poniedziałek, 30 stycznia 2012

Od pierwszego do ostatniego (odcinka)

Ciężkie zadanie, jakie przede mną stanęło (Zdesperowany mnie wywołał do tablicy), zmusiło mnie do stworzenia trzech kategorii - serial zagraniczny, serial dla dorosłych i serial dla młodzieży.



Z tym że:

- serial zagraniczny jest zarówno serialem dla dorosłych i dla młodzieży,
- serial dla dorosłych może być również z powodzeniem przez młodzież oglądany (walory edukacyjne, o których potem),
- serial dla młodzieży może być z powodzeniem oglądany przez młodzież i dzieci.

Widać więc, że w mojej pierwszej trójce WSZYSTKIE TRZY PROPOZYCJE zajmują pierwsze miejsce ex aequo.


Pierwszy numer jeden to CUDOWNE LATA. Serial, który w jednym około dwudziestominutowym odcinku potrafił z całą intensywnością dojrzewania pokazać każdy odcień młodości - niepewność, odkrywanie przedziwnego świata płci przeciwnej, pierwsze bunty, pierwsze rozczarowania, olśnienia...


Wszystko unosi się w słodkim sosie lat 60, epoce uważanej przez Amerykanów za okres niewinności, łabędzi śpiew bezpiecznych przedmieść wielkich miast. Czas wojny w Wietnamie, rewolucji seksualnej, hippisów, rodzących się gwiazd rocka i telewizyjnych idoli.

Oglądając ten serial jako uczniak, rozpoznawałem w swojej własnej szkole pewne uniwersalne mechanizmy rządzące światem nastolatków. Dodatkowym atutem był niecodzienny zabieg – perypetie Kevina Arnolda komentuje z perspektywy osoby mocno już dorosłej on sam. Pozwala to nie tylko „dośmieszyć” dzieło, ale również zmusza do refleksji – kurcze, a jak ja bym komentował moje wybory, pomysły, dramaty, ambicje, które w danej chwili były najważniejsze na świecie?

I jeszcze jedno – kiedyś bliżej mi było do Kevina-dziecka, dziś, niestety, już narrator mógłby być moim kompanem…

Wielkie nostalgiczne a jednocześnie głęboko uniwersalne dzieło.





SIEDEM ŻYCZEŃ to niezwykły serial. Stworzony przez Macieja Zembatego, satyryka, klasyka czarnego humoru, na przestrzeni siedmiu zamkniętych kompozycyjnie odcinków przedstawia losy chłopaka, który ocaliwszy kota, zdobywa możliwość wypowiedzenia tytułowych siedmiu życzeń.

Któż by tego nie pragnął? Inspirujące, no nie? Co byście zrobili? Czy to samo, co Dariusz? Mieć profesjonalny sprzęt grający zespołu Wanda i Banda? Móc spojrzeniem zamieniać ludzi w swoich niewolników? Masa możliwości, ale każdy wybór niesie określone konsekwencje, mniej lub bardziej męczące - bo co na przykład zrobić z tłumem idących za nami krok w krok narzucających się poddanych?

Dodatkowe atuty: kapitalna muzyka,prawdziwy kawałek rocka. Każdy odcinek ilustruje inna piosenka - moja ulubiona "Jestem zmęczony." Bardzo życiowa...

Kapitalnie pokazane rodzinka Dariusza - żadne tam ideały. Nerwowa mamuśka, smęcący ojciec. Prawdziwi, ale pozytywni.

No i sam Rademenes mówiący głębokim głosem Zembatego. Wiecznie dziwiący się rzeczywistości późnego PRL-u...

Palce lizać!



Trzecie pierwsze miejsce to najlepszy, moim zdaniem, polski serial - ALTERNATYWY 4.



Wszyscy znają na pamięć. Najdoskonalsza okazja, by prześledzić w przekomicznej formie mechanizmy tworzenia się władzy, jej umacniania, jej pozorny upadek... Nie trzeba chyba przypominać arcygenialne kreacje Romana Wilhelmiego, Witolda Pyrkosza,  Kaczora, Kryszaka... 

Skarbnica złotych myśli... 

Przykład - jak nie mam ochoty czegoś robić, ale tak NAPRAWDĘ nie mam, to sobie przypominam słowa doktora Kołka na sugestię żony, by ten pogodził się z dźwigowym Kotkiem:

- Wiesz co ja bym wolał?! Przetokę mózgową bym wolał!

