niedziela, 30 października 2011

Wszystko minie... - post na poły dewocyjny

Najpierw jeden z moich ulubionych katolickich myślicieli, chociaż słowa te mógłby wypowiedzieć każdy mądry człowiek:


Jakim sposobem można uspokoić wzburzony umysł?

- W takiej sytuacji można czasem z pożytkiem zaproponować następujące pytanie, jako sposób uspokojenia umysłu skupionego na jakiejś sprawie, nieustannie roztrząsającego i zagniewanego pewnym wydarzeniem: „co będziesz myślał o tym wszystkim powiedzmy za rok?”. To nader oczywiste, że sprawy, które teraz tak gwałtownie nas zaprzątają, w przyszłości nie będą nas ani trochę absorbować, rzeczy, w których teraz tak bardzo pokładamy nadzieję, lub budzą nasze obawy, w przyszłości będą znaczyć nie wiele więcej niż te, które dzieją się na drugim końcu świata. 






Tak zatem będzie ze wszystkimi ludzkimi nadziejami, obawami, przyjemnościami, zamierzeniami, bólami, zawiściami, rozczarowaniami, sukcesami, gdy nadejdzie dzień ostatni. Będą pozbawione życia, niczym zwiędłe kwiaty na bankiecie budzące tylko nasze politowanie. Lub gdybyśmy leżeli na łożu śmierci, co by nam pomogło bycie bogatym, wielkim, szczęściarzem, człowiekiem obsypanym godnościami, wpływowym? Wtedy wszystkie te rzeczy będą marnością. 


Autorem tych słów jest bł. John Henry Newman. Anglikanin, potem wzorowy katolik, z czasem kardynał.


Teraz ja, chociaż wątpię, bym zrobił podobną do Johna Henry'ego karierę:


sprzątając ostatnio wiecznie lęgnący się w naszych pokojach bałagan, trafiłem na zeszyt. Zapomniany kompletnie, bo na widok jego ślicznej okładki (kamienista plaża w dużym zbliżeniu, same kamloty w sumie) z miejsca szybciej zabiło mi serce. 


Piękny zeszyt, myślę, ciekawe, czy pusty...


Otwieram, a tam... zgroza! 


Zeszyt, jaki przeznaczyłem na wypełnienie absurdalnej wizji dyrekcji szkoły, w której kiedyś pracowałem. Każdy wychowawca miał zapisywać w zeszycie WSZYSTKO o swoich uczniach. nagany, pochwały, frekwencja...


A więc przy niemal wszystkich chłopakach miałem zanotowane: "Doprowadził do odpalenia petardy w świetlicy", bo nikt się nie chciał przyznać indywidualnie, więc odpowiedzialność zbiorowa zatryumfowała. 


Pojawiały się w uwagach: "Wychodzi na papierosa", "Notorycznie ignoruje nauczycieli", "Wulgarnym słownictwem posługuje się na lekcji i na przerwie."


Nie miałem uwag wielce malowniczych. Na praktykach w podstawówce byłem świadkiem takiej sceny - uczeń Paweł Wilk nosi ze sobą scyzoryk i bawi się nim na lekcji. Nauczyciel widzi i wpisuje taki komentarz do dzienniczka: "Wilk rznie ławkę."


W tym temacie brakowało mi wyobraźni... A może moim uczniom?


W "kamienistym" zeszycie musiałem zapisywać też kontakty z rodzicami (ok, norma), ale musiałem też zmuszać rodziców, by pisali samodzielnie...protokoły z wywiadówek! Serio! Musiałem wybrać jakiegoś nieszczęśnika, który miał punkt po punkcie przepisać to, co mu wcześniej podetknąłem pod nos. 


Na Jowisza! Ależ się wtedy wkurzałem na te wszystkie księżycowe idee, na te "udogodnienia", które uczą jedynie tego, w jaki sposób je omijać.


Dziś inaczej już na to patrzę - Ach mój miły Augustynie./Wszystko minie, minie, minie... podśpiewuję sobie za świniopasem z baśni Andersena.


Wszystko minie i to mnie pociesza. 


Wszystko minie, ale pozostaje pytanie, czy przyjdzie coś lepszego?


A jeśli nie przyjdzie, to wiecie, gdzie szukać pocieszenia...

Na powrotnej fali...

Czytałem gdzieś słowa poety Hugo Williamsa, świetnego angielskiego autora, który wyznał, że nigdy nie robi planów na przyszłość. Inaczej niż większość ludzi, żyje w swojej przeszłości.

