środa, 30 listopada 2011

Tata mówi

Wróciłem do domu. W głowie kłębiło mi się od myśli, całkiem niestety bezużytecznych, i
po raz pierwszy nie znajdowałem najmniejszej przyjemności w zastanawianiu się nad sobą.
Popadłem w stan głębokiej depresji, takiej, która ogarniała mnie również później w życiu, kiedy ktoś inny dokonywał więcej niż ja.


To nowe uczucie wydało mi się jednak bardzo ciekawe i uznałem, że mimo wszystko jest
ono chyba związane z moimi uzdolnieniami. Zauważyłem, na przykład, że gdy owładnie mną dostatecznie czarna melancholia, gdy wzdycham i gapię się na morze, robi mi się niemal przyjemnie. Bo jestem wtedy taki s t r a s z n i e godny pożałowania! To naprawdę fascynujące przeżycie.


Choć stan ten wciąż trwał, zacząłem, mimo pewnego roztargnienia, wprowadzać drobne
zmiany w sterówce, posługując się narzędziami Fredriksona i kawałkami desek wyrzuconych na brzeg.


Uznałem bowiem, że dom jest za niski. I tak powoli mijał ten smutny tydzień, bardzo ważny dla mojego rozwoju. Wbijałem gwoździe - i rozmyślałem. Piłowałem drzewo - i rozmyślałem.



Tove Jansson "Pamiętniki Taty Muminka."


.

PS

Dziękuję za poprzednie komentarze. Muszę trzymać fason, jak napisał mi bliski znajomy...

piątek, 25 listopada 2011

Polowanie z nagonką

Przykłady z życia wzięte lub z okolicy:

- nauczycielka zadaje pracę domową. Dość wymagającą, bo polega na tym, by pojedynek Hektora z Achillesem opisany przez Homera "przetłumaczyć" na język radiowych sprawozdawców sportowych. Dużo roboty, praca w grupach.

Po przesłuchaniu kilku "audycji" nauczycielce coś przestało się zgadzać. Wpuściła w wyszukiwarkę jedną dość charakterystyczną frazę i... okazało się, że jest w kilku miejscach zapisana i gotowa do użytku wyżej wymieniona praca.

Po co się męczyć?


Nauczyciel zostaje wyprowadzony z równowagi przez klasę. Rzuca wymyślony w ciągu 30 sekund temat wypracowania. "Macie oddać w ciągu weekendu. Mailowo!"

Prace spływają. Nauczyciel czyta kolejne, w sumie raczej dają radę. Nagle w jednej coś dziwacznie zaczyna się dziać. Jeden z wyrazów jest podkreślony. Nauczyciel najeżdża myszką i ... pojawia się hiperłącze!

Odsyłające do strony z treścią pracy.

***

Praca polonisty.

PS

Weekend z wielką dramaturgią. Jestem w tym roku odpowiedzialny za jasełka szkolne i tworzę AUTORSKIE dzieło pod wstrząsającym tytułem "Bez Kevina nie ma świąt!"

czwartek, 24 listopada 2011

Jestem sobie przedszkolaczek...

Zawiesiłem relacje o Synku Tymku. Wrzesień był koszmarny - nerwy, wycie, budzenie się w nocy... Mieliśmy wizję, że go zabieramy z przedszkola i męczymy się z nim w domu, próbując zorganizować mu czas.

Na szczęście sytuacja się normuje - jasne, obiadów nie je z dziećmi. Zawsze mówi, że bardzo się spieszy i nie ma czasu zjeść. Potem wraca do domu głodny sakramencko i też są problemy z jedzeniem. Klasyczny niejadek.

Rzadko dowiadujemy się czegokolwiek bezpośrednio od niego. Zmyśla lub milczy jak złapany partyzant. Na pytanie, czy spał w przedszkolu (ważna kwestia), odpowiada zawsze: "Spałem, ale z otwartymi oczami" - i weź tu z takim gadaj...

Taka scenka ostatnio:

młody się ma ubrać, ale coś go podkusiło i zaczął biegać po domu na golasa. Wołamy do niego:

- Tymek!Wracaj!

Przychodzi.

- W przedszkolu też tak gołe dzieci chodzą? - pytamy z wyrzutem.
- Tak
- A pani wasza co na to mówi?
- Nic. Też jest goła.

