poniedziałek, 31 grudnia 2012

A tak naprawdę...

Dziękuję Wam za cały ten rok na blogu. Nie znam Was osobiście (poza jednym chlubnym wyjątkiem, a wyjątek ten owocuje korespondencją papierową, dającą tony satysfakcji). 

Nie znam Waszych twarzy, kolorów włosów, oczu, tembru głosu, kształtów dłoni i nie tylko. Znam Wasze problemy, fascynacje, codzienne drobiazgi, jakie składają się na nasze życie.

Nie znamy się. A jednak daliście mi MASĘ radości, gdy mogłem czytać Wasze blogi i Wasze komentarze.

Za to wszystko NAJSERDECZNIEJ DZIĘKUJĘ. Tym, którzy tylko sporadycznie podglądają Maszynę do Pisania (i dzielnie pompują statystyki), i tym, którzy heroicznie starają się nadążyć za moimi zapiskami.




Do zobaczenia w 2013!




Suchar na koniec roku




Najbardziej znienawidzone imię męskie?

SYLWESTER!

niedziela, 30 grudnia 2012

piątek, 28 grudnia 2012

Urywki ostatniości (świąteczne i po) X

I

Nie bywałem ostatnio na blogu. Ani swoim, ani cudzym. Bywałem w życiu. Chociaż słowo "bywać" jest nie na miejscu.Blisko jest słowo "bawiłem." Niech mnie kule biją! Chciałbym bawić w życiu i bawić się w życiu, a nie przezywać to, czego jestem przymusowym uczestnikiem/obserwatorem od jakiegoś czasu. 

Tak więc wesołych świąt za bardzo nie było, chociaż dzieciaki zdrowe i zadbane, Żona kochana, a z teściami mniejsza lub większa sztama. A z drugiej strony w czasie tych świąt tylko 0,5 mszy zaliczyłem, sekularyzacja mojej skromnej osoby galopuje, a ja na tę okoliczność czuję mikroskopijne wyrzuty sumienia.

Cóż, być może nic w życiu nie trwa wiecznie. Nawet życie...

II

A co poza tym? 

Pod choinkę nieznany sprawca podarował mi książkę następującą:


Prawdziwa to woda na młyn mojej nostalgii za utraconą ojczyzną duchową, czasem dojrzewania, kształtowania się, czasem sercowych katastrof i pierwszych kroków w dorosłości (studia, akademiki, tanie wina...).

Prawdziwe raje to raje utracone, jak mawiał ponoć Proust i skłonny jestem przyznać mu rację. Żyjąc w swojej młodości, raczej nie odczuwamy jej jako rajskiej i sielskiej anielskiej. Dopiero czas, który ogołoci nas z wszystkiego, nadaje naszej przeszłości powab, szlachetność, pastelowa mgiełka zamaże każdy drapieżny szczegół.


III

A dzieciaki? Kalina szybko opanowuje pierwsze zdania podrzędnie złożone. Mówi:

- Lubię koty, bo piją mleko.

Albo:

- Lubię psy, bo jedzą kości.

Gdy w ramach treningu zdobytych umiejętności zapytałem ją, dlaczego kocha tatę, ta powiedziała:

- Kocham tatę, bo chodzi do pracy.

Rozumiejcie to sobie, jak chcecie...

IV

A niemiła przygoda mnie spotkała parę dni temu. Na spacerze z dzieciakami odreagować siedzenie w domu, obżarstwo etc. Wchodzimy na teren parku pobliskiego, przed nami trójka turystów (co i rusz się rozglądają, fotografują zamek, pozują na jego tle). Ostatni dość zamaszystym ruchem zamyka przed naszymi nosami ciężką metalową furtkę. Ja próbuję tę furtkę otworzyć, chwytam za nią, pcham przed siebie, a facet, który tę furtkę chciał zamknąć, odwraca się i mówi:

- Och, przepraszam, nie wiedziałem, że ktoś za nami idzie! Już otwieram.

No i otworzył. Tak otworzył, że moje palce nie zdążyły się cofnąć i metalowa bramka z całą zamaszystością przycisnęła mi paluchy. Nie pisnąłem ani słowem. Twardy byłem jak złapany partyzant. Całe szczęście, że jeszcze śnieg nie roztopił się całkowicie, bo dyskretnie wbiłem łapę zmrożoną breję i poczekałem aż minie pierwszy ból.

Potem było gorzej - trzy palce mi zdrętwiały. Serdeczny zrobił się napuchnięty i czarny. Mogłem delikatnie zginać, chociaż nie było to najprzyjemniejsze. Mógłbym Wam pokazać zdjęcie, ale i tak powiecie, że to Photoshop.

V

Przeskok. Od dwóch tygodni męczy mnie kaszel. Niczym nieuzasadniony. Drapanie w gardle. Krztuszenie się. Osłuchowo jestem czysty i gardziel mam OK, ale ta komfortowa wiedza nic mi nie daje, bo kaszlę jak stary gruźlik. Cóż, moją Mamę męczyło coś podobnego przez 1,5 miesiąca... Jakoś wytrzymam.

Moja Pani Doktor orzekła, że nie trzeba żadnych radykalnych środków, broń Boże antybiotyków. Mądra to i miła kobieta mniej więcej w moim wieku. I chyba darzy mnie jakąś sympatią, bo zawsze o coś wiecej niz tylko dolegliwości cielesne zapyta; a to o dzieciaki, a to ogólnie jak tam życie...

Zawsze drażnię się z Żoną, gdy wracam od "mojej" Pani Doktor. Wczoraj mówię tak:

- Pokażę jej moje palce. Ciekawe, co mi powie.

- Może będziesz musiał je czymś smarować? Może w czymś moczyć - mówi Żona - Zapytaj.

- Zapytam. Tylko jest jeden problem - musiałbym trochę paznokcie obciąć, bo lekki wstyd takie szpony jej pokazywać. Albo wiem, powiem jej tak: "Przepraszam pani doktor, że jestem dziś taki niezadbany..."

- A ona ci powie: "Nic nie szkodzi, już się przyzwyczaiłam..."

Żona, mistrzyni ciętej riposty...

czwartek, 27 grudnia 2012

Komu jaką książkę los przypisał?

Nie mam czasu na zbytnie roztkliwianie się z tematem. Nie mam czasu na fotograficzne sprawozdanie z uroczystości losowania książek.

Ogłaszam, co następuje:

Książkę o Stalinie otrzymuje Papryczka.

"Ja, Transa" trafia do Marcina.

Wiersze zebrane Biedrzyckiego polecą do Natalii L.

A Patten do Magdy.

Proszę o potwierdzenie przyjęcia książki - mail oslo.francja@gmail.com

Jeśli się rozmyśliliście, książki pójdą do biblioteki.

pzdr

niedziela, 23 grudnia 2012

Hierarchia wartości

Leżymy rano w łóżku. Ja na stoliku nocnym głaszczę spoczywającego grzecznie laptopa, który w końcu jakimś cudem załapał połączenie z domowym routerem. 

- Pięknie. Cudownie - mówię - żona w łóżku, kawa i Internet...

- No wiesz co... - spod kołdry dobiega mnie senna dezaprobata.

- No co? Wymieniłem cię na pierwszym miejscu.

sobota, 22 grudnia 2012

Oddam książki w dobre ręce

Trafiła do mnie przesyłka z wydawnictwa. 6 książek, z czego dwie już miałem, a dwie mnie mało interesują.

Chętnych do zdobycia czterech następujących pozycji książkowych proszę o wpisywanie się w komentarze do końca Świąt.Jeżeli na jakąś książkę będzie więcej niż jeden chętny, dokonam uczciwego losowania (karteczki z nickami pomiesza moja Córa) i wyślę po wcześniejszej wpłacie kosztów przesyłki na moje konto.