Ostatnio mam podobnie.

Czy zechcą mi Państwo towarzyszyć w podróży do mojego dzieciństwa?




Piosnka i obrazek są niemal kopią tego, co przeżyłem/prześniłem w latach 80, najgłębsze wspomnienia tam się tlą...

czwartek, 27 października 2011

No-name

No-name – produkt anonimowy, pozbawiony logo producenta i cech charakterystycznych dla innych firmowych produktów tego rodzaju.

Mam pióro marki no-name właśnie. I to tym piórze właśnie będzie ten post.

Pióro dostałem przypadkowo. Jeden mój uczeń wziął udział w konkursie recytatorskim. Byłem jego opiekunem, choć prawdę mówiąc chłopak wszystko sam opanował – znalazł repertuar, znalazł interpretację głosową, pomysł, by błysnąć przed publicznością.

Udało się zdobyć drugie lub trzecie miejsce, nie pamiętam. Chłopak zgarnął dyplom i jakiś zestaw książek, ja dyplom „za przygotowanie” (sic!) i zestaw pióro+długopis.

Całość przeleżała na dnie biurka jakieś dwa lata. Patrzyłem na tę zdobycz czując pewien dyskomfort. Nie należało mi się, taka prawda. W końcu jednak otworzyłem pakunek, zważyłem pióro w ręku i… ładnie leżało. Ładnie.

Kupiłem zbiorniczek z czarnym atramentem, zassałem (piórem, nie buzią) i postawiłem pierwsze litery. Pióro ślizgało się po kartce, kreśliło cieniutkie jak włos niemowlęcia kreski. Zakochałem się.



Pióro noszę w kółko, chociaż od czasu do czasu zasycha. Podejrzanie szybko. Psuje się? W końcu to żadna „firmówka”, anonimowy produkt, może chiński, może marsjański. Nie wiem.

Nawet w sieci szukałem producenta pióra. Miałem skromne dane – nazwę, której się uczepiłem. Ale na stronie zakładu artykułów papierniczych, która mi się wyświetliła, nie znalazłem NIC oprócz długopisów i markerów.

Żadnej szansy, by znaleźć duplikat, a kupiłbym chyba 10 sztuk takich, by być ubezpieczonym na resztę życia.

Nic. Po prostu no-name.

Gdy raz posiałem pióro w szkole (oj, płakałem), Żona kupiła mi Parkera. Niewypał. Parker był za lekki i stawiał grube atramentowe kulfony. Parkera używam tylko po to, by coś nabazgrolić na uczniowskich pracach.

No-name ma szlachetniejsze zadania – pisze prozę, poezję, dzienniki, notatki o książkach…

W dobie komputerów, laptopów, netbooków, mimo entuzjazmu, z jakim powitałem czytniki książek etc. , nie potrafię pisać nie piórem. Pokancerowanym, z poobijaną skuwką, z matową już stalówką.

Anonim. 

Pewnie w jakimś magazynie leżą całe kartony takich piór, ktoś się o nie potyka, przeklina, a ja matkuję mojemu pióru jak rodzic, który tyle lat czekał na upragnione dziecko i teraz nie chce za nic na świecie zostawić je same…




poniedziałek, 24 października 2011

Wiersz na nowy tydzień XVII

Wczoraj znalazłem przypadkowo książczynę, o której istnieniu zapomniałem. Nazywa się "Zeppelin", jest antologią młodej poezji, wydano ją w roku 1996, kosztowała mnie 5 złotych. Na okładce skrzętnie odnotowano również cenę sprzed dewaluacji - 50.000 złotych.

Kiedyś, nudząc się śmiertelnie (pierwszy rok studiów na polonistyce), przeczytałem wszystkie zamieszczone w antologii wiersze i oceniłem je w szkolnej skali od 1 do 6.

Szóstki dostały te teksty, które mnie wzruszyły lub rozbawiły.

To pierwszy z nich. Autorem jest Piotr Jasek. Nie mam pojęcia, co się z nim potem stało. Może to i lepiej, bo wątpię  by napisał coś lepszego niż to:

***
wiersz dla mojej ukochanej
która teraz
chyba sama
siedzi w domu
mam nadzieję

sobota, 22 października 2011

"Wiedziałem..."

Dziwne rzeczy dzieją się z uczniami na moich lekcjach. Zawsze, gdy wybieram kogoś do odpowiedzi lub przeczytania pracy z lekcji, delikwent mówi:

"Wiedziałem/wiedziałam."

