sobota, 19 listopada 2011

Kalendarz no-name

Moleskine - jak podkreślają znawcy tematu - kultowy kalendarz, notatnik, agenda, zeszyt, który w niezmienionej formie istnieje od dziesięcioleci, a zachwycali się nim i używali Picasso, van Gogh czy Hemingway.

Obiekt pożądania. Szpan. Odpowiednia cena - 50 złotych, 70 złociszy, 100 PLN. W zależności od objętości, przeznaczenia, ilości dodanych bajerów.


Poczułem zew - muszę mieć! bo przysłano mi kupon rabatowy z zaprzyjaźnionej księgarni - 10% mniej wydam na dowolny dostępny model.

Pojechałem, zobaczyłem i... rozczarowałem się. 

Ceny nawet z rabatem obezwładniające, wnętrza ubogie, bajerów (zakładek, naklejek, zaznaczników) niezbyt wiele. Po prostu trzeba było zapłacić na nazwę firmy. Nic więcej.

Pomyślałem w przypływie geniuszu, że sam zrobię sobie podobny. Taki kalendarz no-name. 

Kupiłem zeszyt (firma Herlitz, porządny i tani), kawał gumki czarnej, dwie wstążki i ... wystrugałem coś takiego


Wydrukowałem na papierze samoprzylepnym to


Porozmieszczałem na kolejnych kartkach



i gotowe.

Ponoć oryginalne Moleskine'y mają papier "bezkwasowy."

Cóż, swojego kalendarza jeszcze nie lizałem, ale jak mnie najdzie, to wrażenia smakowe postaram się opisać.


PS

Naklejka na okładce to dzieło artystycznej grupy TWOŻYWO.

11 komentarzy:

  1. Jutro wykorzystam Twój pomysł, bo przypomniałeś mi, że od dawien dawna z takim czymś się nosiłam :) zawsze uważałam, że ceny niektórych są zdecydowanie za wysokie i nie adekwatne do zawartości...

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie skraper, Magdo...

    Żona siedziała kiedyś w temacie skrapów i wg mnie często to całe ozdabianie to zwykła sztuka dla sztuki.

    Mnie bardziej interesowała praktyczna strona całej historii.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kupiłam raz Moleskine zafascynowana tym całym zachwytem wokół niego. Ma w sobie coś, co mnie z nim związało, ale cena faktycznie nierówna temu co w środku. Jeśli ktoś oczekuje masy dodatków, to się zawiedzie. Znacznie bogatszy jest PaperBlanks... ale tylko ciut tańszy.
    Twój z kolei skojarzył mi się z notatkami odizolowanego od świata pisarza... i bardzo mi się spodobał :) Ma zdecydowanie więcej ciepła w sobie i co najważniejsze z Ciebie się zrodził :)
    Gratuluję kreatywności!

    OdpowiedzUsuń
  4. a wyszło dość skrapersko;) Czasem nie uświadamiasz sobie kim się stajesz, choćby na chwilę.
    dla sztuki , czy pragmatycznie - przez moment byłeś skraperem i już;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Magdo, ja widziałem takie prace, że w muzeum powinny się znaleźć...

    ...ja jestem żenujący na tym tle.

    O to mi chodziło ;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. A widzisz ja zakupiłam Moleskine Book Journal i chyba muszę przyznać ci rację. Wnętrze zwodzi. Za wydane 70 zł. to miałabym z kilka zeszytów i przynajmniej dwie książki. No ale już trudno - jak się powiedziało "A" to i trzeba powiedzieć
    (chyba) "B". A pomysł z autorskim notatnikiem bardzo dobry. Godny naśladownictwa.
    Serdeczności.

    PS Dzięki za wpis u mnie odkryłam dzięki niemu twojego bloga :)

    OdpowiedzUsuń
  7. a ja sobie kupiłam podróbę moleskine firmy Herlitz za 2,5 euro. A kupiłam ją jako mały podręczny notatnik do torebki zupełnie nie zdając sobie sprawy z kultu tego produktu... Dopiero świat blogów uświadomił mi, że jest w tym coś więcej niż tylko notatnik (ale czy na pewno?)

    Mieszkam w Berlinie i powoli zaczyna się czas wystawek pomysłów na prezenty. Z mężem byliśmy na wycieczce w największej księgarni w mieście i Moleskine też już zrobił swoją wystawkę. Etui podróżne na pióro za 15 euro... Zawsze w takich chwilach zadaję sobie pytanie: kto to kupuje?

    OdpowiedzUsuń
  8. The Book, to ja zapraszam jeszcze na mój blog z omówieniami książek - www.instrumentysamotnosci.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.