Chcecie? Same nówki.



Miłosz Biedrzycki, "Życie równikowe" - wiersze zebrane świetnego awangardowego polskiego poety. 

Brian Patten "Teraz będziemy leżeć..." - wiersze wybrane klasyka angielskiej poezji pop. Polecam, sam mam!

Wiktor Jerofiejew, "Dobry Stalin" - może ktoś będzie chciał, ale ja mam wrażenie, że nie spodobałby mi się tytułowy bohater.

Cristian Alarcon, "Ja, Transa" - chyba mam podobnie co w przypadku Stalina...


PS

Wyniki losowania na antenie "Maszyny do pisania" w pierwszy dzień po Świętach.


piątek, 21 grudnia 2012

Czego Wam tu jeszcze...

To uczucie, gdy jedziesz do szkoły na wigilię klasową, zdenerwowany, bo masz dziś jeszcze do odegrania rolę św. Józefa i za Chiny Ludowe nie pamiętasz tekstu, a potem wysiadasz z samochodu na przenikliwy ziąb i coś Ci świta w głowie - "Heloł! Czy ja zabrałem kostium czy nie?" i okazuje się, że musisz się cofać 20 kilometrów do domu, a tymczasem uczniowie czekają już z opłatkiem, a jasełka mają się zacząć za godzinę.

A więc to uczucie jest bardzo nieprzyjemne, gdybyście chcieli wiedzieć.

A poza tym wszystko się potoczyło sprawnie - prawie się nie pomyliłem, bezpiecznie doprowadziłem Maryję do stajenki, gdzie urodziła Dzieciątko i to dwa razy, bo graliśmy na dwie tury. Ja za każdym razem mówiłem inne kwestie, choć i tak się nikt nie połapał. Były brawa, kolędy i jakaś taka radocha (bo Święta czy bo wolne?).



Wigilia już w poniedziałek. 



Życzę Wam dużo czasu, chociaż nie bezrobocia. Zdrowia fizycznego i psychicznego. Wiary, najlepiej popartej solidnymi fundamentami. Ciekawych książek, których treści nie zapomnicie po przeczytaniu. Pieniędzy, które zarobicie robiąc coś, co lubicie (proszę wykluczyć w tym przypadku seks). 

No i żebyście się w Sylwestra wyspali...

środa, 19 grudnia 2012

Święty Józef, wersja apokryficzna.




Chłop miał Synka, ale Córkę też...


Ech...

Cóż, zlinczujecie mnie, ale nie cieszy mnie wizja nadchodzących Świąt, ba! nie cieszy mnie nawet za bardzo wizja wolnych dni spędzanych w domu, w którym...

Nie, nie mogę napisać, bo wywlókłbym czyjeś osobiste grozy i koszmary, a nie chcę tego robić. Wiem jedno, na żadne cuda wigilijnej nocy nie liczę. Odwrotnie - pewnie sama Wigilia ma spore szanse znaleźć się w pierwszej dziesiątce najgorszych imprez rodzinnych ever!


Ja i mój duch świąt Bożego Narodzenia.

Bez szczegółów, bez szczegółów, wciąż siebie dyscyplinuję.

A na osłodę, zamiast wszystkich pocieszających mdławych smętów, Frank Zappa i jego filozofia życiowa, do której coraz częściej ostatnio się skłaniam:

Nikt nie powinien nikomu ufać. Wszyscy ludzie do dupki, chyba że udowodnią, że jest inaczej. Jeśli będziemy się tego trzymać, czeka nas mniej rozczarowań. Jeśli oczekujesz od człowieka najgorszego, a on 5 minut później robi coś dobrego, wtedy jest OK. Jeśli uważasz, że ludzie są dobrzy - rozczarujesz się, bo nie są. Nie oczekuj przyjaźni. Nie oczekuj przyjemności. Nie oczekuj dobrego życia. Nie oczekuj niczego. A jeżeli cokolwiek dobrego się stanie, to będzie bonus. 




niedziela, 16 grudnia 2012

O dziedziczeniu sucharów słów kilka...

Oprócz lekkoduchostwa, kłopotów z kręgosłupem, po Tacie odziedziczyłem poczucie humoru. Tak więc już wiecie, kto odpowiada za produkcję tych wszystkich sucharów. Jest to uwarunkowane biologicznie - a im mój Tata jest starszy (cóż, ja też nie młodnieję przecież...), tym wyraźniej widać jego skłonność do szukania w każdym możliwym słowie drugiego dna, znaczenia, synonimii. W każdej możliwej sytuacji okazji do popisania się wesołkowatością.

Nie wszyscy to lubią, oj nie...

Moi Rodzice odwiedzili nas w sobotę. Przyjechali na spóźnione urodziny Kaliny, przywieźli prezenty świąteczne (w tajemnicy przed dziećmi oczywiście). Mama dodatkowo spakowała dwa słoje bigosu, siatkę orzechów, masę moich ukochanych naleśników (w ramach prezentu urodzinowego, tym razem dla mnie ;-)

Na dodatek Mamuśka poratowała moją nędzną osobę i przygotowała mi kostium św. Józefa. Ja, syn mistrzyni krawieckiej (oficjalnej, dyplomowanej!), mam aż za dobrze, bo każdy skrawek materii potrafi moja Mama zamienić w prawdziwe cudo. 

Tak więc strój św. Józefa składa się z umiejętnie przekształconych dwóch białych prześcieradeł i żółtej zasłony, którą przerzucę sobie przez ramię. A nawiasem mówiąc to opiekuna małego Jezuska gram w tym tygodniu dwa razy, a stresuję się, jakbym grał dwa razy dziennie. 

Pierwszy raz w przedszkolu - tam na szczęście wymyśliliśmy sobie z Maryją, że kartkę z naszymi kwestiami przykleimy do ściany żłóbka, za którym cały czas siedzimy, i będzie OK. Drugi raz gram w liceum - tam będzie gorzej, bo jestem Józefem mobilnym i mam prowadzić rodzącą małżonkę od "drzwi do drzwi" niegościnnych mieszkańców Betlejem. 

A wracając do bohatera tekstu - siedzimy wszyscy (ja, Żona, dzieciaki, moja Mama, teściowa) przy stole, czekamy tylko na mojego teścia. W końcu przychodzi. Mój Tata zrywa się na równe nogi, wyciąga rękę na powitanie i mówi do mojego teścia:

- No tak patrzę za okno ( a śnieg jeszcze leżał na ogródku) i widzę, że prawdziwą zimę zamówiłeś przez internet!

I co byście powiedzieli? Teść na to tylko:

- ..... nie, no ja, wiesz, zimy tu nie lubimy...

Albo sytuacja obiadowa. Żona zrobiła wypróbowany bezpieczny przepis na udka kurczaka zapiekane z masą warzyw i zalane piwem. Przy stole rozmowa o różnych smakach, jakimi rzeczony kurczak "nasiąknął."

- Ja tu czuję pory.
- Tak, tutaj są pory.

Mój Tata włącza się do tych subtelnych rozważań kulinarnych i dodaje:

- No bo o tej porze to pory najlepiej się czuje.

Ech, mógłbym cytować tak bez końca...

Nie mogę oczywiście oprzeć się pokusie i nie zaserwować Wam klasycznego tekstu z mojego domu rodzinnego.

Kiedyś, całe lata temu, w pewien poniedziałek wielkanocny Tata patrzy przez okno i mówi po części do siebie: „Pada, brzydka pogoda. Może gości nie będzie, ale kto wie… głupich nie brakuje.”

Cóż, jednego chyba możemy być pewni - mój Ojciec pewnie nie wpuściłby św. Józefa i Maryi pod swój dach. A jeżeliby już wpuścił, to pewnie oni sami szybko by stamtąd uciekli. 

