piątek, 30 grudnia 2011

Wiersz na nowy stary rok

Klasyk współczesnej angielskiej poezji Brian Patten:


NASZE ŻYCIE STAŁO SIĘ TAKIE PUSTE


Pamiętasz tę chińską różę, którą zasadziliśmy zeszłej wiosny?
No więc ona zakwitła.
Poza tym nic nowego.


tłum. Andrzej Szuba.


Do zobaczenia w 2012 roku!!!

środa, 28 grudnia 2011

Że niby czyje są te majtki?

Niewiele jest mnie w stanie zaskoczyć. Dużo widziałem, ale filozoficzna natura nie śpi i łatwo znajduje sobie pożywkę.

Pamiętacie post o majtkach damskich z przekazem? To było NIC w porównaniu z.

W moim prowincjonalnym miasteczku, w sklepie typu "mydło/powidło wszystko za 4,99" na wystawie wisi takie cudo:




Ja już nawet nie wiem, jak i czy da się w ogóle to skomentować...

wtorek, 27 grudnia 2011

niedziela, 25 grudnia 2011

I po świętach...

... bo nawet się nie zaczęły w sumie.

Tymek ma ospę i to dość podłą, bo pewnie jakoś nałożyła się na nią angina. Cały w czerwonych, do bólu swędzących krostach, cały biały od jakiegoś mazidła zaprawionego mentolem, płaczący, gdy nie pozwalamy mu się drapać.

Gorączkuje co 5-8 godzin. Dziś za dnia 39.1 temperatury. Na rękach mi zasnął w południe. 
W nocy budzi się z płaczem. Nie je prawie nic...
...ech...

Kalina cała i w pełni zdrowa. Kursuje po całym domu za rękę, śmieje się w głos, uczy się naśladować odgłosy  różnych zwierząt...
                             ...ciekawe, kiedy ją dziabnie...

                                                                           ...........ech..........

piątek, 23 grudnia 2011

Będziemy mieli białe święta...

...Synek ma ospę.

Nie pozostaje mi nic innego niż życzyć Wam tego, co życzyłem mojej osobistej klasie o profilu mat-fiz:

Niech Was w nowym roku prowadzi Tales z Miletu
i żeby Was fajerwerki w Sylwestra nie obudziły!

czwartek, 22 grudnia 2011

Ile waży Woody Allen?



Fotka zrobiona w czasie wieczornych zakupów w jednym z wielkich marketów.

Okazuje się, że "Wszystko gra" Woody Allena dostaje się jako gratis do kilograma śledzi!

Reżyser zapewne marzył o takiej dystrybucji swoich filmów...


PS

Jasełka wyszły bardzo dobrze, relacja w następnym wpisie.

środa, 21 grudnia 2011

Jutro premiera!

Jasełka "Bez Kevina nie ma Świąt" wchodzą w ostatni etap przygotowań. Cóż, miło widzieć jak coś z fazy embrionalnej przeistacza się w jako-takie przedstawienie pod okiem kogoś, kto ma zdolności organizacyjne wiewiórki...

...oby tylko nikt nie zachorował, nie wpadł w zaspę (zaczęło u nas prószyć), nikt nie pośliznął się na schodach...

... może będzie ok...

A potem już tylko Święta.

Uffffffff

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Taka nocka, taki poranek

Doczekałem się! W końcu doczekałem się tej wspaniałej chwili!!!


Przez te wszystkie lata, gdy Synek budził nas o 4:30, o 5, 5:30 nad ranem, w końcu przyszła chwila...


Ale po kolei.


Noc w ogóle była przedziwna. Zasypiam około 23. Żona jeszcze sprawdza wypracowania, testy etc (polonistka, ech...). Ze snu wyrywa mnie dźwięk nóżek Synka. Wybiegł ze swojego pokoju, wbiegł do naszej sypialni (pokoje łączą drzwi) i... zaczął łomotać w obudowę telewizora! Łubu-budu!!! Zanim wyskoczyłem z łóżka, on już zmajstrował całkiem niezłą konstrukcję rytmiczną. Przestraszyłem się, że obudzi Córę, ale ta spała wybitnie mocno. 