ZAWSZE.

Nawet gdybym miał okrutnego zeza, patrzył na Kowalskiego, a wyrwał do pytania Nowakównę, i tak ta druga powiedziałby "Wiedziałem/wiedziałam." 

Nawet gdy korzystam z malowniczych systemów pytania i wypada na kogoś, kto ma numer w dzienniku zbieżny jakoś z datą, kalendarzem Azteków lub rokiem księżycowym -  usłyszę zawsze to samo.

W tym roku wyciągam telefon, odpalam stoper i ktoś z klasy mówi STOP. Ostatnia cyfra to oczywiście jakiś szczęściarz, który "wiedział..."

(W tym przypadku istnieje nikła szansa, że nikt nie trafi przed moje obliczę - gdy w stoperze pojawią  się na końcu dwa zera.)



Mnie z okazji Dnia Nauczyciela osobista klasa sprezentowała coś takiego



kostkę trzydziestościenną!

W tym przypadku nie ma możliwości, że wyturlam na biurku dwa zera...

czwartek, 20 października 2011

Wiersz na nowy tydzień XVI

Wiele wierszy mnie potargało. Zazwyczaj były to uczucia najgłębszej zazdrości, fascynacja, intelektualna galopada, śmiech nawet. Rzadziej coś, z czego nie mogłem się otrząsnąć dłuższy czas.

A tu jest, zdarzył się taki. Przez przypadek, w starym podręczniku do czwartej klasy starego liceum. Wstrząsający tekst Jarosława Iwaszkiewicza pt. "Stary poeta."

Czytałem ten utwór z rosnącym niepokojem, smutkiem dryfującym w stronę głębin depresji. Po jego lekturze miałem nie dające się zablokować pragnienie przytulenia najbliższych osób, póki jeszcze mogę to zrobić.


I
Poeta mówi:
Żono! Widzisz te dwie muchy
na parapecie okna
zabite muchozolem
Tyleż one znaczą we wszechświecie
co nasze martwe ukochane psy
co leżą pod kamieniem

Pamiętasz ten wyraz Tropka
gdy mu się coś mówiło
a on nie rozumiał
marszczył czoło skupiał się
i nie rozumiał

Bo był zwierzątkiem

My też nie rozumiemy

Patrz mówią do nas obłoki
zorze gwiazdy
wiatry
a my nie rozumiemy

Mówią do nas przestrzenie
niebieskie
mówią drzewa rozwijające się
mówią kwiaty
rosną
i mówią
a my nie rozumiemy

I tak już będzie

Będziemy we wszechświecie
jak te dwie martwe muchy
jak te dwa zdechłe psy
jak dwie nicoście
One też kochały
i chciały zrozumieć

II

Poeta mówi:
Żono! Nie odchodź
Zostań chwilę ze mną

Chcę być sam
A kiedy ty odejdziesz
Zaraz przyjdą tacy:

Tuwim przyjdzie
z gałęzią wielkich jabłek
jak tą co zabrał
z naszego srebrnego wesela

Czesław zaraz przyjdzie
taki młodziutki jak wtedy
kiedy przyjechał z Wilna
ze słowami: ubóstwiam pana
na ustach

Tolek przyjdzie
taki jak w Aidzie
kiedy opowiadał bajki Marysi

przyjdzie Olek z papugą
motyl przyleci
co kiedyś wleciał do naszej
sypialni
wielki i osobliwy

Tak się zaludni
dookoła

Nie odchodź
bądź przy mnie
Bo chcę być sam
sam
tak zupełnie sam

III

Poeta mówi:
Żono!
Byliśmy kiedyś młodzi
widzieliśmy ocean w Skagen
i Barcelonę
i Matterhorn i Dent du Midi
mieliśmy przyjaciół
gadaliśmy z Lechoniem
z Witkacym z Sartre'em
zachłystywaliśmy się Proustem
czytaliśmy Jądro Ciemności
Annę Kareninę
Popioły

A teraz jesteśmy starzy
jesteśmy sami

Kłócimy się
szukamy ciągle
pogubionych książek

Chustek
zapałek
okularów

A kiedy będziemy przed Panem Nicości
już zaraz
nic to nie będzie znaczyło

że byliśmy piękni
że tańczyliśmy na chłopskich weselach
i na królewskich pokojach

I nikt nas nie zapyta
o nasze muchy
nasze psy
nasze pogubione książki
chustki do nosa

i okulary

poniedziałek, 17 października 2011

Atak cywilizacji śmierci

Końcówka wczorajszej mszy. Ksiądz dobrodziej ogłasza:

"Bardzo ważna kwestia. W ostatnich miesiącach jesteśmy świadkami informacji o licznych objawieniach prywatnych, coraz więcej osób korzysta z usług astrologów, homeopatów. Coraz więcej osób chodzi do wróżek, by poznać przyszłość. Można powiedzieć, że jesteśmy świadkami prawdziwej okulistycznej inwazji..."



piątek, 14 października 2011

Nike na speedzie

A co!