środa, 23 listopada 2011

Już taki jestem...

Siedzę dziś na próbnej maturze z matematyki. Uczniowie ostro skrobią w arkuszach. W końcu spływają pierwsze skończone prace.

Nawet nie zaglądam - wiem, że nic bym z tego nie zrozumiał.

Dzwonek. Koniec próby. Oddają ostatnie osoby. Jedna z dziewcząt (wyjątkowo sympatyczna otwarta osoba) pyta:

- Zaglądał pan do tych zadań?
- A po co? I tak nic bym z tego nie pojął.
- Nic? Nawet zadań zamkniętych?
- Nic.
- Nawet najprostszej delty by pan nie obliczył???
- Nawet nie wiem, co to jest delta...

Dziewczyna zamyśliła się i w końcu mówi:

- No to z matematyki jest pan naprawdę... ofensywny.



Cokolwiek to znaczy, pewnie taki właśnie jestem z matmy...

poniedziałek, 21 listopada 2011

Pod górkę do szkoły...

Zanim poznałem moją Żonę i zanim wtajemniczyliśmy siebie wzajemnie w opowieści o dzieciństwie, traktowałem moją szkołę podstawową w rodzinnym mieście jako typową placówkę oświatową, która w latach 80 zasypała mnie gradem wiedzy i umiejętności.

Gdy skończyłem Żonie opowiadać o moim pierwszym etapie edukacyjnym wyglądała tak, jakby patrzyła na dziecko wojny, syna pułku... W tym wzroku było przerażenie przemieszane z niedowierzaniem...

- Taką miałeś podstawówkę?!
- Ty miałaś inną?

A więc jaką miałem podstawówkę?



Muzyki uczył gość o pseudonimie Puzon. Facet miał dwa metry wzrostu, łapy jak bochny chleba, paluchy jak parówki, grał na 6 instrumentach w wirtuozerski sposób. I jeszcze jedno - trafił do mojej szkoły za karę, bo w poprzedniej wyrzucił przez okno ucznia... razem z krzesłem.

Geografii uczył oddany temu przedmiotowi niewysoki facet o bardzo wybuchowym temperamencie. Uwielbialiśmy go! Zwłaszcza jak brał skamieliny i tłukł nimi po głowach rozgadanych kolegów.

Rosyjskiego kobieta, która za najdrobniejsze przewinienia uruchamiała "Akcję Radar" - wykręcała uczniowi ucho o 360 stopni.

Wuefistę pamiętam z nieśmiertelnego hasła: "Mata piłkę i grajta!"

Mój polonista był koneserem piwa. Często wysyłał chłopaków z ósmej klasy po piwo do sklepu (nikt nie zwracał uwagi, że młodziaki kupują alkohol). W czerwcu, gdy upał zdarzał się niemiłosierny, piece kaflowe służące do ogrzewania budynku zimą, służyły mojemu nauczycielowi do chłodzenia browarów.

Facet się stoczył dokumentnie. Raz późną jesienią polski mieliśmy pierwszy. Nikt nie przychodzi nas wpuścić do klasy. Nagle wpada notorycznie spóźniający się kolega i krzyczy: "Chłopaki! Facet leży w parku! Nie może wspiąć się pod górkę! Tak się nawalił!" Pobiegliśmy. Widok upapranego błotem, turlającego się w dół zbocza polonisty nie był szczególnie miły...

Całym cyrkiem rządził dyrektor. Malarz-amator, swoje prace wieszał w gabinecie i sekretariacie. Facet był potężnie umocowany w aparacie komunistycznym miasta. Był nie-do-ruszenia! Mógł sobie pozwalać na takie akcje:

Zebranie dyrektorów z całego miasta. Nudna nasiadówa. Kolejna godzina pęka. W końcu "mój" dyrektor wstaje i mówi: "Wy tutaj gadu-gadu, a na tej sali tylko ja posuwam swoją sekretarkę!" i wyszedł. AUTENTYK potwierdzony przez wiarygodnego znajomego ojca mojego kumpla.

Gdy ktoś na jego lekcjach przeszkadzał, brał delikwenta do swojego biurka. Kazał mu się oprzeć o nie i kartkować "zachodnie" (lata 80, przypominam) pismo dla panów. Gdy uczeń natrafiał na strony z gołymi babami... otrzymywał potężne uderzenie w tyłek olbrzymią drewnianą linijką.