Leżę po tym tekście...

Jak już zdążyliście się zorientować, staroświecki mam gust i żadnych "współczesnych" seriali nie wymieniam. Nie łapię większości, nudzą mnie lub irytują, lub jedno i drugie. Najczęściej zmierzają donikąd lub kończą się magicznym To be continued...

"Moje" seriale zaczynają się i kończą. Nikt nie dokręcił kolejnych serii, nikt nie myśli o nich inaczej niż o zamkniętych całościach. I za to też je cenię...


PS

Do zabawy zapraszam:





...jeżeli już wcześniej nie byli zaangażowani przez kogoś...





piątek, 27 stycznia 2012

Urywki ostatniości VI

Wielkie sprawy, jakimi ostatnio się na blogu zajmowałem muszą w końcu ustąpić pod natłokiem bliższej rzeczywistości.

Co się działo? Otóż przyszło do mnie zamówione pióro. Niestety nie było opcji grawerunku, o którym wspominałem jakiś czas temu. Ale i bez tego pióro baaaardzo mi leży w dłoni - jest ciężkie, solidne i kresli stalówką F, czyli eteryczne kreseczki. Tłoczek, brązowy atrament.

Jestem wniebowzięty. Oto mój Duke Zebra



***
Coś ze zdrowiem się pogorszyło. Odzywają się stare wojenne rany (zaprzeszła operacja się przypomniała), więc w poniedziałek czekają mnie dwa sparingi z polską służbą zdrowia.

***
Synek będzie miał w następny piątek pierwszy przedszkolny balik. Balik tematyczny. PTAKI. Mile widziane jest przebrać się za skrzydlate stworzenie. No i mieliśmy zgryz - gdzie znaleźć coś, co będzie "w temacie" i co się spodoba młodemu.

Dziś jakimś cudem udało nam się zdybać kostium... papugi!

Gdy Tymek przejdzie pranie mózgu i zgodzi się w to ubrać, załączę fotkę.

***

Na dobranoc piosenka. Usłyszałem ją przypadkowo dłubiąc w sieci. PULP, Angole jakich mało. I kawałek, który kojarzy mi się z dansingiem, 1:30 nad ranem, tango-przytulango na pustawym parkiecie, kula dyskotekowa nad tańczącymi parami. Opary alkoholu, zamroczenie winem, potem niezgrabny jakiś, ale przynajmniej zabawny seks...



Co ja piszę?!

czwartek, 26 stycznia 2012

Moje blogowe życie z ACTA...

...pewnie wyglądałoby tak:

- nie wstawiłbym (chyba) ANI JEDNEGO wiersza do działu "Wiersz na nowy tydzień",
- część recenzji z bloga "krytycznego" nie mogłaby zawierać cytatów z książek,
- zapomnijmy o bezkrytycznym wstawianiu okładek książek, płyt i fotek; mają (lub będą miały) właścicieli,
- nawet "mój" obrazek maszyny do pisania do kogoś należy.

Zostałby goły szablon.

Aha, może to mało istotne w obliczu dławienia wolności i majaczącego widma z Orwellowskiego koszmaru, ale z YouTube znikają kolejne Kreciki...


...cóż, on też ma pewnie swoich właścicieli...

wtorek, 24 stycznia 2012

Czarną jak Murzyn, proszę!

Rozpisywać się na temat kawy jest dość łatwo - wiadomo. Trudniej odkryć w tym temacie coś nowego, więc silić się nawet nie będę. Dziś strzeliłem kolejne dwie, licząc na magiczną moc kofeiny, która podniesie mi ciśnienie i uwolni od upiornego bólu głowy.

A łeb tak mnie napier^*$^@#@^&lał, że idąc do apteki po coś przeciwbólowego, nie mogłem patrzeć pod nogi na gęsto ułożoną kosteczkę brukową - niemal dostawałem torsji, gdy te wszystkie małe  kwadraciki przesuwały mi się przed oczami... Koszmar!

***

Ponoć jest taka teoria, że pijąc piwo przez słomkę, szybciej i skuteczniej się oddajemy alkoholowym wibracjom. Coś w tym jest... Ale w przypadku kawy to chyba nie działa. Sprawdzałem ostatnio.


