wtorek, 13 grudnia 2011

Słodkie życie pokoju nauczycielskiego

Średnio raz w miesiącu ktoś spośród moich koleżanek/kolegów obchodzi imieniny i przynosi do szkoły jakąś większą bombonierkę, ciasto pięknie pokrojone, ciastka etc. Słodko się przy kawie dzieje w czasie dużej przerwy.

- Uwielbiam babkę - mówi koleżanka - mogłabym ją wciąż jeść.
- A dzisiaj ktoś jeszcze przyniósł ciasto z galaretką...- dodaję.
- Też lubię, bardzo nawet.
- Ja najbardziej makowce... - rozmarzyłem się - ...makowce w święta. Mój brat to tylko sernik, nic więcej... Całą blaszkę potrafi.
- Makowce, serniki. Wszystko...- odpowiada koleżanka.



- A jest coś słodkiego, czego nie lubisz? - pytam, ale nie złośliwie raczej.
- Wiesz, sam cukier nie za bardzo mi smakuje...

I niech Wam się nie wydaje, że moja szanowna koleżanka płaci nadmiarem kilogramów za swoje fanaberie cukiernicze.

Dziewczyna jest szczuplutka, żeby nie powiedzieć "chuda."

16 komentarzy:

  1. Ja kiedyś byłem bardziej słodyczolubny. W nastoletnim okresie i wcześniej. Później zacząłem inaczej spędzać czas, na przykład w niedzielne popołudnia, kiedy to w rodzinnym domu zwykle pojawiało się mamine ciasto (sam już wtedy w domu nie mieszkałem), okazało się, że ciasto słabo pasuje do piwa... Powoli się odzwyczaiłem, przerzuciłem na chipsy i orzeszki...

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurcze, a ja odwrotnie (bez patologii rzecz jasna), tak się odzwyczaiłem od alkoholu, że po wczorajszym kontakcie z jednym (!!!) kieliszkiem wina - szmery pod kopułą.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ma baba przepał.
    Marek
    P.S. Zapomniałem jak się logować albo coś się zmieniło?

    OdpowiedzUsuń
  4. Mi tam w tyłek idzie... Ech... a i tak jem ;-P

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam podobnie. Słodycze w dowolnych ilościach. Najbardziej galaretka z bitą śmietaną, sernik z rodzynkami i czekolada mleczna. MNIAM!!!
    ps. Mam tak od zawsze, więc już chyba nigdzie mi nie pójdzie ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. :))) Ja z chęcią wstąpiłabym do Klubu Koleżanki :P
    Też lubię słodkości i jestem z tych "szczupłych" :P

    OdpowiedzUsuń
  7. O, tę kobietę, co cukru nie lubi, to bardzo rozumiem. W końcu człowiek to nie koń. ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. a nie kokietuje przypadkiem?...bo wiesz, pracuje z kolezanka, która ciagle o jedzeniu i o czekoladzie, ciachach i paluszkach, ale tylko rozmawia, zachwala, cmoka...ale nie zje;)

    OdpowiedzUsuń
  9. A ja nie lubię galarety, obrzydza mnie jej struktura w moich ustach. Prędzej zwymiotuję niż coś takiego nadgryzę albo przełknę...

    Kiedyś też bardzo nie lubiłam serników i paschy, teraz już jem, ale tylko niektóre (broń boże, sernik na zimno!)

    A ta pani to ma niezłą przemianę materii, choć muszę przyznać, że ostatnio nawet mnie zaskakuje ile mogę zjeść nie tyjąc. Może to ta jazda na rowerze albo basen...

    W ogóle ostatnio z mężem postanowiliśmy, że nie kupujemy już słodyczy. Jemy jedynie to, co upiekę i chyba źle na tym nie wychodzimy :)

    OdpowiedzUsuń
  10. To jest cholernie nie fair! Ja sie nie mieszcze w spodnie juz po 1 snickersie : (

    OdpowiedzUsuń
  11. Jest prosta metoda na to aby jeść dużo słodyczy a nie tyć. Po prostu się trochę ruszać. A wtedy blacha ciasta niegroźna;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Quis, jednak musisz przyznać, że niektórzy mogą wcinać i wcinać, a NIC po nich nie widać.

    OdpowiedzUsuń
  13. Socjo, ja tak mam z bigosem na przykład. Ale bigos w batonikach nie sprzedawają
    ;-(

    OdpowiedzUsuń
  14. Dziewczyno, też drżę przed galaretką!

    pzdr

    OdpowiedzUsuń
  15. Magdo, raczej nie. Na "jej" stoliku wciąż słodkiego się mości. Podgryzam czasem nawet...

    ;-)

    OdpowiedzUsuń
  16. Auroro, do pewnego momentu taki tyłeczek nie jest zły
    ;-)

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.