Taką miałem szkołę.

A dziś mi uczniowie narzekają, że mają ciężko i pod górkę...

Co rano spójrz na to...

sobota, 19 listopada 2011

Kalendarz no-name

Moleskine - jak podkreślają znawcy tematu - kultowy kalendarz, notatnik, agenda, zeszyt, który w niezmienionej formie istnieje od dziesięcioleci, a zachwycali się nim i używali Picasso, van Gogh czy Hemingway.

Obiekt pożądania. Szpan. Odpowiednia cena - 50 złotych, 70 złociszy, 100 PLN. W zależności od objętości, przeznaczenia, ilości dodanych bajerów.


Poczułem zew - muszę mieć! bo przysłano mi kupon rabatowy z zaprzyjaźnionej księgarni - 10% mniej wydam na dowolny dostępny model.

Pojechałem, zobaczyłem i... rozczarowałem się. 

Ceny nawet z rabatem obezwładniające, wnętrza ubogie, bajerów (zakładek, naklejek, zaznaczników) niezbyt wiele. Po prostu trzeba było zapłacić na nazwę firmy. Nic więcej.

Pomyślałem w przypływie geniuszu, że sam zrobię sobie podobny. Taki kalendarz no-name. 

Kupiłem zeszyt (firma Herlitz, porządny i tani), kawał gumki czarnej, dwie wstążki i ... wystrugałem coś takiego


Wydrukowałem na papierze samoprzylepnym to


Porozmieszczałem na kolejnych kartkach



i gotowe.

Ponoć oryginalne Moleskine'y mają papier "bezkwasowy."

Cóż, swojego kalendarza jeszcze nie lizałem, ale jak mnie najdzie, to wrażenia smakowe postaram się opisać.


PS

Naklejka na okładce to dzieło artystycznej grupy TWOŻYWO.

środa, 16 listopada 2011

Moje dzieci Cię zapamiętają...

A) Od stycznia rośnie podatek VAT na ubranka i buciki dla dzieci.

B) Rząd planuje zabrać ulgę prorodzinną (około 1000 złotych na jedno dziecko) w przypadku, gdy rodzice mają "tylko" jedno lub dwoje dzieci.

C) Pan premier chce zostać zapamiętany, jako fajny facet...


D) Moje dzieci Cię, k..., dobrze zapamiętają...

niedziela, 13 listopada 2011

Życie jako muzyka minimalistyczna

Oj, ale Wam dziś zadam pracę domową - przesłuchanie fragmentu utworu Steve'a Reicha "Eight lines."

Steve Reich



to chyba najwybitniejszy kompozytor nurtu tzw. muzyki minimalistycznej. Definicja:

W swym ideowym założeniu minimalizm odrzuca intelektualnie skomplikowaną i, dla przeciętnego odbiorcy, nieprzejrzystą muzykę współczesną. Tworzą nową estetykę opartą na innych założeniach. Podstawą minimalizmu jest opieranie się na prostocie materiału melodycznego i przejrzystości harmonii oraz redukcji materiału muzycznego, istotne także jest eksponowanie struktur rytmicznych. Choć uważa się, iż nadrzędną cechą minimalizmu jest powtarzalność, w istocie termin ten należy bardziej odnosić do pojęć estetycznych niż warsztatowych. Minimalizm często czerpie z muzyki kultur pozaeuropejskich, głównie azjatyckich i afrykańskich, które w swych pierwotnych cechach są zasadniczo minimalistyczne.




Brzmi nieźle, co? Mnie bardziej od teorii urzekła krótka recenzja potężnego boxu - zestawu 10 płyt zbierającego utwory kompozytora z lat 1965-1995. Autor recenzji pisze tak: "Po przesłuchaniu kilku pierwszych płyt miałem ochotę położyć się i walić głową w podłogę. Po kilku następnych powoli zaczynałem rozumieć strukturę Trójcy Świętej i resztę rzeczy nie-do-zrozumienia."

To muzyka budząca skrajne emocje - mnie uspokaja. Na przykład dziś bawiąc się z Córą, przesłuchałem kilka ładnych kilkunastominutowych kompozycji Reicha i Philipa Glassa. Kalina z namaszczeniem oglądała książeczki o Panu Kłapie, krokodylu, a ja lewitowałem tuż ponad powierzchnią dywanu. Absolutna hipnoza.