W moim przypadku kawa musi "boleć", chociaż efekty zazwyczaj bywają takie, jak w tej przewrotnej reklamie:



I jeszcze jeden obrazek. Strzelony w okolicznej kawiarni. Stara dobra szkoła:



Wybaczcie ten "roztrzęsiony" post, ale wiecie, kawa...

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Taki kolaż mi się ułożył...

Tedy owa trójca widząc, iż jeszcze nie dosyć narody głupie i zepsute były, wyrobiła nowego bałwana, najobrzydliwszego ze wszystkich, i nazwała tego bałwana Interes, a tego bałwana nie znano u pogan dawnych.


Tymczasem kłaniały się Interesowi wszystkie narody. I rzekli królowie: Jeśli rozszerzymy cześć tego bałwana, tedy jak naród bije się z narodem, tak potem bić się będzie miasto z miastem, a potem człowiek z człowiekiem.


I zdziczeją znowu ludzie, a my znowu będziemy mieć taką władzę, jaką mieli niegdyś królowie dzicy, bałwochwalscy, i jaką mają teraz królowie murzyńscy i królowie kanibalscy, iż mogą zjadać poddanych swoich.

Adam Mickiewicz KSIĘGI NARODU POLSKIEGO I PIELGRZYMSTWA POLSKIEGO

Od 30 lat finansjalizacja dewastuje kolejne sfery życia społecznego. Zamienia pacjenta w klienta, a lekarza w dostawcę usługi medycznej. Ucznia zamienia w nabywcę oferty edukacyjnej, nauczyciela czyni jej wykonawcą. Czytelnika czy widza przemienia w target reklamowy, wierzyciela w anonimowego posiadacza prawa do kredytu, które może w każdej chwili komukolwiek odstąpić, z adwokata czyni przedstawiciela prawnego, z dziennikarza - mediaworkera, z naukowca - dostawcę wiedzy lub innowacji itp. Istotą przestaje być treść relacji, a staje się wartość transakcji.


Wydawało się, że ta zamiana zwiększy efektywność. Kryzys pokazał, że zwiększa głównie liczbę i koszty transakcji. W większości dziedzin społeczna wartość od tego nie rośnie. A często maleje. W Ameryce, gdzie finansjalizacja zaszła najdalej, wydatki zdrowotne są najwyższe na świecie, a efekt jest dużo gorszy niż w wydających kilkakrotnie mniej krajach Europy.

Fragment artykułu Jacka Żakowskiego pt. "ACTA ad acta. Co ma wspólnego internet z biblioteką."


Albowiem korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy.

Święty Paweł.


Nie zostawiam komentarza, wszystko jasne...

...czasem człowiek nie ma ochoty już żartować...

niedziela, 22 stycznia 2012

Mroczny tata...



Już dwa razy Donald Tusk próbował blokować Internet w Polsce. To jest trzecia próba - zamiar podpisania ACTA. Tutaj link.


Podpiszcie się, proszę, pod petycją

Precz z totalitaryzmem! (Mam jeszcze podręczny zestaw bluzgów i zamiar iść na manifestację przeciwko ACTA w Poznaniu)

sobota, 21 stycznia 2012

The day after

Po wczorajszej studniówce mogę powiedzieć parę rzeczy o jej warstwie muzycznej:

- zespół, dwóch panów, jeden grał na wszystkich instrumentach (cóż z tego, że gitarowe sola na przykład w kawałku Dżemu wycinał na... klawiszach z odpowiednim efektem), drugi grał i niestety śpiewał (gdy zapowiadał Dżem brzmiało to jak "A teraz zagramy na specjalne życzenie Cher), dziewczyna śpiewała...jak śpiewała.

- zespół potrafił  KAŻDY utwór zaprezentować w konwencji dziarskiego techno, nieważne, czy pierwotnie było to coś zalatującego folkiem, rockiem czy sambą. Szacun!

- wiecie, co to jest "Magiczna funkcja języka"? Krótka definicja: wiąże mówienie z działaniem, przejawia się w różnego rodzaju zaklęciach, przekleństwach, czarach, tajemniczych formułach słownych, eufemizmach. Czyli na przykład chrzcimy statek imieniem "Pogromca fal".

A zespół nazywał się APLAUZ.