Prosto do Egiptu...





sobota, 15 grudnia 2012

Przyczynek do odwiecznej wojny płci i sen wyjaŚNIony



Tak na weekend ułamek genialnego filmu pt. "Wakacje Pana Hulot" zapomnianego francuskiego filmowca Jacquesa Tati

Niezła metafora w ogóle stosunków międzyludzkich.







A co do śnionej grubej baby mówiącej gwarą poznańską. Już wiem, co to znaczy:

"Dziecko zachoruje ci na grypę jelitową i będzie wymiotować całą noc i poranek dnia następnego."

piątek, 14 grudnia 2012

Tajemnica większa niż kalendarz Majów

Śniło mi się grube babsko, które siedziało na mojej kanapie i gwarą poznańską opowiadało, w co musi ubrać swoje dwa małe pieski, by nie zmarzły na zimowym spacerze.

Takie mniej więcej coś.



Jakieś sugestie?

czwartek, 13 grudnia 2012

Dziecko w stanie... wojennym

Dziś 31 rocznica wprowadzenia stanu wojennego. Nie, nie będzie politycznie (choć mnie korci, by rzucić parę wulgaryzmów w kierunku tych, którzy zniszczyli ideę Solidarności, tych, którzy wybielają skur...synów w mundurach etc.) .

Będzie sentymentalnie. Miałem wtedy cztery lata. Tyle, co mój Synek dziś. Niesamowite. Mojego Ojca powołano do wojska. Tak. Miał jechać na Wybrzeże, tkwić w wozie nad radiostacją i dłubać jakieś komunikaty. Łączność, szyfrowanie, takie tam.

Nie podobał mi się ten wyjazd. Chciałem mieć Tatę w domu. I już. Ale najbardziej nie podobało mi się to, że Tata miał zabrać ze sobą ... elegancki przybornik na "sprzęty komatyczne  - taki olbrzymi "piórnik" z materiały imitującego skórę krokodyla, gdyby krokodyle były niebieskie, rzecz jasna. 

W środku, w sprytnie porozmieszczanych kieszonkach tkwiły: szczoteczka do zębów, maszynka do golenia, grzebień. Było miejsce na pastę, mydło. Nawet lusterko się gdzieś tam chowało. 

To była moja ukochana zabawka w tamtym czasie. I co? Miała zostać zabrana "daleko od domu", zabrana mi?

Co zrobiłem? Ze spakowanej walizki Ojca wyciągnąłem ten przybornik i schowałem za telewizorem (marki Rubin)!

Dalszego ciągu można się było spodziewać - Ojciec myślał, że rzeczony przedmiot:

a)zgubił,
b)ukradziono mu,
c)"Bóg wie, co się z tym stało, ale jak się dowiem..."

Przez kilka tygodni "Wybrzeża" musiał się golić pożyczonymi od kolegów maszynkami.

Ot, mój mały wkład w walkę z Systemem i osłabianie tegoż...



poniedziałek, 10 grudnia 2012

"Ty nie umiesz żyć..."

Wczoraj piękny zimowy (choć to wciąż jesień) dzionek. Zimno, ale bez ekscesów. Wiaterek, ale tylko w porywach. Na trawniku za domem nierozjeżdżony śnieg. Synek stoi w pełnym mroźnym rynsztunku i trzyma w rączkach sznurek. Do sznurka przywiązane sanki.

- Tato, powozisz mnie? - pyta z nadzieją w głosie. I weź tu dziecku odmów! Ubrałem się w puchową kurtkę, założyłem czapę i wio! Koń pociągowy i woźnica.

Szczerze mówiąc, to sanki średnio bawią, gdy się nimi jeździ w kółko po płaskim terenie i chociaż Synek miał frajdę, to ja wolę jednak wspiąć się na jakąś pochyłość, by zjechać w dół. Wiem, dziwny jestem, ale tak już mam.

- Wiesz - zaczynam wołać do woźnicy - po Świętach pojedziemy do babci do Kalisza. Tam w parku pamiętasz, jakie są górki, nie? Będziemy tak śmigać, że ho-ho! Mówię ci.

Synek już się cieszy. Ja już żyję wizją tej eskapady. Zacieram zziębnięte ręce i mówię o naszym planie Żonie.

- Ty nie umiesz żyć w teraźniejszości - brzmi wyrok - Patrz, mamy taki ładny dzień. Dzieciaki zdrowe. Na świeżym powietrzu polatają, a ty o tym, co będzie po Świętach...

No i w sumie miała rację - bo ja albo żyję sobie wspominając zaprzeszłe dzieje, gdy się pięknym i młodym było, a trawa była bardziej zielona niż dziś. Albo projektuję sobie najbliższą przyszłość, wektory ustawiając w kierunku przyjemności mniejszych lub większych. Teraźniejszość jako taka gdzieś mi się za każdym razem wymyka, ucieka, jest zbyt "tu i teraz", by się nią cieszyć...

Oj, Horacy natarłby mi uszu. Wszak pisał:

"Nadzieję odmierzaj na godziny...", a ja głupi tak nie potrafię.


PS


A do Kalisza i tak pojadę. A co!

niedziela, 9 grudnia 2012

Wiersz na nowy tydzień XXIV

Wiersz można napisać ABSOLUTNIE O WSZYSTKIM i stąd możemy mówić o przewadze poezji nad innymi dziedzinami literatury.

Tutaj mamy wcale nie taki błahy, jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka, a i błyskotliwy przy okazji, wiersz Adama Pluszki o honorowym krwiodawstwie.

POD POSTACIĄ CZEKOLADY

W środę znów oddałem krew w ambulansie
na rynku w Katowicach. Miłe panie w białych 
kitlach, dowcipkujące i swawolne, ściągnęły 
ze mnie pół litra krwi, dając w zamian łakocie

i kawę Jacobs w żółtym opakowaniu. Dostałem
siedem tabliczek czekolady i tego dnia jedną 
zjadłem jeszcze na peronie, nie dzieląc się 
z nikim.Dopiero dwa dni później podzieliłem się 

z wami, podczas tego spędu poetyckiego, gdy
Mikołajewski śpiewał na stołku włoskie arie.
Pod postacią czekolady spożywaliście krew 
moją i tylko ja traktowałem to mesjanistycznie.

Słodka krwawica. Teraz krew ma dla mnie 
czekoladowy smak, a na pytanie narzeczonej,
skąd ta brązowa plamka na prawym rękawie
koszuli, odpowiedziałem, że to czekolada

właśnie. 

piątek, 7 grudnia 2012

Ja wiele rozumiem...

...model gospodarki/ekonomii 2.0 zmusił nas do tego, żebyśmy wielokrotnie na przestrzeni swojego życia zmieniali zawód, miejsce pracy, wciąż się dokształcali etc.

Ja rozumiem - kryzys sprzyja tym, którzy biorą sprawy w swoje ręce i schylają się po pieniądze leżące na ulicy.

Ja rozumiem, że trzeba zapomnieć o ideałach młodości i wziąć na siebie brzemię dorosłości.

Ale że Ty też, Scooby...





środa, 5 grudnia 2012

Jednostki czasu

Synek się mnie pyta:
- Tato, kiedy będzie obiad? 

(Ok. on NIGDY nie jest głodny, a obiadów nienawidzi jeść, ale to tylko przykład...)

- Za 10 minut - odpowiadam.

- A ile to jest?

I już chyba wiecie, o czym chcę napisać. Jak dzieci pojmują czas? Nie pojmują. I tyle. 

Mam taką skromną teorię - zegarek jako przedmiot pokazujący godziny i minuty zaczyna istnieć w świadomości młodego człowieka gdzieś około Pierwszej Komunii. Wcześniej zegarek oczywiście służy dziecku do zaglądania, co zegarek ma w środku, jak się wyjmuje baterie i "przepraszam tato, ta sprężynka sama mi wyskoczyła z tego mechanizmu..."