Odprowadziłem go do łóżka, nakryłem kołdrą. Po chwili zasnął marudząc coś pod nosem... Lunatykował aż miło!


W między czasie dojrzałem światło sączące się z kuchni. Idę. Żona sprawdza pracę. Zegar pokazuje... 


02:30 !!!


- Do łóżka!
- Jak człowiek pokona barierę zmęczenia może wytrzymać całą noc...- broni się Żona.
- Jak człowiek pokona barierę zmęczenia wygląda jak śmierć. Do łóżka!


Ja poszedłem w każdym razie. Żona dołączyła po dłuższej chwili...


Rano budzimy się. 6:30. Pora wstawać, a dzieciaki cisza... 


Tymek śpi??? - nie mogę w to uwierzyć. Śpi? Z własnej nieprzymuszonej woli? 


I wtedy mnie olśniło! Trzeba go powoli budzić do przedszkola. Spokojnie się ubraliśmy z Żoną. Toaleta. 


Idę. Budzę go. 


Niedobry tatuś...





sobota, 17 grudnia 2011

Klub 27 się skończył...


Klub 27 to legenda XX i XXI wieku. Gromadzi on bohaterów rocka, bluesa i R&B, którzy zmarli w wieku 27 lat (i okolicach), niektórzy w niewyjaśnionych okolicznościach. Najczęściej w zenicie swoich możliwości twórczych, osiągnąwszy wcześniej status ikon (pop)kultury. 


Najbardziej rozpoznawalni członkowie: Amy Winehouse (1983 -2011), Jimi Hendrix (1942 – 1970), Jim Morrison (1943 – 1971), Janis Joplin (1943 – 1970), Kurt Cobain (1967 – 1994).
Ojciec-założyciel bluesa Robert Johnson, Brian Jones, współtwórca Rolling Stones.


Jednak istnieje potężniejszy klub, którego członkowie nawet nie wiedzą o tym, że będą mieli w nim swoje miejsce.


To Klub 34. Klub zrzeszający wszystkich, którzy do 34 roku życia nie osiągnęli niczego (szczególnego). Nie wydali przełomowej dla muzyki płyty, nie spłodzili książki, po lekturze której ludzie popełnialiby samobójstwa, nie stali się ikonami mody czy arbitrami elegancji...


Członkostwo w Klubie jest skrajnie bezpieczne. 


Klubowicze nie piją (dużych ilości) alkoholu - muszą na drugi dzień wstawać do pracy lub nazajutrz budzeni są przez małe (własne) dzieci. 


Nie zażywają narkotyków -  w przypadku kawy śmiertelna dawka wynosi 10 gramów, mniej więcej 70 filiżanek,  więc spokojnie...


Nie uprawiają dającej sławę i tłumy fanów sztuki - chyba że wydurniają się na oczach (własnych) dzieci, ewentualnie przebierają się za św. Mikołaja...




Członkostwo w Klubie jest dobrowolne, ale prędzej czy później większość z nas tam trafi.


Ja trafiłem tam dzisiaj.

czwartek, 15 grudnia 2011

Fajne kawałki

Kiepsko miałem w sobotę. Zmęczony, życiem, połową weekendu, pogodą, chorującymi dzieciakami... Za dużo na kręgosłup się wrzuciło i pękło. Wściekłem się na bałagan w "naszym" pokoju, które wyściełały klocki, pluszaki, wycinanki, kredki...

... wściekłem się na odkurzacz, który jeszcze nie zaczął pracować a już mnie drażnił, wściekłem się na czas marnowany na walkę z entropią, bo uznałem, że kolejny raz posprzątam i kolejny raz się wszystko "samo" rozrzuci, zaśmieci, zdezorganizuje.