***

Podsumowując, nie było tak źle. Wymieńmy zespół, rzućmy nieco świeżego powietrza, co by nam po wszystkim ubrania nie emitowały zapachu oleju do smażenia frytek i będzie OK.

Nawet coś tam potańczyłem, ale tradycyjnie zbojkotowaliśmy z Żoną "Jesteś szalona" i utwór z refrenem:

Seksualna niebezpieczna taka jestem lubię być niegrzeczna
Seksualnie doskonała nie dostaniesz nigdy mego ciała.

i tylko proszę nie pytać dlaczego...

piątek, 20 stycznia 2012

czwartek, 19 stycznia 2012

Źle się dzieje w państwie duńskim...

Co gorsze?

Jutrzejsza kolęda? Wpada ksiądz, który znany jest ze swojego...hmmm... ciepłego stosunku do mamony. Pociąć gazetę i upozorować przy pomocy papieru wypchaną kopertę?

Jutrzejsza studniówka? Impreza, która NIGDY nie kojarzyła mi się dobrze (wyjątek - moja własna), a w dodatku zmusza "bawiących się" nauczycieli do tkwienia w schizofrenicznej roli "kim ja tutaj jestem i co ja tutaj robię? W końcu to rodzice są organizatorami imprezy, a bawią się same pełnoletnie osoby?" A w dodatku to studniówka ze szkoły Żony...

Ech, doły dziś mam...

Nawet nie że pogoda taka przytłaczająca. Jakoś staro się poczułem...

Przypominało mi się dziś w autobusie... Młodość, ta jej najpiękniejsza odsłona, gdy miałem około 20 lat i śmiertelnie byłem zakochany w pewnej fatalnej pannie. Snuliśmy się całym towarzystwem po Kaliszu. Zaliczaliśmy grupką przyjaciół kolejne bary (nie było jeszcze pubów, były najwyżej piwiarnie), zataczaliśmy się, oblegaliśmy przystanki autobusowe...

Piwo było bardziej... piwne. Papierosy (które wtedy paliłem nie zaciągając się) smakowały jak nigdy przedtem ani potem. Byłem mistrzem grania na niewidzialnej gitarze, gdy słuchałem Pearl Jamu, The Smiths etc.

Seks (ok, fantazje o nim) nie kojarzył się z fizjologiczną koniecznością. Był lądem, którego wypatrywał rozbitek płynący morzem buzujących hormonów...

Gdzie to wszystko teraz jest? Czy to mi się tylko śniło? Najlepsi przyjaciele i przyjaciółki z jakiej to legendy?
Te wszystkie fatalne uczuciowe wybory?

Czesław Miłosz tak kończy swój erotyk pt. "Annalena":


Komu opowiadamy co zdarzyło się nam na ziemi, dla kogo
ustawiamy wszędzie wielkie lustra w nadziei że napełnią się
i tak zostanie?

Zawsze niepewni czy to byliśmy ja i ty, Annalena, czy kochankowie
bez imion na tabliczkach z baśniowej emalii.

Lepiej to wszystko wyraził niż ja. 

A jeszcze lepiej wyraża kapitalna płyta sprzed paru lat. 




wtorek, 17 stycznia 2012

Mój pierwszy raz

W latach 90, gdy byłem młodym i głupkowatym chłopakiem, jedną z ulubionych zabaw (moich i mojego kumpla) było czytanie BRAVO. Nie, nie interesowały nas ploty, głupie porady, horoskopy...

Nasz ulubiony dział nazywał się "Mój pierwszy raz" i opisywał (ponoć) prawdziwe pierwsze razy czytelników i czytelniczek na tyle odważnych, by podzielić się z innymi swoimi intymnymi wspomnieniami. Żałosne to były próbki prozy, a i nasze poczucie humoru jeszcze nie było najwyższych lotów...

...chociaż może i dziś rozśmieszyłaby mnie historia chłopaka, który umówił się "na pierwszy raz" z dziewczyną. Mieli spotkać się w weekend w domu tego szczęściarza, ale gdzieś w środku tygodnia nasz bohater łamie nogę! Całość kończyła się peanem na cześć dziewczyny, która zgodziła się mieć "pierwszy raz" z chłopakiem, który miał nogę w gipsie po pachwinę!