Więc jak sobie radzimy?

- Ile to jest 10 minut? Tyle co jeden Reksio.

- A kiedy będzie mama?

- Za pół godziny? 

- A ile to jest?

- Jeden "Klub Myszki Mickey"

- A ile się jedzie do babci do Kalisza?

- Cztery odcinki "Marta mówi."

Tak sobie radzimy, chociaż nie mam pojęcia, czy cokolwiek to Synkowi mówi.

Ciekawym eksperymentem byłoby przeniesienie takiego modelu komunikacji do języka dorosłych.

- Kochanie, kiedy będziesz?

- Są straszne korki. Jakieś 4 odcinki "Klanu" mi to zajmie.

Albo

- Skarbie, ile jeszcze będziemy się snuć po tej galerii handlowej?

- Czekaj... Ile trwało najdłuższe przemówienie Fidela Castro?


niedziela, 2 grudnia 2012

Gdy ci smutno, gdy ci źle...

Źle mi się listopad kończył i źle mi się grudzień zaczyna. "Sprawy" tak źle wyglądają, że boję się zaglądać choćby dwa tygodnie do przodu. Kwestie nie-do-opowiedzenia wszem i wobec... 

Na dodatek choroby dzieciaków, które równo powaliła jakaś wirusowa mieszanina, jaka unosi się w brei powietrza.  

I dentysta, który "rozregulował" mi ząb mądrości i boli mnie szczęka jak cholera jasna...

Cóż więc robi nasz męczennik? Słucha swojego instynktu i przygląda się nieszczęściom innych ludzi. 

Nie wiem, co mnie natknęło, by poszukać w wolnej chwili różnych zestawień najgorszych płyt wszech czasów. Wiem jedno, zespół The Shagss poprawia humor i zweryfikuje najprawdopodobniej KAŻDĄ Waszą propozycję, kogo wstawić do pierwszej trójki TOTALNYCH KASZAN.




A to, co powyżej, nie jest ich najgorszą piosenką. Inne są o wieeeele "ciekawsze."

PS

Pośmiałem się też słuchając "Chinese Democracy" Guns n' Roses", ale był to już inny śmiech, bardziej przez łzy, niestety...

wtorek, 27 listopada 2012

Pierwsza lekcja dobrych manier

Siedzimy z Kaliną na kanapie. Ja wcinam kanapkę z miodem. Podsuwam młodej chleb i mówię:

- Spróbuj.
- Nie chcę!
- To wiesz co się mówi, gdy się nie chce czegoś? Mówi się "Dziękuję".

I zaczynam od nowa:

- Kalino, chcesz chlebek?
- Nie chcę!
- Musisz powiedzieć "Dziękuję." Rozumiesz?
- Tak.
- To dobrze.

I zaczynam od nowa:


- Kalino, chcesz chlebek?
- Nie chcę!
- Tak nie miałaś powiedzieć. Co miałaś powiedzieć?
- Dzień dobry.



poniedziałek, 26 listopada 2012

...kto czytał, ten plomba!

Mój stosunek do literatury rosyjskiej jest, najoględniej mówiąc, chłodny. Cóż się dziwić? Mój kumpel kiedyś za czasów studenckich wpadł do mnie do akademika i troszkę żubrówki spróbowaliśmy. W celach badawczych, że się tak wyrażę... 

Po serii eksperymentów zawędrowaliśmy na tzw. studencką dyskotekę, gdzie próbowaliśmy sprawdzić nasze możliwości lingwistyczne. Po zapoznaniu dwóch dziewczyn (po prostu brutalnie przysiedliśmy się do ich stolika w jednym klubie) zaczęła się rozmowa o tym, kto co studiuje.

- Ja studiuje filologię rosyjską - wyznała nieśmiało jedna z dziewczyn.
- Co?! - kolega się zerwał na równe nogi - Poznajesz język wroga?!

Nawet jeżeli był to sztubacki tekścior wagi przyciężkiej, to najlepiej chyba ilustruje nasz, studentów drugiego roku polonistyki, stosunek do braci Rosjan. A to zabory, a to 17 września, a to Katyń i PRL. A to "Dziady cz. III" i cała masa krzywd, prawdziwych i wyolbrzymionych, jakie katalogowała nasza kultura.

Cóż, fakt jest taki, że Rosjanie zawsze nas brali na celownik i nie ma co odwracać kota ogonem, że sami byliśmy temu winni. 

Rosja mnie nie fascynuje, wręcz odpycha swoją obojętnością w stosunku do wszelkich brewerii i podłości, jakie Rosji fundują rządzący nią "carzy." 

Naturalne więc w moim przypadku jest to, że kultura rosyjska mnie nieco... odrzuca. Wyjątek czynię dla Brodskiego i Bułhakowa, no może jeszcze Mandelsztam się zmieści. 

Tak więc z pewną nieśmiałością wybrałem się dziś do kina jako opiekun klas oglądających ekranizację "Anny Kareniny."

Boże, myślę, ruski romans... Tego mi trzeba od poniedziałku, ale się zgodziłem. Kino to kino. Od miesięcy niczego nie widziałem na dużym ekranie, więc siadam, odczekuję 22 minuty reklam i mówię sobie, że jak zaczną smęcić, to wychodzę i poczytam książkę w hallu.


Przesiedziałem cały film. Ponad dwie godziny. To, co oglądałem, można z całą odpowiedzialnością polecić KAŻDEMU miłośnikowi kina. SERIO! I nie chodzi o historię zdrady małżeńskiej i wszelakich tego konsekwencji. Nie chodzi o obraz przekwitającego Imperium. Chodzi o FORMĘ.

90% filmu dzieje się we wnętrzach teatru (?), opery (?). Wyobraźcie sobie zasypany śniegiem Petersburg, bale, przyjęcia, ulice, zaułki, rudery, wreszcie wyścigi koni (!) wewnątrz teatru! Kapitalny pomysł! Ileż inwencji (ciut momentami zbyt "na siłę" parę scen), by tak manipulować dekoracjami, kostiumami,  prostymi trikami wizualnymi, umownością... I wszystko się trzymało kupy. Chwytało za serce i tarmosiło, gdy trzeba.

Jakem Bosy, idźcie do kin!

Na chwilę przed...
Anna K. w trakcie zdrady.

Zdradzony mąż.
Zadowolony z siebie kochanek.

Tak więc gdy skończę mojego Folletta (400 stron za mną, przede mną 600 następnych) to biorę na warsztat (tylko bez podtekstów, proszę) "Annę Kareninę." Kiedyś przeczytałem, że literatura europejska zna jedno wielkie tabu, jakim jest szczęśliwe małżeństwo. Po prostu nie ma wielkich powieści/opowieści o udanych związkach. W tym głosie czułem pewien wyrzut czyniony kulturze i jej mechanizmom.

Jednak moim zdaniem tak musi być, byśmy pamiętali, że szczęśliwe małżeństwa, choć są nudne z literackiego punktu widzenia, są czymś niesamowicie istotnym, ważnym, atakowanym przez niezliczone pokusy, więc tym bardziej cennym. 

A "Anna Karenina" przypomina starą jak świat prawdę o wierności i lojalności...

No i to kapitalne pierwsze zdanie otwierające całość:

Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób.

Żeby było zabawniej, w kolejce do przeczytania czai się powieść amerykańskiej autorki Joyce Carol Oates "Moja siostra moja miłość."

Książkę otwiera zdanie:

Wszystkie dysfunkcyjne rodziny są do siebie podobne.



PS

I wszystko byłoby pięknie, gdyby mi dziś rano stara plomba nie wypadła... i dentysta w czwartek.


sobota, 24 listopada 2012

Zmieszany i wstrząśnięty

Łupiemy z Synkiem orzechy. Musi je wcinać, bo ma niedobory żelaza, a orzechy włoskie ponoć mają go całkiem sporo. 