Zamówiłem sobie powieść Marana Pilota "Pióropusz." NIKE w tym roku zdobyła, to jedno. A drugie, że to ponoć rzecz z nurtu wiejskiego, więc tym bardziej się tą książką zainteresowałem.

Czekałem ponad tydzień, aż w końcu wczoraj listonosz dostarczył przesyłkę. Jakież było moje zdziwienie, gdy obok zakładki, księgarnia wysyłkowa dodała mi... saszetkę z kawą!


Ok, to tylko cappuccino, a nie żaden potężniejszy łyk kofeiny, ale zawsze...

Zastanawiam się, co chciano mi tym zakomunikować?

I co dostałbym , gdybym zamówił na przykład książki Bukowskiego lub Baudelaire'a?



środa, 12 października 2011

Taka doba....

1) Zawożę Synka do przedszkola. Wracam do domu. Zostawiam samochód najprawdopodobniej na światłach. Ergo - rozładowany akumulator.

2) Próbuję odpalić wóz, by przywieźć Synka, jeszcze nic nie wiem o akumulatorze. Dowiaduję się, gdy nasz fordzik płacze zamiast ładnie ruszyć do przodu.

3) Pożyczam od teścia-elektryka prostownik. Kable łączę odwrotnie niż powinienem. Spięcie niszczy prostownik. U teścia jestem spalony.

4) Z nudów nadgryzam zabawkę Synka - świecący patyczek, który złamany wpół emituje fosforyzujące światło. Na język i usta wylew mi się jakaś paląca substancja.

5) Córa budzi się o 22:30 i do północy budzi się z płaczem co 30 sekund. Zęby jej się wybijają.

6) Synek się budzi z gorączką.

7) Zasypiam do szkoły i mam 10 minut na wyjście na autobus.

8) W szkole oszałamiający ból głowy...

Kto da więcej?

wtorek, 11 października 2011

Starość jest okrutna!

"Bylica był schorowanym starcem, który ledwo mógł się poruszać. Nie miał siły uprawiać miłości z inną osobą"

Uczeń rozpoczyna interpretację tego fragmentu "Chłopów" Reymonta:


Hanka gotowała obiad i pogadywała z ojcem swoim, starym Bylicą,
któren rzadko zachodził, że to schorowany był i ledwie się już ruchał.

poniedziałek, 10 października 2011

Prawo do...

Jak masz telefon komórkowy, to dzwonią. Szatański numer - Biuro Obsługi.
"Dzień dobry, mamy propozycję. Chce Pan prawie za darmo rozmawiać czas bardzo długi?"
"Jak długi?" - pytam, choć wiem, że spławię barana.
"Bardzo bardzo długi. (Wdech) Tysiąc minut mamy w ofercie dla pana!"
"Tysiąc minut?" "Tysiąc minut!" "Niech policzę, to na miesiąc jakieś 16 godzin wychodzi..."
"Dokładnie, słyszę to zadowolenie, w pańskim głosie, więc jeśli się pan zgodzi..."
"Ma pan jakieś propozycje, z kim miałbym przegadać te godziny, ?"
"Co? Nie ma Pan znajomych, kolegów z klasy, przyjaciół, rodziny?
Z jedną osobą, wybranym z abonentów naszej sieci farciarzem,
któremu Pan wszystko opowie, której Pan wszystko przekaże..."
"A ja mam taką propozycję - proszę się od*&*$@#%&!%^&^!!!
Mnie kompletna cisza w eterze potrafi zadowolić!"

***

Tekst napisany w hołdzie jednemu zdaniu z wiersza Mariusza Grzebalskiego "Nic w tym złego":

"(...)prawo do milczenia powinno być
prawem głównym w konstytucji każdego kraju (...)"

sobota, 8 października 2011

W moim towarzystwie można popełniać przestępstwa...