Ale zacząłem sprzątać, systematycznie, kawałek po kawałku przestrzeni. Zły, ale już było lepiej.

Nagle w łapska moje wpadła płyta. Wyrób "własny", składanka ochrzczona wysublimowanym tytułem "Fajne kawałki." Zgrałem ją około 5 lat temu i ciekawy byłem, co tam mi się onegdaj podobało...

Po dwóch minutach pierwszej piosenki  (jeden z najlepszych coverów świata, Afghan Wigs przerabia, zmienia w ideał tak naprawdę, pewien lekki "czarny" kawałek, "Creep" TLC),
wścieklizna puszczała. Po kolejnych utworach szczęście (!!!) sprzątania osiągnęło tak wysokie pułapy, że zacząłem tańczyć, Śpiewając i udając, że gram na elektrycznej gitarze...

A gdy pojawił się ten utwór



rozkwitłem!

Wniosek z tej historii? Oczywisty, choć nie wiem, czy  w 100% optymistyczny.

Bo co się okazuje?

W momentach największych moich zawieruch wewnętrznych, mogliby się przede mną stawić Marek Aureliusz, Seneka, Jan Kochanowski, Nietzsche, Kołakowski czy zestaw innych mądrych ludzi i nie daliby rady mnie zepchnąć na właściwe tory.

A wystarczy, że włączę sobie kilka mniej lub bardziej oczywistych piosenek i czuję się jak grzesznik po spowiedzi. Lekki i szczęśliwy.

Gotowy do zwarcia z odkurzaczem nawet...

wtorek, 13 grudnia 2011

Słodkie życie pokoju nauczycielskiego

Średnio raz w miesiącu ktoś spośród moich koleżanek/kolegów obchodzi imieniny i przynosi do szkoły jakąś większą bombonierkę, ciasto pięknie pokrojone, ciastka etc. Słodko się przy kawie dzieje w czasie dużej przerwy.

- Uwielbiam babkę - mówi koleżanka - mogłabym ją wciąż jeść.
- A dzisiaj ktoś jeszcze przyniósł ciasto z galaretką...- dodaję.
- Też lubię, bardzo nawet.
- Ja najbardziej makowce... - rozmarzyłem się - ...makowce w święta. Mój brat to tylko sernik, nic więcej... Całą blaszkę potrafi.
- Makowce, serniki. Wszystko...- odpowiada koleżanka.



- A jest coś słodkiego, czego nie lubisz? - pytam, ale nie złośliwie raczej.
- Wiesz, sam cukier nie za bardzo mi smakuje...

I niech Wam się nie wydaje, że moja szanowna koleżanka płaci nadmiarem kilogramów za swoje fanaberie cukiernicze.

Dziewczyna jest szczuplutka, żeby nie powiedzieć "chuda."

niedziela, 11 grudnia 2011

Blob świąteczny


BLOB - klasyczny horror s-f z lat 50. Fabuła: Dwoje nastolatków usiłuje przekonać współmieszkańców typowego amerykańskiego prowincjonalnego miasteczka, że zagraża im galareta przybyła z kosmosu. Dalej historia toczy się typowo dla horrorów, w których głównymi bohaterami są nastolatkowie, mniej lub bardziej głupi przedstawiciele lokalnej społeczności oraz bezkształtne potwory z kosmosu. ( Za Filmweb)

BLOB 2



Piernikowe monstrum z kosmosu przybywa...


...i rośnie.


Atakuje młodzież i starszych.


A oni uciekają, chociaż...


...monstrum jest szybsze.


Na szczęście przybywa ratunek - FOREMKI!!!


I przy ich pomocy (plus wysoka temperatura) monstrum zostaje unicestwione!

sobota, 10 grudnia 2011

Występy na wysokim poziomie


Tym się skończyło sobotnie sprzątanie kurzu z szafek na książki.