Nagle Tymek patrzy na moją dłoń i pyta:

- A co to jest?
- No jak to co? Nie wiesz? Obrączka przecież. Mama ma taką samą.
- No tak...
- Jak będziesz dorosły, też będziesz miał obrączkę, gdy będziesz miał żonę.

Tymek się jakoś "zawiesił" i po chwili mówi:

- Tata, ale nie można mieć przecież dwóch żon.
- No pewnie, że nie można. No ale ty będziesz miał przecież jedną.
- Ale ja już mam...
- Masz żonę? - pytam, ale przeczuwam, co będzie dalej.
- Mam. Mamę!

Próbuję powstrzymać śmiech, bo mi się humor z miejsca poprawił (a miałem skopany, bo Żona chora i Córa chora), ale nie wytrzymuję i obejmuję młodego. Ten odrywa się ode mnie i pyta głosem wyrażającym poważny niepokój:

- Tata, ale nie będę musiał rodzić dzieci?

piątek, 23 listopada 2012

Czarny czarnoksiężnik

Więcej do Wrocławia nie jadę! 


Wystarczy mi ostrzeżenie, jakie znalazłem w starym amerykańskim komiksie HOUSE OF MYSTERY 
z roku 1953. 


WROCLAW, CZARNY CZAROKSIĘŻNIK


Ps

Suchar na weekend:

Jak nazywa się ulubiony ser twórców memów?
Camembert!

He he he....




czwartek, 22 listopada 2012

Oszczędności i ograniczenia

I

Ostatnio maglowaliśmy na przerwie serię reklam pewnego banku, w którym przypominano ludziom starą prawdę - prawdziwe oszczędności są wtedy, gdy mamy realną kwotę odłożoną na koncie lub w portfelu.

Niby to oczywiste, ale jakby się tak zastanowić, to ileż razy myślimy w taki sposób:

- przejechałem dziś na czerwonym świetle przez skrzyżowanie. Jakby mnie złapali, to zapłaciłbym 500 złotych. Nie złapali. Zaoszczędziłem 500 złotych.

Mój kolega podsumował to najtrafniej: "Przejedziesz tak 10 razy w miesiącu i zaoszczędzisz więcej niż zarobisz..."

II

Byłem wczoraj na zebraniu w przedszkolu. Wychowawczyni omawiała rezultaty takiej pobieżnej "kontroli" rozwoju dzieciaków. Okazało się, że wszystkie maluchy rozwijają się dobrze. Opanowują przewidziany podstawą programową materiał. Płynnie liczą do... czterech! "A niektórym dzieciom idzie dużo lepiej i liczą nawet do dziesięciu."

Boże! Złapałem się za głowę. Nasza Kalina (za chwilę kończy drugi rok życia) liczy do pięciu. Serio! A czterolatek ma być "dzieckiem sukcesu", gdy umie policzyć do czterech? Wolne żarty...

Dzwoniła do nas ostatnio moja szwagierka (żona mojego Brata). Opowiadała, jak idzie w szkole małemu Kubie. Kuzynowi Tymka, który przedszkole miał odpuszczone, ale poszedł do podstawówki zgodnie z nowymi zasadami naboru. 

Tak w podstawie programowej jest liczenie do... pięciu! Kuba młody często wraca do domu ze szkoły i opowiada ze śmiechem, "co było na matematyce."

- Mamo, a niektóre dzieci nie potrafią policzyć do pięciu! Myli im się!

Sam Kuba, gdy mu się chce, liczy do dwustu. Potem się męczy. Autentyk! 

Cobyście mnie źle nie zrozumieli - moja rodzina nie obfituje w genialne dzieci. Tylko program wymyślony przez rządzących oświatą (krótko mówiąc - zbrodniarzy) zaniża każde wymaganie, równa w dół. 

Zdarzało mi się słyszeć o przedszkolankach, które potajemnie uczą dzieci czytać, bo formalnie jest to ZABRONIONE. VERBOTEN! Niemal jak za okupacji - tajne nauczanie...





wtorek, 20 listopada 2012

Kilka słów o asertywności...

Tak, asertywny to ja jestem. Moje zdjęcie powinno ilustrować wiadome hasło w encyklopedii. Tak...

Odbieram ostatnio Synka z przedszkola. Tymek się ubiera, a jego pani wychowawczyni podchodzi do mnie i prosto z mostu pyta:

- Nie zagrałby pan św. Józefa na naszych jasełkach? Wie pan, rodzice dla dzieciaczków organizują. Dałby pan radę?

"Nie, wykręć się jakoś!" - woła diabełek, co przysiadł na moim lewym ramieniu - "Co się będziesz wydurniał?"

- To jak? Zgodzi się pan? Będę tylko trzy próby. To nie będzie zbyt męczące...

No i co powiedział niezbyt mądry młody ojciec? No to już wiecie... Zgodził się.

Ale żebyśmy mieli komplet - w szkole koleżanka zbiera ekipę do jasełek nauczycielskich. I kto ma być św. Józefem? No kto? 

Gdy Córa pójdzie do przedszkola, Synek do podstawówki, a ja wciąż będę uczył, to na bank trzy razy będę prowadził pod rękę ciężarną Maryję, w żadnej gospodzie nie znajdziemy miejsca, więc moja partnerka urodzi lalkę gdzieś w ubogiej stajence...

Na osłodę mam wiersz Andrzeja Bursy


Święty Józef

Ze wszystkich świętych katolickich
najbardziej lubię Józefa
bo to nie był żaden masochista
ani inny zboczeniec
tylko fachowiec
zawsze z tą siekierą
bez siekiery chyba się czuł
jakby miał ramię kalekie
i chociaż ciężko mu było
wychowywał Dzieciaka
o którym wiedział
ze nie jest jego synem
tylko Boga
albo kogo innego
a jak uciekali przed policją
nocą
w sztafażu nieludzkiej architektury Ramzesów
(stąd chyba policjantów nazywają faraonami)
niósł Dziecko
i najcięższy koszyk

niedziela, 18 listopada 2012

Odpowiedzi & pytania

Już jakiś czas temu rozkręcił się kolejny blogowy łańcuszek. Madeleine zaprosiła mnie do odpowiedzi na kilka ładnych pytań, a ja, niedobry, dopiero teraz się ustosunkowuje. 

Proszę: 
1. Kim jest dla Ciebie Święty Mikołaj?
Chciałbym powiedzieć, że świętym chrześcijańskim, ale komercja mnie pożarła, więc powiem, że to miły kamuflaż dla rodziców. "Jak nie zrobisz tego i tamtego, to Święty Mikołaj da ci rózgę, zobaczysz..."
2. Marzenia są dla mnie..... cudownym demotywatorem. Więcej marzę niż działam.
3. Przyjaźń jest dla mnie.... czymś, co niemal w 100% przestało istnieć w moim życiu...
4. Gdy patrzę w lustro widzę....człowieka w okularach, które robią go inteligentniejszym niż jest.
5. Kim chciałeś/chciałeś zostać gdy byłeś /byłaś dzieckiem ? Archeologiem, jak Indiana Jones.
6 Moim małym dziwactwem jest......chowanie wszystkiego w kieszeniach spodni. Mam tam wszystko!
7. Kobieta to istota, która... Następne proszę.
8. Mężczyzna to istota która.... Następne proszę.
9. Prowadzę bloga ponieważ... jest to miłe przyzwyczajenie. Okoliczność, by znaleźć parę miłych słów od osób, których nigdy na oczy nie widziałem...
10. Kiedy mam wolną chwilę najchętniej... czytam, piszę, gapię się przez okno. Ech, jaką wolną chwilę?
11. Jaka jest Twoja największa zaleta i największa wada ? Byciem mną, jedno i drugie.