Przychodzę ostatnio do mojej Żony z tym oto zdjęciem i mówię:

- Patrz! Nie wiedziałem, że nasz sąsiad kandyduje! I zobacz, jak go ktoś czarująco przyozdobił.
Żona się przygląda.
- Jaki sąsiad?
- Jak to jaki? Ten wulkanizator!
- Wulkanizator?! Ten z naszej ulicy?
- No przecież to on - upieram się.
- On?! - Żona naprawdę szeroko otwiera oczy - przecież ten zupełnie inaczej wygląda. Inny nos, inne oczy, kształt głowy. Wszystko inne - kwituje.
Ja powoli zaczynam tracić pewność siebie.
- Może to rzeczywiście nie on... Kurde, od dwóch tygodni patrzę na te plakaty i mówię sobie: "Ależ ten chłop ma ambicję!" A to nie on...
Po chwili nachodzi mnie głębsza refleksja.
- Jakbym był świadkiem przestępstwa i kazano by mi opisać bandziora, to guzik by z tego wyszedł.
- Gorzej - pociesza mnie Żona - gdybyś stał za lustrem weneckim w czasie okazania, wskazałbyś na  biednego wulkanizatora, gdy tymczasem prawdziwym łobuzem byłby pan kandydat...

czwartek, 6 października 2011

Tomas Transtromer vs Steve Jobs

Narażę się pewnie tym tekstem, ale cóż, spróbujmy…

6 października 2011, świat obiegły dwie informacje – Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury otrzymał Szwed Tomas Transtromer, zmarł po walce z rakiem Steve Jobs, założyciel filmy komputerowej Apple.

Na całym świecie (w Polsce pewnie też) miliony posiadaczy gadżetów na literę I wpatruje się w ekrany swoich dotykowych zabawek i metaforyczną minutą milczenia czczą pamięć kreatora ich urządzeń.

Na całym świecie ludzie zastanawiają się, kto to jest Transtromer. W Polsce w księgarniach nie można dostać jego książek.

Co łączy te dwie informacje? Ja widzę w nich symptomatyczne „rozjechanie się” dróg naszej cywilizacji. Cywilizacja humanistyczna i cywilizacja technokratyczna.

Zacząłem się zastanawiać – kto zostanie zapamiętany? Poeta czy technokrata? Kto dołożył więcej cegiełek do budynku naszej cywilizacji?

A więc Jobs czy Transtromer?

Poeta jest cichym skromnym człowiekiem. Przez lata pisze wiersze niemal obok swoich codziennych obowiązków psychologa. Zajmuje się terapią narkomanów, przestępców, kalek życiowych. Introwertyk, skupiony w sobie, zdystansowany, ale serdeczny. Od momentu wylewu sparaliżowany – porusza tylko połową ciała, niemal nie mówi.

Technokrata rzucił studia, by w garażu montować własne komputery. Ciężko pracuje, mnoży pomysły, funduje światu nowatorskie rozwiązania informatyczne. Nazywany jest „najbardziej znanym szefem na świecie.” Mistrz motywowania pracowników. Natchnienie milionów rewolucjonistów technologii. Umiera na raka trzustki.

Legendarna staje się jego charyzma i przywiązanie do perfekcjonizmu. Dawanie z siebie 100 %. A Transtromer tylko w jednym wierszu używa sformułowania „100%”

Jak ja nie znoszę wyrażenia „w stu procentach.

Bo humanistyka nie znosi tej dzikiej pewności „stu procent.”

Co mi się prognozuje? Jobs pewnie zostanie półbogiem branży i pewnie długo jeszcze ludzie będą opowiadali, jak to płaski telefon z dotykowym ekranem odmienił ich życie.

Ja będę po drugiej stronie barykady – rozwój technokratyzmu wydrenował z kultury wartości humanistyczne. Szkoły nie uczą myślenia, szkoły uczą jak założyć firmę, zrobić plan biznesowy, obliczyć procenty. Wypuszczają ludzi z (teoretyczną) wiedzą o tym, jak się pływa na powierzchni życia, ale nie powiedzą, czym to życie jest. Czym jest ten wielki gmach ludzkiej myśli, który budowano od czasów pierwszych filozofów przyrody.

Renesansowy myśliciel Pico della Mirandola głosił żarliwą pochwałę kondycji człowieka, korony stworzenia. Dziś, korona stworzenia idzie na zakupy i tak w  najbardziej oczywisty sposób realizuje swoją wolną wolę.

