piątek, 25 listopada 2011

Polowanie z nagonką

Przykłady z życia wzięte lub z okolicy:

- nauczycielka zadaje pracę domową. Dość wymagającą, bo polega na tym, by pojedynek Hektora z Achillesem opisany przez Homera "przetłumaczyć" na język radiowych sprawozdawców sportowych. Dużo roboty, praca w grupach.

Po przesłuchaniu kilku "audycji" nauczycielce coś przestało się zgadzać. Wpuściła w wyszukiwarkę jedną dość charakterystyczną frazę i... okazało się, że jest w kilku miejscach zapisana i gotowa do użytku wyżej wymieniona praca.

Po co się męczyć?


Nauczyciel zostaje wyprowadzony z równowagi przez klasę. Rzuca wymyślony w ciągu 30 sekund temat wypracowania. "Macie oddać w ciągu weekendu. Mailowo!"

Prace spływają. Nauczyciel czyta kolejne, w sumie raczej dają radę. Nagle w jednej coś dziwacznie zaczyna się dziać. Jeden z wyrazów jest podkreślony. Nauczyciel najeżdża myszką i ... pojawia się hiperłącze!

Odsyłające do strony z treścią pracy.

***

Praca polonisty.

PS

Weekend z wielką dramaturgią. Jestem w tym roku odpowiedzialny za jasełka szkolne i tworzę AUTORSKIE dzieło pod wstrząsającym tytułem "Bez Kevina nie ma świąt!"

11 komentarzy:

  1. Wow, ależ tytuł! :D to się nazywa twórczość w dobie gotowców internetowych ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie to wlasnie przeraza...ja pamietam jak w liceum napisanie wypracowania bylo dla mnie wyzwaniem...bylo bezcenne i dawalo tyle satysfakcji a o internecie nie slyszalam wogole (chociaz o dziwo az taka stara nie jestem)...a teraz? nic tylko wujek Google :P

    OdpowiedzUsuń
  3. W sumie to takie trudne nie było, zwłaszcza że w grupach i powinno dać niezłą frajdę, a tu... Dzieciaki narzekają albo na brak ciekawych zadań, a jak mają ciekawe, to narzekają, że trudne... Swoją drogą uwielbiam czytać Twoje notki, mimo wszystko relaksuję się:-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Eh, pamiętam te godziny spędzone nad lekturami i ich mądrymi opracowaniami, nad notatkami i słownikami literatury... A dziś? Czy te dzieci rozwijają jakieś umiejętności? Nie oskarżam zaraz o lenistwo, ale głupotę powinno się tępić u źródła.

    OdpowiedzUsuń
  5. No i wracając do dyskusji sprzed kilku postów... W latach dziewięćdziesiątych... ;-)
    Nie, no serio: jak kiedyś złapaliśmy koleżankę, taką ambitną, taką ą-ę, taką w typie lizusko-kujonko-wazeliniary na tym, że jej wypracowanie, które czyta na lekcji głośno, bo takie świetne i w ogóle rewelacja, my możemy czytać równocześnie... z bryka posiadanego (na wszelki wypadek) przez kolegę, to ubaw mieliśmy nieziemski do końca roku. A dziś to norma, bez żenady się dzieciaki przyznają, że wypracowanie najłatwiej wygooglać. O tempora, o mores!

    OdpowiedzUsuń
  6. Zdesperowany, myśmy z tego samego matecznika! W mojej klasie też taka była jedna. czyta wypracowanie DOMOWE w klasie. Nauczyciel słucha z uwagą, a mnie kumpel klepie w plecy i pokazuje swoje "pomoce naukowe" z identycznym tekstem. Mieliśmy polew niezły, bo kumpel prawie na głos komentował: "Agata, opuściłaś linijkę jedną."

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziewczyno, lenistwo plus olbrzymie możliwości i mamy efekt.

    OdpowiedzUsuń
  8. Eruano, dziękuję Ci za Twoje ciepłe słowa. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jasełka właśnie skończyłem - teraz "tylko" wystawić je na scenie...Pikuś!

    OdpowiedzUsuń
  10. Parałam się kiedyś belferką... Za prace ściągane z sieci stawiałam jedynki, a na marginesie podawałam adres strony z gotowcem. Zwykle po pierwszym domowym wypracowaniu było jasne - ta polonistka jest sprawna w necie i proceder miał znacznie mniejsze rozmiary.

    Raz na zebraniu rodzic zrobił mi awanturę - że co sobie wyobrażam, to już nie wolno korzystać ze źródeł?... Ojciec był jak beton - żaden z moich argumentów go nie przekonał, na szczęście jego dziecko - które stać było na dobre samodzielne pisanie - już nigdy nie przyniosło spisanej pracy. Przynajmniej taki drobny sukces :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Jedynki powstawiać ściągaczom i tyle. ręce i nogi opadają.

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.