Zgodnie z zasadami ułożyłem własne pytania. Nie jest ich 11. Ciut mniej. A do zabawy, może gasnącej już, zapraszam każdego, kto nie był jeszcze przepytywany lub ma ochotę się włączyć. Nie chcę wskazywać, bo niektórzy nie lubią takich mechanizmów, inni są zbyt skryci, a inni już wcześniej wzięli w tym udział, a ja wskazując, dowiem się, że jestem świnią, bo niedokładnie czytałem czyjegoś bloga, więc zapraszam wszystkich i każdego z osobna. Znajomi, nieznajomi, dacie radę stanąć w świetle prawdy o Was samych?

1) Jeśli byłbyś naleśnikiem (bloggerze), to z jakim nadzieniem najchętniej?
2) Na jakim znanym obrazie chciałbyś się znaleźć?
3) Jaką nadnaturalną mocą chciałbyś dysponować?
4) W jakiej epoce chciałbyś żyć?
5) Gdybyś miał przypisać sobie autorstwo jednego z arcydzieł literatury, jaka byłaby to książka?
6) Gdyby jakaś teoria spiskowa była prawdziwa - jaka by to miała być?
7) Jaki produkt z czystym sumieniem (za pieniądze oczywiście) mógłbyś reklamować?
8) Gdybyś mógł zatrzymać czas na 24 godziny, co byś robił?

Wybaczcie notoryczny rodzaj męski, ale nie chciało mi się grzebać w tych końcówkach gramatycznych...


czwartek, 15 listopada 2012

Jak on to robi?

Jako fascynat komiksów zawsze zastanawiało mnie jedno: jakim cudem Superman może tak skutecznie ukrywać się pod postacią niepozornego Clarka Kenta, sporo jedynym maskującym elementem są okulary?

No sami spójrzcie:



Ja w okularach wyglądam tak:




Tylko proszę nie pytać, kim jestem, gdy okulary zdejmę...



środa, 14 listopada 2012

Kto da więcej?

Niedawno w obcym miejscu, na obcym sprzęcie chciałem sprawdzić coś na blogu swoim i wpisałem adres odpowiedni do... wyszukiwarki zamiast na "pasku." Oczywiście znalazłem "się", ale ze zdumieniem odkryłem, że mój blog stał się, jak każda witryna internetowa, przedmiotem analiz - ile osób wchodzi dziennie, skąd wchodzą i jakiego są wyznania i orientacji (Ok, żarty...).

Najciekawsza informacja dotyczyła wartości (konkretnej) mojego bloga. Otóż według jednych źródeł moja strona warta jest ...7 $, a według innych 137!

Zaciekawiło mnie to. Ktoś zapłaciłby 7 dolców za moją stronę? Come on! Tak nisko nie upadłem. A z drugiej strony (nomen omen) 137 to też nie jest oszałamiająca kwota...

Przypomniał mi się onegdaj obejrzany odcinek jakiegoś serialu komediowego, w którym szef pewnej wielkiej firmy, wiodąc nudne i stabilne życie, zaproponował jednemu dziwnemu bohaterowi interes życia: "Sprzedaj mi to, co cię spotkało." Interes dobito i wielki szef mógł błyszczeć wśród znajomych kompletem nieużywanych w jego środowisku dykteryjek z (czyjegoś) życia wziętych...

Tylko czy ktoś chciałby "kupić" moje życie? Nauczyciela dojeżdżającego do pracy PKS-em, walczącego z dwójką dzieci i polską rzeczywistością?

wtorek, 13 listopada 2012

Elektrostatyka do żywego dotyka

Dawno wspomnień z młodości nie miałem żadnych, więc teraz coś, czym ostatnio się podzieliłem z jedną klas o profilu mat-fiz. Ścisłowcy, jakich mało, a to historyjka bazująca na ich arsenale pojęciowym:

W liceum byłem w klasie humanistycznej o rozszerzonym języku angielskim. Ścisłowcy raczej nas nie dręczyli za bardzo, chociaż znalazłoby się paru takich, którzy marzyli, by zrobić z nas człowieków renesansu. Taki i "Testament mój" Słowackiego zarecytuje, i obliczy rachunek prawdopodobieństwa.

Nauczycielka od fizyki doskonale znajdowała wspólny język z humanistami i lekcja w lekcję kończyła zajęcia w ten sam sposób:

"Macie klucz. Zamknijcie salę po dzwonku."

Dodam, że klucz nam dawała zawsze 15 przed końcem lekcji. Potem szła do pokoju n-skiego i piła kawę w towarzystwie okienkujących koleżanek.

Jednak największym przebojem okazał się eksperyment z dziedziny elektrostatyki, jakim pani nasza chciała urozmaicić nudny błogostan lekcji fizyki.

- Wiecie co to jest elektrostatyka? Nie wiecie? No to wam pokażę! Wezmę kartkę papieru i podrę ją na waszych oczach. Podrę na drobniutkie kawałeczki. 
Teraz widzicie tę oto rurkę PCV. Paweł, proszę, będziesz trzymał tę rurkę. Dziękuję. 
A teraz poprzez energiczne pocieranie rurki kawałkiem materiału wywołamy ciekawy efekt. 
Dajcie tu jakąś szmatę! Sylwia, chodź tu! - mówi wszystko na jednym oddechu, 

a cała klasa leży na podłodze, zwijając się ze śmiechu...

piątek, 9 listopada 2012

Od przyszłego tygodnia Wasz ulubiony blogger...

...będzie wyglądać o wiele bardziej inteligentnie, dojrzale i adekwatnie do swego wieku.


Cóż, muszę nosić okulary i raczej powinienem już od dawna, bo moje lewe oko jest naprawdę lewe i bez uciekania się do jakichkolwiek szczegółów, dodam tylko, że "aż dziw, jak długo się pan uchował." Tak, to słowa sympatycznej pani z salonu optycznego.

Byłem tam dzisiaj, by przymierzyć kilka protez i okazało się, że na około 30 par oprawek, tylko trzy (!) pasują na mój wielki garnek!

Wiem jedno, świat już nigdy nie będzie wyglądał tak samo...

...może to i dobra wiadomość.

czwartek, 8 listopada 2012

Po co się męczyć?

Trafiam na książkę. Na ostatniej stronie okładki widnieje taka oto reklama. 


Fotka niewyraźna, bo telefonem strzelona, więc przytoczę, cobyście oczu sobie nie psuli.

Szukasz wypracowań?

Bezkonkurencyjny

Największy w Polsce zbiór wypracowań ze wszystkich przedmiotów.

Najwyższa jakość

Wszystkie prace (nieczytelne, nie mogłem odcyfrować ze zdjęcia) i gotowe do pobrania

Dla każdego

Łatwy dostęp do wszystkich prac.


Po co się męczyć?
- Bryk Cię wyręczy!


Piękne, co? A jeszcze pięknie to wszystko wygląda, gdy Wam powiem, że reklama ta znajduje się na okładce .. lektury szkolnej! Wydawnictwo GREG się kłania Państwu.

A więc GREG (najbardziej obciachowe wydawnictwo proponujące uczniom całkowicie opracowane lektury, wzory wypracowań, gotowe charakterystyki, zwalniające od myślenia wszelkiego opracowania + fatalne okładki) idzie pod rękę z platformą służącą oszukiwaniu nauczycieli, bo czym innym są "gotowe wypracowania", jak nie formą ucieczki przed solidną pracą w domu i w szkole?

Idąc tym tropem, za chwilę podręczniki neurochirurgii lub architektury  też będą sponsorowane przez hasło: "Po co się męczyć?" 

Bo coś czuję, że opracowania  dotyczące budowy dróg i autostrad już są...


środa, 7 listopada 2012

Komu zamykam drzwi przed nosem?