Młody piosenkarz wdrapał się na scenę, chwycił mikrofon podłączony do głośnika (skakanka+poducha z kanapy) i zaśpiewał wiązankę przebojów.

czwartek, 8 grudnia 2011

Urywki ostatniości IV

Synek dostał ostatnio w prezencie od dziadka harmonijkę. Prawdziwą, nie żadną zabaweczkę, która rozleci się po tygodniu. Profesjonalny niemal sprzęcik.

No i możecie sobie wyobrazić, jak brzmiał nasz dom przez parę ostatnich dni. Wdech-wydech, a dźwięki takie, jakby karetce pogotowia włączył się autoalarm.

- Moja córka - mówi koleżanka - od jakiegoś czasu non stop gra na flecie. Wszędzie, w każdym pokoju te piski, gwizdy. Mieliśmy etap cymbałek, etap tamburynu, teraz flet. Najlepsze jest, jak jej mówię: "Mamusia chce się położyć, odpocząć sobie." A córka: "Dobrze mamusiu. Ty się połóż, a ja ci pogram, żeby ci się lepiej spało."

- A jak twoje jasełka? - pyta koleżanka po chwili.

- Sypiesz sól na otwartą ranę - mówię - czerwony alarm się włączył. Jak nie zaczniemy próbować natychmiast, to chyba zamiast przedstawienia wyjdę na scenę i będę śpiewał kolędy 45 minut. A tego byście nie chcieli...

- Mam lepszy pomysł. Moja córka pożyczy ci flet...

***

Święta zbliżają się wielkimi krokami, w rodzinie najmądrzejsza decyzja od lat - kupujemy prezenty tylko dzieciakom i tylko w linii mąż-żona. Oszczędzamy... czas i pieniądze. A i pomysły powoli się pokończyły.

***

Jako osoba mająca urodziny na tydzień przed Wigilią, dedykuję sobie następujący obrazek:


wtorek, 6 grudnia 2011

Wiersz na nowy tydzień XIX

Dziś otrzymałem sms - "Czy chcesz dostawać na swój telefon najnowsze newsy? Świat, Europa, Polska. Polityka, gospodarka, sport. Sensacje, ciekawostki, plotki."

Nie chciałem jakoś, by telefon rozładowały mi spływające kaskadami "njusy." Może dziwny jestem, ale odparłem ten wściekły atak reklamowy i skasowałem wiadomość.

A przy okazji przypomniał mi się taki wiersz Antoniego Słonimskiego z roku 1935. Wiersz zaiste proroczy.




DOKUMENT EPOKI


W puszce z ołowiu zostaną konserwy.
Śliska błona filmowa. Dziennik Dziennik Paramountu.
Skok z piętnastego piętra. Nowy tank. Manewry.
Prawdziwy trup Chińczyka z mandżurskiego frontu.


Hopsa. Hockey na lodzie Berlin - Manitoba;
Druciana maska bramkarza base-ballu.
Pogrzeb królowej Pipy i dworska żałoba.
"Romani" - ryczy tłusty facet z Capitolu.


Girlsy z białym niedźwiedziem tańczą na Alasce.
Mister Dupson przeskoczył przez pięć beczek z winem.
Cała rodzina, nawet niania w masce.
Trzyletni chłopczyk - a już z karabinem.


Nowy pancernik wypływa ze skoczni.
Zboże się pali, kawa w morze leci.
W przyszłości, gdy się taki obraz uwidoczni,
Bardzo proszę pamiętać, że jak byłem przeciw.


PS

Ja też przeciw,  jakby co...

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Bez serca, bez ducha...

Nie jest dobrym świat, który rano wita się słowami "ja pierd...." zamiast, jak chciał Norwid, "Bądź pochwalony..."

Witajcie, tu człowiek XXI wieku. Człowiek czuje się źle, a najbardziej, o paradoksie!, boli coś, czego nie ma. Boli pustka, którą czuje.

