niedziela, 13 listopada 2011

Życie jako muzyka minimalistyczna

Oj, ale Wam dziś zadam pracę domową - przesłuchanie fragmentu utworu Steve'a Reicha "Eight lines."

Steve Reich



to chyba najwybitniejszy kompozytor nurtu tzw. muzyki minimalistycznej. Definicja:

W swym ideowym założeniu minimalizm odrzuca intelektualnie skomplikowaną i, dla przeciętnego odbiorcy, nieprzejrzystą muzykę współczesną. Tworzą nową estetykę opartą na innych założeniach. Podstawą minimalizmu jest opieranie się na prostocie materiału melodycznego i przejrzystości harmonii oraz redukcji materiału muzycznego, istotne także jest eksponowanie struktur rytmicznych. Choć uważa się, iż nadrzędną cechą minimalizmu jest powtarzalność, w istocie termin ten należy bardziej odnosić do pojęć estetycznych niż warsztatowych. Minimalizm często czerpie z muzyki kultur pozaeuropejskich, głównie azjatyckich i afrykańskich, które w swych pierwotnych cechach są zasadniczo minimalistyczne.




Brzmi nieźle, co? Mnie bardziej od teorii urzekła krótka recenzja potężnego boxu - zestawu 10 płyt zbierającego utwory kompozytora z lat 1965-1995. Autor recenzji pisze tak: "Po przesłuchaniu kilku pierwszych płyt miałem ochotę położyć się i walić głową w podłogę. Po kilku następnych powoli zaczynałem rozumieć strukturę Trójcy Świętej i resztę rzeczy nie-do-zrozumienia."

To muzyka budząca skrajne emocje - mnie uspokaja. Na przykład dziś bawiąc się z Córą, przesłuchałem kilka ładnych kilkunastominutowych kompozycji Reicha i Philipa Glassa. Kalina z namaszczeniem oglądała książeczki o Panu Kłapie, krokodylu, a ja lewitowałem tuż ponad powierzchnią dywanu. Absolutna hipnoza.

Wchodzi Żona:

- Czego wy tu słuchacie? Czy ja dobrze słyszę? To Reich?!
- Tak. Bardzo nas uspokaja.
- To dziwne, bo ja mam akurat ochotę powystrzelać wszystkich dookoła, gdy tego słucham...

Płyta została wyłączona. Cóż...

...mnie potem naszła genialna myśl, której rozwinąć jeszcze nie umiem. Życie to taki kawałek solidnego minimalizmu - poszczególne czynności kroczą z nami od początku do końca, w między czasie doszlusowują kolejne, rozrastają się, rozgałęziają, nabierają rytmu, z jakim nauczyliśmy się iść. Nie ma niczego, czego byśmy nie włączyli w ten przeklinany przez niektórych kierat. A własnie ta powtarzalność, przynajmniej mnie, uspokaja...

... toteż nie lubię niezapowiedzianych gości, świąt dezorganizujących rytmikę tygodnia, niespodzianek...

 ...tym pierwszym zaserwować mogę zawsze jeden z bardziej wymagających utworów Reicha, Piano phaze, 
nie-sa-mo-wi-cie grany na żywo - jeden muzyk na dwóch fortepianach.

Świąt i niespodzianek już raczej muzyką nie wyegzorcyzmuję.

9 komentarzy:

  1. Ja na razie mam mieszane uczucia. Ale dobrze czasem skosztować innego chleba ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Połączyłam Reicha z wierszem z poprzedniego postu:),......ja mam zazwyczaj samych niezapowiedzianych gości i tak też wygląda moje życie:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękny kawałek. Nie znałam tego pana. Dzięki!

    OdpowiedzUsuń
  4. Elu, milutko, że Ci się spodobał. Całosć tego utworu ma 17 minut i nie jest ani o sekundę za długi.

    pzdr

    OdpowiedzUsuń
  5. I. Bo - ładny miks się wytworzył, przypadki są sednem sztuki.

    OdpowiedzUsuń
  6. Auroro, to dziwny chlebek, ale czasem coś takiego nieźle otwiera człowieka na nowe przestrzenie.

    OdpowiedzUsuń
  7. złap odpowiedni rytm;) nie ma jak sztuka pedałowania;)
    ale dialog z żoną normalnie jak u mnie

    czym się

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.