Kiedyś humanizm był głównym nurtem, jakim płynęła cywilizacja. Dziś to, co mechaniczne, jednowymiarowe, dające się przeliczyć, a najlepiej umieścić jako aplikację w telefonie.

Jobs nikogo nie uszczęśliwił, nie zrewolucjonizował niczego, po prostu dzięki niemu nasze palce mogą ślizgać się po powierzchni dotykowych ekraników.

A Transtromer? Wszystkie I-cośtam wysłałbym w kosmos za zdanie otwierające wiersz „Ogniste gryzmoły”

W te ponure miesiące moje życie roziskrzało się tylko gdy się z tobą kochałem.


Niech ten tekścik będzie taki…hmmm… bez wyraźnego zakończenia.

Zakończenie dam takie – w połowie lat 2000 otwarto w Krakowie małpiarnię. Kosztowała 2,5 mln złotych. W tamtych czasach Ministerstwo Nauki nie miało tylu pieniędzy na projekty humanistyczne w skali całego roku.

A więc małpiarnia jest, humanistyki nie ma.

(Końcóweczka tekstu i idea całości zainspirowana wywiadem z prof. Filozofii Tadeuszem Gadaczem, „Nędza humanistyki”, Niezbędnik Inteligenta z 7 grudnia 2005 roku)

Urywki ostatniości II

Wciąż chory. Antybiotyk nietrafiony, bo co i rusz mnie katar dusi, kaszel dławi... Synka niemal zaraziłem, bo katar mu się ruszył, a u niego to pierwszy krok do poważniejszych chorób.

We wtorek obudził się zasmarkany o 2 w nocy i przewalczył do 3:30. Gdy obudziłem się rano, byłem bardziej zmasakrowany bezsennością niż w środku nocy. Cały dzień więc krążyłem jak zombie, który zamiast ludzkiego ciała poluje na kofeinę. No ale ile można żłopać kawę?!

Gdy wracałem do domu autobusem nie miałem siły nawet czytać książki, a PKS to mój partner, dzięki któremu czytam jakieś dwie-trzy powieści miesięcznie. No więc chowam czytnik do torby, opieram się wygodnie i... budzę się dwa przystanki od miejsca, w którym powinienem wysiąść!

Musiałem drałować pieszo jakieś trzy kilometry, by się do domu dostać. Pieniędzy nie miałem, więc odpadał pomysł z czekaniem na jakiś autobus jadący do mojej mieścinki.

***

W oknie urzędu miejskiego wywieszono listy kandydatów do sejmu. Przyjrzałem się ludziom pod kątem wykonywanych zawodów. Pomiędzy nauczycielami, przedsiębiorcami, artystami znalazła się perła:

"Preparator trofeów łowieckich."

Z pewności znajdzie się jakieś zajęcie na Wiejskiej dla tego pana.

wtorek, 4 października 2011

Małżeńsko

Ja i praca.

Stare dobre małżeństwo.

Najpierw zauroczenie, długi etap narzeczeństwa, teraz stabilizacja. Układ spięty pasją i wyrachowaniem.

Mamy swoje rocznice, prywatne święta i rytuały. Mamy dni pełne entuzjazmu, energii i zapału. Ale mamy też ciche dni, gdy nie możemy o sobie na spokojnie myśleć. Gdy już nam się wydaje, że cały świat jest przeciwko nam.

Mimo wszystko jakoś nam po drodze.

A dzieci?

Cóż, raz przyszli kandydaci do Nobla z literatury, raz  kandydaci do Ig Nobla. Jak to w życiu...

PS

Post jako odpowiedź na pytanie I-Bo z poprzedniej wiadomości.

PS1

Czasowo pewnie mnie nie będzie - (chyba) kuna zżarła nam kawałek kabla telefonicznego.

poniedziałek, 3 października 2011

Tydzień z życia mężczyzny

Poniedziałek - to motywujące uczucie, że wszystko można zacząć od nowa... mija około środy.

Wtorek - służy jedynie jako drabina, by wspiąć się na wierzchołek tygodnia.

Środa - mała sobota, stąd widać dwa dni pracy przed (kurde!) i dwa dni pracy za (ufff).

Czwartek - dlaczego zawsze wydaje mi się, że nazajutrz już jest weekend?

Piątek - utopijna wizja, że wieczorem można wykonać całą pracę planowaną na weekend?

Sobota - nic nie muszę. Nic nie robię, jest jeszcze jutro...

Niedziela - o Jezu...