Ostatnio kolejny raz omawiam "Epilog" do "Pana Tadeusza" Słynny opis kraju lat dziecinnych, który zawsze zostanie święty i czysty jak pierwsze kochanie


Zawsze mam uśmiech pod wąsem, gdy recytuję ten piękny fragment, bo parę lat temu jeden z uczniów po tych właśnie słowach zaśmiał się i rzucił tak trochę do samego siebie, trochę do całej klasy:

- Czysty jak pierwsze kochanie... Akurat...


PS

Chyba moje legendarne pióro marki no-name powoli kończy swój żywot. Zastanawiam się nad nowym i mam okazję kupić dość porządne z grawerem w cenie. Myślę nad jakimiś słowami, które zmieściłyby się na tym przedmiocie.

Mój faworyt to hasło, jakie przyświeca mi od kilku tygodni. Hasło brzmi:

NIE MA NIE MOGĘ!


Mielibyście jakieś typy? Ale żadne tam Gloria victis czy inne pompatyczne frazy...

Jeżeli coś przebije mojego faworyta, obiecuję Wam, że będę miał te słowa na nowym piórze.

niedziela, 15 stycznia 2012

Zoologia dla początkujących

Dziś Tymek był dumnym posiadaczem kota.

Chodzi z nim wszędzie (czarno-biały pluszak) i opowiada o jego licznych talentach:

- Mój kot zjadł wszystkie wróble na świecie. Żeby nie wydziobywały ziarenek z ziemi.
- Bardzo dobrze zrobił - potwierdzam.
- Bo koty to są najmądrzejsze zwierzenia - dopowiada

piątek, 13 stycznia 2012

Ospa party czyli post z prądem

Miałem wczoraj wielki plan - stworzyć post, w którym połączę futbol, brytyjskie kino i Fryderyka Nietzschego, ale nad Wielkopolską powiało, porwało linie wysokiego napięcia i... ostał mi (Wam) się ino sznur. Filmik, którym miał ilustrować głęboki porywający tekst ;-)

Usunąłem to "coś" dopiero wieczorem, bo cały dzień byłem z uczennicą na konkursie i guzik mogłem się odnieść do Waszych znaków zapytania - "O co temu człowiekowi chodziło?"

Tekst powstanie, ale niech się trochę pogoda utemperuje, bo wieje mi trochę za oknem i śniegiem pachnie powietrze.

***

Rano słyszałem najdziwniejszą informację, jaka dotarła do mnie w 2012 roku. Fakt, to dopiero styczeń, ale ja już się tak zdziwiłem, że ciężko mi się odnieść. 

W Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii modne stało się zjawisko celowego zarażania dzieci chorobami zakaźnymi. Jak podaje TVN24, organizowane są tzw. "ospa-party", podczas których zdrowe dzieci odwiedzają chore po to, by jak najszybciej zachorować i uzyskać odporność.

"Nie słyszałam, żeby w Polsce tak postępowano. Niestety istnieje taka procedura. Jest to świadome zarażenie dziecka i choroba postępuje normalnie. Jednak należy pamiętać, że powikłania po chorobie są znacznie groźniejsze od powikłań po szczepionce. Rodzice wychodzą z założenia, że dziecko powinno się pochorować, żeby nabyć odporność, tymczasem wyrządzają mu krzywdę" - mówi nam kierownik Zakładu Wirusologii z Państwowego Zakładu Higieny.

Pani kierownik, jak sama powiedziała, nie wie nic na temat szerzenia się takiego procederu w naszym kraju, jednak nie trzeba długo szukać, żeby znaleźć internetowe fora, na których rodzice pytają o to, czy nie zarazić umyślnie dziecka. Podaję za portalem Wiadomości24.

Nałożyłem to na słowa Rafała Ziemkiewicza z felietonu "L4 mówi o kryzysie":

W sierpniu 2011 r. Polacy spędzili na L4 aż niemal dwa miliony dni więcej niż w znacznie lepszym dla gospodarki sierpniu 2009 r. Podobnie było we wrześniu tego roku, choć w tym wypadku różnica – w porównaniu z wrześniem 2009 r. – wyniosła niespełna milion dni.

I wyszło mi, że może nie tylko dzieci organizują "sobie" takie chorobowe party. Może dorośli też się gdzieś po Facebookach, Naszych Klasach etc umawiają na wzajemne zarażanie lub inne atrakcje, co by u lekarza wiarygodnie wyglądać.