Wchodzi Żona:

- Czego wy tu słuchacie? Czy ja dobrze słyszę? To Reich?!
- Tak. Bardzo nas uspokaja.
- To dziwne, bo ja mam akurat ochotę powystrzelać wszystkich dookoła, gdy tego słucham...

Płyta została wyłączona. Cóż...

...mnie potem naszła genialna myśl, której rozwinąć jeszcze nie umiem. Życie to taki kawałek solidnego minimalizmu - poszczególne czynności kroczą z nami od początku do końca, w między czasie doszlusowują kolejne, rozrastają się, rozgałęziają, nabierają rytmu, z jakim nauczyliśmy się iść. Nie ma niczego, czego byśmy nie włączyli w ten przeklinany przez niektórych kierat. A własnie ta powtarzalność, przynajmniej mnie, uspokaja...

... toteż nie lubię niezapowiedzianych gości, świąt dezorganizujących rytmikę tygodnia, niespodzianek...

 ...tym pierwszym zaserwować mogę zawsze jeden z bardziej wymagających utworów Reicha, Piano phaze, 
nie-sa-mo-wi-cie grany na żywo - jeden muzyk na dwóch fortepianach.

Świąt i niespodzianek już raczej muzyką nie wyegzorcyzmuję.

Wiersz na nowy tydzień XVIII

Wiersz niedzielny.

Dedykuję go wszystkim moim czytelnikom - wierzący, niewierzącym, wątpiącym, praktykującym, agnostykom i ateistom...

Jeden z najładniejszych wierszy o Bogu. Autor poza tym tekstem nie zaistniał, chyba, poetycko nigdzie indziej. A jeżeli nawet to wątpię, by stworzył coś lepszego...




Krzysztof Żywczak

6:30

Przyszedł do mnie Bóg i spytał
o godzinę Jak to - mówię Ty przecież
i bez zegarka wiesz która jest
godzina Ale chcę to usłyszeć od 
ciebie - powiedział Chce wiedzieć
czy go okłamię - kombinuję i mówię - 
Jest ta którą wyznaczyłeś czyli ta
która miała być ta która jest i ta
której za chwilę nie będzie 
Czemu po prostu nie spojrzysz na zegarek - 
spytał Bąknąłem coś pod nosem
Chciałbyś żebym cię wysłuchiwał
a nie chcesz mi nawet 
powiedzieć która jest godzina - 
mówił dalej A po co Ci ta godzina - 
pomyślałem - przecież i tak nigdzie
się nie spieszysz i tak nie spóźnisz się
na żaden pociąg - tak pomyślałem
Ja się nie spóźnię, ale ty możesz - 
powiedział i zniknął Kiedy obudziłem 
się rano za oknem świeciło słońce
W drodze skądś dokądś przechodząc 
obok kościoła  zatrzymałem się spojrzałem 
na zegarek i krzyknąłem przez płot
w stronę zamkniętych drzwi Jest
wpół do siódmej Wpół do siódmej 

czwartek, 10 listopada 2011

Pozdrowienia z Wielkopolski

Nie czuje się jakoś specjalnie mieszkańcem tej krainy geograficznej. Wielkopolska jakoś nie pasuje do mojej zbudowanej na granicy zaborów (Kalisz to jeszcze zabór rosyjski) mentalności - za dużo we mnie rozgardiaszu, szamotaniny, tendencji do rozprężania sił wewnętrznych...

Ojciec to Wielkopolanin (wyrodny, ale jednak), natomiast mama to już Kurpiowszczyzna. Jestem więc w połowie Kurpiem. Nie wiem, cóż to może znaczyć, ale z pewnością brakuje mi typowo wielkopolskiej solidności, tego "porządek musi być!", tego gestu, by pozamiatać w sobotę chodnik przed chatą i z rękami w kieszeniach podziwiać swoje dzieło.

Jestem raczej zarośniętym ogrodem niż zadbaną działką.

Jednak podziwiam miejsce, w którym dane mi żyć, za dwie wartości - wygrane Powstanie (które jakoś nie zyskało ogólnonarodowego nimbu) oraz rogale świetomarcińskie, które wypieka się tu na potęgę w okolicach 11 listopada.

