeczołgać. I nie musi mieć to niczego wspólnego z moim chrześcijaństwem. Wystarczy sięgnąć do Nietzschego lub Camusa...

II

W książce będącej zapisem rozmów z Zygmuntem Kubiakiem ( to wybitny znawca antyku, kapitalny filolog, tłumacz, eseista) pada kwestia moralnego zła, jakie kwitnie w człowieku-twórcy. Zapytany o to, czy nie ma problemu w odbiorze dzieł stworzonych przez nie do końca czystych artystów, odpowiedział, że w tych największych ZAWSZE widać głębię ducha. Może i pokrzywionego, ale mającego dostęp do tych przestrzeni, które mówią nam prawdę o kondycji człowieka.

Przykład? Villon. Tyle razy skazywany na więzienie, że trudno zliczyć. Recydywista. A jednak jego wiersze mówią nam bardzo dużo o migotliwym i tragicznym losie ludzkim.

Caravaggio. Awanturnik i zabójca. Ale jego najwybitniejsze dzieła złamały przyzwyczajenia estetyczne epoki...

"Ich dzieła stoją za nimi po tamtej stronie..."

III

Jakoś przypadkiem trafiłem na gorący internetowy spór, w którego centrum stanęła dość znana persona - Maria Czubaszek. Spór uruchomiło następujące wyznanie rzeczonej:

Zrobiłam to dwa razy (usunęłam ciążę - mój dopisek) – wyznała Czubaszek w Uwadze TVN. Nigdy z tego powodu nie miałam traumy, tylko mówiłam: Boże, jak to cudownie, że ja to zrobiłam. Gdyby się zdarzyło, że zaszłam w ciążę, i byłby to siódmy czy ósmy miesiąc, to ja bym skoczyła z któregoś piętra, pod pociąg bym się rzuciła, ale na pewno bym tego dziecka nie urodziła.

Drugie wyznanie, dolewające oliwy do ognia brzmiało:


Już jako dziecko nie lubiłam innych dzieci. Zawsze ciągnęło mnie do starszych - wyznała na antenie i opowiedziała o aborcji:  Nie chwalę się tym. Ale też nie uważam, żeby to było coś tak strasznego, do czego nie można się przyznać. Choć wiem, że komentarze będą okropne. Każda moja wypowiedź na ten temat budzi ogromne emocje. Do tego stopnia, że nazywają mnie "zimną suką". Ale - szczerze mówiąc - wolę być "zimną suką" niż "matką Polką".

Garść moich myśli na ten temat (w świetle I i II części postu):

- dość obrzydliwe wydaje mi się epatowanie tego typu wyznaniami. Może i staroświecki jestem, ale brzmi to rozpaczliwie, pod publiczkę, efekciarsko. Aborcja, zabieg, skrobanka... jak zwać tak zwać, ale zawsze łączyło się to z dość dramatycznym wyborem życiowym. Czubaszek robi z tego element skeczu. Wyciskanie pryszczy wydaje się być przy tym bardziej emocjonującą czynnością,

- Czubaszek znalazła masę zwolenników, którzy gratulują jej "odwagi"  i innych tego typu cnót. Ciekawe, czy podobnie by się o niej wyrażano, gdyby zamiast o dzieciach (potencjalnie urodzonych) mówiłaby o kotach. Tak. Dwa razy utopiłam kota. Boże, jak to cudownie, że ja to zrobiłam. Gdyby się zdarzyło, że miałabym mieć kota, to ja bym zrzuciła go z któregoś piętra, pod pociąg bym rzuciła, ale na pewno bym tego kota nie miała.

- Fizjologiczna wręcz niechęć do dzieci jest moim zdaniem równie chora jak niechęć do na przykład ludzi starszych. Chciałbym, żeby pani Czubaszek znalazła się w towarzystwie kogoś, kto głosiłby pogląd, że ludzi po przekroczeniu pewnego wieku powinno się poddawać eutanazji. Niechaj byłby to tylko rodzaj prowokacji. Jestem ciekawy, jak potoczyłaby się rozmowa...

- Nasz narodowy satanista, Nergal, powinien brać korepetycje u pani Czubaszek. Pan Darski to taki nasz swojski diabołek, Rokita, szatanek-szlachciura. Bardziej śmieszny niż na serio złowrogi.


Prawdziwe oblicze upiornego i nieobliczalnego egoizmu to nasza starsza koleżanka. Osoba, która bez skrępowania przyznaje się do "zabiegów", dzięki którym mogła dalej w szczęściu i zachwycie prowadzić upojne życie.