Nie myślałem, że upodobnię się do tych wszystkich zombie kneblujących pytania o sens istnienia kolejnymi zakupami. Jednak stwierdzam, że (zła wiadomość) próbuję zatkać dziurę budżetową ducha kolejnymi zakupami. Niestety, (dobra wiadomość) nie mam pomysłu, co sobie kupić. Sobie, powtarzam, bo kupowanie innym nie ma takiej "terapeutycznej" wartości. Ech...

Wczoraj wyjazd do Centrum Handlu, gdzie chcieliśmy pociechom buciorki kupić. Synkowi kozaki, Córze paputy do dreptania po chacie. Na widok cen kozaków, w których pochodzi jedną zimę przecież, czułem się jak po ciosie obuchem. 200 za parę?! 300 za parę?!!! Czy jakiś diabeł wymyślił te ceny, by rodziców pognębić, a przyszłych rodziców odstraszyć od rodzicielstwa?!

Między kolejnymi obuwniczymi sklep "ze sprzętem." Kupuję coś - etui na płyty CD. Płyty, które dopiero zapełnię różnym tatałajstwem z dysku D. Zakup malutki (6,99 PLN), więc dla pustki kłamiącej zębiskami to zaledwie przystawka.

popołudnie - do mojego miasteczka przybywa św. Mikołaj. Dwa dni Synek słuchał, jak to będzie fajnie, gdy na rynku pojawi się Mikołaj, rozda prezenty i dzieci będą szczęśliwe. Taaa... Ale to jest Polska, więc zapomnijmy, żeby było normalnie.

O 16 całość miała się zacząć. Zaczęło się po normalnie -stojąc na scenie przed ratuszem burmistrz i dyrekcja ośrodka kultury odpalili  choinkę z milionem światełek. Ale potem na wjazd Mikołaja przyszło nam czekać około godziny, bo miejscowe Stowarzyszenie Wolontariuszy chciało akurat wszem i wobec wręczyć nagrody swoim najbardziej zasłużonym członkom.

A więc musieliśmy czekać, aż wymienią wyróżnionych i laureatów w każdej kategorii wiekowej, aż wszyscy wszystkim po kolei pogratulują (cisną mi się dosadniejsze określenia), a dzieciaki przed sceną, drepczące z niecierpliwości marzły w porywach zimnego wiatru.

Trwało to, trwało i gdyby nie moja Żona, pewnie krzyknąłby ktoś (ja) z tłumu rodziców:

"Dawać Mikołaja! Dzieciom jest zimno!"

W końcu Mikołaj się zjawił, wyrwał z tłumu kilka dzieciaków i na scenie przepytał na okoliczność bycia grzecznym w roku 2011. Tymek tymczasem uronił jedną cichą łezkę, bo był już zmęczony, zmarznięty i raczej przestraszony niż oczarowany Świętym...



Taka niedziela...

sobota, 3 grudnia 2011

Majty z przekazem


Obawiam się, że ten szlachetny przekaz będzie miał jednak ograniczone pole rażenia, jeżeli właścicielka bielizny nie będzie eksponować tyłka wszem i wobec...

piątek, 2 grudnia 2011

Wycieraczki i moralność

Dane mi było w zeszły czwartek pojechać do kina wraz z paroma klasami na film, o którym NIC nie wiedziałem, a gdy zacząłem się nieco orientować, by przygotować sobie grunt pod odbiór, okazało się, że temat może mnie kompletnie nie interesować.

Historia sporu wynalazcy z pewnym koncernem samochodowym.

Jednak po wyjściu z kina wszyscy nauczyciele-opiekunowie klas zebrali się w kole i zaczęli o filmie dyskutować.

Podchodzi do mnie pani dyrektor i pyta:

- A pan co by zrobił na miejscu głównego bohatera?
- Nie wiem - odpowiedziałem po pewnej chwili przeznaczonej na symulowanie myślenia. Do teraz myślę o pewnym dylemacie, który stał się przyczyną dramatu AUTENTYCZNEGO bohatera. Zero fikcji. Tak było.