Ale o ile zarażenie się drogą kropelkową na przykład grypą od jakiejś fajnej dziewczyny/faceta (co kto lubi) może być nawet i sympatyczne na krótką metę, to już w "żółtaczka party", "odra party" , "grzybica party" nie wyglądają już tak atrakcyjnie. 

Wizyty u ortopedy można załatwić na "broken party" (chodziło się do klasy z rozszerzonym angielskim), a "wścieklizna party" uda się znakomicie, gdy pomiędzy gości wpuścimy parę oszalałych czworonogów...

...o chorobach wenerycznych ze zrozumiałych względów nie będę się rozpisywał.

PA!

wtorek, 10 stycznia 2012

Jak Synek odrobił lekcję ze współczesnego malarstwa

Żona bierze Tymka do łazienki, by młody buzię umył po jedzeniu. Podnosi go na wysokość lustra. Synek rzuca okiem na swoje odbicie i nachodzi go filozoficzna refleksja:

- Mamo, a dlaczego nos jest na środku, buzia na dole a oczy po bokach?
- Tak już jest wymyślone.
- A ja bym chciał, żeby nos był na dole a buzia na środku.

Czyli w świecie mojego Synka ludzie wyglądaliby mniej więcej tak:


I słowa mistrza Picassa, który tak podsumował swoją drogę twórczą: "Mając dziesięć lat, rysowałem jak Michał Anioł. Pod koniec życia w końcu umiem malować jak dziecko."

Cóż, Synek właśnie zaczął myśleć jak kubiści...

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Zeszyt ćwiczeń z logiki. Część I. Strona 48.

TYLKO DLA DOROSŁYCH

Odpowiedz na pytanie, jak wygląda idealne miejsce do "najebania się" wg dwóch nastolatek opowiadających sobie na przystanku weekendowe przygody?

- Słuchaj! Taki syf! Tam się nawet najebać nie można było! Ale były dwa plusy. Dwa plusy były tego miejsca. Był kibel i było ciepło.

Poniedziałek wg Marka Aureliusza

Tak wielki filozof, cesarz rzymski radzi w swoich "Rozmyślaniach" zacząć dzień:


Zaczynając dzień, powiedz sobie: zetknę się z ludźmi natrętnymi, niewdzięcznymi, zuchwałymi, podstępnymi, złośliwymi, niespołecznymi.

Zastanówmy się więc, czy dobrze było dziś opuścić łóżko?

niedziela, 8 stycznia 2012

Bez okularów nie podchodzić

Gdy jest się polonistą jak ja czy moja Żona, człowiek ma od czasu do czasu wrażenie, że stacza się równią pochyłą w głąb otchłani, gdzie nie panują żadne zasady intelektu, elegancji, kreatywności lub choćby wyobraźni. Człowiek czytając setny raz to samo o Werterze, Konradzie, Wokulskim lub Ziembiewiczu ma wrażenie, że utknął w jakimś intelektualnym czyśćcu, w którym musi odpokutować nieznane sobie przewiny.

Moja Żona ostatnio próbowała powalczyć z tym stanem ducha - przeczytała "Trans-Atlantyk" Gombrowicza, coś Murakamiego, zasiedziała się do późna przy TVP Kultura, gdzie śledziła zawiłe losy bohaterów niemieckich i duńskich melodramatów, filmów ciężkich jak sto piorunów...

...a ja? Cóż, łoję wciąż tylko kryminały i fantastykę.

Za chwilę bez okularów do Żony nie podejdę.

Na szczęście dziś rano nieco zasypaliśmy razem przepaść intelektualną, jaka nas dzieliła. Obejrzeliśmy wspólnie "Zamianę żon."

piątek, 6 stycznia 2012

Druga najprzyjemniejsza rzecz na S

Pamiętam jak dziś. Pierwszy rok studiów. Mieszkam w suterenie w jakiejś zakazanej dzielnicy Poznania. Napisy na murach: "Każdy z Dębca to przestępca" i "Wilda to taka kraina, gdzie się obcy nie utrzyma."

Nie trzeba chyba dodawać, że nie byłem rodem z Wildy, ani nawet z Poznania.