Dzwonek. Tradycyjnie żyję nadzieją na miłą paczkę z książkami lub coś równie przyjemnego, więc biegnę otworzyć.

Na progu stoi młodzieniec. Szczupły, około 25-30 lat, wysoki. Garniturek. W rękach skórzana teczuszka, na której błyszczy biel kartek upstrzonych czyimiś podpisami.

- Pan jest właścicielem? - pyta mnie zamiast zacząć staropolskiego "Dzień dobry, nazywam się..."

- Nie - odpowiadam i już miałem skierować nieznajomego w stronę warsztatu,w którym teść najprawdopodobniej siedzi, ale coś mnie tknęło i... - A o co chodzi?

- Trzeba podpisać odbiór decyzji w sprawie modernizacji telewizji.

Przez chwilę czułem się jak po Gripexie - w ulotce informującej o niepożądanych skutkach ubocznych ostrzega przed "uczuciem pustki w głowie."

- Co trzeba podpisać? - pytam.

- Odbiór decyzji w sprawie modernizacji telewizji - powtarza głosem niekryjącym zniecierpliwienia.

- A co to znaczy?

- To znaczy, co mówię panu. Odbiór decyzji w sprawie modernizacji...

- Wiem. Ale co to znaczy? Te słowa nic nie znaczą przecież - upieram się i czuję, że za chwilę chłodnica mi siądzie - To jest jakiś urzędniczy... (chciałem powiedzieć bełkot) ... język, z którego nic nie wynika.

- Proszę pana - młody, w każdym razie młodszy ode mnie mężczyzna też powoli tracił cierpliwość - to jest język polski. To jest po polsku napisane.

- Nie - odpowiadam - to nie jest język polski. 

Zatrzaskuję mu przed nosem drzwi. A zza drzwi dobiega mnie przeciągły gwizd kogoś, kto też z trudem panuje nad nerwami.

***

Zdenerwowałem się. Głupio przyznać, ale straciłem panowanie nad sobą, bo powinienem zadać serię pytań - kogo pan reprezentuje (nie miał żadnych plakietek, nie przedstawił się)? Co się wiąże z podpisaniem "odbioru decyzji"? Rozmontować wszystko na części składowe, ale nerwy mi strzeliły i stać mnie było tylko na  na "nieodebranie decyzji."

Cóż, żeby nie było, że chamem jestem - ostatnio przed drzwiami znalazłem starszą panią, która z ujmującą uprzejmością przedstawiła się, pokazała identyfikator i odpytała mnie ze znajomości etapów cyfryzacji telewizji właśnie.

Było szybko, bezboleśnie i miło. Ona wiedziała, że w sumie trochę przeszkadza, ja wiedziałem, że ona tak zarabia na życie. Jednak rozstaliśmy się zachowując dobre wspomnienia. 

A dzisiejszy incydent? 

Podejrzewam, że milej by było chyba nawet z akwizytorem nierdzewnych noży, kołder wypchanych owczą wełną lub ze Świadkami Jehowy...




wtorek, 6 listopada 2012

Tak w przeliczeniu

Dużo czytam. Ho, ho, ależ wyznanie... 

Dużo czytam, ale tylko w autobusach, którymi dojeżdżam do pracy. Jadę około 30 minut, pojazd pokonuje odległość 20 kilometrów. Rano i popołudniu. Czytam więc od poniedziałku do piątku około 60 stron dziennie. 

W domu już tylko dzieci, sprawdzanie prac uczniów lub "M jak miłość", czasami to wszystko jednocześnie. W weekendy nie czytam. To szokujące, ale cała sobota i cała niedziela w towarzystwie dwójki wybitnie absorbujących postaci to czas stracony z czytelniczego punktu widzenia.

Do czego zmierzam?

Dostałem dziś do recenzji opasłą księgę Kena Folletta pt "Zima świata" - drugą część trylogii, w której ten wielce przeze mnie szanowany Autor chce opisać losy Europy XX wieku. Drugi tom olbrzymiej sagi. Powieść ma 1030 stron i na bank będzie to najgrubsza pojedyncza książka, jaką "zaliczę." 



Szybko (ok, nie tak znowu szybko...) przeliczyłem, ile kilometrów musiałby pokonać poczciwy PKS, bym mógł, nie wysiadając z niego, przeczytać to dzieło.

Wyszło mi około 1370 kilometrów!

Tyle musiałbym czytać non-stop! 

Całą drogę ode mnie do... takiego Turynu na przykład.


poniedziałek, 5 listopada 2012

Stodoła Murzyna

Weekendowe spotkanie ze znajomymi.Omawiamy ostatnie doświadczenia lekturowe. Kto, co, za ile i jak świeżego przeczytał. Pośród ogólnych narzekań na ceny nowych książek pada tytuł "50 twarzy Graya" - dla niewtajemniczonych taki oto opis:

Hipnotyczna, uzależniająca, iskrząca seksem i erotyką powieść, której nie sposób odłożyć.

Powieścidło to ponoć do bólu kiczowate, żerujące na najniższych gustach czytających pań domu, których mężowie nie są w stanie sprostać rosnącym potrzebom swych "ryczących czterdziestek." Opowieść toporna, harlequin przyprawiony mdławymi i wymuszonymi scenami seksu.

W sumie owoc literatury klasy C, który jakimś cudem (temat przecież niemowy, seks uprawiają wszyscy i wszędzie go pełno, więc o co chodzi?) przedostał się na eksponowane półki księgarń, trafił pomiędzy sztywne (nomen omen) okładki, a nawet w Biedronce w cenie "promocyjnej" raz widziałem.

Poszła po globalnej wiosce wieść, że pani autorka świntuszy, więc się gawiedź rzuciła...

Moja koleżanka zdobyła rzeczoną książkę (Broń Boże, nie zapłaciła za nią ani eurocenta!) i by zadośćuczynić czytelniczej potrzebie zaczęła czytać.

- No masarka! - mówi nam - Po prostu masakra - i tu zaczynają się malownicze opisy nieudolności amerykańskiej powieściopisarki. A że bohaterka nijaka, a że romans niewiarygodny, a że sceny seksu karykaturalne i nie ma się czym napalać tak naprawdę...

- ... a jeszcze pojawia się sceny sadomasochistyczne. A takie sado-macho z tego, że koń by się uśmiał.

- Brrrr - przechodzi mnie dreszcz - sado-macho, kurde...

- Co tak się wzdrygasz?

- Nic. Bolesne wspomnienia.

ILUSTRACJA (dla inteligentnych)


Stodoła Murzyna



piątek, 2 listopada 2012

...a wiedziałem, że coś jeszcze miałem napisać.

Jeszcze w październiku to było.

Dzień, gdy raczej szybciej w domu jestem po pracy. Siedzę jak Pan Bóg przykazał przy komputerze i dłubię jakąś recenzję, wpis na bloga czy komentarz. Generalnie zarobiony jestem.

Nagle dzwonek. Oby to listonosz z jakąś miłą przesyłką - inaczej strzelam focha na pół świata. Otwieram drzwi, a tam...

...no wyobraźcie sobie, że stoi Wam na progu podwójny oddział szturmowy świadków Jehowy, czyli cztery postacie (dwie kobiety, dwóch mężczyzn), wiek około 60 lat, jedna osoba podpiera się laską, a druga macha mi przed nosem plikiem kartek. I jeszcze jedno - mówią wszyscy po angielsku.

(Od tej chwili spolszczę wszystkie kwestie, jakie wtedy między nami padły.)

- Czy tu mieszka pan ... - i pada nazwisko mojego teścia.
- Tak - odpowiadam i przeczuwam niezłą powtórkę z angielskiego. I to powtórkę w bojowych warunkach, poziom VERY HARD dla kogoś, kto niby czyta po angielsku, ale mówi bardzo niby-niby. - Pokażę wam, gdzie pracuje.