Nie, nie jestem fanatykiem. Nie jestem talibem, moherem etc. Ale krew mnie nagła zalewa, gdy brak odpowiedzialności za swoje czyny (w tym przypadku kontakt seksualny z partnerem) daje się "załatwić", uśmiercając przyszłe narodzone dzieci. 

Tak ma wyglądać droga, jaką wskazują nam "panie z okienka"? To ma kogokolwiek zbudować? To ma uczyć myślenia? 

Zawieszam te pytania.






Poddaje pod rozwagę fakt, że pani Maria Czubaszek wciąż aktywnie się udziela korzystając z sympatii mediów, które nie potrafią już zachować nawet odrobiny poczucia przyzwoitości. Wciąż widzimy piękne mądre spojrzenie pani satyryk, która ma panaceum na niespodziewane konsekwencje nierozważnych czynów.

PS


Kiedyś lubiłem skecze pani Czubaszek. Z uśmiechem przysłuchiwałem się żonglerkom słownym, skojarzeniom, istnej humorystycznej woltyżerce. Dziś brzydzą mnie.

Nie, za panią Czubaszek nic nie stanie po tamtej stronie...


czwartek, 2 lutego 2012

Dnia 1 lutego 2012 roku

Kalina dostała ostrego kataru. Z nosa jej cieknie, ale wszystko jest w porządku, gdy trzyma postawę wyprostowaną. Gdy się kładzie - katar "wpada" jej pewnie do gardła. Krztusi się i kaszle. Długa zasypia. Gdy w końcu mija pierwszych kilkadziesiąt minut, budzi się z płaczem.

Zabieram ją do dużego łóżka. Tam też wojuje. Wciąż w nocnym amoku podnosi się, wypluwa smoka. Zaczyna płakać. Ja się wściekam, bo w pokoju obok śpi Tymek. . On też jest chory. Budzi się w nocy z gorączką i woła o coś do picia. (Tymczasem przychodzi Żona i dowiaduję się od niej, że Szymborska umarła. Smutno)

Przenoszę się z nią do salonu. Tam rozkładam kanapę i odgradzam stronę Kaliny potężnym fotelem, żeby w nocy nie spadła z łóżka. Młoda potrafi tak się wiercić, że zwiedzić całe łóżko lunatykując to dla niej pestka. Sam śpię od ściany,  żeby Córa  się o nią nie huknęła.

Sen. Jaki sen? Walka z zakatarzonym dzieckiem. Oboje na granicy snu i jawy. Czuwamy? Śpimy? Mnie się coś jakby śni.

Czesław Miłosz. Śni mi się Miłosz. Mam we śnie jego książkę i idę po autograf. Już, już, za chwilę książka w rękach Noblisty, a tu ŁUP! WRZASK!

Kalina spadła z łóżka.

Uspokajanie trwa jakieś 20 minut. Zasypia. Ja też.

Budzi się z potężną śliwą nad jej prawym okiem.


A ja się budzę z jednym z moich ulubionych wierszy Szymborskiej. 

Dnia 16 maja 1973 roku

Jedna z tych wielu dat, 
kóre nie mówią mi już nic. 

Dokąd w tym dniu chodziłam. 
co robiłam - nie wiem. 

Gdyby w pobliżu popełniono zbrodnię 
- nie miałabym alibi. 

Słońce błysło i zgasło 
poza moją uwagą. 
Ziemia się obróciła 
bez wzmianki w notesie. 

Lżej by mi było myśleć, 
że umarłam na krótko, 
niż że nic nie pamiętam, 
choć żyłam bez przerwy. 

Nie byłam przecież duchem, 
oddychałam, jadłam, 
stawiałam kroki, 
które było słychać, 
a ślady moich palców 
musiały zostać na klamkach. 

Odbijałam się w lustrze. 
Miałam na sobie coś w jakimś kolorze. 
Na pewno kilku ludzi mnie widziało. 
Może w tym dniu 
znalazłam rzecz zgubioną wczesniej. 
Może zgubiłam znalezioną później. 

Wypełniały mnie uczucia i wrażenia. 
Teraz to wszystko 
jak kropki w nawiasie. 

Gdzie się zaszyłam, 
Gdzie się pochowałam - 
to nawet niezła sztuczka 
tak samej sobie zejśc z oczu.
Potrząsam pamięcią - 
może coś w jej gałęziach 
uśpione od lat 
poderwie się z furkotem. 

Nie. 
Najwyraźniej za dużo wymagam, 
bo aż jednej sekundy.