Po zajęciach przemykałem się chyłkiem do swojej kwatery – wynajmowanej sutereny – i tak mijał kolejny dzień.

Krótko mówiąc, pierwszy rok studiów odchorowałem ciężko, bardzo ciężko.

Ad rem. Zajęcia z języka angielskiego. Temat jakiś dość swobodny. Kobieta pyta nas, pierwszoroczniaków, jak radzimy sobie na studiach. Czy dużo się uczymy, o której chodzimy spać etc.
(Całość po angielsku)
- To o której chodzą państwo spać? Kto chodzi spać po 11 wieczorem?

Las rąk. Kilka pozostało niepodniesionych.
-Kto chodzi spać po północy?

Podnosi się niemal reszta rąk.

- A pan wcale nie sypia? – pytanie jest do mnie. Siedzę w pierwszej ławce, więc rzucam się w oczy.
- Sypiam – odpowiadam szczerze – kładę się spać tuż przed 10 wieczorem.

Całą grupa szarpnął nerwowy skurcz. Już po polsku:

- Co? Ty się kładziesz tak wcześnie?! – jakaś koleżanka nie mogła uwierzyć.
 Wyczułem w tym pytaniu dziwną pretensję.
- Tak, my arystokraci tak mamy.

Nie. Arystokratą nie jestem, bliżej mi do proletariuszy wszystkich krajów, ale położyć się wcześnie MUSZĘ. (Wstaję za to szybko, około 7 rano; uwielbiam krążyć po domu, gdy wszyscy jeszcze śpią)

Możecie sobie wyobrazić, jaką torturą dla mojej Żony jest wyjście ze mną na wszelkie Sylwestry, wesela, studiówki, imprezy… Już około 1 w nocy odpadam. „Idziemy już do domu?” – pytam wciąż połowicy uczepiony jej jak dziecko molestujące o nową zabawkę.

Zombie, żywy trup marzący tylko i wyłącznie o tym, by się położyć. Nie pomagają kawy, alkohol, a innych używek nie próbowałem jeszcze.

Nawyk? Może, bo w moim domu rodzice kładą się spać przed 9 wieczorem. Błogosławiony rytm. Ale może nawet sam nawyk, ale taki rytm dnia, tak mi płynie krew w żyłach, jak jestem zaprogramowany. Ranny ptaszek, który prędziutko kładzie się do łóżeczka.



Konkluzja:

zbadawszy wszystkie światowe ambicje (Nagroda Nobla, szacunek i poważanie współczesnych, kilka wstrząsających książek, które mi zekranizują, a ja zgarnę za to masę kasy, dobrobyt, sława etc), doszedłem do wniosku, że najbardziej zależy mi na tym, by się wyspać.

Wyspać. I napić się dobrej kawy.

Jak to było w tytule postu? „Druga najprzyjemniejsza rzecz na literę S”?

Nie druga. Pierwsza.

środa, 4 stycznia 2012

Urywki ostatniości V

Święta i Nowy Rok już za nami. My z dziećmi w domu. Dom pod nadzorem epidemiologicznym - ospa to nie przelewki dla krewnych, wśród których jest mama małej dziewczynki i przyszła mama w 3 (?) miesiącu ciąży. Nikt nas nie odwiedzał. My nikogo nie odwiedzaliśmy.

Bunkier.

***

Po ponad 10 dniach Żona ruszyła do pracy, a ja zostałem z Synalkiem i Córą w domu. Córa tymczasem dostała pierwszych czerwonych kropek. Ospa wlazła na nią, z Tymka odpadają strupki. Może to i dobrze, że przynajmniej jedną chorobę będziemy mieli odhaczoną u dzieciaków?

***

Moje postanowienie noworoczne? Zapisywać sobie co tydzień, czego się boję w związku ze zbliżającym się tygodniem. Potem sprawdzać, jak bardzo byłem głupi bojąc się tego czy tamtego.

***

Dziś pierwszy raz w szkole. Koleżanka mnie pyta:

- I jak? Odpocząłeś?
- Powiem dyplomatycznie: stęskniłem się za towarzystwem dorosłych...

***

Miał rację Heraklit z Efezu. "W zmianie jest odpoczynek."

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Ile trwają Trójkowe wszech czasy?