I prowadzę całą czwórkę za róg domu, gdzie teściowa ma zielarnię a teść warsztat.

- Dzięki Bogu w końcu ktoś ze znajomością angielskiego - dobiegło mnie zza pleców. Moich wybitnie zdezorientowanych tym wszystkim pleców.

Żeby nie przynudzać, streszczam: odwiedziła nas czwórka Amerykanów, którzy od dwóch lat żyją w Niemczech i wkrótce się stamtąd wyprowadzają, by żyć gdzieś dalej dalej. Są emerytowanymi nauczycielami, więc szybko znalazłem z nimi nieco kaleką ale jednak jakąś tam platformę porozumienia, a mój język obcy rozkwitał z minuty na minutę. Nawet żarcikami potrafiłem sypnąć czasem...

A po co przyjechali? Jedna z Amerykanek poczuła w pewnym wieku (skończywszy pracować zawodowo) chęć zbadania swej historii. Wiecie, korzenie, krzyżujące się rodziny, dalecy przodkowie etc. No i okazało się, że jej przodkowie dotarli do Ameryki w XIX wieku, a pochodzili z mojej mieścinki. A mój teść jest jej daaaaaaaaaaaaaaaalekim krewnym! Na dowód tych rewelacji pokazuje wydruki i odpisy z różnych stron internetowych, na których piętrzą się drzewa genealogiczne. 




Teść zjawił się szybko i z miejsca trafiła mi się fucha tłumacza. Wyciągnął z jakiejś przepastnej szuflady swoje "papiery rodowe" i zaczęliśmy wszyscy wszystko z wszystkim porównywać. I, o dziwo!, niemal 80% nazwisk i dat się zgadzało, a nawet więcej - nasze i amerykańskie drzewa jakoś się uzupełniały.

Amerykanie się wzruszyli. Poszukiwaczka korzeni uroniła parę łez. Obfotografowaliśmy się i pożegnaliśmy. Ot tak po prostu. Dwugodzinna wizyta. Zakończona wymianą maili i obietnicą korespondencji.

Mnie dwa wnioski naszły:

- pierwszy od zawsze całkowicie skreślał mnie jako człowieka wśród 75% populacji - otóż kompletnie mnie nie biorą rodzinne historie. Czyjeś trudne losy, opowieści sprzed wojny i, nie daj Boże, wojenne epopeje, jak to się dziadek z babcią po całej Polsce szukali... Więcej, ja do późnej młodości nie wiedziałem nawet, jakie mieli imiona moi dziadkowie żyjący na Mazurach! Nikt mi nie chce w to uwierzyć, ale ja nie umiem się tym zainteresować. No nie umiem. Tak jak ktoś nie umie się wzruszyć Słowackim, tak jak swoimi korzeniami i korzeniami swoich bliskich. Mogę najwyżej zagwizdać z wrażenia na wieść, że najstarszy znany przodek mojej Żony miał na imię Zacheusz. Tak, to jest hard core

- chciałbym dożyć emerytury w zawodzie nauczyciela i móc potem jeździć po świecie, i, a niech to drzwi ścisną, szukać śladów swojej rozproszonej familii...

wtorek, 30 października 2012

SPA

SPA.

Dla kobiet to oaza spokoju. Miejsce, w którym odpocznie umęczone ciało Matki Polki. Cała reszta zaś rozpłynie się w kosmosie nieludzko przyjemnych i do bólu hedonistycznych zabiegów. Kąpiele, masaże, pilingi, lakierowanie... Obróbka powierzchni wołającej o renowację.

Dla facetów spa to S ex
                             
                             P apierosy

                 A lkohol

Czym jest spa dla autorów tej oto wielkopowierzchniowej reklamy nie wiem...



Poddaję się.

Dla ułatwienia dodam, że jednym z efektów pobytu w tym przybytku jest porośnięcie fioletowym bzem...



niedziela, 28 października 2012

Moje wizje

I

Wizja jeden: parę dni temu w szkole. Dzwonek. Szukam na planie, gdzie ja to akurat idę, jaką klasę będę torturował etc. Rzut okiem na siatkę, gdzie krzyżują się klasy, sale, nauczyciele. 

- Ok, IIIe - mówię pod nosem i łapię dziennik, klucz, zestaw podręczników na odpowiednią lekcję. 

Podchodzę z kluczem do drzwi sali i... śmiech uczniów, bo... to zły klucz i zła klasa na mnie czeka. Oczywiście zrzuciłem wszystko na karb roztrzepania i wczesnej godziny (cóż, dzień będzie trwał dalej, a moje roztrzepanie nie mija raczej...). 

Wracam do pokoju nauczycielskiego, wkurzony rzucam okiem na plan, a tam... Mam lekcję, ale nie z IIIe tylko z IIe. Mój słabnący wzrok (lewe oko tak naprawdę) sprasował jedną kreskę. 

To może się śmieszne wydawać, ale dużo gorzej jest, gdy coś piszę ręcznie - z lewej strony kartki literki są zamglone i mają delikatną poświatę, a im bliżej im do prawej, tym lepiej i normalniej wyglądają. 

Ciekawe, jak to jest z moimi bliźnimi? Niech lepiej unikają stawania po mojej lewicy...

Cóż, w listopadzie pewnie będę paradował w jakichś trendi-okularach.

II

Monitor. Miał już 6 lat i od dłuższego czasu pracował w regularnych cyklach jaśniej-ciemniej-jaśniej. Aż przyszedł dzień, gdy zaczął gasnąć sam z siebie, tracił swoją monitorową przytomność. Taka metafora ludzkiego losu niemal mi wyszła.

Na dobre go wzięła agonia, gdy Żona MUSIAŁA rozwiązać test dotyczący terroryzmu (!!!) Zmusiły ją do tego obowiązki szkole, więc MUSIAŁA przedrzeć się przez 50 (!!!) stron poważnie i niemal encyklopedycznie traktujących zjawisko, by przejść do testu, którego przerwać nie wolno, bo (bo co? bomba wybuchnie?) nie zaliczy się całego tzw. e-learningu.

Tak więc Żona czytała o różnicach między terroryzmem lokalnym a regionalnym w międzyczasie walcząc z umierającym monitorem, którego co i rusz trza było reanimować.

No ale świat zyskał kolejnego eksperta, a szkoła Żony być może będzie umiała się znaleźć w razie ataku lokalnej grupy eko-terrorystów na przykład...

III

Przychodzi do mnie list z Bardzo Ważnego Ministerstwa lub Instytucji. WAŻNE stoi nasmarowane na kartce. A tam informacja, że od listopada zostanie wyłączony sygnał analogowy w mojej miejscowości i okolicy. 

Cóż, w salonie telewizyjnym  teścia stoi nowoczesny plazmatyczny twór odporny na zmianę sygnału, ale w naszej części domu żegna się już z nami stary klasyczny bryłowaty telewizor, do którego mamy podczepioną połamaną antenę analogową. 

Niczego nie złapiemy. Żadnego cyfrowego sygnału. Odcięcie od świata nastąpi za tydzień niemal. Dekodera nie ma co kupować, bo nie dostroimy niczego niczym - Synek kiedyś połamał oryginalnego pilota, bo taki kolorowy był i dużo guziczków kolorowych wszędzie

Od dwóch lat więc przełączaliśmy kanały ręcznie - tak, wstając z kanapy (co za upadek cywilizacji!), a dwa dokupione, ponoć uniwersalne, piloty, nie potrafiły nawiązać współpracy z telewizorem. Podejrzewam, że prędzej kosiarka do trawy dostroiłaby się do pilota niż nasz odbiornik...

Tak więc cisza w eterze nas czeka. I tylko Synek się cieszy, że do rozbrojenia dostanie antenę i, broń Boże, telewizor...