***


Robert Kearns wygrał jedną z najbardziej znanych spraw o naruszenie patentu z Ford Motor Company. Po wynalezieniu i opatentowaniu systemu czasowych wycieraczek przedniej szyby, który był przydatny w lekkim deszczu lub mgle, postanowił zainteresować swoją technologią trzy wielkie koncerny motoryzacyjne. Wszyscy odrzucili jego propozycję, jednak już na początku 1969, koncerny produkowały samochody z mechanizmem czasowych wycieraczek.
W 1978 pozwał Ford Motor Company oraz następnie w 1982 Chryslera o naruszenie patentów.

Prawnym argumentem przemysłu samochodowego było twierdzenie, że wynalazek powinien wnosić pewne standardy oryginalności i nowości. Ford zakładał, że patent Kearnsa jest nieważny, ponieważ jego wynalazek nie składa się z żadnych nowych komponentów. Dr Kearns w odpowiedzi zaznaczył, że jego wynalazek jest jak powieść, która składa się z kombinacji istniejących już słów.

Ford przegrał, chociaż sąd utrzymywał, że nie naruszył patentów samowolnie (znaczy to, że szkody poniesione z tytułu naruszenia patentu nie mogły zostać zrekompensowane). Ford wypłacił 10,1 miliona odszkodowania dla Kearnsa z porozumieniem o niewnoszeniu dalszych roszczeń.

W sprawie przeciwko Chrysler Corporation również wygrał Kearns. W 1992 Chrysler zapłacił mu 18,7 miliona dolarów odszkodowania. Chrysler odwołał się od decyzji sądu, lecz ostatecznie sprawa stanęła w miejscu. W 1995 roku po uregulowaniu prawnych opłat w wysokości 10 milionów dolarów, Kearns otrzymał w przybliżeniu 30 milionów dolarów odszkodowania od Chrysler Corporation, w związku z naruszeniem patentów.

Tyle Wikipedia. 

Pytanie - czy dało się z tej suchej relacji o batalii sądowej trwającej lata stworzyć coś więcej? Dało się!

Bazując na filmie (film oparty na faktach): 

Kearns jest ojcem 6 (!) dzieci. Mając zapewnianie Forda, że koncern zainteresuje się jego wynalazkiem, bierze kredyt i wynajmuje halę montażową, by samemu zając się instalacją nowatorskich wycieraczek. W chwili, gdy Ford, mówiąc kolokwialnie, zrobił go w jajo, Kearns wchodzi na wojenną ścieżkę i nie schodzi z niej przez 12 (!) lat.

W międzyczasie jego żona opuszcza go i zabiera ze sobą dzieci, wcześniej Kearns przezywa załamanie nerwowe i ląduje na leczeniu w klinice psychiatrycznej. Traci pracę (był wykładowcą), ląduje na zasiłku, pomieszkuje w podłych mieszkaniach podłych dzielnic.

Nikt w niego nie wierzy, adwokaci boją się atakować Forda. Sam jak palec odrzuca oferty ugody (w tym tysiące dolarów) składane przez Forda, bo koncern nie chce przyznać, że  patent został UKRADZIONY.

W końcu dochodzi do rozprawy i...Kearns wygrywa. To czytaliśmy wyżej. Ale żona rozwodzi się z nim. Kontakt z dziećmi czeka poważna rehabilitacja.

Bajka nie kończy się więc całkowitym happy endem

***
Zwykliśmy uważać, że Rodzina jest wartością nadrzędną. Wszystko dla niej i w jej imieniu. Przykład Kearnsa poważnie nadkruszył mi ten aksjomat. A może są ważniejsze idee niż Rodzina?

Może Sprawiedliwość, Prawo, Prawda, Honor, Uczciwość, o które przecież walczył wynalazca nie tylko w swoim imieniu, są na tyle wielkim ideami, by pomyśleć o Rodzinie jako o czymś, co należy jednak poświęcić?

Kurcze, nie wiem, jak ja bym się zachował...

... i dlatego nie mogłem wprost odpowiedzieć mojej pani dyrektor.