No to się pewnie narażę paru czytelnikom już na początku 2012 roku; naszło mnie, a sprawa jest świeża, ale może przyschnąć bardzo szybko.

Trójkowy Top Wszech Czasów

Pierwsze primo:

Słucham Trójki od dawien dawna, choć zawsze miałem jakieś jedno lub dwa "ale" w stosunku do aktualnie panujących dyrektorów stacji, poszczególnych programów lub prowadzących. Pamiętam "starą dobrą Trójkę", potem pamiętam "Trujkę", gdy stacja chciała nadążyć za Zetką i RMF, przez co mniej lub bardziej ortodoksyjni słuchacze się zbuntowali, teraz odbieram w kuchni świeżutką, przykrojoną do moich (i nie tylko moich pewnie) potrzeb intelektualnych i duchowych.

Wszystko TEORETYCZNIE  w porządku...

Drugie primo:

Trójka jednak nigdy nie zastąpi mi największej radiowej miłości - RADIOSTACJI (wcześniej Rozgłośni Harcerskiej), którą na przełomie lat 90 i 00 prowadził Paweł Sito. RADIOSTACJA grała tak nieprzewidywalnie, tak prowokacyjnie, tak świeżo, tak bezczelnie, że można było włączyć nagrywanie (na kasecie, stare czasy, ech...), wyjść z domu, wrócić i mieć kilkadziesiąt minut kapitalnej muzyki.

Niestety, rozgłośnię kupiono i zrobiono z niej badziewne coś dla nikogo.

Trzeci primo:

Od wczoraj z kuchni, gdzie postawiłem radyjko, płyną fale zachwytu ostatnim Topem Wszech Czasów. "Musimy to powtórzyć", zdają się powtarzać wszyscy słuchający, głosujący, prowadzący... Powtórzyć. Dobrze słowo. Powtarzalność i przewidywalność.

Posłużę się metaforyką futbolową - od czasu zmiany regulaminu Ligi Mistrzów w finale tej najbardziej prestiżowej europejskiej imprezy piłkarskiej wciąż podniecamy się tymi samymi pojedynkami: Manchester United,Chelsea, Real, Barcelona, jakiś klub włoski, jakiś może niemiecki, jakiś portugalski... (To drugi powód, dla którego przestałem oglądać mecze. Pierwszy to Donald Tusk)

W Trójce spotkania na szczycie są wierną kopią samych siebie. Grand derbi Led Zeppelin, Dire Straits, Pink Floyd, Queen, U2... Ci sami napastnicy: "Stairway to heaven", "Brothers in arms", "Child in time"...

Cóż, lubimy piosenki, które już kiedyś słyszeliśmy ( jakieś kilkaset razy).



Czwarte primo:

Policzyłem tak dla zabawy średnią lat, jakie mają kawałki z tegorocznego topu. Ile mi wyszło? Przeciętnie każdy utwór z pierwszej 10 ma... 31 lat! Bez komentarza.

NAJMŁODSZY pochodzi z 96 roku. Czyli przez ostatnich 15 lat nie udało się stworzyć żadnej piosenki, która by mogło konkurować z dinozaurami-Zeppelinami? Z Queenami? Wątpię. Ale...vox populi vox dei jak mawiają pobożni ateiści.

To tak, jakby stworzyć TOP polskich książek i zatrzymać się gdzieś w okolicach lat 70, a pierwsze miejsca okupowaliby Mickiewicz, Sienkiewicz, Żeromski, no i na osłodę Gombrowicz z Mrożkiem. Fajnie by było?

Piąte primo:

Wspomniany wyżej Paweł Sito prowadził kiedyś Trójkową Listę Przebojów, co może niezbyt wiernie przytaczam za przeczytanym kiedyś artykułem o tym panu. Pewnego dnia MUSIAŁ w końcu zapowiedzieć pierwsze miejsce, które obrażało jego "uczucia estetyczne." Nie pamiętam, co to było, jakiś upiorny pop-rock czy inna muzyka lekka, łatwa i przyjemna.

Zapowiedział, ale nie zagrał! Jak to zrobił? Powiedział, że piosenka z pierwszego miejsca dostała TYLE głosów, że wyleciała z Listy... w górę. Koniec.

PS

W tym roku chciałbym, by bohaterowie pierwszej dziesiątki TOPU dostali też tyle głosów...