Tak więc pozdrawiam Was serdecznie z serca Wielkopolski i, chociaż wirtualnie, zapraszam na skromny poczęstunek.

wtorek, 8 listopada 2011

Wyznanie gorszyciela

Rozmawiamy z Żoną o książkach:

- Już prawie 2/3 tej nowej książki przeczytałem (Jennifer Egan "Zanim dopadnie nas czas", wkleję recenzję).
- 2/3? - dziwi się Żona - ja cię nie widziałam, żebyś czytał.
- Bo ja, kochanie, czytam w autobusie. Pół godziny w drodze do pracy, pół godziny w drodze do domu...
- To się w sumie zgadza... - potwierdza małżonka - w sumie jak się czyta jakieś 50 stron na godzinę...
- Mi to idzie trochę wolniej - przyznaję - bo jak trafiam na scenę erotyczną, to czytam ją kilka razy.

niedziela, 6 listopada 2011

Moje wstydy

Nie chcę zaczynać nowego łańcuszka, ale tak mnie naszło ostatnio we Wszystkich Świętych.

Znów telewizja nam zaserwowała ekranizację "Znachora", a ja znów nie mogłem oderwać się od tej rzewnej  historyjki. No po prostu nie mogłem...

...a więc to wstyd nr 1. Uwielbiam "Znachora" i już!



Wstyd nr 2 to fakt, że byłem w liceum Przewodniczącym Frakcji Młodych Ruchu Odbudowy Polski. Frakcja młodych miała 3 (trzech!) członków. Zastępcę też miałem i Skarbnika.

Wstyd nr 3 - w czasach wcale nie tak dawnych kupiłem sobie grę. Jakąś strzelankę z elementami horroru. Coś wolno chodziło mi na moim komputerze. Wstawiam więc temat na jakieś forum i pytam się, o co może chodzić. "Masz pewnie za słabą kartę graficzną", odpowiedzi się posypały. A ja na to:

"A skąd można ściągnąć lepszą?"



***

Ktoś chętny do podobnej spowiedzi?

piątek, 4 listopada 2011

"Sens"?

Trafiło się, że wpadł mi w ręce miesięcznik psychologiczny "Sens."

Brzmi ładnie tytuł, chociaż wyobrażam sobie taką sytuację w kiosku:

- Dzień dobry. Jest "Sens"?
- Nie ma "Sensu."

Oprócz standardowych psychologicznych artykułów na poziomie, który jestem w stanie pojąć, nie studiowawszy Freuda, Junga czy Adlera, na końcu pisma znajduję prawdziwą perłę, skarb.

Kilka stron ogłoszeń o rożnej maści kursach i szkoleniach psychologicznych.

Mówię Wam, nie wiem, jak mogłem przeżyć ponad 30 lat nie trafiając na podobne wysoce rozwijające umysł i świadomość zajęcia.

Kilka próbek, mój miks, żebyście wiedzieli, co straciliście (no chyba że ktoś już brał w czymś podobnym udział):

I

Indywidualny kurs tantry dla par. Na zajęciach jesteście tylko Wy i para trenerów.

II

Trening uważności - rozwija sieć neuronową ciała. W programie m.in. skanowanie całego ciała.

III

Podróż w głąb własnej mądrości, by zdobyć pracę marzeń.

IV

Mistrzostwo siebie. Moc bycia obecnym. W programie chodzenie po ogniu.

V

(HIT!)

Intensywny kurs szamanizmu hawajskiego HO'OPONOPONO. Nauczyciel ma błogosławieństwo innych szamanów, tytuł "Pierwszy na drodze" i imię GRZMOT. Minimum teorii, maksimum transformujących doświadczeń.



VI

Wakacje z jogą hormonalną i tańcem Bollywood. Odmładza i leczy. Uwalnia wewnętrzne piękno.

VII

Empatyczna komunikacja z poziomu serca. Weekend z empatią.

VIII

Ośmiotygodniowy (!!!) trening współczucia wobec samego siebie.

IX

Warsztaty wizażu, kolorystyki i stylizacji. Dwa dni poświęcone kobiecości, w czasie których dowiesz się, jaką porą roku jesteś (!).

X

Plener fotograficzny SLOW MOTION.

PS

Zapisy oryginalne.

Ktoś chętny?